czwartek, 27 czerwca 2013

無名 Mumei. cz:3.

日本 Nihon ,本州 Honshū. Rok 799

W pałacu スサノオ Susanō cz: 1.




Spędzili noc w wykrocie pod korzeniami drzewa.
Świt zastał ich już w drodze.O poranku dotarli do jakiejś wioski. Shisetsu rozejrzał się za wierzchowcem.Spostrzegł dwa konie w zagrodzie.Były wypoczęte,zadbane a pracownicy uwijali się skrzętnie przy innych zwierzętach,należących do małego gospodarstwa.
Podszedł bliżej i zapytał:
-Ile chcecie za te konie i uprząż?
Mężczyźni przerwali pracę i patrzyli na Wysłannika.Zastanawiali się zapewne,czy ubogi mnich będzie miał dość monet na tak piękne stworzenia.
-Zapytajcie gospodarza.-niechętnie odparł jeden z nich.-Jest w domu.
Poszli w kierunku wskazanym przez człowieka.
U progu,uklęknęli oboje a Shisetsu odsunął wejściową ścianę.Czekali na pojawienie się pana domu. Przyszedł po krótkim czasie.
-Ohayōgo zaimasu (jap. dzień dobry). -rzekł Wysłannik.-Proszę o te dwa wierzchowce w twojej zagrodzie!
Gospodarz zaprosił niespodziewanych gości do środka.Niegrzecznym było rozmawiać o interesach przez próg.
Sutorenjā zachwycił wystrój domu.Siedziała na aksamitnej zafuton (jap.poduszka) przy cedrowym,niskim kotatsu ( jap.stolik).Wszystko pięknie pachniało nowością.Przypomniał się jej dom Rodu Hayabusa.Przez ułamek sekundy znów była małą dziewczynką.Szybko jednak odrzuciła te wspomnienia.Zwróciła uwagę na rozmowę obecnych.Jej,jako że była obcą,nie wypadało wtrącać się.
-Co masz mi do zaoferowania za konie?-zapytał właściciel.
-Mam to...-jej towarzysz położył na stoliku sporą sakiewkę.-Mam zamiar utargować jeszcze uprząż i trochę żywności...-uśmiechnął się nieznacznie,widząc reakcję mężczyzny.
Oczy tamtego zrobiły się okrągłe ze zdumienia.Wyciągnął chciwie rękę po zawiązany na supeł materiał.
-Chwileczkę!-chłopak był szybszy.Schwycił pieniądze,jakby z zamiarem schowania ich z powrotem.-Najpierw powiedz ile!-krzyknął.
Wiedział aż za dobrze co się stanie.Chwilę trwało,żeby pokusa bogactwa wzięła górę.Wreszcie gospodarz odezwał się:-Tyle co masz powinno wystarczyć na oba rumaki,wikt i siodła.-sięgnął w kierunku zawiniątka.Jednym ruchem rozplątał węzełek i zajrzał do wewnątrz.Szeroki,zachłanny uśmiech rozjaśnił mu twarz.Nie było mowy o wyjawieniu prawdy Wysłannikowi,że monet jest o wiele za dużo.Odprawił ich,obawiając się,że mnich zażąda zwrotu reszty pieniędzy.
Przyniesiono im jedzenie na drogę.Właściciel nakazał aby dano też wodę pitną.Spakowali wszystko do toreb.Dosiedli wierzchowców i ruszyli w drogę do Pałacu Susanō. 
Bóg Wichrów i Burzy oczekiwał Nieznajomej w swoich komnatach.Miał co do dziewczyny pewien plan,dlatego kazał Wysłannikowi odszukać ją i być na usługi jako obrońca.Tyle,że Opiekun nie przewidział uczucia jakim on obdarzył Sutorenjā.Jako słudze,nie wolno mu było jej kochać ale w chwili,gdy ją ujrzał,skuloną pod drzewem,serce zabiło mu mocniej.A potem ten pocałunek...

***
-Pani? Konie tracą siły,musimy się zatrzymać.-zrównał swego konia z jej,przytrzymał wodze.
Zeskoczył z siodła i objąwszy kobietę w talii,pomógł zsiąść.Zanim odeszła,musnął wargami jej usta.Odpowiedziała mu długim,namiętnym pocałunkiem.
Chwilę stali przytuleni do siebie.Zdawali sobie sprawę z tego,że Los nie będzie przychylny temu co zaczynało ich łączyć.
Milczenie przerwał Shisetsu:
-Dlaczego jesteś smutna,moja pani?
-Teraz tobie również grozi niebezpieczeństwo...Ninja,który zabił moich przybranych Ryōshin (jap. rodzice),mógł nas śledzić?Kiedy nadarzy się odpowiedni moment,nas też zabije!-drżała.Pamiętała złe oczy człowieka w czerni i szept..."-Śmierć..." 
-Niepotrzebnie naraziłeś się dla mnie na zemstę tego wojownika.Mogłeś odejść...-podeszła do swojego konia i zajęła się nim.Chciała odgonić złe przeczucia krążące w myślach.
Wysłannik wiedział,że jego ukochana nie chciałaby,żeby wrócił sam do pałacu.Uprzedził ją przecież jaką kare za nieposłuszeństwo przygotował Opiekun. Nie to jednak budziło jego obawy.Dręczyła go myśl o spotkaniu Sutorenjā z Susanō.
-Jutro,około południa dotrzemy do Pałacu Boga Wichrów i Burz...-zagadnął.
-Nie rozumiem,co,tak potężne bóstwo chce ode mnie?-Nieznajoma patrzyła na mnicha pytająco.
-Nie powiedział mi.Odkąd zobaczył cię w Studni Pragnień,chciał,żebyś do niego przybyła.-odparł mężczyzna.
-W Studni Pragnień?
-Gromowładny,ujrzał w niej ten dzień,kiedy twój ojciec podarował ci Smoczy Medalion.Od tamtej pory postanowił abym został twym sługą i sprowadził cię bezpiecznie do niego.-spuścił oczy.Nie mógł sobie wyobrazić,co się stanie jak przekroczą próg pałacu.Kobieta zauważyła jego smutek.
-Trapi cię to?-usiadła obok niego.Patrzył na płomienie,igrające,jak wielobarwne istoty po czerniejącym chruście.Ognisko,które rozpaliła,ożywało przy wrzucaniu nowych gałązek.Już teraz wyobrażał sobie różne wyjścia z sytuacji.Porwanie Nieznajomej,też było jakimś rozwiązaniem.
-Gotów jestem walczyć o ciebie pani na śmierć i życie!-odezwał się.-Jeśli chce cię poślubić najpierw będzie musiał mnie zabić!
-Proszę...nie mów tak.Przecież nie wiesz co zamierza Susanō.Może chce tę monetę i ja mam mu ją dostarczyć...?-zastanawiała się głośno.-Ten srebrny pieniążek,chyba odstraszył mojego niedoszłego kata...-przypomniała sobie nagle.
-To nie jest moneta,jak powiedział ci twój dobroczyńca.W tym Talizmanie drzemie ogromna siła! Mając go,nie trzeba się obawiać żadnego zła.-powiedział Shisetsu.-Posłuchaj mnie! Ukryj go dobrze i nie oddawaj Bogowi nawet,jeśli będzie ci groził! Ze Smoczym Talizmanem stanie się nie do pokonania.
Dziewczyna zdjęła z szyi rzemyk.Rozłożyła niewielki skrawek jedwabiu,zawinęła srebrny wisiorek,przewiązała sznurkiem i tak zabezpieczony schowała w wewnętrznej kieszonce iromuji.
Noc otuliła czarnym kirem wszystko dokoła.
Ognisko zgasili przed zmrokiem,dla bezpieczeństwa.Leżeli,ogrzewając się ciepłem swoich ciał.Następny dzień szykował dla każdego z nich inną próbę sił.

Zza wzgórz widać było piękne odblaski tęczy.Jadąc dalej,oczom jeźdźców ukazał się Pałac ,wzniesiony na wzór olbrzymiej fontanny.Trzy kolumny wody opadały i unosiły się,prawie dosięgając koron rosnących nieopodal drzew.Całości dopełniały siedmiobarwne refleksy tworzone przez blask słoneczny. Shisetsu zatrzymał konia.
-Czy coś się stało?-zapytała chłopaka Nieznajoma.
Nie odpowiedział,spiął wierzchowca do szybszego truchtu.Ciężko mu było na sercu,wspominając chwile spędzone z Sutorenjā. Kres ich podróży własnie się zbliżył.
Bóg Burzy już się niecierpliwił.Kiedy weszli,poirytowany podszedł zaraz do dziewczyny i przedstawił się:
-Jak zapewne wiesz pani,jestem sam bóg Susanō.-ukłonił się jej a ona odwzajemniła gest.
Wysłannik chciał coś powiedzieć,ale Opiekun nie był w nastroju.Odprawił go skinieniem dłoni.Był zmuszony posłuchać rozkazu.Odszedł,zostawiwszy ukochaną ze swoim władcą.
-Żebyś tylko nie zrobiła czegoś nieroztropnego...-ostrzegł kobietę w myślach.
W tym samym czasie Opiekun oprowadzał Nieznajomą po swojej posiadłości.

niedziela, 23 czerwca 2013

無名 Mumei. cz:2.

日本 Nihon ,本州 Honshū. Rok 799.

使節 Shisetsu. 

Księżyc dopiero nabierał swych kształtów,więc noc była ciemna.Blady sierp nie dawał tyle blasku co pełnia.Sutorenjā postanowiła ukryć się w lesie.Miała nadzieję,że napastnik nie wróci.Usiadła w zaroślach,przytulając ugięte kolana jak najbliżej,żeby było cieplej.
-Może uda mi się zasnąć choć na chwilę...-wzięła w dłoń pieniążek,obejrzała go po raz kolejny,zdziwiona tamtym wydarzeniem.
-Schowaj go dobrze o pani!-mężczyzna w długiej szacie z kapturem osłaniającym twarz,stał w dziwnej poświacie,podobny do zjawy.Na ten widok kobieta skuliła się i zasłoniła twarz.
-Nie rób mi krzywdy!-krzyknęła.
-Jestem Shisetsu (jap. Wysłannik).Ten medalion,to talizman chroniący przed każdym złem.-wyjaśnił przybysz.-Mój Kōken'nin (jap. opiekun) rozkazał mi abym tobie służył pani.-dodał.
-Nie mam czym ci zapłacić za służbę...-odparła dziewczyna.-Możesz wracać do swego Opiekuna,sama potrafię sobie poradzić.-starała się aby nie usłyszał niepewności w jej słowach.
-Nie mogę tego uczynić,byłaby to hańba dla mnie,którą przypłaciłbym życiem.Muszę zostać...-ściszył głos.Mowa o śmierci sprawiała mu trudność.
-Czy mogę...Czy mogę zatem zobaczyć twoją twarz?-odważyła się zapytać Nieznajoma.
Mężczyzna zawahał się.Po chwili odchylił kaptur.
Oczom kobiety ukazał się młody człowiek.Długie czarne włosy,broda,uśmiech i magnetyczne spojrzenie...Dojrzała zarys smukłej sylwetki pod mnisim habitem.Zawstydzona spuściła oczy.
Shisetsu natychmiast zarzucił kaptur.
-Przepraszam za mą śmiałość pani!Nie powinienem był słuchać twej prośby!Ukarz mnie,jeśli taka twa wola!-klęknął przed Sutorenjā.
Dziewczyna uklęknęła także.
-To ja przepraszam ciebie.To przez moją ciekawość naraziłam cię na wstyd.Mi kara należy się najbardziej.-skłoniła się,czekając na cios.
Nic takiego się jednak nie stało.Shisetsu podał jej rękę.Nie bardzo wiedziała co się za chwilę wydarzy.On zaś podniósł ją i na moment ich oczy się spotkały.Nie pozwolił zabrać jej dłoni ze swojej.Przygarnął Nieznajomą do siebie i pocałował.
-Wszystko będzie dobrze,zaopiekuję się tobą moja pani...-wyszeptał.
Chciał pocałować ją znowu ale delikatnie wysunęła się z objęć.
-Musimy znaleźć ukrycie i przenocować.Boję się o swoje życie,widziałam śmierć moich przybranych rodziców a ich zabójca być może mnie ściga.

sobota, 22 czerwca 2013

無名 Mumei. Cz:1.




Nazywają mnie Mumei.
Nie mam domu,imienia ani nazwiska.A oto moja historia...

日本 Nihon ,本州 Honshū. Rok 799.

Zachód słońca dodawał kolorów drzewom obsypanym kwieciem.
Była wiosna,wiatr bawił w gałęziach,rozsypując kwiaty wiśni,porywał je w górę,plotąc wieńce by za chwilę rzucić je jak nudną zabawkę pod stopy przechodzącej kobiety.Była ubrana w skromne iromuji-kimono.Zamiast szerokiego obi u bioder - miała zwykłą tasiemkę,ubranie nie miało jakichkolwiek kamon.
Zresztą,ona sama nie wiedziałaby,jakie kamon miała by wyhaftować na swoim stroju.Była sierotą,a ludzi nie śmiała pytać o swój ród i herby...Dzieciom bez rodziców nie nadawano żadnych oznaczeń.
Biegła coraz szybciej.Kruczoczarne włosy wcześniej zebrane w węzeł,teraz luźno rozsypały się na drobne ramiona.Mały srebrny wizerunek smoka,zawieszony na rzemyku,połyskliwie odbijał promienie czerwonego słońca.Bose stopy zostawiały ślady krwi.
Poprzedniej nocy widziała jak jej dobroczyńców ktoś zabił.Ciemna sylwetka,oczy nabiegłe nienawiścią i miecz katana,błyszczący zimną stalą.Nie wydali nawet cichego krzyku,nic...Napastnik wiedział jak zadawać śmierć.
Była pewna,że zachowuje się cicho,ale ninja jak głosi legenda,to nadludzie...Mają zmysły podobne zwierzętom.Usłyszał jej oddech i nim się spostrzegła,trzymał ją za włosy.Przybliżył usta do ucha i wyszeptał:
-Śmierć...
Spróbowała jakoś odwrócić głowę,przyjrzeć się potworowi,który bez litości zamordował starszych Rodu Hayabusa.Na próżno.Mężczyzna był jak ze stali.Wzmocnił chwyt,krzyknęła ze strachu i bólu.
-Zabiję!-uniósł złowieszczo katana,skierował jego klingę w pierś dziewczyny.Jego oczom ukazał się kuszący widok i... Odskoczył jak jadowity wąż habu.-Ty!Ty jesteś...!-niezrozumiała co powiedział.Zniknął jej z oczu równie szybko jak ją zaatakował.
A teraz uciekała z wioski,w której się wychowała.Hirohito-san i pani Masako zastępowali jej rodzinę.Byli zamożni a własnych dzieci nie mieli.Któregoś dnia przybrany ojciec podarował jej małą monetę z wizerunkiem zwiniętego smoka.Zawiesił go na kawałku skórzanego sznurowadła.
-Sutorenjā ( jap.-nieznajoma), przyjmij ode  mnie ten skromny dar,za to,że zostałaś naszą córką. Może,kiedyś Doragon przyniesie ci szczęście.
Zachowała smoczy pieniądz. -Czyżby to on zapobiegł jej śmierci z ręki ninja?.
Nie wiedziała tylko dlaczego taki przedmiot mógł odstraszyć mordercę.

piątek, 21 czerwca 2013

Opowiadanie 7:

Zapomniane Miasto cz.7

Ostatnie przygotowania do powrotu przeciągały się w nieskończoność.
-Jak ja mam wytłumaczyć Lilian,że JA! byłem sprawcą wypadku? Czemu wcześniej nie sprawdziłem tych cholernych hamulców? I dlaczego pozwoliłem spalić nasze jedyne dziecko?!Co ze mnie za mąż i ojciec!-miał w sobie tyle żalu o wszystko,co go spotkało.Rozbolała go głowa.
Przez dwa dni prawie nie spał,pomagając Michaelowi przy formalnościach związanych z przewozem ciała do Agen.
Poinformowano go,że szczątki będą przetransportowane już po skremowaniu do Tuluzy i następnie do Agen.
Roger nie chciał słyszeć o kremacji.Mike musiał go długo przekonywać że prawo jest po stronie urzędników a oni nie mogą, "NIE MOGĄ!" zrobić wyjątku nie tylko raz ale nawet pół razy!
Kiedy żegnał swojego syna po raz ostatni,był na skraju wyczerpania nerwowego.Starał się zapamiętać jak najwięcej szczegółów dotyczących ukochanego Josha-rysy twarzy,kolor włosów nawet ubranie,kupione przez żonę Mike'a.Podczas ceremonii zemdlał i przewieziono go do szpitala.Dopiero pod wieczór pozwolono mu opuścić placówkę.Oczywiście rodzina Michaela zadbała aby już nie mógł zobaczyć urny z prochami.
-Roger? Roger?!
-Słucham...-otworzył oczy jednak nic nie mógł zobaczyć.Usiadł na łóżku i odczekał aż wzrok przywyknie do ciemności. -Czego chcesz?-zapytał szefa żandarmerii.
-Jutro jedziemy do Tuluzy więc...
-Jak to "jedziemy"?-nie zrozumiał co przyjaciel miał na myśli. -Ja jadę.
-No nie! Po tym co dla ciebie zrobiłem,chcesz sam targać się do Agen a ja mam zostać tu i zapomnieć o całym zajściu?
-Mike,nie myślałem,że będziesz chciał jechać ze mną do domu.Miranda i ty już tak wiele dla mnie zrobiliście.Ja...nie wiem, jak będę mógł wam się odwdzięczyć?Nie jesteśmy z Lilian zamożni...teraz jeszcze pogrzeb Josha.
-Miranda odwiozła dziś dziewczynki do swoich rodziców,jutro spakujemy trochę rzeczy i wsiądziemy z tobą do samolotu.Koniec,kropka.-Michael poklepał Rogera po ramieniu i wyszedł z pokoju.
Śnił.Dramatyczne obrazy były męką nie do zniesienia.Zrywał się spocony,by znowu zapaść w kalejdoskop niekończących się tragicznych wydarzeń,wyrytych na zawsze w udręczonym umyśle.

Lilian czekała na nich na lotnisku,powiadomiona telefonicznie przez Mirandę.Uprzedzono go,że nie wie wszystkiego.
-Roger! Witaj! A to zapewne państwo Jenegret? Josh?!-kobieta rozglądnęła się zdziwiona.
-Lilian...pójdziemy do restauracji coś zjeść,dobrze?Jesteśmy z naszymi gośćmi trochę zmęczeni.-Roger starał się ze wszystkich sił,żeby Lilian nie nabrała zbyt szybko podejrzeń o Joshua.
-...no...dobrze ale zaczekajmy na Josha,zgoda?-Lilian była uparta jak dziecko.A może właśnie matczyna intuicja zaczynała docierać do głosu.-Gdzie on się podziewa?-uśmiechnęła się,spoglądając poza tłum ludzi wypełniających olbrzymi hall lotniska.
Miranda podeszła do niej,zagadnęła:
-Pani Anderson,pójdziemy do restauracji...
-Przecież Joshua jeszcze do nas nie dołączył.Przepraszam.-wyminęła kobietę.Co raz bardziej była zdenerwowana.
Roger wziął swoją żonę za rękę.Gestem nie znoszącym sprzeciwu,skierował ją do wyjścia.
-Chodźmy.Nasi goście chcą trochę odpocząć po podróży.
W hotelowej restauracji zamówili posiłek. Żona Rogera była zaskoczona jego postawą wobec jej niepokoju o syna. Jednak także w tej sytuacji Miranda i Mike znaleźli sensowne wyjaśnienie,gdzie jest Josh.
-Lilian,spokojnie.Roger nie chciał ci mówić o tym,że Josh ma pewną bardzo delikatną sprawę do załatwienia...sama wiesz jacy są chłopcy,kiedy są zakochani.-Miranda zdobyła się na najszczerszy uśmiech,na jaki ją było stać.
-Ale nie rozumiem,czemu Roger tak się zachowuje,jeśli chodzi tylko o to,że Joshua się zakochał? Roger,kochanie kiedy Josh ma zamiar przylecieć z Annecy?-jej pytanie zaskoczyło go.
-...ależ! Lilian,zawsze będziesz go traktowała jak 4 letnie dziecko,kiedy on ma-przełknął narastający w gardle spazm.-Kiedy ma już 16 lat!-dokończył szybko.
-No tak! Rodzice zazwyczaj zapominają jacy byli w wieku swoich dzieci!-rzucił beztrosko Michael.On też dokładał starań aby temat rozmowy delikatnie skierować na inny,niż zmarły chłopak.
Stopniowo udało się im porozmawiać o wielu różnych kwestiach.Chociaż nieobecność młodego Andersona jeszcze nie raz przewinęła się przez czas trwania obiadu.
-Kelner!-Roger kiwnął na rosłego mężczyznę,ubranego w nieskazitelnie czarny garnitur.
-Tak?
-Prosimy o rachunek.-wyjął portfel i uregulował należność.

W samolocie,kiedy usiedli,wszyscy jakby na moment zapomnieli o tym,że szesnastolatka nie będzie z nimi.Matka chłopca też wydawała się odprężona.
-Jaki popieprzony jest ten świat!-myślał Anderson z goryczą.Patrzył na pierzaste chmury zaglądające w jego okno.-Ani na sekundę nie mogę przestać myśleć o tym co będzie,gdy Lilian w końcu dowie się prawdy?
-...a wtedy Josh wyseplenił:"-To Trevor mnie obsikał,nie ja!"-jego żona opowiadała jedno ze zdarzeń z dzieciństwa ich syna.Miał wtedy 5 lat,kuzyn biegał za nim z pistoletem na wodę,a kiedy Joshua stanął okazało się,że zmoczył spodnie.Oczywiście winę zrzucił na kuzyna Trevora.Śmiali się do łez.
-Tylko,że to było tak dawno...-przeszło mu przez myśl.
Zakończenie.
Chwila,której tak bardzo się obawiał nadeszła znacznie szybciej,aniżeli by sobie tego życzył.Jak wszystko, na co nie jesteśmy nigdy przygotowani.
Stał trzymając Lilian mocno przytuloną do siebie.Krzyczała,chciała aby pozwolono jej wziąć urnę w ręce.Tylko nikt nie reagował na prośby i łzy.
Wszystko odbyło się tak jak powinno-uroczystość pogrzebowa,złożenie urny do ziemi,modlitwy i kondolencje zgromadzonych ludzi.
Miranda i Michael zostali.Szef żandarmerii przedłużył urlop o tydzień.
Roger był mu za to wdzięczny.Ich żony bardzo się zaprzyjaźniły,podobnie jak on z Michaelem.Nikt nie przewidział jednak tego,co stało się potem.
Po dwóch miesiącach od pogrzebu,Lilian zaczęła dziwnie się zachowywać.
Chodziła bez celu po domu,czasem podawała komuś niewidocznemu ulubionego misia Josha,albo szeptała coś,siedząc na brzegu łóżka w dziecinnym pokoju.Rogera coraz częściej nie było w domu.Widział żonę jak próbuje rozmawiać z nieżyjącym synem,sprawiało mu to ból,który zagłuszał rzeką alkoholu.Zerwał kontakty z przyjaciółmi,zalany w trupa po swojemu starał uporać się z żalem po śmierci dziecka.
Samobójcza próba Lilian,zadecydowała o umieszczeniu jej w zakładzie.Jednak Roger nie podjął się leczenia z nałogu.
Któregoś wieczoru,szedł chwiejnie poboczem drogi.Nagle poczuł tak silny ból,że ogłuszył go na chwilę.Po pięciu sekundach wróciła mu świadomość.
-Proszę pana! Niech pan nie zasypia!-klepanie po twarzy,głos kobiety.
-...gdzie jestem?-wyszeptał.
-W Zapomnianym Mieście...-usłyszał w odpowiedzi.Otrzeźwiał.
-To nie może być prawda!-zaoponował.I nagle ktoś go podniósł.Przyjrzał się uważniej i uśmiechnął się.
-Jesteś?-Roger był zdziwiony spotkaniem.
-Czekałem na ciebie tato...-Josh wziął go pod ramię i poprowadził w oślepiające ciepłe światło...
Koniec.

środa, 12 czerwca 2013

Opowiadanie 6:

Zapomniane Miasto cz. 6

Zapach miasta wciskał się przez uchylone okno w samochodzie Mike'a. Gorzkawy odór spalin zmieszany z rozgrzanym powietrzem,tworzył zaduch.
Chłodny nawiew włączonej do oporu klimatyzacji,dawał nie wiele wytchnienia.
-Ale upał!-kierowca jakby z niedowierzaniem spojrzał na ustawienie auto-klimatyzacji. -Psiakrew!Nawet to nie pomaga!
-Zapowiadali przecież 34 stopnie Celsjusza w cieniu.Nie słyszałeś?
-Wiem.I zaczyna mnie to wkurzać...
Roger nie odezwał się.Nagły zły nastrój kolegi nie zrobił na nim wrażenia.
Szczęście,dojeżdżali właśnie do komendy. W pracy humor szefa żandarmerii uległ tylko pogorszeniu.Mężczyzna gotów był na kłótnię z byle błahego powodu.
-Chene do mnie!-zbyt głośno zakomenderował Michael.
Uderzony poprzedniego wieczoru żandarm,wyglądał znacznie lepiej.Opuchlizna zeszła,ale żółte zabarwienie nad górną wargą i gojący się dopiero rozcięty kącik ust, przypominały ślady po wypitym soku lub czymś takim.
-Co ty masz na...-jego szef machnął ręką w nieokreślonym kierunku. -Nieważne! Masz sprawę do załatwienia!Pilną!
-Dobrze wuju.-odpowiedział podwładny.
-Martin,nie jesteśmy na przyjęciu!-skarcił go.-Pojedziesz do Szpitala Świętego Jana i powiesz,żeby przygotowali ciało Joshua Anderson do wydania.
-Następnie...-przerwał widząc niepewną minę Rogera. -A tobie co znowu?
-Pojadę z nim.-odparł.
-Słuchaj...wiesz przecież co będzie jak tylko przekroczysz próg.Radzę ci jak przyjaciel-siedź na tyłku i pozwól sobie pomóc.
Nie oponował.I bez widoku syna na stole chłodni,czuł znowu żołądek jeżdżący z dołu do góry.Jedynym wyjściem było pozostanie na miejscu.
-Martin,słuchaj! Jak załatwisz szpital,będzie cię czekała wizyta u dość nieprzyjaznego właściciela zakładu pogrzebowego.Spisz dane personalne pana Andersona i jego syna-przydadzą się tobie do załatwienia wszystkich formalności.Z pogrzebem włącznie.
-Jeśli mogę się wtrącić?-Anderson,słysząc "pogrzeb",otrząsnął się z zamyślenia. -Tę sprawę chciałbym omówić z moją żoną już w domu...
-Racja! Dlatego,zadzwonisz do niej i w skrócie,bez szczegółów powiesz,że wrócisz za tydzień,bo coś ci wypadło.W międzyczasie zajmiemy się przygotowaniem pogrzebu w Agen.Od czego są przyjaciele,internet i telefony?!

 -Hallo! Lilian?-próbował zebrać myśli,skupić się na najważniejszych informacjach jakie miał przekazać."-Boże! Nie pozwól żebym się rozkleił!"
-Roger? Dlaczego nie wracacie?Widziałam w telewizji,półtora miesiąca temu jakiś wypadek pod Parpignan...zginął chłopak,chyba w wieku Josha...
-Lilian,przepraszam kochanie,coś nam tu wypadło i zostan...Zostaniemy jeszcze tydzień.Dobrze?-już myślał,że nie podoła,że przestanie udawać i wykrzyczy całą prawdę do słuchawki.
-Ale, Roger,wszystko u was w porządku?Swoje prawo jazdy i dokumenty zostawiłeś na stoliku w przedsionku.Martwiłam się o was.Jeśli chcesz prześlę ci do Annency twoje rzeczy.-głos Lilian zdradzał jej niepokój.
-Wiesz,mój dobry znajomy ma zamiar jechać do Agen.Obiecał wstąpić do nas i wziąć wszystko co trzeba.- Roger chciał to natychmiast przerwać!Zaczynał mieć mętlik w głowie od wymyślania kłamstw.Bał się pogubić we własnych wyjaśnieniach.
Niespodziewanie z pomocą przyszedł mu sam telefon.Przerywany sygnał i natrętny głos:
-Rozmowa przerwana!Aby kontynuować-wrzuć monetę!Rozm...
Odłożył słuchawkę.Brakło mu drobnych,pożyczonych od Mike'a.Chciał odetchnąć z ulgą ale łzy napłynęły mu do oczu.Oparł się o ścianę i pozwolił im płynąc...

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Opowiadanie 5:

Zapomniane Miasto cz.5

Po przyjemnie spędzonym wieczorze,Miranda poszła przyszykować świeżą pościel w sypialni na parterze.Kiedy wrócił z łazienki,wychodziła z pokoju.
-Może pan już iść się położyć.Musi pan być zmęczony podróżą.-zaprosiła gościa.
-Dziękuję bardzo.Proszę mówić mi po prostu Roger.-odparł.
-Miranda.Gdybyś czegoś potrzebował,nie krępuj się.Dobrej nocy.-weszła na stopnie prowadzące na piętro.
-Dobranoc.-to prawda,ledwo trzymał się na nogach ale przy rodzinie Mike'a musiał udawać że wszystko gra.Nie wiedziały przecież co tak na prawdę sprowadziło go do Zapomnianego Miasta.-...i lepiej niech się o tym nigdy nie dowiedzą!
Sen zmorzył go,gdy tylko wyciągnął się na łóżku.

-Roger!Josh! Uważajcie na siebie!-Lilian stała na schodkach werandy.Patrzyła na nich pod słońce,mrużyła oczy,marszcząc przy tym zabawnie brwi.Lubił ją taką.
Wychylił się z okna auta i pomachał do niej ręką: -Nie martw się kochanie!Wrócimy za miesiąc,cali i zdrowi!
-...cali...i zdrowi...! Boże!!!! Joshua!!! Nie synu,to ja! Ja powinienem był zginąć,nie ty!!!
Trzymał umierającego chłopca na rękach.Czuł jak gaśnie kiedy,co to? Nikogo nie ma! Proch rozsypał się w dłoniach,kurczowo obejmujących tak kochane dziecko.-NIE!!!!!!!!!

Zobaczył zapalone światło w swojej sypialni i przestraszoną rodzinę Michaela obok łóżka,które zajmował.Wszyscy domownicy w piżamach.Miranda tuliła do siebie najmłodszą córkę.
-Co się stało temu panu mamusiu?Czemu tu śpi i...czemu krzyczał?
-Moniko,nie ładnie tak pytać...-uciszyła ją matka.Chodź,pomogę ci się dobrze otulić kołdrą.-Amando,pozwól.-szturchnęła na odchodnym,nastolatkę.Wszystkie na raz zaczęły wychodzić z pomieszczenia.
-...ale...-dziewczynka nie dawała za wygraną.Dziecięca ciekawość zaczynała brać górę.-Opowiesz mi o tym panu mamo?
Ich głosy stłumiły zamknięte drzwi dziecięcego pokoju.
-Roger,napędziłeś nam niezłego stracha!-Michael kiwnął na niego ręką.-Wstawaj!Wiem co jest dobre na lepszy sen.-przymrużył oko łobuzersko.
Niechętnie zwlókł zmęczone ciało z ciepłego łóżka.Poczłapał bosymi stopami po kafelkach korytarza do kuchni,gdzie czekał na niego Mike z grzanym piwem.
-Masz!-wręczył mu spory kufel ciemnozłotego płynu.-To najlepszy sposób na zdrowy sen-tak mówił mój śp.ojciec!
Spróbował tej delicji i stwierdził,że smakuje niezgorzej niż ten sam trunek trzymany w zamrażarce.
-I jak?-dopytywał o opinię gospodarz.
-Świetne.-wziął ostatni łyk.Poczuł przyjemne szumienie w głowie i zatęsknił za łóżkiem.-Idę spać...dobranoc...a! Dziękuję...-droga powrotna wydawała się jakby dłuższa,niż kiedy szedł za Michaelem do kuchni.
-Cześć...-szef żandarmerii miał także lekko w czubie.On też ruszył,potykając się co schodek do swojej sypialni.Był przy tym nieco rozbawiony.
Roger zamknął za sobą drzwi.Padł bez czucia na posłanie i zasnął twardo.Ciepły alkohol stał się bramą nie do przebycia dla sennych koszmarów...
Obudziło go pianie koguta.
-...zaraz,zaraz!Jak to pianie koguta?!-zerwał się na nogi ale raptownie zdał sobie sprawę z własnej pomyłki.Oto,oprócz piania słychać było wesołą piosenkę z audycji telewizyjnej dla dzieci.Głos Mirandy świadczył.że teraz nie było mowy o przesłyszeniu.
-Monika!Wstawaj,śpiochu!
Ubrał się szybko.Wyjrzał do salonu i na palcach przeszedł do kuchni.
-Cześć.Przepraszam za moje wrzaski...-zwrócił się do szykującego śniadanie Mike'a.
W damskim fartuszku wyglądał mniej oficjalnie niż w szytym na miarę garniturze.Roger wykrzywił się w uśmiechu.
-Może pokazałbyś się swoim chłopcom z tej strony?-zapytał szefa żandarmerii.
I w tej samej chwili musiał uchylić się przed uderzeniem kuchenną rękawicą w głowę.Michael pomimo muskularnej postury,był szybki.
-I ty Brutusie przeciwko mnie?!-zarechotał,widząc unik Rogera.
-Cezarze okaż łaskę!-kwiknął w odpowiedzi Anderson i już obaj zaśmiewali się do łez. W takim stanie zastała ich Miranda i córki Michaela.
-Dzień dobry panowie.Co wam tak wesoło?
-Roger wykreował mi nowe wdzianko do pracy!-opowiedział w skrócie jej mąż.
-Ooo!To ciekawe!-podchwyciła żart kobieta.Zaraz,poważniej dodała: -Dziewczynki,ojciec poda wam śniadanie.Siadajcie!
W dobrych nastrojach wszyscy zaczęli dzień.Nawet pogoda zapowiadała się całkiem nie źle.
Gdyby tylko Rogerowi nie było tak ciężko na sercu.

Opowiadanie 4:

Zapomniane Miasto cz.4:

 Zaczęło się z nim dziać coś dziwnego.Trząsł się jak w gorączce,pocił się i miał uderzenia gorąca.Jego twarz była trupio blada.Mike nic nie mówił,widząc w jakim jest stanie.Obaj chcieli mieć to już za sobą.
Żandarm wiedział aż za dobrze, jak może na kogoś w takiej sytuacji jak Anderson,podziałać kostnica.
-Trzymasz się?-spytał.
Roger niepewnie kiwnął głową.Czuł żołądek podchodzący coraz wyżej.-Niedobrze mi...-stęknął.
Koroner w zielonkawym fartuchu,najpierw zajęty swoimi sprawami,czekał cierpliwie na ich decyzję.Teraz zbliżył się do jednej z szuflad i spojrzał na obu. -Gotowi?
Nie czekał na odpowiedz,wysunął szybko stół z wnętrza chłodni i oczom obecnych ukazały się zwłoki chłopca.Głuchy odgłos padającego ciała jego ojca był jakby umownym znakiem dla lekarza sądowego,że czas zamknąć szufladę z powrotem. Posadzili zemdlonego mężczyznę na kozetce.
-No,stary!Dalej,pozbieraj się.No...! -Michael potrząsnął kolegą stanowczo.
-Wybudź się wreszcie człowieku.-Lekarz podsunął nieprzytomnemu sól trzeźwiącą.Podziałała.Powieki Rogera zadrżały,otworzył oczy i rozejrzał się.
-Gdzie jestem?Co się stało?
-W kos...-Szef nie skończył.
-W szpitalu.-Szybko zareagował koroner.-Miał pan tu sprawę do załatwienia.-dodał.
-A co się stało?Czemu jest mi niedobrze?-dociekał przytomniejąc.
Lekarz kiwnął na Michaela.-Wyprowadźmy go stąd,szybko!
Wzięli Andersona pod pachy i wyprowadzili na poczekalnię.Usiadł ciężko na krześle.
-Mój synek...-załkał nagle.-Mój Josh!
Obaj mężczyźni przysiedli po obu stronach Rogera.Milczeli,chociaż może wypadałoby coś powiedzieć?Tylko jakie słowa pocieszenia ukoją ból po stracie bliskiego?A ten facet miał w dodatku świadomość,że przyczynił się do śmierci syna. Anderson ukrył twarz w dłoniach.Jego szloch słychać było echem w pustym korytarzu.
Kiedy wracali do biura Michaela,było z nim trochę lepiej.Zieleń twarzy zniknęła,oddech się wyrównał.Nie czuł też mdłości.Jego towarzysz odważył się zagadnąć:
-Słuchaj,możesz przenocować u mnie.Moja żona ucieszy się z gościa na kolacji.A rano pomogę ci to wszystko jakoś ogarnąć,ok?
-...
-Hej!Wszystko w porządku stary?
Odwrócił głowę od widoków za szybą samochodu.-Tak...w porządku,dziękuję.

-Mirando?!-zawołał Michael od progu,zamaszyście wycierając buty.W przedsionku ukazała się młoda dziewczyna.
-Hej tatko!-pocałowała Mike'a w policzek i uśmiechnęła się serdecznie do Rogera. -Kto to?
-To pan Roger Anderson,mój kolega.Zostanie na kolacji i przenocuje u nas.Ma ważną sprawę do załatwienia w mieście.Jest matka?
-Tak.Kładzie Monikę spać.Umyjcie ręce,podam wam kolację.
Skierował Rogera do jednej z łazienek.Poszedł na piętro do drugiej.W tym samym czasie jego starsza córka Amanda stawiała na stole talerze z kolacją.
Usiedli przy stole.Roger dopiero teraz poczuł jaki był głodny.Smaczne zapachy dań sprawiły,że uczucie głodu stało się nie do zniesienia.Wkrótce dołączyła do nich Miranda.
-Dobry wieczór.Witaj Mike.-przywitała się,przysiadając na miękkim krześle obok męża.-Kim pan jest?
-Mirando,przedstawiam ci mojego kolegę Rogera Andersona.Przyjechał do Perpignan w ważnej sprawie.-pan domu przedstawił najpierw Rogera a następnie swoją żonę: -To moja żona Miranda.
-Bardzo mi miło panią poznać.-Miranda podała mu dłoń,ujął ją i zbliżył do ust.
-Mi również jest miło poznać pana,panie Anderson.
Zasiedli powtórnie do stołu,kolacja zbliżała się do końca.

niedziela, 9 czerwca 2013

Opowiadanie 3:

Zapomniane Miasto cz.3

-Więc twierdzi pan,że najpierw stracił pamięć a teraz pamięć panu wróciła i chce zeznawać?
-Tak.-Powoli zaczynał go denerwować służbowy ton żandarma.
-Chcę złożyć zeznanie o wypadku,w którym zginął mój syn Josh.-silił się na grzeczność.Już od 20 minut trwał przy kontuarze,gadając z głupawym gliną.W końcu zapytał:-Czy mogę porozmawiać z pana przełożonym?
Urzędnik otworzył usta,chcąc coś dodać,czy zaoponować ale nie zdążył.W drzwiach wejściowych stanął jego szef.
-Witam.-rzucił szorstko w stronę Rogera.-Czym mogę służyć?
Gdyby mógł,Roger parsknął by śmiechem,na to: "Czym mogę służyć?",ale musiał zachować powagę.Sprawa jego zmarłego syna tego wymagała.
-Jak już powiedziałem pańskiemu podwładnemu-jestem gotów zeznawać w sprawie mojego wypadku...
-Tak.Wypadek spowodowała nadmierna prędkość i niesprawne hamulce-tyle się dowiedzieliśmy.A co pan ma nam do powiedzenia?
-Po wypadku,nie wiem jak trafiłem do tego miasta...nie mogę sobie przypomnieć czy szedłem taki kawał drogi piechotą,czy może złapałem stopa.Miałem poważną ranę głowy,więc...
-Więc nie przypomniał pan sobie wszystkiego jak należy!-skwitował dyżurujący żandarm.Tego było Rogerowi za wiele!Jego pięść wpasowała się w twarz tamtego tak szybko,że nawet się nie połapał.Cofnął się trzymając dłoń na okrwawionych ustach.
-Fo napasc na szantama na słusbie!!!-wyseplenił.
Szef żandarmerii zachłysnął się śmiechem.-Cicho bądź! Po co wtrącasz się do rozmowy,o której nie masz zielonego pojęcia!Ja nic nie widziałem! A pana proszę do mojego gabinetu.Nie mogę pozwolić, żeby mój nieokrzesany krewniak stracił kolejne zęby!
Zamknął za nimi drzwi.
-Napije się pan czegoś,Anderson?-zapytał,nalewając sobie whisky.
-Pije pan na służbie?-zdziwił się Roger.-Poproszę to samo z lodem-dodał.
-Hmm...to moja jedyna ucieczka przed tym zawszonym światem...-Mężczyzna podał alkohol Andersonowi,usiedli na przeciw siebie przy biurku.
-Czy wiadomo coś panu o moim tu przybyciu?Może kogoś pytaliście,ktoś mnie podwoził?-Przeszedł od razu do swojej sprawy.
-Wszystko wskazuje na to,że dostał się pan do naszego miasta piechotą...z drugiej strony,z takim obrażeniem,po kraksie...Mocarz z ciebie Anderson!
-Proszę,żeby pan ze mnie nie kpił.Straciłem syna i to o niego mi głównie chodzi.O siebie pytałem,bo także nie rozumiem, jakim cudem,po ciemku,z raną głowy trafiłem do Zapomnianego Miasta.
-Sami mieszkańcy wymyślili tą głupią nazwę!To miasto,według nich jest zapomniane przez Boga.
-To gdzie ja właściwie jestem?
-W Perpignan!-szef poprawił się w fotelu,dolał sobie trunku.Machnął pytająco butelką w stronę Rogera.
-Nie,mam dosyć. Jak to w Perpignan? Jechałem na wschód do Annecy na aukcję zwierząt,nie wiem kiedy pomyliłem drogi...
-Teraz ja czegoś nie zrozumiałem.Jechałeś do Annecy a trafiłeś do Perpignan?Pamiętasz chociaż skąd jesteś?
-Agen,tam się urodziłem i tam mieszkam.-Powoli wracały inne wspomnienia z rodzinnej miejscowości.Dom na przedmieściach,niewielkie rancho i...
-Agen,mówisz...Doprawdy,dziwny zbieg okoliczności! Co planujesz zrobić?-rozmówca przerwał mu rozmyślanie.
-Chcę odebrać ciało mojego syna...-zaczął niepewnie.-Czy pan wie gdzie je zabrano?
-Mów mi Michael. Twój syn znajduje się w kostnicy w Szpitalu Św.Jana,w którym byłeś.Pojedziemy tam,jeśli chcesz.
-Chcę!-krzyknął.
-Ok! Zbieraj się.-Michael,już był przy drzwiach.Trzymał je otwarte tak,że było widać obitego przez Rogera mężczyznę.Wyglądał dziwacznie z opuchniętymi wargami.Mijając go,szef znów zaczął się śmiać.
Kiedy zniknęli skompromitowanemu żandarmowi z oczu,ten pokazał im bardzo wymownym gestem co o nich sądzi.
Zatrzymali się przed zakładem pogrzebowym.Roger przełknął ślinę aby móc wydobyć z siebie głos,uporczywie więznący w gardle.Mike poklepał go po ramieniu:-Ja będę nadawał.
Weszli do środka.Otoczyły ich zewsząd różnego rodzaju trumny-duże,małe... Andersonowi zakręciło się w głowie.O mały włos runął by jak długi,pod nogi jakiegoś człowieka,który akurat przyszedł.
-W czym pomóc?-jego głos był skrzekliwy,drażnił nieprzyjemnie.
Gliniarz zaczął: -Chciałbym wybrać trumnę dla zmarłego nastolatka.
-Jak był wysoki?
-Że co?-Michael zrobił wielkie oczy.-Po co panu jego wzrost?!
-Jak niby mam panu polecić trumnę,skoro nie wiem jaka ma być długa?Szanowny pan wybaczy,ale sam pan mówił o nastolatku...
-Wiem do diaska co mówiłem! Już rozumiem!Dzieci w tym wieku są różnego wzrostu! Cholera!
-Ależ!Proszę się opanować!-skrzekliwy głos był pełen oburzenia.
-Miał...160 cm...-odezwał się wreszcie Roger.Jegomość przestał na chwilę spierać się z szefem żandarmerii.Popatrzył na Andersona przez ramię.
-Kim pan jest?-zapytał.
-Roger Anderson,ojciec zmarłego nastolatka.
-Chwileczkę...-starszy człowiek powoli odwrócił się w jego stronę.-Skoro pan jest ojcem,to kim pan jest?-wskazał na Mike'a palcem.
-Szefem tutejszych gliniarzy!-warknął na niego Michael.-I nie pokazuj na mnie palcem!
-Proszę stąd wyjść!Natychmiast!-tym samym palcem właściciel zakładu pokazał im drzwi.
Wyszli.
-Mam prośbę...-Roger czuł się nieswojo.-Na drugi raz,przedstaw mnie zanim cokolwiek powiesz-zgoda?
-Ok.Nie wiem co mi się stało.Ten facet był jakiś dziwny.Drażnił mnie od samego patrzenia na jego zasuszoną postać.Sam wyglądał jakby za moment miał skorzystać z własnej usługi!
To stwierdzenie sprawiło,że Roger mimo woli się uśmiechnął.Chciał być już na miejscu,w szpitalu.

Opowiadanie 2:

Zapomniane Miasto cz.2
-Dzień dobry... Psychoterapeuta okazała się szczupłą rudowłosą kobietą,po trzydziestce.
-Dzień dobry,proszę siadać.Czy przypomniał pan sobie swoje imię albo nazwisko?
-Ja...-umysł pracował w zwolnionym tempie,kadry wspomnień bardzo,bardzo wolno przesuwały się przed zmrużonymi oczami. -Ja...-zaczął od początku,i nagle zdał sobie sprawę,że to bez sensu,nie móc przypomnieć sobie swojego imienia!
-No dobrze,rozumiem.Spokojnie,niech pan usiądzie,zaraz powoli do tego dojdziemy.-Rudowłosa wskazała kozetkę.Usiadł,mając nadzieję,że nie rzuciła słów na wiatr.Bardzo chciał wiedzieć kim jest i jak się znalazł w tym mieście.
-Musi się pan odprężyć i pomyśleć o czymś przyjemnym...-zaczęła psycholog.
Zamknął oczy.Pierwszą,miłą rzeczą jaką sobie przypomniał był uśmiech nie znajomej pielęgniarki. Rozluźnił się,zapadając w hipnotyczny letarg.
-6...7... ...10.Proszę cofnąć się pamięcią do momentu pana wyjazdu...co pan widzi?
-No dobra,wskakuj! Josh! Spóźnimy się jeśli jeszcze choć trochę zmarudzisz!
-Już tato,tylko pożegnam się z mamą i Yuką!-nastolatek zagwizdał na potężną suczkę podobną do wilka.-Yuka!Chodź tu kochana!-wilczyca od razu przyskoczyła do chłopaka,rządna pieszczot.
-Zostaniesz w domu i będziesz grzeczna tak?-Wesołe merdanie ogona musiało wystarczyć mu za odpowiedz Yuki.Wbiegł do domu.-Mamo! Jedziemy już z tatą!
-Josh,tyle razy powtarzałam,żebyś zamykał Yukę na moment wyjazdu w swoim pokoju! Potem znów będę musiała ją łapać po całym stanie!-oczy matki były poważne jak zawsze ale uśmiech świadczył,że żartowała mówiąc o ucieczce Yuki.
-Mamo, ja już nie zdążę jej zamknąć!Chciałem się z tobą pożegnać...-objął ja czule za szyję.-Do zobaczenia za miesiąc!
-Josh,synu! Szybciej na litość boską!-niecierpliwił się.Chłopak z rozpędu dopadł drzwi auta i wsiadł obok niego. -Yuka chciała z nami jechać.Przydałaby się.-Josh spojrzał na niego z nadzieją.
-Wiesz dobrze,że na aukcjach zwierząt nie wolno mieć psów.
-Roger!!!
Coś nim szarpnęło.Gwałtownie pochylił się w przód,jak gdyby mocował się z czymś co już nie dało się powstrzymać.Krople potu wystąpiły na czoło,zaczęło brakować tchu.
-Proszę słuchać mojego głosu! Będę liczyć od 10 do 1 a pan się uspokoi i wróci do świadomości.10...9...
-...1-Niech pan otworzy oczy.Psycholog podała mu szklankę wody.Wypił duszkiem jak po biegu w upalny dzień.
-Roger...
-Nie rozumiem.-Kobieta spojrzała,lekko zaskoczona.
-Mam na imię Roger...i...był jeszcze Josh,mój...mój syn.On...
-Co się z nim stało?
-Chyba nie żyje...Mięliśmy wypadek.Aukcja...spieszyłem się bo miałem być na czas.Kiedy dojeżdżałem do rozstaju dróg straciłem panowanie nad samochodem.Hamulce nie działały jak należy...To wszystko moja wina!!!-Łzy zaczęły jakoś tak same płynąc.Nie miał zamiaru ich powstrzymywać,było mu w tym momencie obojętne co się z nim dzieje.
-Roger,musi pan wziąć się w garść.Faktycznie,pański syn nie przeżył wypadku.To była ta wiadomość dla pana,którą miałam przekazać.
Wstał.Roztrzęsionymi rękoma przygładził włosy,poprawił ubranie.Był zdruzgotany.
-Dziękuję za wszystko.-Nacisnął klamkę i już miał wyjść,kiedy inne wspomnienie z hipnozy dotarło do jaźni.-Mam żonę...-wyszeptał zamiast zwykłego "do widzenia".
Szybko otworzył drzwi,wypadł na korytarz.-Do widzenia!-Zdążył krzyknąć i pobiegł do głównego wyjścia.
Już na ulicy znów dopadły go wizje: Oto jadą z synem,o czymś rozmawiają,żartują.I moment wypadku-krzyk Josha,jego usilne próby zahamowania...nagła cisza.Koniec.Potem,on stojący na ulicy,sam.
Jak dotarł do miasta?Nie pamiętał nawet teraz.W hipnozie też tego nie widział.
Ale pocieszającym był fakt,że już wiedział kim jest:Roger Anderson! Ma żonę i miał syna.Teraz musi się dowiedzieć: co się wydarzyło tamtego strasznego dnia.

Opowiadanie 1:

Jakby tu zacząć?
Otóż...Witam na moim blogu :-) Spróbuję zmierzyć się na nim z sobą samą.
Może Ktoś z was lubi czytać opowiadania różne, nie jakieś tam wydumane ale zwykłe,jak na zwykłego śmiertelnika przystało.
Jeśli lubicie Zwierzęta to równolegle do tego nowego bloga prowadzę jeszcze inny,właśnie o Zwierzętach,tak że tu będzie o Nich mało.Zainteresowanych odsyłam do adresu: "Co słychać w świecie zwierząt?"-bloa.pl
A teraz do rzeczy ;-)


OPOWIADANIE 1:
Zapomniane Miasto. cz.1
Stał w deszczu.Mokry podkoszulek nieprzyjemnie lepił się do zziębniętego ciała.Co robił w centrum miasta,którego nazwy nie znał, bo tylko mignęła mu przed oczami,kiedy jego samochód z dużą prędkością mijał znak informujący,że właśnie tu dojechał?
-Cholera! -przeczesał nerwowo włosy ociekające deszczem.-Jak się nazywam?!Gdzie jestem?! Pamiętam wypadek ale to jest jedyny moment jaki utkwił mi w pamięci!
Kilka postaci zamajaczyło w światłach latarni po drugiej stronie ulicy.
-Hej! Przepraszam! Poczekajcie!!!
Przechodnie zatrzymali się,zaskoczeni.Wyglądali nie lepiej niż on.Ich także zaskoczyła ulewa.Podszedł do nich i powstrzymując szczękanie zębami,wykrztusił:
-Co to za miejsce?
-Jest pan w Zapomnianym Mieście.-padła odpowiedz.
 Jego oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.Jeszcze bardziej niewyraźnie odparł:
-To żart,prawda?To jakiś nienormalny żart!!!-Zaczepieni ludzie spojrzeli po sobie i pokręcili głowami.
-Co się panu stało?-dziecięcy głos wyrwał go z letargu. -...mmiałem wypadek...o tam... -wskazał głową w kierunku,z którego przyszedł.
-Mój Boże!-kobieta przyjrzała mu się uważniej-przecież pan ma ranę na głowie!
I nagle zapadł w nicość...wszystkie dźwięki ucichły.Rodzina, którą zaczepił,wezwała pomoc.
W skromnym szpitalu został opatrzony i zarejestrowany jako NN-nikt nie poznał personaliów Człowieka Z Ulicy.Dokumentów również nie znaleziono,
Mijały kolejne dni a On nadal nie odzyskiwał przytomności.W ciągu tego czasu żandarmi znaleźli jego samochód,strzaskany o drzewo.Niedaleko od tego miejsca leżało ciało chłopaka.Jemu nie udało się przeżyć...

Po miesiącu otworzył oczy,po raz pierwszy od zdarzenia na drodze do Zapomnianego Miasta.Niczego nie potrafił rozpoznać.Dziwne urządzenia,pomieszczenie,nawet zapach wydawał się dziwny.Próbował się podnieść ale członki odwykłe od ruchu nie reagowały na żądania woli.Był przerażony!
-Co...? ...to sen...muszę się obudzić! Chcę się obudzić!-pomimo bezwolnego ciała,szamotał się w myślach z samym sobą.wyczuł czyjąś obecność.Ktoś chodził obok jego łóżka.Pielęgniarka,która usłyszała sygnał w swoim pokoju,przyszła sprawdzić co się stało.Dotarł do niego jej głos:
-Jak pan się czuje? Proszę poczekać na lekarza,musi zadecydować czy można już pana odłączyć od respiratora.
Jeszcze raz spróbował dźwignąć się z łóżka.Może udałoby się chociaż usiąść? Siostra widząc jego wysiłki zaprotestowała: -Nie,nie może pan wstawać! Miał pan poważny wypadek,omal nie stracił pan życia.Jest pan przypięty pasami do łóżka.To dla bezpieczeństwa-żeby nie zerwał pan aparatury kiedy odzyskał świadomość.To często się zdarza pacjentom po wybudzeniu ze śpiączki-koniecznie chcą się uwolnić i uciec...-westchnęła jakby z żalem.
Zrezygnował z dalszych prób.-Może...to tylko te pasy?To one mnie trzymają.-płomyk nadziei zabłysnął na moment w jego umyśle i zasnął.
Oprzytomniał,poklepany lekko po twarzy przez starszego mężczyznę w białym kitlu.-No,jak tam?-zagadnął.
Bezgłośnie poruszył spieczonymi ustami: -...ic...-Słucham?-doktor pochylił się ku niemu.-Co pan mówi?
Wysilił się:-P...p i cc ...cę ic...-Słyszał wydawany z siebie ni to charkot,ni jęk.Był zły na siebie,że nie umie po prostu powiedzieć,że chce czegoś do picia. Pielęgniarka domyśliła się jego prośby. -Proszę.-delikatnie,wilgotną łyżką zwilżyła mu wargi.Oblizał je łakomie,jak ktoś,kogo poczęstowano dobrym winem.Kobieta uśmiechnęła się i dodała: -Za parę dni będzie pan mógł pić jak dawniej,teraz musi wystarczyć zwilżenie.W odpowiedzi wychrypiał: -Dzi..ę...
Zrozumiała.Pokiwała głową: -Proszę. Zebrała rurki, przyrządy i wyszła. 
Tak jak powiedziała-z każdym dniem,spędzanym głównie na rehabilitacji,wracały mu siły.To,co po obudzeniu tak bardzo go wystraszyło,rzekomy paraliż,teraz było niemiłym wspomnieniem.Cieszył się jak dziecko,gdy zaczął samodzielnie chodzić.Wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku.
-Oto pański wypis,leki i recepty.-Takie powitanie zaskoczyło go.
-Jak to?Wypis...Musiał zabawnie wyglądać z miną zdziwionego dziecka,bo uśmiechnęła się, tak jak lubił. -No,przecież to szpital,a tu nie zostaje się na zawsze.-Odparła i podała mu wszystko,co z sobą przyniosła.
-Zanim opuści pan szpital,lekarz zalecił wizytę u psychoterapeuty...musi pan się o czymś dowiedzieć ale ani ja,ani lekarz prowadzący nie możemy z panem o tym rozmawiać.-Spoważniała,a on nie wiedział co ma jej odpowiedzieć. Pokiwał głową na znak,że się zgadza,choć w głębi duszy czuł narastający odnowa niepokój.

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...