sobota, 30 listopada 2019

Rozdział 24.

Stara ferma strusi, zaadaptowana na mieszkania i przydomowe ogródki, odgrodzona od świata wysokim murem, tętniła życiem. Od rana do późnych godzin, zawsze było dużo pracy. Nad całą sielanką czuwało około dwudziestu uzbrojonych po zęby najemników.
- Wzbudza respekt, co nie? - Zatrzymali się niedaleko posesji, przyglądając się betonowemu ogrodzeniu z małymi strażniczymi wieżami.
- To jakiś obóz pracy! I na dodatek mordują tam bezbronne dzieciaki! - odpowiedziała funkcjonariuszka. - Idziesz, czy ja mam zasięgnąć języka?
- Chodźmy razem. - chciał wysiąść z samochodu, ale kobieta powstrzymała go.
- Poczekaj... Coś mi tu nie pasuje. Lepiej będzie, jak pójdzie jedno z nas. Jeżeli pójdziemy oboje, to w razie niebezpieczeństwa, nikt nam nie pomoże.
- Ok, masz rację. Jesteś w końcu gliną... - nie podobał mu się pomysł przyjaciółki. - Ja pójdę!

Furtkę otworzyła mała, ciemnowłosa dziewczynka, w ogrodniczkach z misiem. Odgarnęła z opalonej buzi loki i zadarła głowę.
- Dzień dobry! - powiedziała.
Jones uśmiechnął się do niej i odpowiedział na powitanie.
- Co tutaj robisz? - zapytała mała.
- Chciałem poprosić o szklankę wody... - zająknął się Jones, na widok strażnika, który zjawił się tuż za dzieckiem. Odwróciła się do mężczyzny, wskazała na Jamesa i powiedziała: - Wujku, ten pan chce wody! - odeszła parę kroków, odwróciła się do Jonesa i pomachała mu na do widzenia. Lekko kiwnął dłonią.
- To prywatna posesja, niech pan już stąd odjedzie, razem ze swoją żoną! - facet już zamykał bramkę.
- Posłuchaj, albo natychmiast porozmawiam z twoim szefem, albo naślę tu tyle policji, że przewrócą ten cukierkowy raj w perzynę! - Jones starał się opanować. Najemnik odszedł do domu. Poprzez uchyloną furtę, James widział ludzi pracujących w gospodarstwie. Dziewczynka, która mu otworzyła, podlewała plastikową konewką, równe rzędy warzyw. Nagle dostrzegł znajomą twarz. Dziewczyna, włosy do ramion, szczupła. To musiała być ona! Nastolatka z filmu!
Pchnął drewniane drzwi, wpadł na podwórze. Pracujący przerwali zajęcia, ciekawi przybysza. Rozległ się huk, James odskoczył do tyłu, potknął się i upadł na plecy. Otoczyli go ludzie w wojskowych bluzach, mierząc z karabinów.

Linda usłyszała wystrzał. W myślach już widziała ciężko rannego, a nawet zabitego przyjaciela. Zawróciła samochód i odjechała. Gdy we wstecznym lusterku nie widziała już zabudowań i wież strażniczych sekty, wróciła. Zaparkowała tak, aby auto nie było widoczne dla zbirów z bronią. Wysiadła. Jej SIG-sauer, gdyby doszło do konfrontacji, nie był najlepszą obroną, jednak nie mogła zostawić Jonesa w potrzebie, musiała działać!

Strażnicy zrobili miejsce dla młodego mężczyzny, który wyszedł na zewnątrz, zainteresowany strzałem. Podszedł do Jamesa i podał mu dłoń.
- Co tu robisz James?
- Pan mnie zna? - próbował otrzepać się z kurzu. Przypatrywał się młodszemu od siebie chłopakowi.
Zapewne guru tego przybytku, miał charakterystyczną twarz. Jakby był modelem, albo kimś takim. Pod zwykłym ubraniem, kryła się sportowa sylwetka. Nie nadawał się na nawiedzonego bałamutę, powinien był raczej zająć się wspomnianym modelingiem. Coś Jones'owi nie pasowało w tym człowieku.
- A gdzie jest Linda? - popatrzył na bramę wjazdową. - Dlaczego nie przyszła tu z tobą?
- Skąd nas znasz, do cholery!
- Wejdź ze mną do domu, tam porozmawiamy. - cofnął się do jednego ze strażników i coś zlecił mu szeptem, ten kiwnął głową i natychmiast wyszedł za ogrodzenie.
- Chodźmy, w moim domu jest o wiele chłodniej!

Stała plecami oparta o chropowaty mur. Miała zamiar wkraść się niepostrzeżenie do posiadłości. Ktoś uprzedził ją, klepiąc po ramieniu. Zanim zdążyła zareagować, mocne uderzenie w tył głowy, pozbawiło ją przytomności.

- Jest i Linda! - szczerze ucieszył się guru. - Dlaczego tak potraktowałeś mojego gościa Frank? Nie mówiłem ci, byś sprowadził ją tu siłą! Ale, skoro już tu jest, zawołaj szybko siostrę Rachelę, musi opatrzeć głowę, mojej przyjaciółki! Rusz się!
Po kilkunastu minutach przyszła jakaś kobieta. Ocuciła policjantkę, zatamowała krwawienie z rany. O'Hara dochodziła do siebie. Jones patrzył tylko i nie bardzo rozumiał całą sytuację. Tymczasem pan domu, czekał cierpliwie na koniec zabiegów Lindy. Gdy zostali sami, zagadnął:
- Czy chcecie, abym pomógł wam z Ferym?
- A kim ty jesteś, że proponujesz nam swoją pomoc? - odparł pytaniem na pytanie Jones.
- Jestem Michael.
- Jest pan bratem...- chciała spytać sierżant, ale przerwał jej.
- "Brat", to za dużo powiedziane. Nie jesteśmy już braćmi od... No, od bardzo długiego czasu! Wiedziałem, że mnie odszukacie. Wasza determinacja jest godna podziwu. Mam coś dla was!
Podszedł do ukrytego we wnęce szafy sejfu, wyjął z niego płaskie etui z brązu. Położył je otwarte na szklanym stoliku przy kanapie, na której siedział James.
- Lepton... - szepnęła Linda, widząc monetę.
- Będzie wasz, ale pod kilkoma warunkami... - odezwał się gospodarz.
- Co to za warunki?
- Nie powiecie policji o moim domu tutaj, i drugi warunek, to: jadę z wami do Luc'a Fery!
- Zabijasz dzieciaki, więzisz ludzi, a ja mam nie reagować?! - zdenerwowała się O'Hara. - Jesteś taki sam, jak ten twój pojebany brat! Obaj powinniście zgnić w więzieniu!
- Nikt nie zginął, ludzie przychodzą tu z własnej woli. Nie wiem, jak mam to tobie udowodnić?! Pozwólcie mi jechać z wami! - bronił się Michael.
- Zawołaj czworo nastolatków, pokażę ci których! - Jones otworzył drzwi i patrzył na pracowników. Wskazał palcem dwoje z małolatów. Drugiej pary nie widział.
- To ci. Nie wiem co zrobiłeś z pozostałymi, ale chcę, by oni przyszli tu, do domu i pokazali nam swoje szyje...
Ochroniarze wprowadzili dzieciaki. Stali, nie odzywając się. Linda podeszła do dziewczyny, odgarnęła włosy z karku i dokładnie obejrzała skórę. Żadnych blizn. U chłopaka było tak samo.
Patrzyła zdziwiona to na Michała, to na Jamesa.
- Przecież byli martwi... Widziałam...- powiedziała.
- Linda, nie wiem co widziałaś, ale spójrz na nich, czy tak wyglądają zmarli? Masz dowód na to, że nie jestem zły! Dobijemy targu? Jadę z wami, a lepton jest dla was!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...