poniedziałek, 16 grudnia 2013

Jest takie miejsce... cz.:2

Diagnoza jaką usłyszała matka małej Weroniki była dla niej jak wyrok: guz mózgu, spowodował śpiączkę, można będzie operować, kiedy dziecko się wybudzi...

***

Otworzyła oczy i rozglądnęła się. Przy jej łóżku stał niewielki stolik a na nim kubek kakao i pyszne ciasto czekoladowe. Do izby wszedł bardzo dziwny, niski mężczyzna. Przypominał nieco krasnoludka. Weronika zapytała:
- Przepraszam pana, gdzie ja jestem?
Gospodarz podskoczył zabawnie, wystraszony. Odwrócił się i starając się nie okazywać po sobie, że jest strachliwy, odparł:
- O! Widzę, że już się obudziłaś! Świetnie! Zjedz śniadanie a potem zaprowadzę cię do moich braci.
- Ale...
- Tak? - zaciekawił się.
- Muszę wracać do domu, mama będzie mnie szukać...
- A gdzie mieszkasz dziewczynko? - znów podskoczył, aż jego ciemnoczerwona czapka zakończona pomponem, śmiesznie się zakołysała.
- Mam na imię Weronika i mieszkam na ulicy Królewskiej 3, mieszkania 8. Muszę już iść, do widzenia. - wstała z posłania, a wtedy krasnoludek ukrył się za fotelem.
- Co się stało? - zdziwiła się. - Czy pan się mnie boi?
- Nnnie... skądże znowu...- wystawił czubek nosa zza oparcia. - Czy mmmogę cię pro prosić, żebyś mnie nie zjadała?
- Ale ja wcale nie chcę pana zjeść! - podeszła parę kroków w jego stronę i zatrzymała się. - Ma pan jakoś na imię?
- Tttak... Straszek. Jesteś pewna, że nie jesz krasnoludków?
- Oczywiście, że nie! Jestem Weronika, ale wołają na mnie Weronka. Jeżeli pan chce, zostaniemy przyjaciółmi. Tylko muszę się pospieszyć bo mama na mnie czeka. Pomoże mi pan znaleźć drogę do mojego domu?
Straszek wreszcie wyszedł zza swojej kryjówki. Wyciągnął dłoń i powiedział:
- To uprzejme z twojej strony, że nie zjesz mnie. W zamian poczęstuj się ciastem czekoladowym i kakao. To na pewno o wiele smaczniejsze niż taki młodzieniec jak ja.
Weronika poczuła jak bardzo jest głodna. Usiadła więc z powrotem na łóżku i ze smakiem zjadła i wypiła zostawione na stole smakołyki.
- Teraz już muszę iść... - odezwała się czując dziwną senność. - Muszę iść, bo ma... - nie wiedzieć kiedy, powieki same jej się zamknęły i usnęła. Straszek przykrył ją kocem i wyszedł na palcach z pokoju.

***
Dzień był podobny do nocy, dla siedzącej przy łóżku dziewczynki, kobiety. Miała zmienniczkę - opiekunkę, która zostawała czasem na noc, kiedy siły opuszczały matkę. Opiekunka miała na imię Nadzieja. Ktoś ze znajomych polecił ją matce Weroniki a ona zgodziła się z dziewczyną porozmawiać i tak zaczęła się ich przyjaźń. Zamieniały się co jakiś czas. Nadia potrafiła zająć się małą: pielęgnowała ją i czytała książki, które Weronka najbardziej lubiła. Pomoc i serdeczność były teraz potrzebne najbardziej i samotnej kobiecie i jej chorej córce.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Jest takie miejsce... cz.:1

Dzieci bawiły w piaskownicy i na pobliskim trawniku. Ich gwar słychać było na całą ulicę.
- Mamusiu, czy mogę wyjść, pobawić się z dziećmi? - zapytała Weronika.
Kobieta wyjrzała przez okno, odwróciła się do córki i odpowiedziała:
- A przyrzekniesz mi, że będziesz na siebie uważała?
Dziewczynka skinęła głową i podskakując z radości, skierowała się do przedpokoju ubrać sandały.
- Nie! - matka podeszła do niej i zabrała nowe obuwie. - Te są wyjściowe... weź te...- wyjęła z szafy starsze, trochę przykrótkie klapki.
Weronka spojrzała na nią smutnie, ale bez słowa sprzeciwu nałożyła buciki.
- No, biegnij, tylko bądź ostrożna kochanie! - usłyszała zbiegając po schodach.
Wyszła przed blok, rozglądając się za kimś znajomym. Dostrzegła dwie dziewczynki w swoim wieku, bawiły się na kocu rozłożonym na trawie. Widząc jak nie potrafią się dogadać o jakiś drobiazg związany z lalką Barbie, zrezygnowała z ich towarzystwa. Za to gromada chłopców kopiących tunele w piasku bardzo jej się podobała. Weszła za ogrodzenie piaskownicy i zapytała:
- Co mogę robić?
Jeden chłopiec spojrzał na Weronikę.
- O! Cześć!
- Hej. Jest coś dla mnie?
- Yyy... zacznij w tamtym miejscu nowy dół i kop rów do naszej studni...-pokazał kawał wolnej przestrzeni.
Kucnęła i zaczęła bawić się w najlepsze. Z usypanego wzgórka zrobiła pałac a potem swój rów dołączyła do tych, wykopanych przez kolegów. Zobaczyli jej dzieło.
- Patrzcie! Weronka zrobiła prawdziwy pałac! - krzyknął zachwycony Boguś. Obeszli piaskowe cudo ze wszystkich stron, przekazując sobie jakieś szczegóły godne poprawek.
- Tu można zrobić plac dla rycerzy! - Zenek wskazał palcem niezagospodarowany skrawek.
- A przyniesiesz te swoje, co masz na półce? - zagadnął przyjaciel Zenka.
- No. Jak mi mama pozwoli...-niepewnie odpowiedział właściciel plastykowego rycerstwa.
- To ja tu zbuduję parking! - najmłodszy chłopiec zaczął delikatnie wyrównywać powierzchnię obok budowli.
- Tymek, pałace nie mają parkingów! - zawołał Gustaw.
- A właśnie, że mają! My jeździmy do resturacji takiej w pałacu i tam jest parking! - sepleniąc sprzeciwił się chłopiec.
- Haha!!! Mówi się restauracji! Tymoteusz, nasz zamek, to nie restauracja, tylko zwykły zamek i nie ma parkingu! - Boguś poprawił malucha.
Cały rwetes o parkingi, rycerzy i restauracje zainteresował ich koleżanki. Podeszły bliżej i komentowały między sobą zabawę dzieci w piaskownicy.
- Ale jesteście głupi! - odezwała się Naomi.
- Bawicie się w ziemi, jakbyście byli jakimiś dzikusami! - dodała uszczypliwie Natasza.
Chłopcy przerwali swoją rozmowę. Patrzyli na dziewczyny, nie rozumiejąc, dlaczego wtrącają się w ich sprawy. W końcu Zenek nie wytrzymał dziewczęcych wyzwisk, wstał i podszedł do nich.
- Odejdźcie stąd. My was nie wołaliśmy do naszej paczki!
- Nie boimy się ciebie, Zenek-brudas! - zawołały jedna przez drugą odbiegając na bezpieczną odległość.
Chłopak odwrócił się do nich plecami i zacisnął zęby. Wrócił do reszty dzieci. Po dłuższej chwili, bawili się dalej jakby nigdy nic nie zaszło.

- Weronika do domu! - usłyszała z góry. Zadarła głowę i pomachała mamie.
- Zaraz będę! - krzyknęła.
Trudno jej było rozstać się z przyjaciółmi. Niechętnie wstała, otrzepując ubranie.
- Muszę już iść do domu... - powiedziała.
Nagle, przewróciła się i straciła przytomność...

niedziela, 8 grudnia 2013

Przyjaciel... cz.14

Za Jerozolimą było miejsce omijane przez bogobojnych Żydów. To Golgota, wzniesienie, na którym dokonywano egzekucji.
Gdy dotarli do celu, oprawcy od razu zabrali się do swoich obowiązków. Dwóch skazanych napojono mirrą zmieszaną z kwaśnym winem i octem, aby odurzyć przed kaźnią. Następnie rozciągnięto na ziemi, przybito im ręce do wcześniej dźwiganych belek i po kolei wciągnięto na pale, na stałe wbite w ziemię.
Jonatan z wysokości swojego krzyża widział w tłumie ojca, siostrę i kilku uczniów, potem stracił przytomność.
Więzień, który w drodze na Golgotę, zachowywał się ordynarnie, teraz umęczony zadanymi ranami, jęczał z bólu i bezsilności. Wkrótce ucichł, ziołowa mieszanina rozeszła się po organizmie i on też zemdlał.

Podeszli do Yeshuy, nie zważając na zaschnięte rany, na materiał tuniki przywarły do poranionego ciała, ściągnęli ją z Niego. Ciało pokryło się czerwienią... Nagiego, tak jak poprzedników, położono na ziemi, wbito gwoździe w ręce, a patibulum umieszczono na staticulum. Stopy przybijano gdy wszyscy skazańcy byli zawieszeni.

Jezus czuł wszystko... Nie pił odurzającego wywaru, a teraz okaleczone plecy, głowa i uda przesuwały się po nierównej powierzchni pionowego pala. Ręce i stopy paliły ogniem i krwawiły obficie przy próbie złapania oddechu. Ból był nie do wytrzymania.
Ktoś do Niego mówił, spróbował obrócić głowę, ale był to już zbyt duży wysiłek dla Jego ciała.
Skazaniec, wołał:
- Jezusie! Słyszysz mnie?! Jeśli, jesteś Synem Bożym...- przerwał, żeby móc wziąć oddech. - ...zejdź z krzyża i wybaw nas i siebie!
Jonatan odpowiedział za Nauczyciela:
- Ty! Ty i ja jesteśmy tu za nasze winy... On, nie uczynił nic... nic złego! - otwartymi ustami nabrał powietrza, po czym dodał: - Panie, pamiętaj o mnie...kiedy przybędziesz do Twego Królestwa...- osłabł, zabrakło tchu i sił. Na chwilę stracił świadomość. Nie słyszał odpowiedzi Yeshuy:
- Zaprawdę... powiadam ci, dziś ze mną będziesz w raju...

Słońce miało osiągnąć porę zenitu, gdy zaczęło się nagle zaciemniać. Tłum ogarnęło przerażenie. W parę chwil z jasnego dnia, nastała noc.
Jezus zawołał głośno:
- Eloi! Eloi! Lema sabachtani?!!!
Ziemia zaczęła drżeć a gdzieniegdzie nawet pękać. W oddali potężny piorun uderzył w dach świątyni. Motłoch rozbiegł się we wszystkie strony, zostali tylko najbliżsi z rodziny Jonatana i przyjaciele Jezusa oraz żołnierze.
Yeshua odezwał się:
- Pragnę... - nie zdołał dokończyć, musiał odpocząć. Któryś z żołnierzy, myśląc, że jest spragniony, podał Mu gąbkę zmoczoną w occie.
Czując nieprzyjemny zapach i piekący smak na spierzchniętych ustach, powiedział:
- Wykonało się! - ostatni raz wziął głęboki oddech, głowa opadła na pierś. Umarł...


***
"...Wiemy, żeś zmartwychwstał, że ten cud prawdziwy. O Królu Zwycięzco, bądź nam miłościwy!"
Być może, trzeba by było dopisać ciąg dalszy,ale... Każdy z nas wie, że:
JEZUS ŻYJE!
Tylko od Nas samych zależy, czy zechcemy tę Dobrą Nowinę przekazywać Wszystkim Naszym Braciom i Siostrom...

czwartek, 5 grudnia 2013

Przyjaciel... cz.13

Dla zmęczonych ludzi prowadzonych na śmierć, sama droga wydawała się mordęgą. 
Jonatan próbował iść blisko Jezusa, ale żołnierze odepchnęli go na taką odległość, by jeńcy nie mogli się ze sobą porozumiewać. Tylko jeden z więźniów zachowywał się tak, jak gdyby, to co go spotkało, było niewspółmierne do jego uczynku. Głośne, obelżywe słowa kierował do wszystkich spotykanych ludzi, do współwięźniów i do swojej rodzicielki...
***
Stary Joshua i Sophia szli w tłumie, towarzyszącemu skazanym. Oboje płakali i modlili się za Jonatana i ich Nauczyciela. Obok nich szli także Jan Apostoł i Miriam, Matka Yeshuy. Pośród tych wszystkich wrogo nastawionych ludzi, w wielkim skupieniu, podążali rozproszeni uczniowie i Apostołowie, oprócz jednego...

Judasz otrzymawszy pieniądze za tak dobrze wykonane zadanie, wyszedł z pałacu Kajfasza. W dali zobaczył mnóstwo gapiów, zaciekawiony zbiegowiskiem, poszedł sprawdzić, co za wydarzenie skupiło na sobie uwagę mieszkańców Jerozolimy. Odtrącał na boki cisnący się motłoch, aż wreszcie udało mu się przedostać do drogi. Czekał znudzony parę godzin, na atrakcję, która wzbudziła zainteresowanie tak wielu. Wreszcie, doczekał się...
Oto potykając się o własne, zmęczone nogi, z rękoma przywiązanymi do pala na plecach, szedł...ON...
Zadrżał. Nie, nie ze strachu o Jezusa, ale o siebie. Gdyby Pan go teraz zobaczył, na pewno wydałby go żołnierzom, za sprowadzenie kohorty do Getsemani. Musiał uciekać, żeby Yeshua nie dojrzał go w tej ciżbie. Pobiegł z powrotem do arcykapłana. Wpadł do sali, gdzie tamten przebywał i wrzasnął:
- Czemu mi nie powiedziałeś, co chcesz uczynić z Nazarejczykiem?! Oszuście!
- Jak śmiesz?! Nie, ja nie jestem oszustem, za to z ciebie jest zdrajca! Tak bardzo chęć zysku zamąciła ci w głowie, że nie tylko Jego byś wydał, ale wszystkich pozostałych, gdyby mi zależało! Spójrz na siebie!!! - obrócił ku niemu ogromne złote lustro. Twarz Judasza przybrała w nim straszny, demoniczny wyraz. Zasłonił oczy przed samym sobą. Kajfasz zaśmiał się szyderczo.
- Ha! Twój obraz cię przeraża! Lustro nie kłamie, pokazuje jaki jesteś w rzeczywistości! Wydobywa twoją parszywą duszę! PRECZ!!!
Wyszydzony Apostoł rzucił na ziemię sakiewkę. Do uszu arcykapłana dobiegł głos:
- Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną!!!
Biegł, ile tylko miał sił przed siebie, byle dalej od skazanego na śmierć Mistrza, Apostołów i arcykapłana! Byle dalej od siebie samego... W głowie tylko jedna myśl: "Zakończ to, nim ktokolwiek z zemsty, podniesie na ciebie rękę! Zakończ życie, nie pozwól żebyś skończył jak twój Nauczyciel!"
Samotne, uschłe drzewo, sznur opasujący jego biodra i chęć uniknięcia konsekwencji za swój czyn, wystarczyły, żeby popełnić samobójstwo. Po kilku minutach, jego ciało poddało się i skonał, wisząc na konarze...

środa, 4 grudnia 2013

Przyjaciel... cz.12

To nie był dla Piłata dobry dzień. Odesławszy skazańca na pręgierz, otrzymał wiadomość od swoich przybocznych, że Kajfasz ma następnego zbrodniarza i domaga się by został stracony razem z Nazarejczykiem.
- Co ten Kajfasz sobie myśli? - odezwał się do dowódcy. - Przysyła mi tych, którzy są mu niewygodni a ja odwalam za niego brudną robotę! Mam dość takich sytuacji!
Jego kaci przyprowadzili Jezusa. Zauważył, że więzień ma na głowie wieniec z cierniowych gałęzi.
- A to, co to ma znaczyć?! - zapytał sługi, wskazując kolczastą koronę.
Nie otrzymał odpowiedzi, żartownisie wycofali się szybko, wracając na plac.
Nie miał odwagi zadać Mu jeszcze jakichś pytań, wygląd pojmanego był straszny. Całe Jego ciało przypominało obdarte ze skóry, u stóp tworzyły się niewielkie kałuże krwi, kiedy stał przed namiestnikiem. I jeszcze ta cierniowa korona... Poncjusz skinął na żołnierza, zabrał mu płaszcz i okrył nim okaleczone plecy Mistrza. Yeshua zacisnął powieki ale nie krzyknął z bólu. Namiestnik skinął na Niego aby podszedł. Kiedy ukazał się w zasięgu wzroku rzeszy, ten sam wrzask podniósł się od nowa:
- Ukrzyżuj!!!
Piłat, wskazał Jezusa i zapytał:
- Waszego króla mam zgładzić? To król wasz! Ecco Homo!!!
Tłum wrzał. Nic nie mogło zaspokoić żądzy krwi, jaka ogarnęła motłoch.
- Weźcie Go i sami ukrzyżujcie! Ja mam dziś jeszcze inne wyroki, nie mam czasu na waszego Króla!
Do Lithostrotos podszedł jakiś arcykapłan i krzyknął:
- Nam nie wolno nikogo zabijać! Daj moim ludziom żołnierzy i nakaż im, by zrobili co trzeba.
Prefekt podniósł rękę i zaległa cisza.
- Zapomnieliście już, że mam prawo uwolnić wskazanego przez was więźnia?! Pytam waszych przełożonych i starszych Sanhedrynu - kogo uwolnić? Barabasza czy Jezusa?
Był pewny swego, że nie zechcą wyzwolenia mordercy. Nagle pojął jak bardzo się mylił.
- Barabasza! Uwolnij Barabasza! - zawołali wszyscy jak jeden.
- Co zatem z Nazarejczykiem? - zapytał, chociaż nie musiał. Wiedział co usłyszy...

***
Przyszli po niego strażnicy. Dwóch z nich brutalnie pozbawiło go ubrania i związanego wyprowadzono na ulicę. Oślepiające słońce na moment poraziło jego oczy, ale kiedy je otworzył, ujrzał dwóch innych więźniów. Pierwszy był ubrany w przesiąkniętą krwią tunikę, a stojący nieopodal mężczyzna był nagi tak jak Jonatan.
Czekano na coś... Zaprzęg osłów, prowadzony przez żołdaka, przyciągnął trzy spore pale. Każdy ze skazańców został obarczony jednym z nich. Belkę mocowano na wysokości ramion, które rozprostowane, przywiązywano w dwóch miejscach do drzewa. Kiedy nałożono ów ciężar człowiekowi  w krwawej szacie, Jonatan zobaczył Jego twarz.
- Rabbi...- zawołał półgłosem.
Spuchnięte powieki Jezusa drgnęły na dźwięk znajomego głosu, usta poruszyły się:
- To ty...pr...y...lu? - Jonatana doszły urywki zdania.
Wśród kohorty powstało zamieszanie. Mężczyzna wszczął bójkę z jednym ze strażników. Nie chciał dźwigać swego narzędzia kary. Zbrojni potrafili poradzić sobie w takich przypadkach doskonale. Powalili buntownika na ziemię i w tej pozycji przygnietli go belką do podłoża, przywiązując do niej. Postawili jeńca na nogi i ruszono na przód.

wtorek, 3 grudnia 2013

Przyjaciel... cz.11

Piotr rozglądał się niepewnie dokoła, bał się, że ktoś jeszcze oprócz tamtych ludzi może go rozpoznać. Wciąż miał wrażenie, iż nie tylko on przygląda się otaczającym ludziom ale, że oni wszyscy śledzą każdy jego ruch. Postanowił nie odsłaniać twarzy. Udawał, że przyszedł się ogrzać, w rzeczywistości chciał podejść jak najbliżej, aby przysłuchać się o czym rozmawiają w sali gdzie przetrzymywano bezprawnie Yeshua.

Annasz, do którego przyprowadzono pojmanego Jezusa, zadawał na początku pytania o to, co takiego było w Jego nauce, że gromadziły się większe tłumy niż na chrzcie Jana. Nie omieszkał też zaspokoić swojej ciekawości, pytając po co zebrał sporą grupę towarzyszy.
- Wielu twoich sług słyszało moje wypowiedzi i nauki, które głosiłem, nie mówiłem nikomu nic potajemnie, wszystko było jawne. Zapytaj ich. - powiedział Pan.
W tym samym momencie, ktoś ze służących z całej siły uderzył Nauczyciela w twarz. Piotr widział tego mężczyznę wiele razy, jak przysłuchiwał się Jezusowi i zadawał Mu pytania odnośnie kazań. Widocznie człowiek ten bał się, że Yeshua zacznie wskazywać po kolei, kto był obecny w czasie nauk. Chciał Go po prostu uciszyć...
Więzień również rozpoznał bijącego.
- Jeśli źle powiedziałem, udowodnij co było złego. - spojrzał na swego oprawcę bez strachu. - A jeśli dobrze, to dlaczego mnie bijesz?
Mężczyzna tak skory na początku do zadawania ciosów, zbladł teraz. Patrzył zaskoczony na Rabbiego, a nie mogąc znieść Jego spojrzenia, wyszedł z pałacu Annasza.
Annasz zakończył przesłuchanie, kazał żołnierzom zabrać Nazarejczyka do Kajfasza.
Piotr widział i słyszał wszystko dokładnie, ale gdy wyprowadzano Nauczyciela, stało się coś, co zmroziło mu krew... Usłyszał pierwsze pianie koguta... Dwa następne, przywołały w pamięci słowa Pana: " - Nim kogut trzy razy zapieje, ty wyprzesz się tego, że mnie znasz."
Spojrzenia Mistrza i Piotra spotkały się... Apostoł również nie zdołał wytrzymać wzroku swojego Pana, uciekł w noc, szlochając głośno.
***
Jonatan usilnie starał się nie okazywać lęku nawet przed samym sobą. Chciał mieć nadzieję na wyzwolenie do końca, choćby miał to być koniec straszny. Modlił się do Boga własnymi słowami:
- Jahwe, znasz mój strach i uczucie samotności w tym lochu. Możesz wszystko, a ja na wszystko się godzę. Proszę Cię o siłę, bym umiał pójść za Twoją wolą, abym się nie lękał... nawet utracić me życie...

Joshua z córką wrócili do Getsemani, lecz nie zastali tam już nikogo. Chodząc po ulicach Jeruzalem, wypatrywali znajomych twarzy Apostołów i uczniów. Wreszcie los się do nich uśmiechnął, oto drogą do pałacu Piłata szedł Tadeusz. Podeszli do niego.
- Gdzie są wszyscy? - zagadnął go Joshua.
Apostoł przystanął. Utkwił wzrok w czubkach bosych stóp i milczał uparcie. Sophia powtórzyła pytanie ojca. Podniósł na nich zapłakane oczy. Spojrzeli na niego zdziwieni.
- My nie powstrzymaliśmy tej bandy...! - powiedział przez łzy. - Nie byliśmy w stanie nawet się poruszyć, strach całkowicie nas sparaliżował! Pojmano Mistrza i zaprowadzono tam...- wskazał wystawny pałac Piłata.
- Pójdźmy i my za Nim, posłuchamy i zobaczymy co da się zrobić! - powiedział z przekonaniem starszy człowiek.
Poszli razem na plac przed budowlą, na którym zbierały się już tłumy ludzi.

Piłat wysłuchał Jezusa, wstał i obwieścił zebranym:
- Nie znajduję winy w tym Człowieku!
Jednak motłoch nie był zadowolony ze werdyktu zwierzchnika. Zaczął głośno skandować:
- Na śmierć! Na śmierć!
Poncjusz już wiedział, że nic tak nie zadowoli tłumu, jak tylko wydanie wyroku, którego żądają.
- Ubiczuję Go, a jeśli przeżyje - uwolnię!
Ryk jaki wzniósł się po tych słowach był ogłuszający, ale Piłat nie ustąpił tak łatwo. Kazał wyprowadzić jeńca na dziedziniec.
Obnażono Yeshuę i przykuto Mu ręce do pala, sięgającego dorosłemu mężczyźnie do uda. Ciało Jezusa zgięte w pałąk, wystawione było na ciosy biczów. Kaci zmieniali się co dwadzieścia uderzeń, a chłosta trwała i trwała... W którymś momencie, Pan osunął się, uderzając czołem o trzymający Go pręgierz. Rzymianie zaśmiali się, nie przerywając kaźni. Kiedy wrócił namiestnik, widząc pod batami swoich żołnierzy nadal żyjącego Jezusa, rozkazał zaprzestać chłosty. Uwolnili zamęczonego Nauczyciela, który przez dłużą chwilę nie dawał oznak życia...

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Przyjaciel... cz.10

Tymczasem w lochach pałacu arcykapłana Kajfasza...

Zimne,mokre pomieszczenia, cuchnące zgnilizną odstręczały nawet najtwardszych zbrodniarzy. Jonatan przysunął się do ojca, widząc jak drży z zimna.
- Ojcze, mogłeś zostać tam na górze... Może nawet dał byś radę wszystkich ostrzec... A teraz jest już za późno...- objął ramiona rodzica. Siedzieli przytuleni do siebie, milcząc.
Joshua nagle odezwał się do syna:
- Sądzę, że któryś z nas powinien jakoś załagodzić całą sprawę, porozmawiać z Kajfaszem. Spróbujesz Jonatanie?
Chłopak zastanowił się przez chwilę.
- Dobrze... nie wiem, czy to dobry pomysł, jednak spróbować warto...- wiele wątpliwości kłębiło się w jego umyśle.
Usłyszeli hałasy na stopniach wiodących do podziemi. Śmiech zdawał się być dla obu znajomy.
- Oh, dziękuję szlachetny młodzieńcze! - słodkim głosem przemawiała do sługi Sophia. - Możesz poprosić swego pana, by wypuścił na wolność mojego ojca i brata?
- Ja...ja pójdę, spytam arcykapłana, zaczekaj tu...- mężczyzna zawrócił do komnat, a tymczasem dziewczyna zbliżyła się do krat. Poderwali się zaraz do niej i ze łzami w oczach tulili Sophię do siebie.
- Przyszłam was uwolnić. - powiedziała już całkiem poważnie.
- Skąd wiedziałaś, gdzie nas szukać? - zapytał ją Jonatan.
- Wyruszyliście w nocy do miasta, widziałam was. Szłam w pewnej odległości za wami... i potem... potem słyszałam jak Judasz rozmawiał z dowódcą straży i sługami świątynnymi... Nie wiedziałam co robić! Przedostałam się do pałacu kiedy was właśnie wyprowadzano. I wtedy postanowiłam zostać, żeby wam pomóc. - przerwała. Wracał służący z wiadomością od Kajfasza.
- Tu jesteś! - zawołał na widok młodej kobiety. - Nie mam dobrej wieści panienko. Mój pan, powiedział, że wypuści starca, ale twój brat ma zostać tutaj...
- Nie! - zaprotestowała. - Mają być wolni obaj albo... albo, poskarżę się w Sanhedrynie! - zagroziła.
- Nic z tego, Sanhedryn cię nie wysłucha, a przynajmniej nie dziś. Będą sadzić Nauczyciela-Cudotwórcę! A teraz, wypuszczę twojego ojca.
Sophia miała w oczach łzy, Jonatan pożegnał się z nimi bez słowa. Joshua poklepał syna po ramieniu.
- Wyswobodzimy naszego Mistrza i ciebie, zobaczysz!
Ogromna krata zatrzasnęła się z hukiem. Dziewczyna z ojcem zniknęli za kamiennym murem. Zamknęły się za nimi drugie, żelazne drzwi. Jonatan poczuł kilka gorących strużek na swoich policzkach. Otarł je szybko, ale już następne wymknęły się spod piekących powiek...

niedziela, 1 grudnia 2013

Przyjaciel... cz.9

Ranek zaczął nieśmiało zdzierać zasłonę mroku. Na wschodzie pojawiły się pierwsze jaśniejsze chmury. Anioł odszedł...
Jezus dźwignął się z kolan. Otarł twarz, wyprostował się i skierował swe kroki do wyjścia.
Jego Apostołowie jeszcze spali.
- Śpicie jeszcze i odpoczywacie? - dotknął ramienia Jana. Zbudził się ale nie miał zamiaru się podnieść. Dwaj pozostali, też nie kwapili się do tak wczesnego wstawania. Yeshua podał rękę Jakubowi, mężczyzna wstał, przeczesał palcami włosy, przygładził ubranie. Szturchnął swoich przyjaciół.
- Hej, pobudka! - nachylił się nad Piotrem.
- Wstańcie, chodźmy! - pospieszył ich Pan. - Zbliża się mój zdrajca! - dodał, wysuwając się na przód, przed Apostołów.
Dostrzegli zapalone pochodnie i sporą grupę żołnierzy, a pośród nich...
W Piotrze zawrzała krew, Jan z Jakubem bladzi z przerażenia, stanęli po dwóch stronach Nauczyciela, by w razie niebezpieczeństwa móc Go ochronić, chociaż sami trzęśli się ze strachu.
- Judasz...-syknął wściekle Piotr. Zdrajca minął go bez słowa i zbliżył się do Yeshuy. Drogę zastąpili mu bracia. Zatrzymał się, ale nie cofnął. Jezus odezwał się:
- Kogo szukacie?
Żołdacy nabrali pewności siebie, widząc czterech nieuzbrojonych ludzi. Podeszli za Judaszem dość blisko. Któryś z nich odpowiedział na pytanie:
- Yeshua z Nazaretu.
Rabbi wyszedł zza osłaniających Go przyjaciół.
- To ja jestem.
Słysząc, że wymawia imię Boga, słudzy świątynni, pokłonili się do ziemi. Wtedy Judasz zrobił coś dziwnego... Stojąc blisko Pana, ucałował Jego policzek, i natychmiast wmieszał się w tłum kohorty. Piotr, obserwował go. Po kryjomu wydobył miecz, zamierzył się na Iskariotę, ale ten był szybszy. Zanim miecz na niego opadł, zdążył pchnąć pod obnażoną klingę jakiegoś człowieka. Ostrze musnęło głowę nieszczęśnika, pozbawiając ucha. Nieludzki krzyk rozdarł poranną ciszę.
- Szymonie! Schowaj miecz! - usłyszał, niemal brzmiące jak rozkaz słowa Jezusa.
- Zbliż się Malchosie. - przywołał rannego do siebie. Kiedy podszedł, Mistrz wziąwszy leżące w pyle ścieżki ucho, przyłożył je na zranione miejsce, uzdrawiając go. Następnie odezwał się do przybyłych:
- Powiedziałem, ja jestem Jezus, którego szukacie, pozwólcie odejść moim Apostołom...
Nie zwracali uwagi ani na Jego prośbę, ani też na trzech towarzyszy Nauczyciela. Brutalnie zarzucili Mu pętlę na szyję, potem związali tym samym powrozem ręce. Koniec sznura pozostał długi aby mogli ciągnąć Go za sobą. Potrafili okazać pogardę, sprawiało im to nieludzką satysfakcję. Bezradni Apostołowie widzieli jak potraktowano Pana, ale ich własny strach sparaliżował skutecznie wszelkie chęci pomocy ukochanemu Nauczycielowi...

sobota, 30 listopada 2013

Przyjaciel... cz.8


Nawet obecność Bożego posłańca nie ukoiła rozdzierającego bólu, jaki przeżywał Jezus... Bladą twarz pokrywały strugi krwi, ciało drżało w przeczuciu niebezpieczeństwa. Apostołowie spali, choć ich zapewnienia, że wytrwają z Nim do końca, były bardzo żarliwe i wypowiedziane od serca.

Joshua i jego syn poszli szukać Judasza. Rozglądali się czy nie napotkają go przypadkiem na drodze do Jerozolimy, ale nikogo nie było widać. Już w mieście, ośmielili się zapytać dwóch rabbich, stojących na ulicy, czy nie widzieli samotnego mężczyzny. Jeden z nich odparł, iż mijał go ktoś, podobny do opisywanego, wskazał kierunek w którym poszukiwany się udał. Jonatan i jego ojciec podziękowali i udali się za Apostołem.
- Ojcze, co Judasz chce zrobić? Jest noc, nigdy nie mięliśmy aż tak pilnych spraw, by załatwiać je późną porą...
- Jonatanie, któregoś razu, byłem na rynku z Judaszem. Podszedł do mnie i powiedział, że ma sprawę do arcykapłanów, którzy byli obecni przy przepędzaniu handlarzy ze świątyni. Wspominał coś, że chce im wszystko wyjaśnić, czy jakoś tak... Wtedy, prawdę mówiąc, nie miałem pojęcia, iż te spotkania mogą mieć inne przyczyny. Gdy jednak nasz ukochany Rabbuni, powiedział, że ktoś z nas Go zdradzi, przyszedł mi do głowy właśnie on... Chodźmy, może nie jest za późno!- Joshua przyspieszył kroku.
Uczniowie weszli do przedsionka pałacu arcykapłana Kajfasza. Dobiegły ich strzępy głośnej rozmowy.
- To on!!! - zbyt głośno powiedział chłopak.
Straszy mężczyzna położył palec na ustach. Przemknęli za gruby filar, potem za następny. Strażnicy pałacowi byli rozstawieni w dość dużej odległości od siebie. Niezauważenie przedostali się do sali głównej. Usłyszeli dialog:
- ...szedł do Ogrodu Getsemani, są tam trzej moi bracia.
- Jesteś pewien, że tylko trzej? - upewnił się dowódca.
- Eee... - zająknął się zdrajca. - Chyba, chyba poszedł tam też taki starzec... - dodał niepewnie.
Joshua nie wytrzymał. Wyszedł z ukrycia i podszedł do Judasza.
- Mylisz się Judaszu! Jestem tu!
Apostoł wystraszył się. Tuż za nim stał Jonatan. Iskariota obejrzał się i zasłonił przedramieniem przed nagłym ciosem młodzieńca. Kajfasz z wojskowym chwycili chłopaka za ręce i boleśnie wykręcili do tyłu.
- Straż! Zabrać obydwu do lochów! - krzyknął szanowny gospodarz.
- Nie! Zostawcie mojego ojca, nic złego nie zrobił! - na próżno usiłował oswobodzić się z silnego uchwytu. - Tato, obiecaj, że nie powiesz co tu widziałeś i słyszałeś, muszą cię wypuścić!
- Milcz! Po czyjej stronie jesteś?! - zganił syna Joshua. Jego też pochwycono. Słudzy zabrali obu do ciemnych lochów pod pałacem.
W sali kontynuowano spisek...

czwartek, 28 listopada 2013

Przyjaciel... cz.7

Po spożyciu Paschy, spotkali się wszyscy pod Górą Oliwną. Nie mięli pochodni, znali drogę, ponieważ Jezus, po nauczaniu w świątyni, dużo czasu spędzał na wieczornej modlitwie w ogrodzie na szczycie Góry. To było wyjątkowe miejsce.
Teraz polecił im zaczekać u stóp góry, tylko Piotr, Jan i Jakub poszli z Yeshua. Nikt nie przeczuwał niebezpieczeństwa.

Pan z Apostołami wszedł do Getsemani i powiedział:
- Proszę, usiądźcie tu i starajcie się czuwać... Módlcie się byście nie ulegli senności... Gdyby coś się miało wydarzyć, zawołajcie mnie...
Dały się słyszeć szybkie kroki na ścieżce. Odwrócili się zaciekawieni. To stary Joshua przyszedł do Mistrza. Teraz niepewny, czy dobrze zrobił, stał za trójką Apostołów, lekko zmieszany.
Piotr odezwał się:
- Miałeś być na dole... proszono cię o to.
Jan wziął mężczyznę w obronę:
- Przestań... Joshua jest też uczniem Pana, niech zostanie.
Yeshua milczał. Jan dostrzegł, że jest przygnębiony i bardzo blady.
- Nauczycielu, czy coś się stało?
Ciche westchnienie, jakby szloch wydobyło się z ust Pana.
- Smutna jest moja dusza aż do śmierci... Czuwajcie tu i módlcie się, ja pójdę tam, do ogrodu i pomodlę się na osobności...
Joshua usiadł w połowie ścieżki wiodącej do centralnej części oliwnego gaju.Czuwał.
Jezus czuł wewnętrzny ból, tak silny, że na twarz wystąpiła krew nie pot. Jako Syn Jedynego Boga, wiedział co szykują ludzie za jego dobroć i czyny pełne miłości. Wiedział i... bał się...
Próbował ubrać w słowa modlitwy, to co odczuwał całym sobą, ale te wszystkie emocje zmuszały Go niejako do milczenia... Udręka stawała się ponad Jego człowiecze siły. Podniósł się i omal nie przewrócił na ziemię, był słaby.
Przyszedł do Apostołów. Ich widok, rozciągniętych na trawie, śpiących spotęgował strach. Nie mógł liczyć nawet na najbliższych Mu towarzyszy. Mijany starzec, spał także. Nie budząc nikogo, odszedł w to samo miejsce. Pokornie pochylił się do ziemi.
- Abba... Jeśli chcesz, oddal ode mnie ten kielich... Nie moja wola, ale Twoja niech się stanie...
Ojciec nie pozostał głuchy na modlitwę ukochanego Syna. W Getsemani, w miejscu, gdzie klęczał Yeshua błyszczał blask Anioła, który przyszedł pocieszyć Mistrza. Trwali tak dłuższy czas.

Tymczasem Jonatan obudził swego ojca.
- Ojcze nie ma Judasza! Ojcze obudź się!
- Jako to?! Co?! - przeraził się krzyku strzec.
- Judasz zniknął! - Jonatan był pełen obaw. - Jakub, Piotr i Jan zignorowali mnie, i zasnęli ale my musimy działać!!!
Natychmiast poderwał się z ziemi. Wyszli zostawiając śpiących Apostołów.

środa, 27 listopada 2013

Przyjaciel... cz.6

Zaraz też, gdy przekroczyli wejście do miasta, nadbiegło jeszcze więcej ludzi, wychwalających i radujących się z przyjazdu Jezusa. Wszyscy rozpowiadali, że oto wielki Prorok przybył do Jerozolimy.
On zsiadł z osiołka i polecił Joshua i Jonatanowi,odprowadzić zwierzę jego gospodarzom. Zabrali więc oślę i poszli.

Nauczyciel skierował się do świątyni. Wszedł tam a widząc kupców i bankierów, wpadł w gniew. Z postronka, którym przywiązano wołu ofiarnego zrobił solidny bat. Zwolnił z uwięzi inne woły, wypuścił gołębie i owce. Wygonił handlarzy i kupujących a stoły i ławki przewrócił na ziemię, rozrzucone monety toczyły się we wszystkich kierunkach.
- Zabierajcie się z tym! Świątynia jest domem Boga i miejscem modlitwy, a wy czynicie z niej jaskinię zbójców!
 Cały zgiełk sprowadził podenerwowanych arcykapłanów. Wielce oburzeni tak niestosownym zachowaniem, zaoponowali głośno. Również uczeni w piśmie, zainteresowali się haniebnym w ich oczach, czynem Yeshuy.
- Jakże to tak?! Dlaczego i jakim prawem, zabraniasz tym oto, uczciwie zarabiać na życie?
- Czyż nie jest napisane: "Mówi Pan: Mój dom, ma być domem modlitwy."? A wy pozwalacie im czynić to, czego nie wolno!
Odeszli, rozważając, jak pojmać i uwięzić Jezusa, za nonszalanckie postępowanie. Yeshua nauczał w świątyni do wieczora.
Kiedy przyszli jego Apostołowie, poszli do przyjaciół do Betanii aby tam nocować.

wtorek, 26 listopada 2013

Przyjaciel... cz.5

W Jerycho.

Zacheusz był bardzo hojny, oddał majątek biednym i tak jak stał poszedł z Jezusem. Jego przyjaciele byli wielce zbulwersowani i nie omieszkali rozpowiedzieć rodakom, co takiego zrobił. Całe Jerycho trzęsło się od plotek. On nie przejmował się wcale, całkowicie zaufał Nauczycielowi. Joshua był pod wielkim wrażeniem tak śmiałego postępowania. Polubił nowego ucznia.
Nim doszli do Jeruzalem, Pan zatrzymał się by nauczać. Tłum był dokoła nich, a wszyscy cisnęli się aby dotknąć szat, a nawet znaleźć się w cieniu Yeshuy, wierząc w Jego moc uzdrawiania.
Mistrz zapytał otaczający ich lud:
- Jak myślicie, Królestwo Boże nastanie wraz z godnością królewską, którą tak bardzo chcecie mi nadać? Otóż przyjaciele, posłuchajcie tej przypowieści... Był pewien szlachcic, wielce zamożny. Któregoś dnia przywołał swoje sługi i rzekł im: "- Daję wam dziesięć min, niech każdy z was pomnoży je według swego uznania. Zwrócicie mi je kiedy wrócę jako wasz król." Lecz pomimo tak wielkiego zaufania do swoich podwładnych, jego słudzy a nawet współobywatele, nienawidzili swego zwierzchnika. Gdy wyjechał, posłano za szlachcicem człowieka z oświadczeniem: " Nie chcemy, aby ten panował nad nami." Szlachcic otrzymał godność królewską i powrócił do swego miasta. Sprawiedliwie rozsądził swoich służących. A ludzi, którzy byli przeciw temu, by został władcą, rozkazał ściąć...
Tłum słysząc zakończenie nauki, począł szeptać... Nie słyszano bowiem, tak mocnych słów z ust Pana. A Jezus przeszedł pośpiesznie między ludźmi i sam szedł w kierunku Jerozolimy. Zdziwienie ogarnęło Apostołów i uczniów, pobiegli za Nim, dorównując Mu kroku.

W Jeruzalem.
Przed miastem, Yeshua poprosił Jonatana i Joshuę o przyprowadzenie osiołka.
- Tu nie ma żadnych osłów Mistrzu...- powiedział Jonatan zdziwiony.
- Pójdźcie do wsi, tam nieopodal bramy wjazdowej będzie mała zagroda. W niej pasą się dwa osły. Przyprowadzicie młodego osiołka, a jeśli jego właściciel upomni was, odpowiedzcie: "- Pan go potrzebuje."
Mężczyźni poszli i zastali wszystko to, o czym mówił Mistrz. Przyprowadzili oślę i okryli je swoimi płaszczami. Pan dosiadł go i ruszyli do Jerozolimy. Joshua czuł ogromną radość w sercu, zaczął śpiewać a do niego przyłączyli się pozostali:
- Błogosławiony Król,
który przychodzi w imię Pańskie!
Pokój w niebie
i chwała na wysokościach! Błogosławiony nasz Pan i Król!!!

Donośne głosy grupy uczniów i Apostołów niosły się daleko. Zaciekawiło to faryzeuszy stojących na drodze wiodącej na szczyt Góry Oliwnej. Dotarły do nich słowa pieśni i nagle, pełni oburzenia, wstrzymali przechodzących.
- Co tu się dzieje?! - krzyknął jeden z odważniejszych przedstawicieli żydowskich, stając po środku przejścia. - Czemu Twoi uczniowie bluźnią? Zabroń im tego śpiewu! Tak się nie godzi zachowywać przed murami świętego miasta!
Mistrz nie zsiadł z oślęcia, poczekał spokojnie kiedy faryzeusz skończy swoje krzyki i odezwał się uprzejmie:
- Jeżeli każę im umilknąć, zaczną śpiewać kamienie leżące na drodze...- delikatnie spiął boki wierzchowca, nie wdając się w dyskusje.
Posiwiały nauczyciel kipiał w środku z bezsilnej złości.
- Jak On śmie! Nie wie z kim rozmawiał? - podszedł do swoich przyjaciół, uskarżając się na brak szacunku ze strony Młodego Kaznodziei z Nazaretu...

poniedziałek, 25 listopada 2013

Przyjaciel... cz.4

Rok później.
Mijały dni... Każdy wypełniony naukami Yeshuy, długimi podróżami i krótkimi przerwami na odpoczynek. Mogłoby się wydawać, że takie życie jest nieciekawe, słuchać mów młodego człowieka i być narażonym na docinki i pośmiewisko faryzeuszy i innych zacnych ludzi. Joshua i dwójka jego dzieci, doskonale odnaleźli się jako uczniowie Nazarejczyka - jak nazywali Yeshua, uczeni w piśmie.

Z nastaniem świtu, ruszyli dalej. Apostołowie szli pierwsi za nimi Pan a grupa uczniów i kobiet szła tuż za Nauczycielem. Joshua podszedł do Mistrza.
- Panie, czy coś Cię gnębi? - zagadnął z troską. Zauważył, że Młodzieniec, kiedy szedł sam, miał zamyślony i smutny wyraz twarzy.
Jezus uśmiechnął się, ale w Jego oczach widać było smutek.
- Dziękuję za twoją troskę, przyjacielu... Niedługo dotrzemy do Jerozolimy...
- Ach... Panie, czy nie mówiłeś, że grozi tam Tobie niebezpieczeństwo?
Nie odpowiedział, Jego uwagę zaprzątnęli jacyś ludzie. Patrzył w ich kierunku, bez strachu czy odrazy. To przechodzili trędowaci. Wszyscy Jego towarzysze zatrzymali się i czekali na to, co zrobi Pan.
Z oddali dał się słyszeć krzyk chorych, nie mogli zbliżyć się, gdyż zabraniało im prawo. Wołali dość głośno, aby Yeshua ich słyszał:
- Heej!!! Poczekajcie!!! Nauczycielu! Mistrzu, zlituj się! Od miesięcy jesteśmy wyklęci z naszych miast i rodzin... Błagamy, ulituj się!
Jezus odpowiedział:
- Idźcie, pokażcie się kapłanom. - patrzył jak po kolei, potrząsając prowizorycznymi kołatkami przechodzą dalej. Już nie wołali. Jakby zawiedzeni tym, że Uzdrowiciel nic nie uczynił.
Apostołowie z uczniami również ruszyli w drogę, tylko Joshua niepewnie, przestępował z nogi na nogę. Zadał pytanie Panu:
- Mistrzu, a co z tamtymi? - jako szanujący się Żyd, nie powiedział "trędowatymi", te słowo samo w sobie było nieczyste.
- Nasi przyjaciele są w drodze do swoich domów...- odparł Nauczyciel.
- Ale oni... nie mogą...- starszy człowiek nie rozumiał.
Jezus położył mu rękę na ramieniu i wyjaśnił:
- Otrzymali według ich zawierzeniu we mnie...
Kiedy zatrzymali się na odpoczynek, Yeshua odszedł od swoich przyjaciół. Nikt za Nim nie poszedł, ani nie spytał dokąd idzie, wiedzieli, że te chwile samotności są dla Mistrza ważne a modlitwa jest cenniejsza niż pożywienie...
Ktoś jednak zakłócił Panu spokój modlitwy. Biegł do Niego ostatkiem sił, zatrzymał się przed Jezusem i upadł Mu do stóp.
- Dziękuję... - zdołał wydobyć ze ściśniętego gardła. Kiedy pomogli mu wstać, miał kurz przyklejony do twarzy w miejscu płynących łez.
Yeshua był wzruszony.
- Pamiętacie, było ich dziesięciu, wołających o litość... Nie ma ich...- zauważył ze smutkiem. Zwrócił się do uzdrowionego Samarytanina:
- Twoja wiara cie uzdrowiła, idź w pokoju...
Otarł już twarz, wdzięczny Jezusowi za zdrowie, odchodząc wychwalał Go w pieśniach.
Nim zapadł zmierzch, zdołali przejść jeszcze kilka kilometrów, chociaż do celu podróży było jeszcze sporo drogi do pokonania...

niedziela, 24 listopada 2013

Przyjaciel... cz.3


Wracał do domu szczęśliwy jak nigdy dotąd. Jego radość miała wiele powodów, Yeshua, młody Nauczyciel poprosił jego i Lewiego aby towarzyszyli Mu jako uczniowie. Lewi od razu przystał na prośbę Mistrza, ale on musiał wrócić do dzieci, chciał im ofiarować zarobione na targu pieniądze i przekazać im dobre wieści.
Dolina Bet She'an była już niedaleko.

- Jonatanie! Sophio! Wróciłem! - zawołał od progu.
Na powitanie wybiegła córka.
- Shalom ojcze!
- Shalom, moja droga! A gdzie Jonatan?
- Jest jeszcze na polu...- w jej głosie zgasła radość.
- Czy stało się coś złego? - spytał zaniepokojony.
- Kiedy ciebie nie było, mieliśmy tu plagę szarańczy... Nasze plony zostały zniszczone... Teraz Jonatan musiał zająć się oraniem pola i sianiem nowego ziarna. Powiedział, że do zimy powinniśmy zdążyć ze zbiorem.
- Nie martw się, proszę Sophio. Na targu udało mi się sprzedać cały towar, więc macie pieniądze. A i wasz wuj Lewi podarował co nieco. Zobacz co tu mam.
Podeszli oboje do ławy, oparł na niej tobołek, który niósł ze sobą. Teraz rozwiązał płachtę i wykładał podarki od przyjaciela. Były tam bukłaki wina, mąka, przaśne placki, owoce... Córka była zaskoczona.
- Sophio, zapakuj mi cztery placki i trochę owoców, ja trochę odpocznę a potem pójdę do Jonatana, pomóc mu w pracy. W domu zaczerpnął do nowego bukłaka chłodnej wody i powiesił na ścianie przy wyjściu. Usiadł na niskim zydlu i westchnął.
"- Gdybyś był ze mną Panie, wiedziałbyś, że teraz nie mogę chodzić z Tobą jako uczeń. Muszę pomóc moim dzieciom."- przymknął na moment oczy.
Przyśnił mu się sen.
Oto był na polu ze swoim młodszym synem. Praca szła im z dużym trudem, choć wykonywali ją wspólnie. Aż do wieczora zeszło im obsiewanie. Byli obaj tak wyczerpani, że zostali na noc pod niskim zadaszeniem. Spali twardo. Obudziło ich dopiero jasne, południowe słońce. Przecierali zaspane oczy i nagle ujrzeli młodziutkie pędy posianych ziaren. Przed nimi było zielone pole, pełne rosnących nowych zbóż. Cieszyli się tak bardzo, że aż się przebudził.
"- Cóż za dziwny sen... Ciekaw jestem co może oznaczać?"- pomyślał.
Wstał szybko, wziął przygotowane jedzenie i poszedł na swoją rolę.

Po zakończeniu pracy, Joshua i jego syn, podziękowali Bogu za dobrze wypełniony obowiązek, po czym ojciec odezwał się do chłopca:
- Czy, gdybym ci powiedział, że Nauczyciel poprosił mnie abym Mu towarzyszył w Jego podróżach, co byś mi odpowiedział?
- Jan?
- Nie. Jan Chrzciciel, On... Herodiada podstępnie kazała Go zabić. Tak opowiedział mi Lewi...
- To jaki znów wolnomyśliciel? - dopytywał Jonatan.
- Ma na imię Yeshua. Widziałeś Go na chrzcie...
- To On jest teraz nauczycielem? A ty, ojcze masz być Jego uczniem?
- Tak.
- Moja siostra już wie?
- Nie, tobie pierwszemu powiedziałem. Co ty na to?
- Sądzę, że Sophia będzie tego samego zdania co ja... Ruszamy z tobą i twoim Mistrzem!
Był zbyt przejęty odpowiedzią udzieloną przez młodsze dziecko. Nie odpowiedział już nic, tylko chwycił nastolatka w objęcia i ucałował.
Miesiąc później.
Dowiedział się gdzie teraz przebywa młody Nauczyciel. Cała trójka przygotowała się do drogi. Joshua umówił się z pewnym gospodarzem, że w zamian za podwiezienie ich do Nazaretu dostanie ich pole. Mężczyzna oczywiście, zgodził się na taki interes.
Z Nazaretu było już blisko do Góry Tabor. Tam mogli spotkać Yeshuę i Jego Apostołów.
Odnaleźli ich bez trudu, tak jak wszędzie,tak też tutaj, Mistrz wzbudzał zainteresowanie ludzi. Widząc przed sobą ludzką masę, ominęli tłum i podeszli do Nauczyciela, wchodząc boczną ścieżką na szczyt.
- Shalom Panie! Oto moje dzieci. - przywitał się także ze wszystkimi przebywającymi na górze. Sophia i Jonatan witali się i odpowiadali na pytania.
Przed południem, Yeshua zaczął mówić do zebranych. Słowa, które usłyszano zdumiały wszystkich. Brzmiały jak modlitwa za nich wszystkich...
-Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. 
Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. 
Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. 
Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. 
Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. 
Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. 
Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. 
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. 
Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami. 

sobota, 23 listopada 2013

Przyjaciel... cz.2

Był w Galilei u swojego przyjaciela Lewiego. Bardzo lubił przyjeżdżać do miasta, sprzedawał wtedy różne naczynia i ozdoby wykonane przez Sophię a także plony ze swojego pola, uprząż zrobioną przez Jonatana. Za zarobione pieniądze mógł kupić leki dla siebie. Rodzeństwo nie wiedziało o jego dolegliwościach, a on nie chciał przysparzać im dodatkowych zmartwień. Lewi prosił go wiele razy, aby powiedział dzieciom, że choruje, ale Joshua miał na prośbę przyjaciela niepodważalny argument: "-Przyjacielu..."-powtarzał, ilekroć ten radził zdradzić tajemnicę. "-Moje dzieci, mają tylko mnie, matka obumarła ich, kiedy mięli po kilka lat. Nie chcę ich niepokoić tym, że i mnie może nagle zabraknąć..." I tak żył ze swoim sekretem, ciesząc się każdym dniem.
Któregoś dnia w mieście powstało zamieszanie. Wszyscy zdążali poza mury a z ust do ust przekazywano sobie wiadomość:
- Nauczyciel jest niedaleko! Chodźmy, zobaczmy Go! Może uzdrowi naszych chorych?
"- Uzdrowiciel?" - zaciekawił się. "- Może to jaki szarlatan, żąda dużo pieniędzy za jakieś czary-mary a człowiek nie wychodzi z choroby..." - bił się chwilę z myślami, jednak ciekawość zwyciężyła. Poszedł z ludźmi za miasto.
Na otwartej przestrzeni widać było ogromną liczbę słuchaczy, cisnęli się wokół niedużej wiaty, pod którą rolnicy układali plony. Pomyślał, że to Chrzciciel ma coś do powiedzenia ochrzczonym przez siebie ludziom. Przeciskał się przez tłum, aż udało mu się przedostać jak najbliżej mówcy. Jakież było jego zdumienie, gdy zamiast spodziewanego Jana Chrzciciela, pośrodku placu stał... tamten młody chłopak... Coś mówił, łagodny ton i spokojna postawa zjednywały Mu rzesze. Wsłuchał się w naukę.
- Odsunąć się natychmiast!!! - ktoś siłą próbował dostać się przed młodzieńca. Nikt nie odsunął się na żądanie przybywających.
Nie widząc innej możliwości, mężczyźni obeszli ciżbę i jakimś sposobem, po wielu trudach wdrapali się na wiatę. Okrzyk zdumienia rozszedł się echem po obecnych. W dachu wiaty zrobiono otwór a przez niego spuszczono prowizoryczne nosze. Człowiek leżący na nich, był nienaturalnie poskręcany przez jakieś schorzenie. Tłum ucichł.
Nauczyciel podszedł do cierpiącego, delikatnie ujął go za rękę i rzekł:
- Twoje grzechy są ci odpuszczone...
Wśród ludzi odezwały się głosy niezadowolenia, jednak On był skupiony na chorym.
- Wstań teraz, weź nosze i wróć do domu.
Gdy puścił dłoń sparaliżowanego, mężczyzna powoli, nie wierząc, że dzieje się to na prawdę, najpierw rozprostował kończyny. Łzy szczęścia zalały mu twarz. Płakali też jego przyjaciele, obserwujący wszystko z dachu, i co niektórzy ludzie otaczający Mistrza. Wreszcie uzdrowiony zerwał się na nogi i nie przestając dziękować, kłaniał się swemu dobroczyńcy. Poszedł do domu, wychwalając w pieśniach Boga.
Stary Joshua posmutniał.
"- Ja też chciałbym być zdrowym człowiekiem... Mam dwoje dzieci..."
Zbiegowisko zaczęło topnieć w oczach. Wszyscy, którzy widzieli cud, przekazywali wszystko tym, którzy stojąc daleko nie byli w stanie go zobaczyć. Każdy na własną logikę interpretował to wydarzenie. Ojciec Jonatana i Sophie zwlekał z odejściem. Niespodziewanie, ktoś położył mu rękę na ramieniu.
- A ty, przyjacielu? Nie wracasz do swoich dzieci? - zapytał go Nauczyciel.
Joshua ukrył twarz w dłoniach i zaszlochał:
- Panie, wybacz, nie mam czym Ci zapłacić, ale proszę Cię o zdrowie dla siebie... Jeśli tylko chcesz, uzdrów także mnie!
- Już dobrze mój przyjacielu, już dobrze... Otrzymałeś to, o co prosiłeś.
Mężczyzna otarł mokre policzki i oczy. Poczuł dziwne ciepło i spokój w sercu. Uporczywy ból w miejscu gdzie miał sporą, zakażoną ranę ustąpił. Był zdrowy.
- Dziękuję! - uklęknął przed nieznajomym, ten podniósł go natychmiast.
- Panie, jak Ciebie zwą? - odważył się Go zapytać.
Młodzieniec nie od razu odpowiedział.
- Czy wyświadczysz mi niewielką przysługę? - zagadnął.
- Oczywiście! - odparł Joshua.
- Chciałbym odwiedzić twojego przyjaciela, czy mógłbyś mi towarzyszyć?
- Ależ, z całym szacunkiem, udam się z Tobą Panie dokąd tylko powiesz.
Szli w milczeniu. Joshua nie przerywał zamyślenia swojego nowego Przyjaciela. Przed wejściem do miasta, Nieznajomy, jak gdyby przypomniał sobie pytanie towarzysza, powiedział tylko:
- Zwą mnie Yeshua...

Przyjaciel... cz.1

Coś przyciągało ludzi na brzeg tej rzeki. Ich ojciec też lubił tam zachodzić po ciężkim dniu pracy na polu. Któregoś dnia poszli razem z nim, przekonać się, co takiego ciekawego jest w słuchaniu jednego człowieka.
- Ojcze, twierdzisz, że ten mężczyzna ma dar wymowy? Przecież słuchasz wielu mówców, ale żaden nie miał u ciebie takiego posłuchania jak ten prostak z nad rzeki... To dziwne. - Jonatan podrapał się w głowę.
Sophia była innego zdania niż brat.
- A ja uważam, że warto posłuchać co ma do powiedzenia, i dlaczego każdego dnia przychodzą do niego rzesze. Może to jakiś święty?
- Eee tam, zaraz święty! - przerwał ich dialog stary Joshua. - On ma swój trochę nie typowy pogląd na życie, ot i cała filozofia! Zresztą zaraz sami się przekonacie. Jesteśmy na miejscu.
Widok był co najmniej dziwny. Po pas w wodach Jordanu stał biednie ubrany człowiek a wokół niego mnóstwo ludzi wchodzących i wychodzących z nurtów.
- Co oni robią ojcze? - zapytał Jonatan.
Joshua nie wiedział, to było coś nowego. Postanowił zagadnąć jednego ze znajomych, który akurat próbował osuszyć swoje ubranie.
- Co się stało? Czemu wszyscy moczą się w wodzie?
- To chrzest... Jan powiedział, że kto chce przygotować się na przyjście Pomazańca Bożego, musi się ochrzcić...
- I stąd, całe to zamieszanie? - zdziwił się. Zobaczył jak jego córka zbiega do rzeki.
- Sophia! Co ty wyrabiasz?! - krzyknął, ale była zbyt daleko by go słyszeć. Jakby tego było mało, Jonatan poszedł w ślad za starszą siostrą. Zagadnięty mężczyzna, patrzył chwilę na to co się działo, niespodziewanie zapytał ojca rodzeństwa:
- A ty?
- Co, ja? Nieee... ja nie dam się ogłupić jakiejś nauce, kogoś, kto ubiera się jak łachmaniarz! Oni są młodzi i głupi, dlatego tam polecieli, ale wierz mi, jutro nawet nie będą pamiętać, że ten nauczyciel dał im chrzest! - pożegnał się i ruszył w stronę tłumów.
Kiedy Sophia i Jonatan podeszli do ojca, mokrzy, ale dziwnie szczęśliwi, jakieś nowe wydarzenie poruszyło ludność. Oto przyszedł samotny człowiek, nie był bogaczem ani też wysokiej rangi urzędnikiem państwowym, ale i tak oczy wszystkich skierowały się na niego. Jan ujrzawszy go, chciał przypaść mu do kolan, ale tamten powstrzymał go.
- Chcę tylko, żebyś mnie ochrzcił...-powiedział na powitanie.
- Nie mogę...- Jan zmieszany, nie wiedział jak ma postąpić. - Ty ochrzcij mnie...- poprosił przybysza.
- Wiesz, że musisz wykonać swoją powinność wobec mnie, nie traćmy zatem czasu...- upomniał łagodnie Jana.
Nie mógł odmówić. Weszli obaj do Jordanu, gdzie udzielił nieznajomemu sakramentu.

Wracali do domu rozpamiętując to, czego doświadczyli i przywołując z pamięci wszystkie szczegóły związane z pojawieniem się tego mężczyzny, jego rozmowę z Chrzcicielem i chrzest. Tylko ojciec nie brał tym razem udziału w rozmowie swych dzieci. Nie mógł zapomnieć momentu, kiedy młody przybysz spojrzał na niego po raz pierwszy...

piątek, 22 listopada 2013

"Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba" cz. 11

Dzień trzeci.
Myślała, że jeszcze śni, ale natrętne popiskiwanie budzika utwierdziło ją w przekonaniu, że trzeba opuścić pielesze. Kurta przy niej nie było. Wzięła prysznic i zjadła śniadanie. Była ciekawa gdzie tak wcześnie jej kochanek wyszedł z domu. Z nudów zaglądnęła do vademecum. Jej uwagę przykuł nowy obraz... Pokazywał zaniedbany pokój, w którym byli oboje. Kurt z dymiącym jeszcze pistoletem w ręce, stał... nad nią... Zrozpaczona zakryła usta, żeby nie krzyknąć.
"- To nie może być tak, jak ty chcesz!!! Nie pokazujesz prawdy!  Za co on miałby mnie zabijać?! - nie przejmowała się faktem, że mówi do siebie. Dla Helen ten poradnik zdawał się być żywą istotą. Przekartkowała tom, odkryła na którejś stronie małe zdjęcie usg, podpisane jej pismem: " Moja najdroższa pociecha ma już 3,5 miesiąca." Mimo woli dotknęła swego brzucha.
"- Jak to? Czyżbym... To nie możliwe!" - była zdezorientowana.
"-Muszę zrobić badania..."
Usłyszała głosy w holu. Kurt rozmawiał z kimś przez telefon. Był bardzo niezadowolony. Rozłączył się, gdy tylko spostrzegł, że Helen nadal jest w jego domu.
- Co ty tutaj robisz? Myślałem, że pojechałaś do hotelu albo wróciłaś do domu. Pakuj się i jedź do jakiegoś hotelu, zapłacę za wszystko.
- Byłam pewna, że mogę u ciebie zostać... czemu tak nagle zmieniłeś zdanie?
- Nie miałem żadnego zdania na ten temat! Przyleciałaś tu przespać się ze mną a teraz myślisz, że co? Ożenię się z tobą? Dla mnie jesteś...-machnął ręką.
Coś się z nią w tym momencie stało. Gniew przysłonił jej zmysły, rzuciła się na niego z pięściami, ale był silniejszy. Przewrócił ją na ziemię jednym ciosem. Rozpłakała się, trzymając ręką krwawiący nos.
Poszedł po jej rzeczy i rzucił obok niej.
- Jak wrócę, ma cię tu nie być! - drzwi za nim zamknęły się z hukiem.
Podniosła się i poszła do łazienki umyć twarz. Włożyła rozrzucone ubrania do torby podróżnej i wyszła na ulicę. Zawołała taksówkę i pojechała do szpitala. Leżąc w łóżku zadzwoniła do domu.
- Jean, nie odkładaj słuchawki, proszę...
- Myślę, że twój liścik do mnie, wyjaśnił mi aż za dobrze co zrobiłaś. A teraz prosisz, bym nie przerywał rozmowy?
- Jean, ja jestem w ciąży...
- Z kim? - pożałował swojego pytania. Przecież do tej pory Helen była przykładną żoną.
- Z tobą. Jeśli mi nie wierzysz...
- Wierzę. - wpadł jej w słowo. - Wróć do domu, porozmawiamy. Helen?
- Słucham?
- Czy masz przy sobie tą granatową książkę? Sprawdź proszę.
- Tak, wzięłam ją z sobą, a czemu pytasz?
- Wróć jak najszybciej, porozmawiamy i wszystko sobie wyjaśnimy.
- Będę w szpitalu jeszcze dwa dni.
- Helen, wypisz się i przyleć, to pilne! Helen?! HELEN???!!!
Połączenie zostało przerwane. Przestraszona naglącą prośbą męża, ubrała się szybko i nie mówiąc nikomu o swojej decyzji, opuściła szpital. Parę minut potem była na lotnisku. Samolot odlatywał za pół godziny.
W korytarzu wiodącym do toalet usłyszała znajome głosy. Mężczyźni kłócili się o coś, ktoś leżał u ich stóp. Zobaczyła to wszystko tylko przez parę sekund, ale to wystarczyło aby Kurt i taksówkarz ruszyli za nią do damskiej wc. Nie mogli mieć przecież żadnych świadków.
Ogłuszoną kobietę zawieźli do domu Hatchet'a. W jednym z nie używanych pokoi stało krzesło, posadzili ją na nim i związali. Ocknęła się i spróbowała wołać o pomoc. Były kochanek bezwzględnie uciszył Helen jednym strzałem...
- Ty! Nie możesz mieć trupa w chacie! - odezwał się taksówkarz. - Trzeba coś z nią teraz zrobić...
- Patrz! - Kurt wyjął z torby zabitej książkę w granatowej okładce. Wyciągnął zapalniczkę i podpalił środkowe strony.
- Czekaj, to nic nie da. Nie sfajczy się, choćby nie wiem co! Mam pomysł! 
Poszedł do garażu i wrócił z benzyną. Zadowolony z siebie, wylał zawartość kanistra na zastrzeloną kobietę.
- Teraz dawaj tą księgę!
Buchnął płomień tak mocny, aż obaj odskoczyli. Pożar, ku ich przerażeniu rozprzestrzenił się w ciągu kilku minut, odgradzając im drogę ucieczki. Wszelkie próby wybicia okna, czy przedostania się do wyjścia były niweczone przez płomienie. Ogień był w całym pomieszczeniu, gdy wygasł, pokój wyglądał jak dawniej. Z wyjątkiem trzech spalonych ciał...

Jean z Frankiem jechali na lotnisko, aby odebrać Helen. Miała być na miejscu za, około dwadzieścia minut. Pech chciał, że na ich trasie, utworzył się spory korek. Stojąc w bezruchu, obserwowali ludzi przechodzących chodnikiem. Nagle ktoś podszedł do ich samochodu. Był brudny i miał zarośniętą twarz. Zapukał w szybę. Jean otworzył okno, a wtedy kloszard pochylił się i podał mu spore zawiniątko, mówiąc:
- Kiedy przyjdzie pora, będzie moją dusza twoja! - roześmiał się, a pastor z kolegą spojrzeli na siebie, nie wiedząc o co chodzi temu człowiekowi. Frank miał zamiar zadać mu parę pytań, lecz bezdomny jakby rozpłynął się w powietrzu...
Odblokowano nareszcie ulicę i mogli jechać dalej. Biorąc zbyt ostry zakręt, podarunek od kloszarda, uprzednio rzucony na tylne siedzenie, spadł. Spomiędzy łachmanów, w które był zawinięty, wysunął się granatowy róg książki...

koniec. 

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...