poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Czy warto było??? 8.

Tymczasem w restauracji...

- Kelner! - zadbany, dobrze ubrany mężczyzna kiwnął na chłopaka, kręcącego się pomiędzy stolikami. Gdy się zbliżył, klient coś szeptał mu do ucha. Na odchodnym dodał tylko: - Pamiętaj o tym synu!
Kelner skwapliwie kiwnął głową i zajął się własnymi interesami.

Emanuel Falce nazywany przez swoich "Kosą" z racji nazwiska, był inżynierem genetyki, ale także przestępcą. Za swoje doświadczenia na ludzkich płodach, otrzymywał nielegalnie zawrotne sumy, opływał w dostatek, oczywiście nieopodatkowany i w złą sławę mordercy niewinnych dzieci... Jego praca nie wywierała na nim prawie żadnego wrażenia. Zajmował się genetyką, poprawiał Boga, Matkę Naturę i szukał jak na razie tylko "furtki", by uciec jak najdalej od śmierci i chorób. Ludzkie i zwierzęce płody, komórki rozrodcze pobierane nielegalnie od przypadkowych i tych dobrowolnych dawców, były tylko tworzywem do wykonania czegoś jeszcze doskonalszego niż dotychczas było stworzone.
Teraz czekał na swojego zleceniodawcę. Nie był w zbyt dobrym humorze, ponieważ miał dla niego złą, nie... STRASZNĄ wiadomość...
A oto przybył właśnie oczekiwany szef policji...
- Witam szanownego pana. - podał rękę Peterowi Stilt.
- Co jest tak ważne, że kazałeś mi aż tak ryzykować? - komendant ścisnął dłoń inżyniera, ale od razu przeszedł do rzeczy.
Tamten zbladł. Nie spiesząc się usiadł przy stoliku i raz jeszcze przywołał kelnera. Zamówił dania. Stilt niecierpliwił się, poprawiając się na krześle jakby siedział na pokrzywach. Po paru kęsach potrawy, wreszcie genetyk odezwał się:
- Na ile był wyceniony twój chłopak?
- Ciszej!!! Masz zamiar gadać tak głośno, żeby wszystko się sypnęło?
- No, na ile? - naciskał przestępca.
- 135 tysięcy na początek, reszta jak pobierzesz organy do przeszczepu...- odparł prawie szeptem komisarz. - Co się stało, gadaj do kurwy nędzy!!! - pięść huknęła o blat.
- Spokojnie... - doktor podniósł jakąś kość i zaczął ją obgryzać, nie kryjąc satysfakcji. Stilt'owi przypominał ucztującego kanibala. Zemdliło go.
- Twój chłoptaś zwiał... - wycedził, patrząc w nieprzejednane oczy Petera Stilt.
Nim komukolwiek z odwiedzających lokal przyszło do głowy co się stało, kula z policyjnej 38 gładko weszła w czoło genetyka dzieciobójcy.
Lunch z potwornym doktorem dobiegł właśnie końca...

czwartek, 23 lipca 2015

Czy warto było??? 7.

Ułożył zziębnięte ciało na kanapie, okrył wszystkim co nawinęło się pod rękę i mogło do tego celu posłużyć. Tirstan namolnie kręcił się pod nogami, uniemożliwiając dojście do chłopca.
- No, dalej mały! - ponaglał nastolatka, rozcierając mu ramiona i próbując napoić czymś ciepłym. Spojrzał na psa i uśmiechnął się. Jego kożuch zwisał z psiej paszczy niczym martwe zwierzę. Odebrał przyjacielowi futrzany płaszcz i nakrył nim nieprzytomnego.
- Tirst... gdzie telefon? - Timothy rozejrzał się za komórką. Zwierzak posłusznie podreptał po poszukiwaną rzecz. Delikatnie niczym jajko, upuścił urządzenie na dłoń opiekuna i położył się u jego stóp.
- ...dodzwoniłeś się do przychodni weterynaryjnej "Caring Hands", teraz nie mogę...- wcisnął czerwony przycisk. "- Ma pilny zabieg..."-pomyślał. Szybko przesłał wiadomość sms.
- Szpital Ruby Memorial, w czym mogę pomóc?
- Proszę przysłać karetkę do chaty za miastem Davis, około 60 km od miasta jest zjazd do Parku Stanowego, tą drogą jeszcze 30 km. Mój dom stoi po lewej stronie, otoczony drewnianym płotem...
- Przyjęłam, wysyłam ambulans.


***

Jack Quartphan stał oparty plecami o ścianę, przysłuchując się rozmowie. Camelham od ponad pół godziny składał raport z ich dochodzenia w sprawie młodocianej uciekinierki z "bóg wie skąd"... Albo małolata wodziła bandę dorosłych facetów za nos albo oni nie mięli pojęcia z czym mają do czynienia... Oderwał się od swojej podpórki i poczuł mrowienie w okolicy łopatek. Szybko pomasował sobie dłonią kark, marząc by znaleźć się choć na moment z żoną w sypialni. "- O tak... Ty masujesz najlepiej..."- rozmarzył się.
Brutalna rzeczywistość otrzeźwiła go w trybie natychmiastowym. Szef właśnie skończył rozmawiać z jego partnerem, teraz obaj kierowali się do drzwi.
- Bry...- stęknął przez zęby. Nie lubił gburowatego, wiecznie pretensjonalnego mężczyzny. Zimny wzrok tamtego powstrzymał go od jakichś komentarzy. Mrugnął pytająco do Aarona. Partner potrząsnął głową jakby odganiał natrętnego owada, ale milczał. Przełożony wybierał się na umówiony lunch z jakąś ważną szychą, prawdopodobnie sponsorem ich posterunku. Przed drzwiami, zanim wyszedł, dokładnie wyprostował na sobie idealnie skrojoną marynarkę, poprawił krawat i zerknął na buty. Po chwili namysłu wreszcie opuścił komisariat.
Spojrzeli na siebie i jak na rozkaz odetchnęli z pewną ulgą, śmiejąc się.

niedziela, 19 lipca 2015

Czy warto było??? 6.

Uciec... jak najdalej i zapomnieć... Oddech prawie zamarzał w płucach, nogi słabły, a przed oczami pojawiała się niebezpieczna czerń... Jemu także się uda!!! Wierzył w to, tak jak wierzyła ona... W myślach przywołał jej obraz. Zjawiła się w ciepłym słonecznym blasku, z rozwianymi włosami i tym czarującym uśmiechem idealnych ust...
- Boni... po... Poczekaj...!!! Po...aj na mnie...
Jeszcze chwilę napawała jego zamglone oczy swoim obrazem, aż nagle ciemność spowiła wszystko dokoła. Upadł, jego bezwładne ciało stoczyło się do sporej głębokości parowu, okryły je opadające do ziemi gałęzie drzew.

***

Olbrzymi pies, mieszaniec briarda i bernardyna, biegł z nosem przy ziemi. Zapach, woń ludzka ledwo znaczyła się na poszyciu leśnym, ale zmysł wyraźnie odbierał każdy sygnał.
- Tirstan!!! - przeciągły gwizd nie dał rezultatu, zwierzak nadal niespokojnie biegł w kierunku "dołu samobójców". Potężny łeb zwiesił do ziemi i nie odrywał go już od dłuższego czasu. Coś też kazało mu iść za psem.
- Tirstan!!! Wróć!!!
- Uuuu...!!! Aauuu!!! - zbolała nuta przecięła powietrze.
Szybko ruszył przyjacielowi na ratunek, zastanawiając się, co mu się przydarzyło?
Zobaczył go. Siedział przy czymś i zarzuciwszy głowę na grzbiet, wył.
Timothy Silverno, po przejściach jakie zgotowało mu życie, postanowił przeprowadzić się gdzieś, gdzie będzie mógł w spokoju wszystko sobie na nowo poukładać. Chata w lesie za bezcen, praca od rana do chwili, w której kawa przestawała działać na zmęczone ciało, przy remoncie nowego, własnego domu. Potem, któregoś dnia, na rybach znalazł w wodzie poruszający się worek... Okazało się, że to szczenię, zapakował malucha do auta i pojechał do lecznicy dla zwierząt. Lekarka była bardzo miła dla nich obu. Seria zastrzyków, kroplówki i wizyty co parę dni, na kontrolę. Całą trójkę jakoś połączyło to szczenięce szczęście w nieszczęściu. Tim z zaskoczeniem stwierdził, że zakochał się w uroczej pani weterynarz. Byli już z sobą kolejny rok...
- Buuu...!!! Uuuu...!!!
Przyspieszył. Gdy dotarł do psa, przytulił olbrzyma do siebie, sprawdzał łapy, kark, całe ciało, nic nie znalazł, ale Tirsti nie przestawał skomleć, próbując odkopać coś spod opadłych liści. Silverno począł także odgarniać ściółkę w miejscu gdzie psiak zanurzał co chwilę zimny nos, parskając głośno.

niedziela, 14 czerwca 2015

Czy warto było??? 5.

- Jak masz na imię?
- Bonita...-siedziała ze spuszczoną głową, szeptem odpowiadając na pytania dwóch policjantów.
- Jak nazywają się twoi rodzice?
- ...
- Słuchaj...!- ton głosu Aarona nie był już tak miły jak przed dwoma godzinami. - Byłem w twoim, czy może raczej nie twoim domu, rozmawiałem z twoim ojcem...
- NIE!!! - gwałtownie rzuciła się na mówiącego. Camelham zdążył chwycić jej ręce, nim podrapała mu twarz. Jack był obok. Teraz on kontynuował:
- Twój stary, którego rzekomo zabiłaś, razem z twoją matką szukali Bonity Welsh, nie ciebie... Skąd masz jej tożsamość i dlaczego twierdzisz, że poczciwy stary Welsh gryzie ziemię, skoro jest cały i zdrowy i... z uporem maniaka twierdzi, że to jego córka jest martwa???
Kiedy partner Aarona opowiadał wszystko o całej sprawie, nastolatka próbowała gryźć, kopać i pluć, żeby tylko przerwać potok słów. Obaj musieli wykręcic jej ręce do tyłu i przytrzymać, ponieważ zupełnie straciła nad sobą kontrolę. Kiedy Jack Quartphan umilkł, przestała walczyć.
- Usiądź, i opowiedz nam swoją wersję wydarzeń. - polecił Jack.
Kiwnęła potulnie głową i spełniła polecenie.
- Daj fajkę... - odezwała się niepewnie.
Gliniarze spojrzeli po sobie, w końcu jeden z nich wyszedł z sali przesłuchań, by kupić paczkę papierosów i zapalniczkę. Przyniósł,ale podał dziewczynie tylko jednego papierosa, opakowanie chowając do górnej, wewnętrznej kieszeni marynarki. Zapaliła, uważnie obserwując mężczyznę, po czym odezwała się:
- Nazywam się Bonita Welsh, numer katalogu: 34 78 90/1997...
- Zaraz!!! Jaki numer katalogu???
Nastolatka odwróciła głowę, pokazując kark...

niedziela, 31 maja 2015

Czy warto było??? 4.

Zadzwonił do Jacka. Sprawa zaczęła go interesować coraz bardziej. Był ciekawy, czy jego partner ma raporty ze zleconych badań tej nastolatki. Po drugiej stronie słuchawki odezwał się głos:
- Czego?
- Słuchaj, mamy zwrot w śledztwie! - krzyknął do aparatu Aaron.
- Hej!!! Spokojnie co? Mam dobry słuch!!! - zaoponował na takie powitanie mężczyzna. Za chwilę jednak zapytał, nie mniej zaciekawionym tonem:
- To do czego się dokopałeś???
- I tu cię zakasuję partnerze!!! - znów rozemocjonowany głos zabrzmiał na łączu.
- Ouch!!! Jeszcze raz wrzaśniesz mi do ucha, to cię ukatrupię!!! A na poważnie, mów, bo mnie zżera ciekawość!!!
Camelham zrobił odpowiednią chwilę przerwy, by nadać ważność temu, co miał do przekazania.
- Bonita Welsh, nie jest tą, za kogo się podaje!!! - plasnął się dłonią w udo.
- O cholera...- mruknął Quartphan. - Jak wrócisz, damy papiery staremu, może będzie zdecydowany zamknąć sprawę.
- No co ty?! Teraz nie powinien zabierać nam tej roboty... - policjant sam miał wątpliwości, czy czasami ich szef nie odbierze im tak ciekawej sprawy. W końcu trzeba będzie przekazać wiadomość, że ktoś podaje się za nieżyjącą dziewczynę tu w Wirginii Zachodniej.

niedziela, 17 maja 2015

Czy warto było??? 3.

Aaron Camelham zatrzymał wóz na podjeździe. Zamożność tej rodziny rzucała się w oczy już na zewnątrz. Dom w prowansalskim stylu, zadbany ogród i solidna brama, były wykładnią zawartości sejfu czy kont w bankach. Mężczyzna poczuł się nieswojo.
Wszedł po kilku stopniach, nacisnął guzik wideofonu.
- Słucham? - ogolona twarz pana domu zjawiła się na ekranie.
- Dzień dobry. Detektyw Camelham z obyczajówki... Chciałbym zadać państwu kilka pytań odnośnie zaginionej córki...
- To chyba pomyłka proszę pana... Proszę wejść... - Aaron szarpnął lekko drzwi i wszedł do holu.
- Powiedział pan, że pomyliłem się...
- Na pewno zaszła jakaś pomyłka... Nasza córka nie żyje. - ton głosu gospodarza drżał.
- Hmm... - detektyw spojrzał na swoje zapiski, na adres znaleziony przez partnera i milczał.
- Szukaliśmy naszej Boni przez długi czas, wynajmowaliśmy najlepszych detektywów i śledczych... Miesiąc temu powiadomiono nas o ciele młodej dziewczyny, znalezionym na wysypisku śmieci... Było już w rozkładzie, ale w zaciśniętej dłoni miała łańcuszek z białego złota, który nasza córka dostała od swojej matki chrzestnej... Badania DNA wykazały, że to była Bonita...- po policzkach ojca płynęły wąskie stróżki. Szybko otarł je wierzchem dłoni i wskazał detektywowi drzwi. Camelham podziękował i wyszedł.

sobota, 25 kwietnia 2015

Czy warto było??? 2.

Name:Bonita Welsh
Age: 18 years
Provenance: Unknown
Antecedents: Criminal record

Policjant Aaron Camelham z obyczajówki, przebiegł wzrokiem do końca zapisanej kartki. Spojrzał przez weneckie lustro na dziewczynę siedzącą przy stole.
- Powiedziała coś jeszcze? - zapytał, przesłuchującego nastolatkę kolegę, Jacka Quartphana.
- Twierdzi , że pamięta jak zabiła swojego ojca, bo ją gwałcił... tylko, że...
- ???
- Jej starzy są cali i zdrowi i bardzo martwią się o swoją jedynaczkę...
- Może miała jakiś koszmar, a teraz uważa, że to co widziała we śnie - wydarzyło się na prawdę?
- Albo jest naćpana!
- Ok, zdobądź mi w takim razie pozwolenie na zrobienie jej badań toksykologicznych i testy na obecność niedozwolonych środków odurzających. A po tym wszystkim chcę mieć szczegółowe raporty na moim biurku. Robota "na wczoraj", pamiętaj!
Jack westchnął i pokręcił głową.
- A ty co będziesz robił do tej pory? Jeśli mogę wiedzieć?
- Możesz partnerze! Ja...no cóż, mi pozostaje jechać od razu do tej "zamartwiającej się" o los córki rodziny...

sobota, 11 kwietnia 2015

Czy warto było??? 1.

Światła ulicznych lamp przypominały jasne plamy słońca, ukrytego gdzieś w mroku. Szła prosto przed siebie, nie zwracając na nikogo i na nic uwagi. Zmęczenie pokonało ją bez walki. Dojrzała puste ławki pod wiatą autobusową, ułożyła się na jednej z trzech i natychmiast zasnęła...

Śniła, że jest kimś innym, widzem oglądającym wszystko z boku. Obserwatorem, który nie może ingerować w to czego jest świadkiem... Widziała siebie i swoich bliskich, matkę pracującą na dwie zmiany i ojca, o którym chciałaby zapomnieć na zawsze. Znów ojciec robił jej krzywdę. Płakała, że nie chce, będzie już grzeczną córeczką tatusia, ale on nie słuchał... Nie potrafiła inaczej tego zmienić, jak tylko w ten straszny sposób. Znieruchomiał na niej i zobaczyła krew.

Obudziła się, drżąc. Sen i wysoka gorączka były przyczyną jej złego samopoczucia. Nagle poderwała się na nogi... Policyjny samochód jechał w jej stronę. Z trudem zmusiła się do biegu. Niestety, nie miała żadnych szans z radiowozem. Jej reakcja, była dla dwóch mężczyzn sygnałem, że oto ONA musi mieć coś na sumieniu, skoro ucieka na widok służb mundurowych. Zajechali jej drogę i kazali wsiadać do auta.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 14

"A gdyby przyszło mi kiedyś, wyjawić ci sekret mego serca, niech będzie to chwila podniosła... na dnie naszych serc zamknięta..." (A.C.)

Najpewniej, w takiej sytuacji mógł mu pomóc tylko Darek. Wysłał kuzynowi chyba z tysiąc wiadomości sms. Niecierpliwił się, czekając, spróbował zająć rozbiegane myśli, grając w ulubioną grę. Jednak wewnętrzne rozterki powodowały, że nawet w wymyślonym świecie nie zaznał spokoju umysłu. Wreszcie światełko na ekranie! Chwycił komórkę jak bezcenne znalezisko, odczytał tekst:
" - Sławek, ty na serio nie wiesz o co chodzi Indze???" Na końcu emotikon puszczający mu oko, a drugi z językiem. Palce natychmiast odszukały właściwe klawisze liter, układając się we wzburzone: "-Nie!!! Nie mam pojęcia, co tej dziewczynie siedzi w głowie?" Odesłał nastolatkowi swoje wątpliwości. Po minucie znów komórka dała o sobie znać. Odpowiedź zaskoczyła Sławka tak bardzo, że nie wiedział co ma napisać dalej... Zamiast tego, ubrał się szybko i wybiegł z domu nie mówiąc rodzicom dokąd się udaje.

***

Wjechał windą na kolejne piętro i wysiadł. Zadzwonił, ale czuł mrowienie na skórze. To niepewność dawała znak. Po, jak mu się zdawało, bardzo długiej chwili ktoś otworzył drzwi. Widok Ingi zbił go z pantałyku, już nie wiedział co ma powiedzieć przyjaciółce.
- Cześć. - przywitała go znajomym znakiem. - Co chciałeś?
Myślał przez moment, a potem zamigał:
- Chodźmy na spacer!
- Ok...-odparła z niechęcią. Zamknęła drzwi, a po kilku minutach była gotowa. Poszli do parku.
- Inga, przepraszam... - całe to zajście sprawiało, że głos nie chciał brzmieć tak, jak miał brzmieć... Wydawało mu się, że struny głosowe ktoś mu szarpie piłą.
- Za co mnie przepraszasz? - używała języka migowego.
- Bo ja nie domyśliłem się, że ty... - kopnął leżący na ścieżce kamień. - Czy chcesz być moją dziewczyną? - ręce, o dziwo, jakby bez jego woli układały się we właściwe gesty. Inga patrząc na niego miała co raz bardziej szerokie oczy. Kiedy pokazał ostatnie słowo, rzuciła mu się na szyję.
- Inga! No coś ty!!! - roześmiał się. - Czy to znaczy: "Tak"?
Migała jak szalona:
- Tak! Oczywiście, że TAK!!!
Pocałował ją, dziwiąc się samemu sobie, że czekał z tym tak długo.

koniec :-)

niedziela, 29 marca 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 13

"Niech to co kryje się w ciszy, ukaże się naszym oczom..." (A.C.)

Przesłonił oczy dłonią i rozglądnął się. Wszyscy tu byli podobnie ubrani, dezorientowało go to trochę. Ktoś podjechał do ogrodzenia.
- Co ty tu robisz? - zapytała Inga.
Sławek przyjrzał się osobie dosiadającej konia. Poznał swoją przyjaciółkę.
- Cześć! Nie wiedziałem, że jeździsz konno...-zamigał.
Zsiadła z wałacha i podprowadziła go do kolegi.
- Poznaj mojego ukochanego Hiszpana. - koń sięgnął pyskiem do Sławka, ale on przestraszył się i odsunął od zwierzęcia. Kuc podrzucił łbem.
Inga uśmiechnęła się.
- Jesteście do siebie podobni...- powiedziała gestami.
- Co?! - oburzył się chłopak. - Ja nie jestem koniem!
Dziewczyna roześmiała się szczerze.
- Nie. - zaczęła tłumaczyć. - Wiesz, zachowujecie się podobnie w kontaktach z obcymi! Rozumiesz?
Nastolatek kiwnął głową. Wiedział co Inga ma na myśli. Przypomniał sobie z jakiego powodu tu jest.
- Słuchaj...- powiedział, nie używał języka migowego. - Czy ty, wtedy w Związku... Jesteś o mnie zazdrosna? - ostatni wyraz z trudem przeszedł przez gardło.
Jego koleżanka zarumieniła się. Odwróciła głowę do konia, który znudzony, skubał trawę. Nie odpowiadała. Sławek odwrócił ją do siebie, zobaczył, że unika jego spojrzenia.
- O co ci tak na prawdę chodzi? - tym razem pokazał pytanie znakami.
- Ty nic nie rozumiesz!!! - zaczęła iść w kierunku stajni. Nie miała ochoty tłumaczyć mu najprostszych rzeczy. Nie jej wina, że nie potrafił się domyślić...
- Inga...! - udało mu się powiedzieć wyraźnie jej imię. Ona jednak nie zareagowała, była zła na niego, na siebie i... chyba na wszystkich w około...

piątek, 27 marca 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 12

" "Szyfr" do mojego serca..." (A.C.)

Weekend dopiero się zaczynał, a Inga nie miała pomysłu jak spędzić wolny czas. Komórka wybawiła ją z kłopotu.
- Hej! Wpadniesz do stadniny? - powitała ją Roksana.
- Cześć. Tak, myślę, że to jest wspaniała myśl! - na prawdę ucieszyła się Inga. - Będę za godzinę! - powiedziała na pożegnanie i dotknęła czerwonej ikony na ekranie. Wyjęła z szafy strój jeździecki. Poszła wziąć szybki prysznic i mogła zacząć się szykować.

Sławek ślęczał nad zadaniem z historii. Nie szło mu ono, chociaż lubił ten przedmiot. Zastanawiał się nad wydarzeniem w Związku Głuchych. "- Co ta Inga sobie wyobraża?" - nie dawało mu to spokoju. "- Co Natalia miała na myśli, mówiąc, że Inga jest zazdrosna...?" Nieodrobiona historia przegrała z ponurymi myślami chłopaka.

"Hiszpan" zarżał na widok dziewczyny. Wyciągnęła dłoń i dała mu smakołyk, trzy spore kostki marchewki. Kuc rasy Pottok, którego dostała od rodziców, był jej oczkiem w głowie. Gdy była w szkole, jej ojciec pomagał w opiece nad zwierzęciem. Inga jeździła konno od siódmego roku życia.
Wyczyściła konia i chwilę pozwoliła mu na zaczepki z jego strony. Koń lubił jej towarzystwo i nie omieszkiwał tego okazać.
- Hiszpan...- opiekunka wtuliła twarz w grzywę wałacha. - Hiszpanku, chciałabym, żebyś poznał pewnego chłopaka... Jest fajny i na pewno zaprzyjaźnilibyście się...- przyjaciel wetknął nos w fałdy kurtki i po chwili parsknął głośno. Inga roześmiała się. - Oj, ty żarłoku! Mam dla ciebie marchewkę, ale to na potem! - odpychała delikatnie natrętny pysk zwierzęcia. Kuszący zapach zmuszał konia do poszukiwań. Wepchnął łeb pod pachę przyjaciółki. Inga pieszczotliwie głaskała czoło uwieńczone czarną grzywką. Hiszpan przymknął na moment oczy. Raptownie odrzucił głowę, przewracając dziewczynę. Zastrzygł niepewnie uszami i zarżał groźnie. Inga czuła wibrowanie komórki w kieszeni. Aparat spłoszył jej konia i przerwał zabawę. spojrzała na wyświetlacz, a potem na wałacha, grzebiącego przednim kopytem. Nadal czuł lęk. Wstała i podeszła do niego, odsunął się, był podenerwowany. Odebrała.
- Słucham?
- To ja, matka Sławka. Prosił, bym zadzwoniła w jego imieniu...- Inga poznała głos pani Kótryńskiej.
- Dzień dobry. Odejdź! - wyrwało się jej zbyt głośno, wprost do słuchawki.
- Przepraszam, ale nie rozumiem? - odezwała się Izabella.
- To ja przepraszam! Mój koń zaczepia mnie...-sprostowała nastolatka. - Czy coś się stało Sławkowi?
- Nie... Chciał cię tylko zapytać, czy dasz się zaprosić do nas na herbatę...?
Zamurowało ją. Sławek chce zaprosić JĄ do siebie...
- Jesteś tam? - pani Izabella czekała na odpowiedź.
- Ależ z ogromną przyjemnością przyjdę!
- To... może jutro o godzinie 16?
- Tak. Będę.
- Przepraszam cię za pytanie, ale Sławek chciałby wiedzieć, czy dziś też możecie się spotkać?
- Dzisiaj jestem w stadninie za miastem...- odpowiedziała niemal ze smutkiem.
- Aha... rozumiem... Do zobaczenia!
- Do widzenia.
Inga szczęśliwa, wytarła porządnie grzbiet Hiszpana do sucha, narzuciła lekką derkę i założyła siodło. Wyprowadziła kuca przed budynek stajni i dosiadła go. Delikatnie dała znak by ruszył. Kiedy kłusem przemierzała kolejny okrąg ujeżdżalni, niespodziewanie w bramie stadniny pojawił się znany tylko jej samochód. To było auto ojca Sławka...

piątek, 20 marca 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 11

"Dotknąć ciszy, zatopić się w niej i... usłyszeć..." (A.C.)

- Mam dzisiaj dla Ciebie niespodziankę! - w autobusie powitał Ingę uśmiechnięty Sławek.
- Jaką? - zamigała szybko.
- Pójdziesz ze mną do Związku Głuchych? - zapytał.
- Z miłą chęcią! - ucieszyła się. - Ale, mam do ciebie prośbę...- spojrzała na przyjaciela z tajemniczą miną. Podchwycił jej wzrok i zamigał:
- Co się stało? Dlaczego masz dziwną minę?
- Bo... moja, nasza koleżanka też chciałaby pójść z nami...- odparła Inga.
- Kto to? Znam ją?
- Tak. To Natalia.
- Jasne, że tak! A, już myślałem, że ktoś inny.
- Widzimy się o 17:00 dobrze? - zapytał jeszcze,a na pożegnanie pokazał znak "cześć!"
- Będziemy na pewno! Cześć!

W Związku jak zwykle panował spory ruch. Niesłyszący rozmawiali ze sobą, oglądali telewizję lub grali w gry. Przy komputerach tłoczyli się nastolatki i dorośli. Panowała rodzinna atmosfera. Dla słyszących dziewcząt było to coś niesamowitego. U nich w szkole panował zupełnie inny klimat, a tu wszyscy byli dla siebie uprzejmi i nikt na nikogo się nie złościł. Ktoś podszedł do nich, zaprosił by usiedli przy stoliku. Zajęli miejsca przy oknach.
- Znasz tu wszystkich? - spytała Inga.
- Nie. Sporo osób jest nowych i ciągle ktoś dochodzi. - uśmiechnął się do ładnej brunetki. - Przepraszam was na moment.
- No ładnie...- Inga widząc jak Sławek przywitał się z dziewczyną, poczuła ukłucie zazdrości. - A to kto znowu?
Za chwilę Sławek ze swoją znajomą dołączyli do koleżanek chłopaka.
- Poznajcie się: to Inga, a to Natalia. To jest moja koleżanka ze szkoły - ma na imię Justyna. - migał tak szybko, że Inga z ledwością nadążała. Przetłumaczyła wszystko Natalii.
Inga z niechęcią wyciągnęła rękę do nowej. Była trochę zła. Natalia jednak, czuła się mniej skrępowana, niż przedtem. Justyna przysiadła się do ich stolika i o czymś ze Sławkiem rozmawiała. Chłopak migając - tłumaczył pokrótce o czym mówią. Temat dotyczył głównie wieści ze szkoły, Inga straciła zainteresowanie. Miała ochotę wyjść. Natalia próbowała włączyć się do żywej dyskusji, a chłopak widząc to, pomagał jej w nawiązaniu dialogu. Po pewnym czasie, Justyna pożegnała się i wyszła. Sławek rozmawiał z Natalką. Koleżanka widząc, zachowanie Ingi, zagadnęła ją:
- Inga co się stało?
Z oporem, ale wydukała z siebie odpowiedź:
- Nic takiego, nie wiedziałam, że tak będzie...
- Będzie co? - zamigał Sławek.
- Nie wiedziałam, że masz dziewczynę! - dość głośno odpowiedziała Inga. - Muszę już wracać do domu. Cześć!
Chłopak ze zdziwienia zrobił wielkie oczy.
- Natalia, co ją ugryzło? - zapytał trochę niewyraźnie.
- Myślę, że jest zazdrosna...- powiedziała koleżanka.
- Jak to? - z niedowierzaniem zapytał Sławek, wciąż wpatrzony w drzwi, za którymi znikała właśnie Inga...

sobota, 28 lutego 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 10

"Niech cisza do nas przemówi..." (Pan Jerzy O. "Cicha Miłość")

Przy swoim łóżku zobaczył mamę i Ingę. Zerknął na wznoszący się i opadający respirator, popatrzył w stronę okna i spróbował unieść głowę. Zawirowało mu przed oczami i przymknął powieki. Kiedy nieprzyjemne uczucie minęło, znów spróbował rozejrzeć się po sali.
Izabella dotknęła jego ręki. Z uczuciem ulgi widziała Sławka wybudzonego po ciężkiej operacji. Nóż wbił się w nerkę, trzeba było natychmiast operować i podać krew. Sekundy dzieliły jej ukochanego syna od śmierci.
- Mamo...- odezwał się. - Co się stało? - maska na twarzy przeszkadzała mówić.
- Nie pamiętasz?...- zapytała.
- Bardzo mocno mnie zabolało, a potem zapadła ciemność...- opowiedział znakami.
Matka odpowiedziała mu, migając:
- Tak, masz rację. Miałeś operację, ale już jest dobrze. Inga ci pomogła, to ona wezwała pogotowie.
Chciał jej coś powiedzieć, ale nie miał już sił. Kobieta przywołała Ingę gestem. Zbliżyła się, a Sławek zobaczył, że płakała. Jemu też zrobiło się smutno. Bardzo powoli zamigał:
- Dlaczego płaczesz?
Dziewczyna niepewnie obejrzała się na matkę chłopaka. Iza skwapliwie przetłumaczyła pytanie jedynaka.
- Bałam się o ciebie...- wyraźnie wypowiadała wyrazy.
Kiwnął głową. Znów zaczął zapadać w sen. Obie widząc to, skierowały się do wyjścia. Pani Kótryńska zadzwoniła do swojego męża.

Miesiąc później.

- Sławek, masz gości! - w drzwiach stali oboje rodzice.
Zaskoczony wyszedł ze swojego pokoju i zobaczył trójkę przyjaciół. Przyszedł jego kuzyn Darek z dziewczyną, której on nie znał i Inga. Zaprosił ich do siebie.
- Kiedy masz koniec laby? - szturchnął go Darek i puścił oko.
- Co to "laba"? - zapytał w języku migowym Sławek.
- Wolne! - pokazał gestem chłopak. - To moja nowa dziewczyna, ma na imię Natalia. - literował imię swojej sympatii.
Obie dziewczyny usiadły obok siebie i przyglądały się rozmowie chłopców. Inga rozumiała o czym plotkują, Natalia jednak była zdumiona językiem migowym. Nie miała śmiałości spytać, co to wszystko ma znaczyć? Widząc jej konsternację, Inga powiedziała:
- Na pewno chciałabyś, żeby ktoś ci wyjaśnił, w czym rzecz, prawda?
Natalka przytaknęła. W odpowiedzi, usłyszała krótką opowieść o przyjaźni jaka łączyła ją ze Sławkiem i Sławka z kuzynem. Na koniec dziewczyna nadmieniła o języku Głuchych i pokazała niektóre znaki i litery.
- A, czy trudno jest nauczyć się tego języka? - zapytała przyjaciółka Darka.
- Mi przyszło to trochę z trudem. - odrzekła Inga z uśmiechem. - Ale gdybyś na prawdę chciała się go nauczyć, my ze Sławkiem chętnie ci pomożemy!

sobota, 21 lutego 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 9

"Tylko głupi słyszący ludzie uważają, że Głusi są głupi." (William Hurt "Dzieci gorszego Boga")

W czwartek po południu znów się spotkali. Inga była z siebie zadowolona, ponieważ zaczynała migać całe zdania. Były to krótkie wypowiedzi, ale za to w PJM - czyli w Języku Głuchych. Sławek dokładał starań, by koleżanka potrafiła rozmawiać - migając, bez jego pomocy. Wszystko szło świetnie.
Słoneczna pogoda zachęcała do dłuższego spaceru. Kupili wodę mineralną i skierowali się do lasu. Rozmawiali bez słów. Chłopak mógł "odetchnąć" od ciągłego mówienia. Teraz ich dłonie przekazywały wszystko, co tylko przyszło im na myśl.
- A to, jak migać? - pytała od czasu do czasu dziewczyna.
Sławek szybko pokazywał znak ideograficzny, odpowiadający nazwie przedmiotu wskazanego przez przyjaciółkę. Powtarzał go dopóki nie zapamiętała.
Czas mijał szybko, czekała ich jeszcze nauka na następny dzień w szkole i pakowanie rzeczy na wyjazd do domu, zdecydowali się wracać. Postanowili jeszcze trochę przedłużyć spotkanie, poszli więc inną drogą powrotną, biegnącą niedaleko stadionu.
Zajęci rozmową, nie zwracali uwagi na grupę starszych chłopaków, stojących przy wejściu na stadion. Tamci od razu spostrzegli parę, wymachującą do siebie rękoma. Zaczęły się uszczypliwe docinki.
- Przestań migać...- powiedziała półgłosem, ale wyraźnie Inga.
- Dlaczego??? - zdziwił się. Podążył wzrokiem za dziewczyną.
Stali tam i nabijali się z nich. Popatrzył na przyjaciółkę i zapytał:
- Z czego oni się śmieją?
- Z nas...- odpowiedziała szeptem.
Nagle, jeden z "odważniejszych" łobuzów podszedł do nich. Sławek wziął Ingę za rękę, cofnął nieco za siebie. Drań, który się zbliżył, odezwał się:
- Dawać kasę głucholce, ale już!!! - ostrze sprężynowego noża błysnęło w słońcu.
Wiedział co ma robić. Skupił uwagę na dłoni dzierżącej niebezpieczne narzędzie i jeszcze bardziej osłonił sobą koleżankę.
- Nie mam pieniędzy. - odparł niewyraźnie.
- Ej! On gada!!! - zarechotał nożownik. Machnął tuż przed Sławkiem uzbrojoną ręką.
Uskoczył, pociągając za sobą Ingę. Nie złapała równowagi i przewróciła się. Wtedy nastąpił atak agresywnego nastolatka.
Rzucił się na Sławka od tyłu, chcąc jego też powalić na ziemię i ugodzić nożem. On jednak, kiedy padł, wykonał kopnięcie, które mocno dało się napastnikowi we znaki. Skulił się i zajęczał. Sławek już był na nogach, podbiegł do przerażonej przyjaciółki.
- Nic ci nie...- kolejny cios tamtego doszedł celu. Nóż wbił się w ciało, osłonięte koszulką jak w przysłowiowe masło. Upadając, zobaczył jak Inga zaczyna coś krzyczeć i płakać. Stracił przytomność.

piątek, 20 lutego 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 8

"- Gdybyś spotkała wróżkę, jakie byłoby Twoje życzenie? Odzyskać słuch? - Nie... Raczej poprosiłabym ją, aby sprawiła, bym była Lepszym Człowiekiem?" (A.C.)

Rozglądał się we wszystkie strony, chciał zobaczyć Ingę pierwszy. Tak bardzo pragnął zastosować się do sms'owych porad Darka. W kieszeni niecierpliwie ściskał dwa bilety do kina. Po długim, jak mu się wydawało czasie, wreszcie znajoma sylwetka pojawiła się na chodniku, gdzie się jej spodziewał. Inga też go zobaczyła. Niepewnie skinął ręką, i ku jego zaskoczeniu ona też mu odpowiedziała. Nowa nadzieja zrodziła się w jego sercu.
- Hej. - zaczął pierwszy. - Przepraszam cię za tamto...
- Ja też cię przepraszam. - mówiąc to, wykonała znak migowy.
Sławek nie wierzył! Otworzył szeroko oczy ze zdumienia i nic nie mówił, aż Inga zaskoczona jego reakcją, zarumieniła się.
- Nie wiem, czy dobrze pokazuję...?
Dopiero teraz odzyskał głos. Uśmiechnął się.
- Tak! Bardzo dobrze! Nauczyłaś się czegoś jeszcze?
Dziewczyna popatrzyła pod nogi, a następnie przypominając sobie internetowe lekcje, spróbowała przeliterować swoje imię. Nie do końca wyszło jej tak, jak powinno, ale miała satysfakcję z tego, że umie już choć trochę.
- Cieszę się, że uczysz się mojego języka. Ja też musiałem nauczyć się mówić, chociaż, prawdę mówiąc - nie słyszę za dobrze tego, co wymawiam.
- Czy język migowy jest na całym świecie taki sam? - zapytała.
- Nie! Nasz język na świecie jest zupełnie inny, ale niektóre znaki są do siebie podobne. Najprostszy i chyba we wszystkich państwach znak to: "dom"- pokazał dwie zetknięte w daszek dłonie. Chyba każdy język migowy świata ma ten gest taki sam.
- Aha... A, czy mógłbyś mnie nauczyć migać?
- Jasne, że tak! Czy znasz już cały alfabet?
Inga roześmiała się.
- Tak! A, b,c, d...-powiedziała.
Przerwał jej:
- Nie, nie taki. - Układał dłoń na różne sposoby, literując przy każdym: a, b, c...
Patrzyła w skupieniu. W programach i "lekcjach" na Youtube i innych, był alfabet migowy, ale Inga zapamiętała tylko ułożenia ręki odpowiednie dla swojego imienia. Teraz Sławek wprowadzał ją w niesamowity świat - jego świat...
- Musimy iść! - powiedział nagle.
- Gdzie? - zaciekawiła się.
- Mam dla nas bilety do kina... To, tak na przeproszenie...- tym razem on miał rumieńce.
Spojrzała na swoją komórkę.
- Na którą godzinę jest ten film?
- Na 18:00.
- Ok! Mogę iść, ale zaraz po kinie muszę wracać do internatu.
- Zgoda! Odprowadzę cię pod same drzwi.
Nim dotarli do budynku kina, Sławek jeszcze kilka razy pokazywał układ dłoni stosowny do litery. Inga okazała się pojętną uczennicą, po seansie, umiała już migać cały alfabet. I to obiema rękami!

sobota, 14 lutego 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 7

"- Czym są dla ciebie dźwięki ciszy? - To cudowna muzyka, dostępna tylko dla tych, którzy potrafią uciszyć swój umysł i serce..." (A.C.)

Nie mogła skupić się na lekcjach. Myślami błądziła gdzieś koło przystanku, na którym ostatni raz widziała chłopaka. Jej najlepsza przyjaciółka Roksana też zauważyła jej roztargnienie. W ławce trąciła Ingę łokciem i ukradkiem podała karteczkę. Szybko przechwyciła wiadomość, by uważne oczy nauczyciela historii nie dostrzegły niesubordynacji. Przeczytała: "O CO CHODZI???" Zmięła papier i wzruszyła ramionami. Nagle za ich plecami rozległo się pytanie:
- No właśnie panno Ingo Dulwowska, o co chodzi???
Historyk także zdążył przeczytać tekst napisany naprędce, stojąc za plecami dziewcząt. Teraz był oburzony takim zachowaniem.
- Proszę wstać, jak się do ciebie zwracam, moja droga. Jeśli pytanie koleżanki jest dla ciebie za trudne, zadam w takim razie inne...
- Czy możesz mi powiedzieć: - Wielka Emigracja, jakie wydarzenie w Polsce jest w ten sposób określane? No, słucham?
Inga spuściła głowę, było jej wstyd, że dała się przyłapać. "Oksa", jak nazywała swoją przyjaciółkę, również miała niewyraźny wyraz twarzy. Domyśliła się, że nie może liczyć na jej pomoc. "- Szkoda, że Oksa nie zna języka migowego..."- przeleciało jej przez myśl.
Tymczasem pan Jan Grobnosty był już zniecierpliwiony:
- Hmm... Czyżbyś nie wiedziała?
Kiwnęła głową, szepnęła, prawie nie poruszając warami:
- Bardzo przepraszam...
- Słucham?
- Przepraszam. - powiedziała głośno. W oczach błyszczały łzy.
- Dobrze, w takim razie poproszę o dzienniczek.
Westchnęła, miała już tego wszystkiego dosyć, chciała być już w domu, zamknięta w swoim pokoju. Rzeczywistość przywołała ją z powrotem, głosem pana od historii.
***
Sławek pisał kolejnego sms'a:
- Darek, ale ja ją trochę lubię, nie chciałem, żeby tak wyszło. Ona na pewno już mnie nie chce widzieć. Poradź mi proszę, co mam zrobić?
Wysłał wiadomość do kuzyna. Darek był od niego starszy o dwa lata, miał dziewczynę i znał się na kontaktach z nimi, a w dodatku umiał też migać tak dobrze jak Sławek. Dogadywali się od dzieciństwa jak bracia. Schował telefon pod poduszkę, miał budzik nastawiony na 6:30 i włączone wibracje. Nie lubił nigdy spóźniać się do szkoły, czy gdziekolwiek indziej. Komórka pod głową, to także na wypadek, gdyby Darek zaraz odpisał mu na jego pytanie. Może rady kuzyna, pomogą jemu - Sławkowi odzyskać sympatię dziewczyny?

środa, 4 lutego 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 6

"- Jak to jest być Głuchym i nie słyszeć? - A jak to jest być słyszącym i słyszeć?" ( A.C.)

Zapamiętał gdzie jest szkoła Ingi, po lekcjach pojechał tam autobusem miejskim. Poczekał aż uczniowie będą wychodzić z budynku, miał nadzieję spotkać pośród nich swoją nową koleżankę. Wreszcie liczna grupa nastolatków ukazała się w drzwiach, zobaczył też Ingę. Gdy zbliżyli się do niego, pomachał do dziewczyny i głośno powiedział:
- Cześć!
Spojrzała zaskoczona, ale zaraz go poznała, podeszła z innymi i przywitała się:
- Hej! Skąd się tu wziąłeś? - uśmiechnęła się.
- Pamiętam gdzie wysiadłaś. - ciężko mu było wymawiać wyrazy.
Ktoś z przyjaciół Ingi zapytał:
- Co mówisz? - odwrócił szybko głowę i zagadnął: - Inga, kto to jest?
Sławek nie nadążał za tempem rozmowy, nikogo nie obchodziło, że on też chce wziąć w niej udział. Inga tłumaczyła coś swoim znajomym, pokazując na niego. Patrzyli w zdumieniu, wymieniając się czasem jakimiś informacjami. Miał dość. Delikatnie poklepał dziewczynę po ramieniu, a kiedy odwróciła się do niego, zamigał:
- Co im opowiadasz?
- Przepraszam... Nie rozumiem...- odparła.
- Tak samo jak ja. Mówisz strasznie szybko i nie widzę twoich ust. Skoro nie chcesz ze mną rozmawiać, to pójdę już. Cześć!
Zostawił ich. Poszedł w kierunku przystanku, żeby wrócić do internatu. W jego myślach w miejsce nie dawnej dumy zaczęła rozlewać się gorycz i złość na samego siebie. "- Co ja sobie myślałem? Przecież ona słyszy, nie rozumie co ja mówię, a może... może wyśmiewali się ze mnie wtedy, gdy Inga im o mnie mówiła?" Kopnął jakiś kamień, by dać upust emocjom. Już wsiadał do autobusu, gdy zobaczył Ingę. Biegła, machając do niego, żeby zaczekał. W odpowiedzi pokręcił przecząco głową i automatyczne drzwi zamknęły się za nim, autobus ruszył.

piątek, 30 stycznia 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 5

"Prawdziwa cisza jest językiem miłości, ponieważ tylko miłość zna piękno ciszy..." (Katarzyna de Hueck Doherty)

3 klasa gimnazjum.

Stał na przystanku i przeglądał coś w telefonie. Autobus już miał dwadzieścia minut spóźnienia. Rozejrzał się po zdenerwowanych czekających i powrócił wzrokiem do wyświetlacza. Oczekiwany pojazd wreszcie wjechał na podjazd. Wsiadł, skasował elektroniczny bilet i zajął miejsce. Lubił patrzeć przez okno na uciekający krajobraz. Zapatrzył się w dal, gdy ktoś dotknął go w ramię.
- Przepraszam, czy tu wolne? - uśmiechnęła się dziewczyna.
Zaskoczony, kiwnął głową i szybko wziął plecak z siedzenia. Zajęła je i podając rękę, przywitała się:
- Jestem Inga. A ty?
- Sławek... - wykrztusił. Zastanawiał się, skąd ona się tu wzięła? Nie widział jej jeszcze jak dotąd o tej porze na PKS-ie.
- Dokąd jedziesz? - zapytał z trudem.
Posłała mu jakby przepraszający uśmiech i odpowiedziała:
- Do szkoły. Moi rodzice załatwili mi internat, żebym nie musiała codziennie jeździć do domu i z powrotem.
- Do której szkoły? Dla Głuchych?
- Nie... - pokręciła głową. - Dla słyszących, a czemu pytasz?
- Ja jestem Głuchy...- powiedział, pokazując słowa gestami.
- Serio?! To... jak... jak mówisz, skoro nie słyszysz? - miała zaskoczony wyraz twarzy. - I co ty robisz rękami?
- To język migowy, mój język! - zamigał. - Ja umiem mówić, ale wolę migać, bo mówienie jest dla mnie trudne.
- No coś ty! To prawda, trochę ciężko jest ciebie zrozumieć, ale mi to wcale nie przeszkadza! A ten język , co pokazujesz, jest... fantastyczny!!!
- Jaki? Przepraszam, nie zrozumiałem... dlaczego "fantastyczny"? Jest prawdziwy...
Inga była zakłopotana. Zastanowiła się nad odpowiedzią i poprawiła swoją wypowiedź:
- Twój język jest cudowny!
Wstała, i popatrzyła na Sławka.
- To mój przystanek. Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy! Cześć!
- Cześć! - pożegnał dziewczynę. Był z siebie bardzo dumny!

czwartek, 29 stycznia 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 4

"Ludzie budują za dużo murów, a za mało mostów." (Isaac Newton)

Jadł obiad, nie rozmawiając z rodzicami jak miał w zwyczaju. Był zły na dorosłych. Nic nie dały pocieszenia, że wszystko się jakoś ułoży. Jak na razie bronił się zawzięcie przed chłopcami ze swojej klasy i starał się nikomu nie wchodzić w drogę. Na zaczepki odpowiadał bójką. Wychowawczyni klasy napisała mu w dzienniczku ucznia wiadomość do rodziców. Jej cierpliwość bywała wystawiana na poważne próby.
Pan domu zaczął pierwszy:
- Sławek, jak było w szkole, dobrze? - powoli wypowiadał słowa.
- Nie.-odparł gestem syn. - Nie wiesz jak tam jest!
Matka włączyła się do rozmowy:
- Dlaczego pyskujesz do taty? - ona też nie tłumaczyła swojego pytania na migowy. Chłopak schylił głowę i przymknął oczy, nie chciał rozmawiać.
- Proszę, dokończ obiad i odrobimy lekcje. - odezwał się Artur. Sławek nawet nie popatrzył. Awantura wisiała w powietrzu. Po posiłku, Iza posprzątała naczynia, a jej mąż poszedł z chłopcem do pokoju. Usiedli przy biurku.
- Wyjmij zeszyty i książki. - polecił gestami mężczyzna.
- Jesteś zły? - zapytał syn.
- Nie, nie jestem... - nie patrzył na dziecko. Otworzył dzienniczek i przeczytał, za chwilę poklepał Sławka po ramieniu, wskazując notatkę:
- Co się stało w szkole? Powiedz mi, proszę. - tym razem mówił, nie tłumacząc swych słów.
Taka sama reakcja, jak podczas obiadu, opuszczona głowa i zamknięte oczy. Artur westchnął.
"- Jak mamy ci pomóc, skoro ciągle robisz nam takie sceny?!" - pomyślał z goryczą. Zdecydował się. Przeniósł się ze Sławkiem na łóżko, usiedli naprzeciw siebie, ojciec zaczął migać, tłumacząc:
- Synku, czy spróbujesz dla siebie samego, być w szkole grzeczny?
- Dla mnie? - zdziwił się. - Ja nie chcę tam być, to wszystko...
Rodzic nie poddawał się.
- Czy wytłumaczysz mi , co zbroiłeś?
- Co? - nie zrozumiał słowa.
Ojciec inaczej zadał pytanie:
- Dlaczego masz uwagę w dzienniczku? - wskazał na obłożony w niebieską okładkę zeszyt. Wzruszenie ramion. Sławek opowiedział, jak zaczepiali go koledzy z jego klasy, dokuczali mu i naśmiewali się z niego. Artur poprosił do pokoju Izabellę.
- Nasz syn nie za dobrze dogaduje się z innymi dziećmi. - zaczął, gdy zjawiła się u nich. - Mamy jeszcze czas, by...
- Nie, tylko nie jakiś Ośrodek! - matka nie dopuszczała do siebie takiej myśli. - To nie będzie dobre dla niego.
- Iza, chcesz cały czas chodzić do szkoły razem z nim, żeby go pilnować? Zobacz, dostał kolejne wezwanie! - podał jej dzienniczek. - Mamy być w szkole jutro. Wydaje mi się, że popełniliśmy błąd, za który teraz płacimy za wysoką cenę! Ile razy od początku roku byliśmy na rozmowie z dyrektorem? Z tym dzisiejszym powiadomieniem będzie chyba pięć. A rok szkolny ma dziesięć miesięcy! Uważam, że w przyszłym tygodniu moglibyśmy w trójkę pojechać do szkoły dla niesłyszących, którą polecała nam pani Mrysz.
- I nasz synek nigdy nie będzie mówił! - pani Kótryńska miała łzy w oczach. Podeszła do Sławka i objęła go. Zdziwił się, ale nie zaoponował.
- Jeżeli za swoją mowę ma być poniżany przez jakieś niewychowane dzieciaki, to ja się na to nie zgadzam! Rozumiesz? Zapewniam cię, moja droga, że już jutro zadzwonię do tamtej szkoły i umówię nas na spotkanie. Nasz syn nie będzie niczyim popychadłem!
Pocałował zaskoczoną żonę i syna w czoło i wyszedł z pokoju.

środa, 28 stycznia 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 3

"...pamiętam moment, w którym zrozumiałam, że świat wokół mnie to świat dźwięków, których nie dane mi będzie nigdy usłyszeć..." (A.C.)


- To twój pierwszy dzień w szkole. - powiedziała Izabella.
Syn popatrzył na matkę i odpowiedział, migając:
- Nie lubię szkoły! Nie podoba mi się tutaj.
Nie chciała kłótni, wzięła chłopca za rękę i poprowadziła na apel.

Nie rozumiał co się działo na tej uroczystości. Otaczały go przeróżne dźwięki, które, dodatkowo wzmacniane przez aparaty słuchowe, nieomal rozsadzały mu głowę. Rozejrzał się za matką. Stała w tłumie ludzi, przy drzwiach. Wstał z miejsca i podbiegł do niej.
- Mama! Chodźmy, boli mnie głowa...- poprosił.
Zaskoczona Iza, szybko odprowadziła Sławka do jego krzesła, pokazała mu je i zamigała:
- Siadaj, jak będzie koniec zawołam cię.
Niechętnie znów zajął swoje miejsce. Kiedy tylko kobieta odeszła, chłopiec siedzący obok Sławka klepnął go mocno w ramię. Zaskoczony spojrzał na sąsiada i zobaczył jak łobuz kreśli sobie kółko na czole i pokazuje mu język. Niewiele myśląc w odpowiedzi zaczepiony rąbnął gbura pięścią w nos. Straszny płacz przerwał akademię. Zbulwersowani rodzice małego rozrabiaki, zabrali go do gabinetu higienistki. Na całe szczęście uderzenie nie zrobiło tamtemu żadnej poważnej szkody. Nos był cały. Już po pół godzinie można było kontynuować rozpoczęcie roku szkolnego.

W klasie panował ruch. Wychowawczyni pierwszej klasy - pani Liliana Hotyń, wyczytywała listę obecności. Kiedy zgłaszała się wyczytana osoba, wskazywała ręką na ławkę i zapraszała obecne dzieci, by zajmowały już teraz swoje miejsca. Doszła do nazwiska Kótryński, Izabella podeszła do niej z synem.
- Dzień dobry. Nazywam się Liliana Hotyń, będę wychowawczynią Sławka.
- Bardzo nam miło. - odpowiedziała pani Kótryńska. Zwróciła się do chłopca w języku migowym: - Powiedz głośno pani wychowawczyni: "Dzień dobry".
Zmarszczył czoło. Nie cierpiał popisywać się mową przed obcymi, wyjątek stanowiła pani logopeda.
- Proszę zostać z dzieckiem, kiedy będzie koniec tego... rozgardiaszu... - powiedziała pani Hotyń. - Chcę z panią porozmawiać.
Inni rodzice widząc w jaki sposób porozumiewają się matka z synem, niektórzy byli pod wrażeniem, natomiast mniejszość zaczęła szeptać między sobą.
Kiedy spotkanie dobiegło końca, dorośli i dzieci wyszli, w ławce zostali tylko Kótryńscy. Iza miała złe przeczucia.
- Droga pani...-zaczęła nauczycielka.
- Nazywam się Izabella Kótryńska...- przerwała jej kobieta.
- Bardzo mi miło. Pani Izabello, czy jest pani pewna, że chłopiec da sobie radę w naszej szkole? Rozmawiała pani na jego temat z dyrektorem?
- Tak. Uważam, że Sławek może uczyć się w szkole masowej. Ma dobrane aparaty słuchowe, pozwalające w dużym stopniu reagować na dźwięki.
- Dobrze, ale co z mową? Czy w ogóle mówi?
- Ma przed tym opory, jest głuchy od urodzenia, ale jesteśmy z mężem przekonani, iż przebywając z dziećmi słyszącymi, szybko nadrobi zaległości w zakresie mówienia.
- A... co, jeśli nie będzie w stanie posługiwać się głosem? Czy zdają sobie państwo sprawę, jaką szkodę psychiczną może to spowodować? Nie oszukujmy się, dzieci są różne, kiedy nie spodoba się im "mowa" waszego syna, trzeba będzie przenieść go do szkoły dla dzieci takich jak on... Dla jego dobra...
- Czy to oznacza, że nie dając szansy Sławkowi w tej placówce, chce pani bym przeniosła go do jakiegoś ośrodka dla niesłyszących?
- Źle mnie pani zrozumiała. Zwracam tylko pani uwagę na to, jak ciężko będzie musiał pracować Sławek w tej szkole i... nie chodzi mi tylko o naukę, jego rówieśnicy będą robić wszystko, aby mu utrudnić pobyt tutaj...

wtorek, 27 stycznia 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 2

"Kiedy tracimy wzrok, tracimy kontakt z rzeczami. Tracąc słuch, tracimy kontakt z ludźmi." (Helen Keller)

4 lata później.

Ubierał się, choć nie szło mu to tak dobrze jakby chciał. Pociągnął ojca za bluzę.
- Tata! - migał. - Pomocy!
Artur widział wysiłki syna. Nagle, zatrzymał w pół słowa jego rączki.
- Powiedz mi, co chcesz? - wypowiedział słowa powoli, patrząc na reakcję dziecka. Sławek odwrócił się do niego plecami z gniewną miną. Tego było za wiele! Odkąd nauczył się Polskiego Języka Migowego, Sławek nie chciał mówić. Mężczyzna zrezygnowany pokręcił głową, stanął naprzeciw chłopca i również migał:
- Patrz na mnie. Trzeba mówić...- maluch szarpnął się, widząc co rodzic mu tłumaczy. - Spróbuj powiedzieć mi głośno, co mam dla ciebie zrobić? - na ostatni znak, Sławek niezbyt zrozumiale krzyknął:
- Pomoc!!! Chcę pomoc!!! - rozpłakał się z bezsilności. Artur przytulił go do siebie.
- Brawo! Jestem z ciebie bardzo dumny! - powiedział sam do siebie. Kucnął na moment i szybko przełożył swoje odczucia na język gestów.

Lubił obserwować ludzi. Z uwagą małego detektywa śledził mimikę twarzy mijanych osób, porównując ze znanymi sobie rysami twarzy rodziców. Ciekawiło go, co takiego napędza tych wszystkich nieznajomych do mówienia. Dla niego głośne wydawanie dźwięków było nie lada trudnością, jednak nie przejmował się tym ani trochę. Lekko szarpnął trzymającą go rękę.
- Tak? - zobaczył usta taty. - Czemu ludzie tak dużo mówią? - zamigał.
- Bo, mają tematy do rozmowy. - odparł.
- Co to - "tematy do rozmowy"? - zdziwił się.
Pan Kótryński nie wiedział co ma odpowiedzieć synowi. Wskazał na budynek, który był ich celem.
- Zapytasz pani doktor, ona wie lepiej jak tata.
Czterolatek nie bardzo zadowolony z odpowiedzi, kiwnął tylko, że rozumie i wspiął się na stopnie. Za chwilę czekała go znienawidzona lekcja mówienia.

- Byłeś dziś bardzo grzeczny! Powtórzyłeś dużo słów, w nagrodę dostaniesz książkę! - logopeda, pani Olga Mrysz pochwaliła dziecko, migając i mówiąc jednocześnie. Wręczyła swemu podopiecznemu kolorowankę i zwróciła się do Artura:
- Czy mają państwo w planach aparaty słuchowe lub implant dla Sławka?
- Myślimy o aparatach słuchowych najnowszej generacji... Implant... cóż... czytaliśmy z żoną na temat przeprowadzanych implantacji i ich nie zawsze stu procentowej skuteczności... Rozumie pani?
- Tak, oczywiście, że rozumiem pana i małżonki wątpliwości, jeśli chodzi o implanty. Nie jestem tu po to, by kogokolwiek do czegoś namawiać. Nie mniej, jednak, chodzi tu o dobro i komfort malucha. A jeśli mam być z panem szczera, osobiście uważam aparaty słuchowe jako lepsze rozwiązanie dla wszystkich tych Głuchych, którzy umieją, czy uczą się mówić...- uśmiechnęła się, nie wyjaśniając do końca swych myśli. - Decyzja zawsze jest trudna dla słyszących rodziców niesłyszących dzieci.
Mężczyzna zamyślił się. W drodze do domu, Sławek prawie wcale nie zadawał pytań, mógł więc bez przeszkód pozwolić płynąć swoim rozważaniom. W domu czekała na nich Izabella. Musieli razem jeszcze raz omówić i zrealizować zakup najlepszych aparatów dla ich syna.

Szyfr do mojego serca... odc: 1

"Cisza nie jest murem odgradzającym Nas od świata, w którym żyjemy. Cisza, to drzwi, które, kiedy je otworzysz, ujrzysz za nimi ŚWIAT... NASZ ŚWIAT."(Anna Czak)

Ktoś był w pomieszczeniu. Ruchy były szybkie, sprecyzowane. Wszystko działo się w jasnym świetle. Widział to wszystko, ale jeszcze nie rozumiał...

- Patrz... widzi nas! Rozgląda się! - Izabella pochyliła się troskliwie nad łóżeczkiem syna. - To ja, twoja mama! - powiedziała i uśmiechnęła się.
Artur także patrzył na pierworodnego. Zasalutował i roześmiał się do chłopca:
- Tata Artur melduje się na rozkaz! Czego mój szanowny syn sobie życzy? No, Sławomirze? Może zjemy razem pizzę?
Rodzina Kótryńskich była teraz najszczęśliwszą z rodzin, narodziny zdrowego syna, to była szczególna chwila. Czekali na niego całe 2 lata od ślubu i kiedy oboje już stracili nadzieję, okazało się, że będą mięli dziecko. Scenariusz, który przewija się przez wiele kochających się małżeństw.

Wszystko teraz toczyło się wokół Sławka. Był ich oczkiem w głowie. Wspólne zabawy, posiłki i spacery, prawdziwy "dzidziusiowy zawrót głowy", na stałe zapisał się w codzienność rodziców. Miesiące szybko mijały.
Pewnego dnia, Sławek zasnął w bujanym foteliku w kuchni. Artur nie chciał go zbudzić, ale miał jeszcze do zrobienia obiad. Krzątał się, uważając na syna. Wyciągnął kilka garnków z dolnej szafki i nieopatrznie potrącił łokciem dwa ułożone jeden na drugim. W kuchni rozległ się hałas, jakby ktoś zrzucił nie dwa, ale dwadzieścia garnków... Pan domu zerwał się i podszedł do syna. Dziecko na pewno wystraszyło się rumoru. Jakież było jego zdumienie, gdy zobaczył, że Sławek nadal śpi w najlepsze, śliniąc się trochę. Nie rozumiał... Wpatrywał się w niemowlaka, zbierając rozrzucone sprzęty. Gdy tylko uporał się z posiłkiem, zadzwonił do żony.
Izabella pracowała teraz na pół etatu w sklepie mięsnym. Jej szef poprosił ją do telefonu. Szybko chwyciła słuchawkę.
- Tak?
- Iza... posłuchaj...- głos jej męża brzmiał strasznie. - Musisz wrócić do domu... Sławek, on...
- Na miłość boską, co się stało naszemu dziecku???!!! - nie wytrzymała, emocje w jednej chwili sięgnęły zenitu. Słuchawka wypadła jej z drżącej ręki.
Na zaplecze zajrzał pracodawca.
- Coś się stało, pani Izo?
Spojrzała na niego przerażona. Chyba zrozumiał.
- Coś złego z synem?
- Nie wiem... nie wiem...-powtarzała.
- Pani Izo, proszę jechać już do domu. Nie musi pani brać dziś urlopu, zwyczajnie, sprawa rodzinna. Gdyby jutro nie mogła pani być w pracy, proszę mnie powiadomić - wypiszę urlop. Do widzenia.
Była w domu pół godziny później. Artur był tak samo roztrzęsiony jak ona.
- Pokażę ci coś...
Bez ostrzeżenia, zrzucił pudło z narzędziami na podłogę. Iza podskoczyła przestraszona, a jej mąż wskazał na ich dziecko i powiedział:
- Widzisz? Żadnego strachu! Czy to nie dziwne?! Iza? Czy to nie jest nienormalne??? Zanim wróciłaś, też rzuciłem karton na ziemię, do cholery, po to go tu przytaskałem z piwnicy!!! A Sławek nic!!! Żeby chociaż zapłakał...
- Artur... to nie jest nienormalne... on jest... głuchy...

Zbrodnicza natura. odc.:17

- Widzieliście naszych chłopaków, tych co poszli do sąsiada Leckerbissen'a?! - zawołał Frank do swoich ludzi. Grupa policjantów jak na rozkaz pokręciła głowami. Azato machnął ręką i przeszedł przez ulicę, aby sprawdzić co zatrzymało tamtych dwóch.
Wszedł za ogrodzenie, włączył latarkę i ruszył w stronę drzwi domu. Wszedł na stopień, ale jakiś odgłos zatrzymał go w pół kroku. Zawrócił, zwabiony dźwiękiem.
- Kto tam? Jestem porucznikiem policji! Wyjdź z podniesionymi rękami!
Cisza. Wszedł do garażu i rozglądał się. Coś dziwnego zamajaczyło w świetlistym snopie, podszedł i przykucnął.
- O Boże... - poderwał się na nogi i wpadł na coś plecami. Odwrócił się i zobaczył Kristiana. Odruchowo sprawdził puls. Żył, ale trzeba było go stąd zabrać. Spróbował odczepić mężczyznę z oków. Jego dość gwałtowne poczynania, sprawiły, że wróciła Krisowi świadomość.
- uuuuuuummmm...!!!
- Przepraszam...- przestraszył się porucznik. - Kto cię tak urządził Kris?
- uuułłł....mmmm...!!!
- Już, chwileczkę, jeszcze tylko...
Zabójca nie wiadomo kiedy uderzył inspektora w tył głowy. Zaśmiał się podnosząc z ziemi zemdlonego Francisco. Miał zamiar pozbawić go życia ciężkim kluczem francuskim, który dzierżył w dłoni. Uniósł go do góry, gdy padł strzał.
 Gemütlich zrobił zdziwioną minę, następna kula dołączyła do poprzedniej. Skrzywił się boleśnie, powoli jakby kadr po kadrze zaczął osuwać się na ziemię. W końcu dziwnie skulony, legł przy klęczącym teraz poruczniku Azato. Policjant chwał broń do kabury.
- Chyba nie żyje... - zanim wstał, pomacał się po potylicy. - Ależ to boli!
Chwiejnie podszedł do zemdlonego znów Leckerbissen'a, uwolnił jego umęczone ciało z łańcucha i podtrzymując, wyszedł z nim na zewnątrz. Otoczyła ich spora grupa umundurowanych mężczyzn.
- Panie poruczniku, wszystko OK? - zapytał któryś.
- Macie tam... - wskazał głową garaż, - ...dwóch naszych i mordercę... Zajmijcie się wszystkim!
Ratownicy medyczni układali Kristiana ostrożnie na noszach. Podszedł do nich.
- Uważajcie na niego! To mój świadek i chcę mieć go w jednym kawałku!
Za moment sygnał odjeżdżającego ambulansu był odpowiedzią na żądanie porucznika.
Przed domem Gemütlich'a na ścieżce leżały trzy czarne worki...

KONIEC.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Zbrodnicza natura. odc.:16

Utrzymał się na nogach po otrzymanym ciosie. Chwycił pięść nacierającego i wykręcił mu rękę, nie poskutkowało, sam miał tylko jedną sprawną dłoń do obrony. Tamten wykorzystał to z premedytacją. Odwrócił się do Kristiana twarzą w twarz i zadał kolejny cios w skrwawione przedramię. Upadł przed sadystą na kolana, uciskając głęboką ranę. Gemütlich natychmiast kopnął go w twarz. Leckerbissen stracił przytomność.
- A żeby cię!!! - splunął na leżącego mężczyznę. - Pamiętaj chamie - ja zawsze wygrywam!!!
Pociągnął Kris'a za nogi przez próg na podwórze, a następnie do garażu, gdzie zamknął go wcześniej. Taśmą skrępował mu nogi a zdrową rękę przykuł łańcuchem do garażowego podnośnika. Chwilę zastanawiał się i oderwawszy kawałek taśmy, zakleił mu też usta. Teraz był pewien, że jego miły sąsiad nie uwolni się, wrócił więc do przerwanej roboty.

- Panie poruczniku, jakiś facet chciał koniecznie z panem rozmawiać. - młody mężczyzna podszedł do Franka.
- A nazywał się jakoś?
- Kristian... Nie pamiętam nazwiska, musiałem go namierzyć, bo coś przerwało rozmowę. Dzwonił z willowego osiedla...
Do Azato dotarło, co przekazywał mu jego pracownik. Wziął chłopaka za ramię i pociągnął za sobą:
- Chodź!!!
Zamknął drzwi biura i zapytał:
- O której to było?
- Było co?
Porucznik miał ochotę dać mu w twarz, by gamoń otrzeźwiał, powstrzymał się, ale potrząsnął podwładnym i krzyknął:
- Pytam: kiedy dzwonił ten Kristian?!
Adept niepewnie zerknął na zegar stojący na biurku szefa, przeniósł wzrok na twarz Azato i wyjąkał: - Ja...kąś godzin...ę temu...
Słysząc to, nie zadawał więcej pytań, chwycił swoją marynarkę i już przy drzwiach dodał tylko:
- Muszę mieć wsparcie natychmiast!!! Rozumiesz?

- Kris? Mam wreszcie trochę czasu dla ciebie...- pogładził swą ofiarę nożem po twarzy. Podobał mu się strach w jego oczach. Delektując się przewagą, opuścił klingę w dół i przycisnął do brzucha związanego. Kristian próbował krzyczeć.
Uwielbiał kiedy miał władzę. Wyciągnął ostrze z zadanej przed chwilą płytkiej rany i spróbował krwi.
- Dobra...- szepnął. - Ciepła...
Dźgnął teraz mocniej, obierając miejsce gdzie znajduje się tętnica brzuszna. Wiedział, że upływ krwi szybko wykończy Leckerbissen'a.
Kristian na wszelkie sposoby chciał jakoś uniknąć pchnięć nożem, ale oprawca nie zwracał na to uwagi, czerpał przyjemność z zadawania mu cierpienia. Kiedy poczuł palący ból w okolicy przepony, obraz przed jego oczami nagle rozbłysł tysiącem świateł, czuł dziwne ciepło ogarniające jego brzuch, nogi i gromadzące się nawet na bosych stopach... "-Jakie dziwne uczucie..." -pomyślał jeszcze i zapadł w nicość.

Zawodzenie syren przerwało mu dobrą zabawę. Wyszedł na ścieżkę i zobaczył, że przed domem Kris'a stoją radiowozy i karetka. Chciał odejść, lecz jakiś bystrzak w mundurze od razu go dostrzegł i krzyknął:
- Niech pan tu podejdzie!!!
Nie spełnił polecenia, pobiegł natychmiast do garażu, musiał gdzieś ukryć ciało sąsiada.

- Panie poruczniku, jakiś typ, pobiegł właśnie w kierunku domu, czy mam to sprawdzić?
- Tak! Idź tam z kimś! My rozejrzymy się tutaj.
Dwaj policjanci przeszli na drugą stronę, aby odszukać mężczyznę.
Weszli na posesję, oświetlając sobie drogę latarkami. Jakiś cień poruszył się w głębi garażu. Przystanęli i kierując snopy jasnego światła do ciemnego pomieszczenia, jeden z nich zawołał:
- Jest tam pan?! Proszę wyjść z rękami w górze, chcemy zadać panu tylko parę pytań! - nagle przestał nawoływać, zaskoczony, dotknął swej piersi i upadł na twarz. Jego kolega chwycił za broń. Podszedł do leżącego i odwrócił do siebie. W klatce martwego policjanta tkwił nóż.
Popełnił tym samym niewybaczalny błąd. Gemütlich nadbiegł właśnie, by rozłupać czaszkę, pochylonemu nad zwłokami mężczyźnie. Nim ten się zorientował, jego głowa otrzymała potężne uderzenie. Oba ciała Sven zaciągnął do ciemnego garażu.

niedziela, 25 stycznia 2015

Zbrodnicza natura. odc.:15

Silny ból głowy dał o sobie znać. Otworzył oczy, ale natychmiast je przymknął, świat wirował przed nimi, jakby kręcono go zbyt szybko na karuzeli. Czuł mdłości.
"- Cholera...- starał się pozbierać, tak, jak swoje myśli. "- Mam chyba wstrząs mózgu... Gdzie ja jestem? Co się za mną dzieje?" Próbował się poruszyć, jednak taśma, którą go skrępowano nie pozwalała na zbyt wiele. Zdał sobie sprawę z tego wszystkiego dopiero po paru chwilach. Ktoś hałasował w pobliżu. Zaryzykował, chciał krzyknąć najgłośniej jak mógł "Pomocy!", to co doszło do jego uszu brzmiało raczej jak przygłuszone kaszlnięcie, nic poza tym...
- Muszę się wydostać... muszę być silny...- szeptał sam do siebie, szarpiąc się z więzami. - Zrobię to dla Alice...

Jego niedawny przeciwnik zajął się porządkami w domu.
Gemütlich rozmyślał co zrobić z ciałem Kristiana? Sprzątanie było graniem na zwłokę, by w razie przeszukiwania przez policję, nie wpadł przez swoją głupotę. Musiał zajrzeć do swojej ofiary, coś było nie tak.

Udało mu się zahaczyć o coś taśmą owiniętą na przegubach rąk. Spróbował poluzować pęta na tyle, na ile się dało, aż wreszcie wyswobodził jedną dłoń.
- Kristian?!
Mężczyzna pojawił się tak nagle, że Kris nie był w stanie pomyśleć o jakiejś obronie. Na atak przybyłego, przetoczył się, by uniknąć ciosu, lecz nie była to reakcja zbyt szybka, ciężki młot zmiażdżył mu uwolnioną rękę poniżej łokcia. Zawył nieludzko. Zwyrodnialec natarł na niego jeszcze raz, chcąc natychmiast zakończyć jego życie. Ukrył się pod półkami na narzędzia. Leżał tam obserwując mordercę.
- Uważasz się za sprytnego? - uderzył swym orężem w górne półki, łamiąc je z trzaskiem.
Tymczasem Kristian pozbył się butów, sięgnął zdrową ręką do taśmy i męczył się z nią. Zeszła ze skarpetami. Drugi cios i kryjówka rozsypała się w drzazgi, ale on zdążył dźwignąć się z ziemi. Rozjuszony agresor zamierzył się po raz kolejny. Nie lada sztuką było znalezienie sobie jakiejś mocnej "broni" przeciw młotowi do wbijania pali. Krążąc po garażu, w którym sąsiad go przetrzymywał, znalazł tylko spory żelazny łom.
"- Musi wytrzymać..." - zdążył pomyśleć, i w tym samym momencie zasłonił się przed roztrzaskaniem głowy.
Odparował jeszcze kilka uderzeń, widział jednak, że Sven traci siły. Ciężar młota dawał się we znaki. To była szansa dla Kris'a. Jego prześladowca pochylił się, aby nadać rozpędu swej broni, Kristian w tej samej chwili zdołał dosięgnąć Gemütlicha metalowym prętem. Zostawił obezwładnionego przestępcę tam gdzie padł. Wbiegł do jego domu, złapał za telefon.
- Odbieraj...!!! No dalej!!! - ponaglał przyszłego rozmówcę. Sygnał trwał w nieskończoność. Wreszcie ktoś odezwał się:
- Posterunek na 35 Südberg, słucham?
- Tu Kristian Leckerbissen! Muszę natychmiast rozmawiać z porucznikiem Azato!
- Porucznik jest zajęty, proszę zadzwonić później.
- Nie rozumiesz!!! Grozi mi niebezpieczeństwo, wiem kto zabił moją żonę... HALLO!!! HALLO!!!- nie usłyszał sygnału rozłączonej rozmowy. W progu stał Sven, upuszczając odcięty kabel telefonu.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Zbrodnicza natura. odc.:14

Zapadał zmrok. Nie zapalił światła na werandzie, chciał poczuć ciemność nocy tak jakby była odpowiedzią na mrok ogarniający teraz jego serce. Nie było przy nim jego Alice... Musiał zostawić ją tam... w zimnej szufladzie prosektorium. Dobrze, że Hubert z Brunem zostali u ciotki; nie mógł powiedzieć synowi o matce.
Rozpacz powoli ustępowała. Patrzył na ciemniejące niebo, na ulicę, na tablicę przed swoim domem z namalowanym napisem "SALE" i na dom po drugiej stronie, który tak przerażał jego nieżyjącą już żonę. Coś zwróciło jego uwagę. Uniósł głowę, by przyjrzeć się dokładniej. Pan Gemütlich, ich niedawny sąsiad szykował się do podróży. Kristian obserwował mężczyznę odkąd go zobaczył. Chciał sprawdzić co ten stary podglądacz kombinuje?

Tymczasem Sven Gemütlich nie wiedział o siedzącym przed domem sąsiedzie. Nie miał głowy do tego, by starać się choćby zachować pozory swojej niewinności. Jego ruchy były coraz bardziej nerwowe. Musiał przenieść tylko swoje najważniejsze rzeczy do samochodu, a było ich dosyć sporo i to powoli zaczynało wyprowadzać go z równowagi. Czuł się osaczony, choć nie było u niego policji, nikt nie postawił mu zarzutów. Nagle potknął się i byłby runął na żwirowaną ścieżkę, kiedy ktoś go podtrzymał i chwycił pudło.
- Ostrożnie sąsiedzie! - zaśmiał się Kris. - Czemu pakuje się pan w nocy?
- Nie... ja... - Sven doznał olśnienia: - Mam pilny wyjazd w interesach, rozumie pan?
- Mów mi Kris! - mocny, męski uścisk pokwitował znajomość. - Tak, rozumiem, ale żeby zabierać z sobą od razu cały majdan?
- Wyjeżdżam na długo... - sapnął zniecierpliwiony.
- OK! W takim razie, pomogę ci!
Nim mężczyzna zdążył zaprzeczyć, Kristian zdążył wejść do domu sąsiada. Wziął następny przygotowany karton i miał zamiar wyjść, gdy wzrok jego zatrzymał się na...
Wyszarpnął zdjęcie zza ramy lustra, podbiegł do Svena i bez ostrzeżenia uderzył pięścią w twarz. Tamten zwalił się na ziemię, a Kristian klęknął mu na klatce piersiowej i prawie dotykając obitej gęby fotografią, wrzasnął: - Skąd to masz???!!!
Wściekłe splunięcie w twarz zdezorientowało go. Gemütlich mimo, iż był dużo cięższy i zwalisty niż Kris, szybko zdobył przewagę. Teraz wyrwał z ręki mężczyzny fotografię i śmiejąc się głośno, krzyknął: - Ona chciała być moja!!!
- Ty gnido!!! Zapłacisz mi za śmierć mojej żony!!! - spróbował dźwignąć się na nogi, lecz Sven był szybszy. Jedno uderzenie w głowę i sąsiad leżał przed nim w bezruchu.

piątek, 16 stycznia 2015

Zbrodnicza natura. odc.:13

Kristian czekał razem z inną rodziną przed drzwiami kostnicy. Czuł się tak jakby odebrano mu ostatnią nadzieję na życie. Patrzył w posadzkę i starał się odpędzić natrętnie napływające myśli, że tam za tymi drzwiami być może leży jego Alice... Inną straszliwą myślą było "- Jak powiedzieć o śmierci matki Hubertowi???"
Nadszedł porucznik Azato. Gestem wskazał zebranym by weszli. Wszystko było już przygotowane. Troje osób szukających swej krewnej i on stanęli przy osłoniętym białym płótnem stole. Śledczy zajął miejsce przy koronerze. Lekarz uniósł prześcieradło a wtedy kobieta na przeciwko zachwiała się nagle i dwóch towarzyszących jej mężczyzn musiało ją podtrzymać. Dopiero teraz Kristian odważył się unieść wzrok na wysokość metalowego stołu. To nie było ciało jego żony. Gdyby tylko mógł odetchnął by z ulgą, ale tych troje było tak zdruzgotanych widokiem zmarłej, że musiał się powstrzymać. Wyszli, Aztao poklepał go po ramieniu, zaraz jednak zwrócił się do bliskich denatki, zostawiając Kristiana samemu sobie.
Teraz porucznik musiał zająć się burmistrzem, jego bratem i jakąś kobietą, która zapewne była matką zamordowanej. Do rozmów włączył się melodyjny głos komórki porucznika.
- Słuchaj, jestem teraz zajęty...- zaczął bez ogródek.
- Mamy jeszcze jedno ciało! - rozmówca po drugiej stronie także nie bawił się w uprzejmości.
- Jakie ciało, gdzie? - Francisco odwrócił się na pięcie od burmistrza i jego rodziny. - Róbcie swoje, ja dokończę pilną rozmowę i zaraz u was będę!
Rozłączył się i przepraszająco spojrzał na troje zebranych. Powrócił do przerwanego wątku, ale myślami krążył już po miejscu zbrodni...

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Zbrodnicza natura. odc.:12

Miał już doskonały plan działania. Sprzeda sklep, a za otrzymane pieniądze wyjedzie. Dom sprzeda dopiero wtedy, kiedy na nowym miejscu znajdzie wszystko czego trzeba mu było do życia. Musiał się ze wszystkim uwinąć bardzo szybko, nie chciał być przez nikogo nagabywany, gdyby przypadkiem komuś się coś przypomniało... Obojętne "CO". Tak... pojedzie tam, gdzie mieszka jego ukochana... Aż klasnął w dłonie, przywodząc na myśl, że tak łatwo dała się odnaleźć. Gdyby nie oglądał tamtej relacji ze znalezienia zwłok mężczyzny, nigdy by się nie dowiedział, że już czeka na niego.
- To się nazywa mieć fart!!!
Jego niemoralne myśli odpłynęły w marzeniach do pożądanej reporterki.

***

Młody Oskar Schlucken był zapalonym myśliwym. Po ojcu odziedziczył broń i zamiłowanie do swego zawodu. Dziś też wybrał się na obchód, uważnie obserwując duże zarośla i powalone przez wichury drzewa w poszukiwaniu niecnie ukrytych wnyk, pułapek na żywe zwierzęta i potrzasków. W worku przerzuconym przez plecy miał już sporo tego rodzaju sprzętu. Sam zabijał zwierzynę, ale widział ogromna przepaść pomiędzy strzelaniem do niej a bezmyślnymi torturami na jakie narażali zwierzęta kłusownicy. Dlatego z taką zawziętością wciąż pozbawiał nielegalnych amatorów dziczyzny ich wymyślnych "zabawek".
Dotarł do ogromnego zwalonego buka. Zaczął przetrząsać porastające go dookoła różne krzaki. Idąc nierównym poszyciem, zahaczył o coś butem i już miał odejść dalej, kiedy spod ziemi wysunął się skrawek materiału.
Zainteresowany przyklęknął i pociągnął go dość mocno. Za małym skrawkiem "czegoś", ukazała się ludzka, na pół rozkładająca się ręka. Porażony widokiem, odwrócił głowę. Zjedzony obiad wylądował na zielonym mchu.

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...