Zastała samochód Jonesa wciśnięty w barierę odgradzającą pasy ruchu autostrady. Nawet solidne klepanie, wszelka naprawa, nie były potrzebne. Pojazd nadawał się do kasacji.
Otworzyła drzwi od strony pasażera. Te od strony Jamesa trafiły na przeszkodę. Mężczyzna miał rozbitą głowę, ale oddychał. Z trudem wydobyła jego ciało z blaszanej pułapki. Odciągnęła Jonesa na bezpieczną odległość i ułożyła w pozycji bocznej. Ambulans i jej koledzy w radiowozie zjawili się dość szybko. W tym czasie poszkodowany doszedł do siebie na tyle, że ratownicy i policjanci zastali go siedzącego na skrawku trawnika.
- Co panu się stało? - zapytał młody lekarz, podchodząc do Jamesa.
- Dostał silnego ataku bólu i nie zapanował nad pojazdem. Miał przy sobie swoje leki, niestety nie zdążył ich zażyć przed planowaną podróżą i tak to się właśnie skończyło. - O'Hara zdała wyczerpujący raport z wypadku Jonesa.
- Czy poszkodowany przyjął już swoje leki? - zagadnął ją doktor.
- Tak. Podałam mu je, jak tylko odzyskał przytomność na tyle, by mógł połykać.
- Jak pan się czuje? - zwrócił się do Jonesa.
- Dziękuję doktorze, zaraz wszystko wróci do normy... Może oprócz mojego samochodu...- spojrzał na wrak, żałośnie wyglądający z betonowej balustrady.
- Czy zgadza się pan na transport do szpitala?
James Jones zerwał się na nogi.
- O, co to, to nie! Przed chwilą stamtąd wyjechałem, a już chcecie zapakować mnie na powrót do łóżka?! Nie ma mowy! Pani sierżant! - zawołał policjantkę. Odwróciła ku niemu głowę i przesłoniła oczy przed słońcem. Kiwnął na nią ręką.
Gdy tylko podeszła, od razu poprosił o pomoc w transporcie. Podał jej kartkę z adresem.
- Co to jest?
- Muszę tam się dostać, na wczoraj...- odparł. - Dasz radę?
Kiwnęła głową. Ruszyli do radiowozu.
- Dziękuję za pomoc, po raz drugi... - napomknął.
Uśmiechnęła się i spojrzała mu w oczy.
Linda O'Hara, wysoka, rudowłosa piękność, po trzydziestce, w policyjnym uniformie, patrolująca ulice Denver, i niosąca pomoc takim sukinsynom jak ja... - opisał ją sobie w myślach Jones.
- Ta wizytówka od ciebie, uratowała mi życie. Jak mam ocalić twoje? - bezpośredniość tonu Jamesa nie sprawiła trudności Lindzie. Bez najmniejszej urazy, odpowiedziała szczerze:
- Pomyślałam sobie po prostu, że taki przyjezdny jak ty, może potrzebować pomocy... Co do twojego pytania, to nic, na teraz nie przychodzi mi do głowy. Jak to się stało, że przez ból, wylądowałeś prawie na tamtym świecie?
Odwrócił głowę do okna. Pejzaż zmieniał się za nim jak w kalejdoskopie.
- Trucizna... - wyszeptał.
Hamowanie sprawiło, że prawie wypadł by z fotela. Pas i jego własne ręce zamortyzowały ten ruch. Był jednym, wielkim znakiem zapytania.
- O co chodzi, coś się stało???
- James, jaka znów trucizna? Powinnam zawieźć cię natychmiast do mojego szefa, powinniśmy złapać, tego, kto cię otruł! - panika w jej oczach była prawdziwa.
- Jedź proszę dalej pod ten adres na kartce, śpieszy mi się...
- Nie chcesz dopaść...
- Linda, proszę... Ja muszę już tam być, i to natychmiast.
Nie oponowała. Ruszyła dalej, przypatrując się jednym okiem jego osobie. Nie chciał, żeby dowiedziała się wszystkiego, chociaż to, co wydarzyło się w ciągu tych kilku dni zalegało mu na sumieniu jak głaz.
- Może kiedyś jej o tym opowiem... - pomyślał.
*******
Dotarli do pięknej dzielnicy na peryferiach Denver. Znaleźli dom, oznaczony numerem podanym na kawałku papieru.
- To chyba czas nam się rozstać, co? - wyciągnął dłoń by się pożegnać.
- Mam nadzieję, że poradzisz sobie beze mnie? - Linda bez pośpiechu podała mu swoją rękę. - Nie zapominaj o lekarstwie. - uśmiechnęła się.
- Czuję, że będzie mi ciebie brakowało, pani władzo! - Jones objął sierżant O'Hara, chcąc wyrazić wdzięczność za pomoc.
***************
Sięgnął do dzwonka. Drzwi uchyliły się po długich minutach. Stanęła w nich, a raczej siedziała na wózku, staruszka.
- Dzień dobry pani...
- Czego pan chce? Nie znam pana... - twarz kobiety, pokryta zmarszczkami, wyglądała jak odlana z wosku. Oczy były białe od zaćmy.
- Nazywam się Jones. Przyjechałem do pani...
- Mnie nie obchodzi, po co pan tu przyjechał! - rozgniewała się gospodyni. - Mój świętej pamięci mąż, spłacił swoje długi dawno temu! Sam! Nawet ja mu nie pomagałam! Wynocha, bo wezwę policję! - wskazała przypadkowy kierunek, chudą jak gałąź ręką.
- Czy pozwoli mi pani wyjaśnić, dlaczego przyjechałem akurat do pani? Bardzo proszę! - Jones stracił resztkę nadziei na powodzenie.
- Mam dwa wyjścia... - odrzekła staruszka, - Albo natychmiast dzwonię na gliny, albo będę musiała ciebie wysłuchać. Zawieź mnie w takim razie do domu, nie będę tkwiła we własnych drzwiach! - rozkazała Jonesowi.
Skwapliwie wykonał polecenie. Wjechali do przytulnie urządzonego salonu. Poprowadził wózek w stronę niedużego stolika i zatrzymał.
- Dziękuję. - ton właścicielki domu był już trochę milszy. - Czy napije się pan ze mną herbaty?
- Proszę nie zadawać sobie trudu...- uprzejmie odmówił.
- To nie jest żaden trud, drogi panie! Trudem jest dla was, młodych, poświęcić odrobinę waszego cennego czasu takim jak ja! - znów ton stał się ostry, wymowny.
Jones poprosił o herbatę. Ta kobieta miała w sobie tyle wewnętrznej siły, ile nie miał w sobie nawet zdrowy człowiek. Zastanowił się chwilę, jak przekazać jej, po co właściwie do niej zawitał.
Parujące filiżanki z gracją wylądowały na stoliku.
- Podziwiam panią... - zaczął nieśmiało James.
Siwowłosa gospodyni zwróciła na niego niewidzące oczy. Twarz miała pociągłą, żółto-biała skóra i jeszcze bielsze włosy, upięte w schludny kok, pamiętały czasy, gdy oglądali się za nią mężczyźni... Wyszeptała:
- Nie przybyłeś tu po to, by mnie podziwiać. Co zatem sprowadza cię w moje progi?
- Czy jest pani w posiadaniu... srebrnika?
Malutka filiżanka głośno stuknęła o podstawkę. Stare ręce trzęsły się teraz, nie mogąc przestać.
- Po co tu przyjechałeś, diabelski pomiocie?! - ochryple krzyknęła starsza pani. Zacisnęła powieki, spod których uciekły łzy. Jej ciałem wstrząsał szloch.
- Bardzo przepraszam! Co ja takiego powiedziałem? - James sam był w szoku. - Może zadzwonię na 911?
- Nie trzeba! - stanowczo zaprotestowała. - Przywiodła cię do mnie chciwość!!! Kiedy żył mój mąż, był tu taki jeden... Zażądał wydania monety, gdyż, jak to ujął: "osoby prywatne, nie mogą przetrzymywać przedmiotów o dużej wartości historycznej!" Mąż nie zgodził się oddać tego plugastwa! Przyjezdny zniknął, ale... - płacz przerwał opowieść. Jones czekał cierpliwie na kontynuację. Wdowa wydmuchała bez skrępowania nos w chusteczkę, upiła łyk herbaty i ciągnęła dalej:
- To było jesienią 1987... Szykowaliśmy się na święto Halloween, nasze wnuki zawsze przyjeżdżały do nas... Bob pojechał do sklepu po słodycze i coś na kolację... Pod sklep zajechał ON! Policjanci powiedzieli mi, że na nagraniu z kamery, widzieli jak otworzył okno i zastrzelił mojego Boba!!! Z zimną krwią!!! - tym razem szlochała długo. Wydarzenia ze śmierci małżonka, wciąż żyły w jej umyśle. Kiedy trochę ochłonęła, zapytał:
- Co to był za "on"? Skąd pani wie, że ten sam był u pani w domu, i że to ten "on" zabił pani męża?
Zamglone oczy "widziały" obrazy tamtych strasznych dni. Opowieść rozbrzmiała na nowo:
- Nie urodziłam się niewidoma. Pamiętam dokładnie wygląd faceta, który wtedy tak nastawał, by oddano mu srebrnik... Jego oczy były przerażające! Byłam pewna, że nie pozwoli aby mu się sprzeciwiano! Po trupach dojdzie do celu!
- Słucham? - coś niedobrego tknęło Jonesa. - Co pani powiedziała?
- Mówiłam, że tacy jak ten bogacz, cel osiągają nawet...
- po trupach... - dokończyli zdanie jednocześnie.
- Czy ten człowiek, nie nazywał się przypadkiem Luc Fery?
Na dźwięk tych dwu słów, staruszka prawie zemdlała. Gdyby nie jej wózek, zapewne upadła by na dywan. Ujął zimną dłoń i zapytał raz jeszcze:
- Czy szanowna pani, ma wciąż ten pieniądz? To dla mnie bardzo ważne!
Blade usta łapały powietrze. Z trudem kiwnęła głową. Wskazała pudełko i słabo dodała: - Moje leki...
Przysunął drewnianą szkatułkę i otworzył wieczko. Wdowa poszperała w niej i znalazła odpowiednie medykamenty, oznaczone przez kogoś etykietką z literami Braille'a. Dłuższą chwilę zajęło jej dojście do siebie po tym co usłyszała.
- Skąd zna pan tego mordercę??? - w jej głosie czaił się gniew.
- Droga pani, moja opowieść o tym... - zmęł w ustach przekleństwo, - człowieku jest równie długa co pani, więc odłożę ją na później... Ponowię moją prośbę: czy odda mi pani, lub sprzeda srebrnik?
Przestraszył się sygnału własnej komórki. Na ekranie urządzenia wyświetliło się: Luc Fery.
Odebrał.
- Po co tracisz czas na tą porąbaną staruchę???!!! - tym razem akcent gdzieś zniknął, ustępując świdrującemu uszy Jamesa rykowi.
- Skąd wiesz gdzie jestem?! Śledzisz mnie, draniu??? - zerwał się, podszedł do okna i zajrzał przez firankę. Ulica świeciła pustkami.
- Natychmiast zdobądź tą monetę i znajdź wskazówki, gdzie są pozostałe!!! - rozkazywał głos w słuchawce.
- Mam tą niewinną kobietę zabić, za jeden kawałek srebra? Nie jestem kurwa tobą! - rozłączył się pierwszy, i natychmiast tego pożałował.
Właścicielka leżała bezwładnie, oparta tułowiem o stolik. Jones wiedział, że nie żyje. Teraz już był pewny, iż jego zleceniodawca zrobi wszystko, żeby posiąść całą sumę, podarowaną niegdyś zdrajcy. Tylko po co?
wtorek, 5 listopada 2019
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ten ktoś obok.
«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...
-
«PROLOG» - I, mamy go!!! - okrzyk triumfu ratownika medycznego oznajmił sukces reanimacji. Ostrożnie położono go na noszach i natychmiast ...
-
"Chwila, w której serce ustaje, życiu nowy smak nadaje..." Echo końskich kopyt dudniło po cichych uliczkach. Czarny karawan ciąg...
-
Jakby tu zacząć? Otóż...Witam na moim blogu :-) Spróbuję zmierzyć się na nim z sobą samą. Może Ktoś z was lubi czytać opowiadania różne, n...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz