- Mogę sobie tylko wyobrażać jaki ten chłopak przeszedł koszmar, zanim ten sadysta pozwolił mu skonać...
Azato spojrzał na lekarza sądowego. Mężczyzna ciągnął dalej:
- Przyczyną śmierci było to... - uniósł nieco przykrycie i wskazał na niewielki otwór w okolicy serca denata. - To ślad wiercenia, długie wiertło, prawdopodobnie do wykonywania trepanacji...
- A kastracja i te... oczy? - zapytał Francisco.
- Nie czuł tego. Morderca najpierw znęcał się nad nim, liczne obrażenia brzucha, połamane żebra, krwotok wewnętrzny. Lista tortur i bólu tego biedaka jest długa.
- Kiedy zginął?
- Spójrz tutaj. - uniósł ręce i stopy nieboszczyka. Widniały tam sine, gdzieniegdzie krwawe otarcia.
- Pęta... - porucznik przygryzł dolną wargę. - Kiedy umarł? - powtórzył pytanie.
- Około 9 lub 11 w nocy.
- Cholera... Czy masz jeszcze coś, co może pomóc w śledztwie?
- ... jeśli pozwolisz... Ostatnie co na pewno czuł nasz denat, to powoli wwiercające się w jego serce wiertło...
- ...ten kto to zrobił, będzie mnie błagał, żebym jak najprędzej skrócił jego mękę!!!
Zebrał dokumenty z autopsji i wyszedł. Życzył sobie teraz spotkać tego typa, aby mógł wywrzeć na nim swoją złość.
wtorek, 30 grudnia 2014
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Zbrodnicza natura. odc.:10
Odwrócił głowę akurat w momencie, gdy coś ciężkiego opadło na niego, pozbawiając czucia.
- MAM CIĘ!!! - okropny śmiech rozległ się w małym mieszkaniu. Sven przewiesił sobie przez plecy związanego pracownika. Pieniądze za milczenie wcisnął za pasek od spodni, ukrywając pod ubraniem.
- Widzisz synu... - poprawił sobie nieprzytomny ciężar na barkach. - ...tak to już jest, jak się zaczyna grę, w której wygrana nie jest tobie przeznaczona... - klepnął chłopaka w pośladek i znów się zaśmiał.
Zwyrodnialec miał już plan. Jego niedawny współpracownik nie był przecież piękną kobietą, proszącą o jego względy i miłość... Ten sukinkot nie powinien nawet dzwonić do niego i żądać czegokolwiek! A teraz, skoro już tu jest, trzeba dać mu solidną lekcję pokory!
Enrique odzyskiwał świadomość. Leżał na dywanie, spętany i zakneblowany. Na tyle na ile mógł, uniósł głowę i rozejrzał się trochę. Ktoś wszedł do pokoju.
- Gadałeś z glinami?! - wrzasnął na niego dawny pracodawca.
Pokręcił głową. Kopniak wycelowany w klatkę piersiową odciął na moment dopływ powietrza. Chrapliwy kaszel skutecznie oszołomił leżącego.
- Łżesz!!!
Łzy i spieniona ślina pomieszana z krwią wsiąkły w knebel. Już nie protestował, chciał tylko żeby ten kat go wypuścił... Gemütlich wyszedł.
W środku nocy obudził go telefon. Podniósł niezadowolony słuchawkę i sapnął zaspany:
- Azato przy telefonie, w czym mog...
- Panie poruczniku!!! Niech pan natychmiast tu przyjedzie!!!
Ocknął się na tyle, żeby odłożyć słuchawkę, nie odpowiadając nawet na wezwanie. Po omacku ubrał się i po niespełna pół godzinie był w drodze. Zadzwonił do swoich ludzi i dowiedział się dokąd ma się udać i co to za pilna sprawa.
- Na szosie prowadzącej do drogi K28 porzucono ciało młodego mężczyzny. Nasi już nim zajęli, ale jak to jest w takich przypadkach, sekcja wykaże co mu się stało. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów. Szefie to co zobaczyli chłopaki jak przyjechali na miejsce, było obrzydliwe i straszne...
- Serio??? - Frank był zniecierpliwiony, że dał się wciągnąć w czczą gadaninę policjanta. - Wy jak zwykle lubicie kolorować to co zastajecie na miejscu zbrodni... ehh!
- Ale szefie...! Tym razem nie koloruję! Przysięgam! Ten facet miał swoje oczy i... jądra...
- Co?! - Azato aż się zachłysnął. - Co ty wygadujesz!!!
Zdający raport przerwał mu:
- Jądra i oczy miał powieszone na szyi jak jakiś pieprzony naszyjnik... - dokończył relacje policjant.
- To jakiś koszmar... - dodał porucznik, skręcając w leśną drogę.
- MAM CIĘ!!! - okropny śmiech rozległ się w małym mieszkaniu. Sven przewiesił sobie przez plecy związanego pracownika. Pieniądze za milczenie wcisnął za pasek od spodni, ukrywając pod ubraniem.
- Widzisz synu... - poprawił sobie nieprzytomny ciężar na barkach. - ...tak to już jest, jak się zaczyna grę, w której wygrana nie jest tobie przeznaczona... - klepnął chłopaka w pośladek i znów się zaśmiał.
Zwyrodnialec miał już plan. Jego niedawny współpracownik nie był przecież piękną kobietą, proszącą o jego względy i miłość... Ten sukinkot nie powinien nawet dzwonić do niego i żądać czegokolwiek! A teraz, skoro już tu jest, trzeba dać mu solidną lekcję pokory!
Enrique odzyskiwał świadomość. Leżał na dywanie, spętany i zakneblowany. Na tyle na ile mógł, uniósł głowę i rozejrzał się trochę. Ktoś wszedł do pokoju.
- Gadałeś z glinami?! - wrzasnął na niego dawny pracodawca.
Pokręcił głową. Kopniak wycelowany w klatkę piersiową odciął na moment dopływ powietrza. Chrapliwy kaszel skutecznie oszołomił leżącego.
- Łżesz!!!
Łzy i spieniona ślina pomieszana z krwią wsiąkły w knebel. Już nie protestował, chciał tylko żeby ten kat go wypuścił... Gemütlich wyszedł.
W środku nocy obudził go telefon. Podniósł niezadowolony słuchawkę i sapnął zaspany:
- Azato przy telefonie, w czym mog...
- Panie poruczniku!!! Niech pan natychmiast tu przyjedzie!!!
Ocknął się na tyle, żeby odłożyć słuchawkę, nie odpowiadając nawet na wezwanie. Po omacku ubrał się i po niespełna pół godzinie był w drodze. Zadzwonił do swoich ludzi i dowiedział się dokąd ma się udać i co to za pilna sprawa.
- Na szosie prowadzącej do drogi K28 porzucono ciało młodego mężczyzny. Nasi już nim zajęli, ale jak to jest w takich przypadkach, sekcja wykaże co mu się stało. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów. Szefie to co zobaczyli chłopaki jak przyjechali na miejsce, było obrzydliwe i straszne...
- Serio??? - Frank był zniecierpliwiony, że dał się wciągnąć w czczą gadaninę policjanta. - Wy jak zwykle lubicie kolorować to co zastajecie na miejscu zbrodni... ehh!
- Ale szefie...! Tym razem nie koloruję! Przysięgam! Ten facet miał swoje oczy i... jądra...
- Co?! - Azato aż się zachłysnął. - Co ty wygadujesz!!!
Zdający raport przerwał mu:
- Jądra i oczy miał powieszone na szyi jak jakiś pieprzony naszyjnik... - dokończył relacje policjant.
- To jakiś koszmar... - dodał porucznik, skręcając w leśną drogę.
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Zbrodnicza natura. odc.:9
Enrique leżał w łóżku i myślał o tym co zobaczył w sklepowym zapleczu. Różne pomysły przychodziły mu do głowy, odrzucał je jeden po drugim, żaden nie był dość dobry by wcielić go w życie... Wreszcie coś genialnego zaświtało mu w głowie. Zerwał się czym prędzej i naciągając w biegu bluzę, potykając się o nakładane szybko buty, wybiegł z domu. Dotarł do budki telefonicznej, wybrał numer i po chwili czekał na rozmówcę.
Gemütlich zaskoczony dźwiękiem telefonu spojrzał na numer na wyświetlaczu.
- Zastrzeżony...- zastanawiał się czy odebrać. Wcisnął guzik i nasłuchiwał.
- Czy pan Sven Gemütlich? - Głos po drugiej stronie drżał. Rozbawiło go to. On nienawidził słabeuszy, a ten gnojek własnie do takich należał. Nie odezwał się.
- Wiem, że tam jesteś! Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia!
- Uważam, że twoja żałosna propozycja już jest odrzucona... Żegnam!- odparł Sven.
- Jesteś mordercą! - wrzasnął nagle chłopak.
Nastawił uszu. Ktoś próbował go szantażować... Oczywiście nie mógł sobie na takie znieważenie pozwolić! On, który dawał samą rozkosz i miłość tym wszystkim pięknym istotom, przeznaczonym wyłącznie dla niego... Co ten gówniarz mógł wiedzieć!!! Ale skoro tak bardzo chce, to ON Dawca Miłości pokaże mu co to znaczy zadzierać z silniejszym i mądrzejszym!
- Co ty powiesz... - rzucił od niechcenia. - Skąd ci to przyszło do głowy?! - zażartował. Niedoszły szantażysta zająknął się:
- Widziałem... Widziałem co zrobiłeś tej kobiecie w sklepie na zapleczu! - jego rozmówca był coraz bardziej przestraszony, a Sven nie miał zamiaru go uspokajać. Świetnie się bawił.
- Ach... zwłoki powiadasz...
- Nie pójdę na policję, jeśli mi zapłacisz za milczenie!
Zaśmiał się w głos.
- Zgoda... - jego ton brzmiał nieprzyjemnie. - Gdzie, ile i o której, frajerze?!
- Za dwa dni, przed Art Hotel, 2000 €. Wrzucisz je w papierowym worku do kosza na śmieci przy drzwiach i znikniesz, zrozumiano?!
- Zrozumiano! - pożegnał młokosa głośnym rechotem.
Gemütlich zaskoczony dźwiękiem telefonu spojrzał na numer na wyświetlaczu.
- Zastrzeżony...- zastanawiał się czy odebrać. Wcisnął guzik i nasłuchiwał.
- Czy pan Sven Gemütlich? - Głos po drugiej stronie drżał. Rozbawiło go to. On nienawidził słabeuszy, a ten gnojek własnie do takich należał. Nie odezwał się.
- Wiem, że tam jesteś! Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia!
- Uważam, że twoja żałosna propozycja już jest odrzucona... Żegnam!- odparł Sven.
- Jesteś mordercą! - wrzasnął nagle chłopak.
Nastawił uszu. Ktoś próbował go szantażować... Oczywiście nie mógł sobie na takie znieważenie pozwolić! On, który dawał samą rozkosz i miłość tym wszystkim pięknym istotom, przeznaczonym wyłącznie dla niego... Co ten gówniarz mógł wiedzieć!!! Ale skoro tak bardzo chce, to ON Dawca Miłości pokaże mu co to znaczy zadzierać z silniejszym i mądrzejszym!
- Co ty powiesz... - rzucił od niechcenia. - Skąd ci to przyszło do głowy?! - zażartował. Niedoszły szantażysta zająknął się:
- Widziałem... Widziałem co zrobiłeś tej kobiecie w sklepie na zapleczu! - jego rozmówca był coraz bardziej przestraszony, a Sven nie miał zamiaru go uspokajać. Świetnie się bawił.
- Ach... zwłoki powiadasz...
- Nie pójdę na policję, jeśli mi zapłacisz za milczenie!
Zaśmiał się w głos.
- Zgoda... - jego ton brzmiał nieprzyjemnie. - Gdzie, ile i o której, frajerze?!
- Za dwa dni, przed Art Hotel, 2000 €. Wrzucisz je w papierowym worku do kosza na śmieci przy drzwiach i znikniesz, zrozumiano?!
- Zrozumiano! - pożegnał młokosa głośnym rechotem.
wtorek, 25 listopada 2014
Zbrodnicza natura. odc.:8
Ahlen znów tonęło w deszczu... Sven rozkoszował się swoją nową ofiarą. Tym razem udało mu się zdobyć tę którą wybrał dość szybko. Przed nią "posiadł" tylko jej nic niewarte sobowtóry, teraz zaś trzymał w objęciach JĄ Alice, bez jej zbędnych "rodzinnych dodatków". Szeptał do ucha nieżyjącej co tylko przyszło mu do jego lubieżnego umysłu.
***
Drzwi biura otworzyły się i wszedł najpierw mały chłopiec zaraz za nim pojawił się mężczyzna.
- Dzień dobry...
Porucznik spojrzał na przybyłych. Podniósł się ze swojego fotela i zaprosił obu do biurka.
- Dzień dobry panom. - puścił oko do Huberta. Usiedli i Frank pożałował obecności małolata przy rozmowie, którą chciał się od razu zająć. Chcąc zwrócić uwagę jego ojca na to, że syn nie powinien być przy tym co ma do przekazania, zaczął:
- No tak... Podoba ci się na posterunku młody? Tata pewnie mówił tobie o pracy w policji... a może... Może pójdziesz teraz z którymś z moich ludzi i obejrzysz sobie wszystko, co?
Kristian nieco zaskoczony, patrząc w twarz porucznika, wziął chłopca za ramię i uśmiechnął się z wysiłkiem.
- Tak, pan Azato ma rację. Śmiało idź z panem zwiedzić komisariat.
- Mogę? - Hubert nie wyczuł nic złego w odsyłaniu go do innego niż dorośli zajęcia. W domu też często wypraszano go delikatnie z grona starszych.
- Winn, do mnie. - rzucił do słuchawki Francisco. Za chwilę wysoki policjant był w środku. Wyszedł z dzieckiem, zostawiając porucznika z jego interesantem.
- Pana żona zaginęła tydzień temu, prawda?
- Tak, czy już coś wiadomo?
- Obawiam się, że to co teraz powiem, nie będzie się panu podobało... Mamy jak na razie tu w Ahlen dwa, a teraz z pana żoną - trzy porwania młodych kobiet... W innych miastach, w poprzednim roku, także były takie zgłoszenia, łącznie poszukiwanych jest 8 kobiet... Zasadniczy problem polega na tym, że my nie mamy jeszcze żadnego podejrzanego, a ofiar, co najgorsze może przybywać...
***
Drzwi biura otworzyły się i wszedł najpierw mały chłopiec zaraz za nim pojawił się mężczyzna.
- Dzień dobry...
Porucznik spojrzał na przybyłych. Podniósł się ze swojego fotela i zaprosił obu do biurka.
- Dzień dobry panom. - puścił oko do Huberta. Usiedli i Frank pożałował obecności małolata przy rozmowie, którą chciał się od razu zająć. Chcąc zwrócić uwagę jego ojca na to, że syn nie powinien być przy tym co ma do przekazania, zaczął:
- No tak... Podoba ci się na posterunku młody? Tata pewnie mówił tobie o pracy w policji... a może... Może pójdziesz teraz z którymś z moich ludzi i obejrzysz sobie wszystko, co?
Kristian nieco zaskoczony, patrząc w twarz porucznika, wziął chłopca za ramię i uśmiechnął się z wysiłkiem.
- Tak, pan Azato ma rację. Śmiało idź z panem zwiedzić komisariat.
- Mogę? - Hubert nie wyczuł nic złego w odsyłaniu go do innego niż dorośli zajęcia. W domu też często wypraszano go delikatnie z grona starszych.
- Winn, do mnie. - rzucił do słuchawki Francisco. Za chwilę wysoki policjant był w środku. Wyszedł z dzieckiem, zostawiając porucznika z jego interesantem.
- Pana żona zaginęła tydzień temu, prawda?
- Tak, czy już coś wiadomo?
- Obawiam się, że to co teraz powiem, nie będzie się panu podobało... Mamy jak na razie tu w Ahlen dwa, a teraz z pana żoną - trzy porwania młodych kobiet... W innych miastach, w poprzednim roku, także były takie zgłoszenia, łącznie poszukiwanych jest 8 kobiet... Zasadniczy problem polega na tym, że my nie mamy jeszcze żadnego podejrzanego, a ofiar, co najgorsze może przybywać...
sobota, 8 listopada 2014
Zbrodnicza natura. odc.:7
Francisco Azato przeglądał notatki dotyczące zgłoszeń porwań młodych kobiet. Raporty tej sprawy mieściły się w jednej teczce. Jakiś psychopata grasował od szeregu lat, zabijając, a nikomu nie udało się go namierzyć i posłać do diabła...! Zaledwie dwa różne portrety pamięciowe, jakby składający zeznania mięli dość dziwne poczucie humoru, lub celowo źle podawali rysopis.
- Co ja mam z tym badziewiem zrobić?! - myślał głośno porucznik. - To nawet nie nadaje się na papier toaletowy a co dopiero nazywać te papierzyska raportami!!!
Wstał, zajrzał do swojego kubka, zaschłe resztki fusów po kawie i ciemne smugi na obrzeżach naczynia sprawiły, że odeszła mu ochota na kolejną dawkę kofeiny. "-Może tym razem napiję się soku..."- pomyślał, wychodząc z biura.
***
Enrique spóźnił się do pracy prawie pół godziny. Ze strachem zatrzymał się pod znajomymi drzwiami, ustawiając swój zdezelowany rower na stojaku przed sklepem. Wciągnął głęboko powietrze i szarpnął za klamkę by wejść. O dziwo, za ladą nie było szefa, włożył szybko swój fartuch i zajął miejsce za kontuarem. Jednak nic się nie działo... Nikt nie wychodził z zaplecza z krzykiem, czy niezadowolonym zrzędzeniem, a zza lekko uchylonych drzwi nie dochodził żaden dźwięk.
Niepewnie wyciągnął rękę w kierunku zaplecza. Wsunął się do pomieszczenia i zawołał:
- Szefie...! Wszystko w porządku?!
Tym razem nic nie usłyszał. Ruszył dalej w głąb wąskiego, zagraconego magazynu. Zatrzymał się przed rzuconą na podłogę samochodową plandeką.
"- Skąd to się tu..."- nie zdążył dokończyć. Ciągnąc plastykową narzutę w swoją stronę, zobaczył kobiece nogi w rajstopach i szpilkach. Zerwał z leżącej przykrycie i zakrył sobie dłonią usta... Ona była martwa.
- Co ja mam z tym badziewiem zrobić?! - myślał głośno porucznik. - To nawet nie nadaje się na papier toaletowy a co dopiero nazywać te papierzyska raportami!!!
Wstał, zajrzał do swojego kubka, zaschłe resztki fusów po kawie i ciemne smugi na obrzeżach naczynia sprawiły, że odeszła mu ochota na kolejną dawkę kofeiny. "-Może tym razem napiję się soku..."- pomyślał, wychodząc z biura.
***
Enrique spóźnił się do pracy prawie pół godziny. Ze strachem zatrzymał się pod znajomymi drzwiami, ustawiając swój zdezelowany rower na stojaku przed sklepem. Wciągnął głęboko powietrze i szarpnął za klamkę by wejść. O dziwo, za ladą nie było szefa, włożył szybko swój fartuch i zajął miejsce za kontuarem. Jednak nic się nie działo... Nikt nie wychodził z zaplecza z krzykiem, czy niezadowolonym zrzędzeniem, a zza lekko uchylonych drzwi nie dochodził żaden dźwięk.
Niepewnie wyciągnął rękę w kierunku zaplecza. Wsunął się do pomieszczenia i zawołał:
- Szefie...! Wszystko w porządku?!
Tym razem nic nie usłyszał. Ruszył dalej w głąb wąskiego, zagraconego magazynu. Zatrzymał się przed rzuconą na podłogę samochodową plandeką.
"- Skąd to się tu..."- nie zdążył dokończyć. Ciągnąc plastykową narzutę w swoją stronę, zobaczył kobiece nogi w rajstopach i szpilkach. Zerwał z leżącej przykrycie i zakrył sobie dłonią usta... Ona była martwa.
wtorek, 4 listopada 2014
Zbrodnicza natura. odc.:6
Trudno mu było rozstać się z nią. Przez te kilka dni, nie dopuszczał, by z jego ukochaną stało się to, co zawsze dzieje się z martwym ciałem. Ale ona w jego oczach nadal żyła. Była cicha, uległa na wszystkie jego wyuzdane pomysły. W chorym umyśle Gemütlich'a zwłoki ofiary wciąż były ponętną, żywą kobietą, z którą kochał się kiedy tylko przyszła mu ochota.
W końcu przyszedł ten moment, gdy okrutne prawa natury wyrwały mu ją z objęć. Musiał pozbyć się natychmiast ohydnych szczątków nie przypominających w niczym tamtej boskiej istoty.
- Do zobaczenia wkrótce kochanie... - pożegnał kochankę, zasypując dół.
***
Tego dnia w jego sklepie panował spory ruch. Enrique krzątał się za ladą, usługując klientom. Jednak Svena męczyło pragnienie... Chciał koniecznie wyjść na ulice i szukać swej jedynej miłości... W głowie nieustannie tłukła mu się myśl:
"- Znajdź ją i zaproś do swojego domu. Ona należy TYLKO DO CIEBIE!!!"
Rozproszenie właściciela sklepu nie uszło uwagi młodego sprzedawcy.
- Panie Gemütlich, wszystko dziś ok? - zagadnął szefa.
Ten nie odpowiedział. Do samego zamknięcia szwendał się po pomieszczeniach, udając zapracowanego. Enrique Roble powoli na prawdę zaczynał mieć serdecznie dosyć dziwactw swojego szefa.
Los sprzyjał Svenowi. Następnego ranka zobaczył po drugiej stronie ulicy tę, o której śnił plugawe sny...
Alice wyszła wcześnie rano, aby załatwić wszystko co trzeba do sprzedaży domu. Decyzja nie była łatwa, to był dom jej rodziców, była więc do niego bardzo przywiązana. Musiała niestety postąpić wbrew swoim uczuciom, strach przed złem, jakie co dziennie czaiło się w domu na przeciwko, nie dawała spokoju całej rodzinie Meeken'sów. Jeśli wyjadą z miasta, dziwny sąsiad na pewno nie pojedzie za nimi.
Szła szybko, mijając kolejne przecznice. Biła się wciąż z myślami, szkoda było opuszczać rodzinne strony... Nagle ktoś ją pochwycił od tyłu, zasłonił usta ręką. Nim zdążyła się zorientować, związano jej ręce i zakneblowano. Chwilę napastnik wlókł ją chodnikiem a następnie wcisnął do dusznego bagażnika. Leżąc w ciemnościach myślała, że to może jakiś upiorny żart, że za kilka minut faceci z kamerą otworzą klapę bagażnika i usłyszy: "- Jesteś w programie "Prank"!!!" Nic takiego się nie wydarzyło... Słaby dopływ powietrza sprawił, że straciła przytomność.
W końcu przyszedł ten moment, gdy okrutne prawa natury wyrwały mu ją z objęć. Musiał pozbyć się natychmiast ohydnych szczątków nie przypominających w niczym tamtej boskiej istoty.
- Do zobaczenia wkrótce kochanie... - pożegnał kochankę, zasypując dół.
***
Tego dnia w jego sklepie panował spory ruch. Enrique krzątał się za ladą, usługując klientom. Jednak Svena męczyło pragnienie... Chciał koniecznie wyjść na ulice i szukać swej jedynej miłości... W głowie nieustannie tłukła mu się myśl:
"- Znajdź ją i zaproś do swojego domu. Ona należy TYLKO DO CIEBIE!!!"
Rozproszenie właściciela sklepu nie uszło uwagi młodego sprzedawcy.
- Panie Gemütlich, wszystko dziś ok? - zagadnął szefa.
Ten nie odpowiedział. Do samego zamknięcia szwendał się po pomieszczeniach, udając zapracowanego. Enrique Roble powoli na prawdę zaczynał mieć serdecznie dosyć dziwactw swojego szefa.
Los sprzyjał Svenowi. Następnego ranka zobaczył po drugiej stronie ulicy tę, o której śnił plugawe sny...
Alice wyszła wcześnie rano, aby załatwić wszystko co trzeba do sprzedaży domu. Decyzja nie była łatwa, to był dom jej rodziców, była więc do niego bardzo przywiązana. Musiała niestety postąpić wbrew swoim uczuciom, strach przed złem, jakie co dziennie czaiło się w domu na przeciwko, nie dawała spokoju całej rodzinie Meeken'sów. Jeśli wyjadą z miasta, dziwny sąsiad na pewno nie pojedzie za nimi.
Szła szybko, mijając kolejne przecznice. Biła się wciąż z myślami, szkoda było opuszczać rodzinne strony... Nagle ktoś ją pochwycił od tyłu, zasłonił usta ręką. Nim zdążyła się zorientować, związano jej ręce i zakneblowano. Chwilę napastnik wlókł ją chodnikiem a następnie wcisnął do dusznego bagażnika. Leżąc w ciemnościach myślała, że to może jakiś upiorny żart, że za kilka minut faceci z kamerą otworzą klapę bagażnika i usłyszy: "- Jesteś w programie "Prank"!!!" Nic takiego się nie wydarzyło... Słaby dopływ powietrza sprawił, że straciła przytomność.
niedziela, 19 października 2014
Zbrodnicza natura. odc.:5
W harmider i gwar posterunku policji co chwilę wcinały się odgłosy komórek lub telefonów stacjonarnych. Ot, codzienność pracy, wykonywanej z mniejszym czy większym oddaniem dla obywateli miasta. Porucznik Francisco Azato podniósł już po raz kolejny słuchawkę do ucha.
- Poruczniku mam tu sprawę zaginięcia bratowej burmistrza... rodzina chce, byśmy się nią natychmiast zajęli!
- ...
- Jest tam pan?! - naglący głos policjanta przypominał chrobotanie papierem ściernym po chodnikowej płycie. - Hallo!!!
- Wiesz... - odezwał się zmęczonym głosem Frank, - Bardzo żałuję czasami, że ci wszyscy inni zaginieni, zamordowani i porwani nie są "bratowymi, wnuczkami", czy nie wiem kim jeszcze - dla naszego burmistrza... Wtedy mógłbym bez mrugnięcia okiem powiedzieć mu, że mam o wiele ważniejsze sprawy na głowie!
Po drugiej stronie rozmówca zaskoczony odpowiedzią nie odzywał się kilka sekund.
- ...ale... burmistrz... - rozpoczął od nowa dialog. Tym razem Azato również przerwał pracownikowi:
- Przekaż temu bufonowi, że przyjadę osobiście do niego zaraz po południu! I... do pioruna, jeśli nie będzie mu odpowiadała pora, to niech dzwoni do służb specjalnych albo do prezydenta!!! - rzucił słuchawkę na aparat, aż ten podskoczył. Spojrzał na zegar na ścianie, była trzecia po południu.
- Mam jeszcze trochę czasu dla siebie... - pomyślał z niechęcią o czekającym go spotkaniu.
Nie dane mu było jednak wykorzystać te kilka chwil do swojej dyspozycji. Burmistrz Lionel Kent pofatygował się sam i już o 4:20 po południu był w biurze Francisco Azato. Swoją rozmowę zaczął od monotonnego monologu o pracy tutejszej policji...
- Poruczniku mam tu sprawę zaginięcia bratowej burmistrza... rodzina chce, byśmy się nią natychmiast zajęli!
- ...
- Jest tam pan?! - naglący głos policjanta przypominał chrobotanie papierem ściernym po chodnikowej płycie. - Hallo!!!
- Wiesz... - odezwał się zmęczonym głosem Frank, - Bardzo żałuję czasami, że ci wszyscy inni zaginieni, zamordowani i porwani nie są "bratowymi, wnuczkami", czy nie wiem kim jeszcze - dla naszego burmistrza... Wtedy mógłbym bez mrugnięcia okiem powiedzieć mu, że mam o wiele ważniejsze sprawy na głowie!
Po drugiej stronie rozmówca zaskoczony odpowiedzią nie odzywał się kilka sekund.
- ...ale... burmistrz... - rozpoczął od nowa dialog. Tym razem Azato również przerwał pracownikowi:
- Przekaż temu bufonowi, że przyjadę osobiście do niego zaraz po południu! I... do pioruna, jeśli nie będzie mu odpowiadała pora, to niech dzwoni do służb specjalnych albo do prezydenta!!! - rzucił słuchawkę na aparat, aż ten podskoczył. Spojrzał na zegar na ścianie, była trzecia po południu.
- Mam jeszcze trochę czasu dla siebie... - pomyślał z niechęcią o czekającym go spotkaniu.
Nie dane mu było jednak wykorzystać te kilka chwil do swojej dyspozycji. Burmistrz Lionel Kent pofatygował się sam i już o 4:20 po południu był w biurze Francisco Azato. Swoją rozmowę zaczął od monotonnego monologu o pracy tutejszej policji...
piątek, 22 sierpnia 2014
Zbrodnicza natura. odc.:4
Alice odwróciła na chwilę wzrok od ekranu laptopa. Przetarła zmęczone oczy i rozejrzała się po pokoju. Coś było nie tak. Próbowała dostrzec coś lub kogoś za sobą, za oknem nawet pod biurkiem, przy którym siedziała. I nic...
Wstała i przeszła do kuchni. Nikogo nie zastała, zaskoczona spojrzała na zegarek, było po osiemnastej.
"- Dlaczego nikogo nie ma?" - zdziwiła się w myślach, przechodząc na schody do pokoju Huberta. Zagwizdała na Bruno, ale psa także nie było. Podskoczyła przestraszona, słysząc dziwny pisk pod swoim papciem. Zabawka staczając się ze schodów wydawała urywane dźwięki. Kobieta odetchnęła.
Idąc korytarzem, zobaczyła psiaka na legowisku w pokoju syna. Pchnęła drzwi i weszła. Zwierzę nie poruszyło się. Zaniepokojona tym dotknęła pupila, był zimny i sztywny. Dopiero teraz spostrzegła plamy krwi na kocu i krew na wargach psa, nie żył. Odskoczyła z przerażeniem, zaraz też poderwała się na nogi i prawie doskoczyła do łóżka jedynaka. Zerwała kołdrę ze skulonej sylwetki i...
- NIIIEEE!!! - głos ugrzęzł w krtani, łzy zasłoniły straszny widok.
Hubert nie miał głowy, pościel lepiła się od krwi. Nagle jakieś przeczucie kazało jej sprawdzić co z mężem?
Szukała go po domu, aż wreszcie sprawdziła piwnicę. Odnalazła Kristiana...
Jego ciało też pozbawiono głowy. Obie ktoś zatknął na dwóch częściach kija od miotły i tak umocowane, wetknął do sporego, sporej wagi, zabytkowego wazonu. Widok był upiorny. Z krzykiem wybiegła z pomieszczenia. Nawet nie zdążyła przyjrzeć się mężczyźnie, który niespodziewanie zastąpił Alice drogę. Nie poczuła nic, żadnego bólu, tylko nagle przestała oddychać, a jej własna głowa odpadła od tułowia...
Obudziła się zlana potem, cała roztrzęsiona. Kristian odwrócił się do niej i w półśnie objął żonę ramieniem.
Wstała i przeszła do kuchni. Nikogo nie zastała, zaskoczona spojrzała na zegarek, było po osiemnastej.
"- Dlaczego nikogo nie ma?" - zdziwiła się w myślach, przechodząc na schody do pokoju Huberta. Zagwizdała na Bruno, ale psa także nie było. Podskoczyła przestraszona, słysząc dziwny pisk pod swoim papciem. Zabawka staczając się ze schodów wydawała urywane dźwięki. Kobieta odetchnęła.
Idąc korytarzem, zobaczyła psiaka na legowisku w pokoju syna. Pchnęła drzwi i weszła. Zwierzę nie poruszyło się. Zaniepokojona tym dotknęła pupila, był zimny i sztywny. Dopiero teraz spostrzegła plamy krwi na kocu i krew na wargach psa, nie żył. Odskoczyła z przerażeniem, zaraz też poderwała się na nogi i prawie doskoczyła do łóżka jedynaka. Zerwała kołdrę ze skulonej sylwetki i...
- NIIIEEE!!! - głos ugrzęzł w krtani, łzy zasłoniły straszny widok.
Hubert nie miał głowy, pościel lepiła się od krwi. Nagle jakieś przeczucie kazało jej sprawdzić co z mężem?
Szukała go po domu, aż wreszcie sprawdziła piwnicę. Odnalazła Kristiana...
Jego ciało też pozbawiono głowy. Obie ktoś zatknął na dwóch częściach kija od miotły i tak umocowane, wetknął do sporego, sporej wagi, zabytkowego wazonu. Widok był upiorny. Z krzykiem wybiegła z pomieszczenia. Nawet nie zdążyła przyjrzeć się mężczyźnie, który niespodziewanie zastąpił Alice drogę. Nie poczuła nic, żadnego bólu, tylko nagle przestała oddychać, a jej własna głowa odpadła od tułowia...
Obudziła się zlana potem, cała roztrzęsiona. Kristian odwrócił się do niej i w półśnie objął żonę ramieniem.
niedziela, 10 sierpnia 2014
Zbrodnicza natura. odc.:3
Deszczowa zasłona okryła okno wystawy jego sklepu. Ludzie idący ulicą, stali się podobni do siebie niczym postaci namalowane na czarno - białym obrazie.
- Panie Sven! - zza uchylonych drzwi na zaplecze dobiegał lekko chrapliwy głos jego podwładnego. Wszedł do pomieszczenia.
- Tak, Enrique?
- Na jutro będzie to duże zamówienie, już dzwonili, przepraszając za opóźnienia. Coś im tam nawaliło i... - chłopak zdziwiony zobaczył, że mężczyznę nie interesuje jego monolog. Przerwał swój wywód, zawiedziony niedocenianiem jego starań.
Gemütlich zamyślony, patrzył w okno zaplecza, wychodzące na wąską uliczkę pomiędzy budynkami. Kiedy jego pracownik próbował przekazać wiadomość, właśnie tą ulicą przeszła... ONA... W pewnym momencie chciał za nią pobiec, ale wiedział, że nie może. Nagle, po wpływem emocji, zawołał tylko:
- Poczekaj chwilę, zaraz wracam!!! - ruszył za oddalającą się kobietą, moknąc w deszczu.
- Mój szef to dureń...-powiedział do siebie półgłosem Enrique. - Będę musiał poszukać sobie innej pracy. - dodał, zabierając się swoje obowiązki.
Tymczasem Sven zdążył dogonić swoją, jak mniemał znajomą. Pomyłkę zauważył dopiero, gdy kobieta odwróciła się do niego.
- Czego pan chce ode mnie? - przestraszona, trzymała kurczowo torebkę obiema rękoma. Bezwiednie zasłaniała się nią przed obcym.
Rozbawiło go to. Stał na przeciw niej w pewnej odległości i oceniał jej podobieństwo do jego sąsiadki. Co raz bardziej jej ciało zaczynało mu się podobać...
- Nie krzycz!... - mocna dłoń Svena ciasno przylgnęła do drobnej twarzy nieznajomej, odcinając dopływ powietrza. Po niecałym kwadransie należała cała do niego, bezwolna i taka piękna...
- Panie Sven! - zza uchylonych drzwi na zaplecze dobiegał lekko chrapliwy głos jego podwładnego. Wszedł do pomieszczenia.
- Tak, Enrique?
- Na jutro będzie to duże zamówienie, już dzwonili, przepraszając za opóźnienia. Coś im tam nawaliło i... - chłopak zdziwiony zobaczył, że mężczyznę nie interesuje jego monolog. Przerwał swój wywód, zawiedziony niedocenianiem jego starań.
Gemütlich zamyślony, patrzył w okno zaplecza, wychodzące na wąską uliczkę pomiędzy budynkami. Kiedy jego pracownik próbował przekazać wiadomość, właśnie tą ulicą przeszła... ONA... W pewnym momencie chciał za nią pobiec, ale wiedział, że nie może. Nagle, po wpływem emocji, zawołał tylko:
- Poczekaj chwilę, zaraz wracam!!! - ruszył za oddalającą się kobietą, moknąc w deszczu.
- Mój szef to dureń...-powiedział do siebie półgłosem Enrique. - Będę musiał poszukać sobie innej pracy. - dodał, zabierając się swoje obowiązki.
Tymczasem Sven zdążył dogonić swoją, jak mniemał znajomą. Pomyłkę zauważył dopiero, gdy kobieta odwróciła się do niego.
- Czego pan chce ode mnie? - przestraszona, trzymała kurczowo torebkę obiema rękoma. Bezwiednie zasłaniała się nią przed obcym.
Rozbawiło go to. Stał na przeciw niej w pewnej odległości i oceniał jej podobieństwo do jego sąsiadki. Co raz bardziej jej ciało zaczynało mu się podobać...
- Nie krzycz!... - mocna dłoń Svena ciasno przylgnęła do drobnej twarzy nieznajomej, odcinając dopływ powietrza. Po niecałym kwadransie należała cała do niego, bezwolna i taka piękna...
czwartek, 7 sierpnia 2014
Zbrodnicza natura. odc.:2
- Widziałaś?! - mężczyzna bezwiednie zaciskał dłonie na trzonku trzymanego noża. Był wyraźnie zły. Jeszcze raz, z niedowierzaniem krzyknął do żony: - Widziałaś to?!
Alice widziała... Podglądacz z sąsiedztwa już dawno zwrócił na siebie jej uwagę i zaczynała się go obawiać... Dziś w końcu dojrzał drania także jej mąż. Nie odpowiedziała od razu na podekscytowane krzyki współmałżonka.
- On to robi od dawna... - wyszeptała niepewnie.
Kristian wpadł w furię.
- Od... Od DAWNA???!!! I nie raczyłaś mi o tym powiedzieć?! Nie zgłosiłaś tego na policję?! - pytaniom nie było końca. - A nasz syn?!
- Co, nasz syn? - wpadła mu w słowo.
- Jemu też może grozić jakieś niebezpieczeństwo!!! - echo poniosło głos mężczyzny po całym domu.
- Tato...
Kłótnia przycichła. Oboje z zatroskaniem odwrócili głowy na to jedno słowo. W drzwiach salonu stali ich syn Hubert i pies Bruno. Alice podeszła do chłopca, pocałowała go w czoło, przytuliła, a pochylając się poklepała pieszczotliwie goldena po kudłatym karku.
- Dobry Bruno... - pies, na te czułości pokręcił ogonem, szczęśliwy. Wypchnęła delikatnie obu w kierunku kuchni.
- Chodźcie głodomory, na pewno jesteście obaj głodni jak wilki?! Mam rację?
Spojrzała jeszcze na męża, nadal niespokojny, usiadł na brzegu fotela i próbował zająć się programem w telewizji. Widziała jednak, że tak łatwo nie odpuści jej tej trudnej rozmowy o ich sąsiedzie-podglądaczu...
Alice widziała... Podglądacz z sąsiedztwa już dawno zwrócił na siebie jej uwagę i zaczynała się go obawiać... Dziś w końcu dojrzał drania także jej mąż. Nie odpowiedziała od razu na podekscytowane krzyki współmałżonka.
- On to robi od dawna... - wyszeptała niepewnie.
Kristian wpadł w furię.
- Od... Od DAWNA???!!! I nie raczyłaś mi o tym powiedzieć?! Nie zgłosiłaś tego na policję?! - pytaniom nie było końca. - A nasz syn?!
- Co, nasz syn? - wpadła mu w słowo.
- Jemu też może grozić jakieś niebezpieczeństwo!!! - echo poniosło głos mężczyzny po całym domu.
- Tato...
Kłótnia przycichła. Oboje z zatroskaniem odwrócili głowy na to jedno słowo. W drzwiach salonu stali ich syn Hubert i pies Bruno. Alice podeszła do chłopca, pocałowała go w czoło, przytuliła, a pochylając się poklepała pieszczotliwie goldena po kudłatym karku.
- Dobry Bruno... - pies, na te czułości pokręcił ogonem, szczęśliwy. Wypchnęła delikatnie obu w kierunku kuchni.
- Chodźcie głodomory, na pewno jesteście obaj głodni jak wilki?! Mam rację?
Spojrzała jeszcze na męża, nadal niespokojny, usiadł na brzegu fotela i próbował zająć się programem w telewizji. Widziała jednak, że tak łatwo nie odpuści jej tej trudnej rozmowy o ich sąsiedzie-podglądaczu...
wtorek, 13 maja 2014
Zbrodnicza natura. odc.:1.
Upalne popołudnie zachęcało do spędzania czasu poza domem. Ludzie oblegali lodziarnie i place zabaw, a dzieci bawiły się pośród, rozmów dorosłych, krzyków i od czasu do czasu płaczu. Taki zwyczajny widok...
Sven Gemütlich obserwował swoją młodą sąsiadkę, która skupiła się na swoim synu i jego psie. Po jakimś czasie uniosła głowę i rozejrzała się, jakby czuła jego obecność. Momentalnie odwrócił głowę w drugą stronę, nie chciał, by przyłapała go na tym, iż lubił patrzeć na jej twarz, sylwetkę, ciało...
Podbiegli do niej obaj. Zziajani przeciągali się nawzajem kawałkiem sznurka. W tej chwili stracił do tej kobiety całą sympatię. Nie lubił dzieci, a zwierzęta były mu zupełnie obojętne. Nie potrafił zrozumieć dlaczego tak piękna istota poświęca swój czas i urodę dwóm darmozjadom?
Zamyślił się. Widział siebie i JĄ w swoim domu, siedzieli przy obiedzie, który ona dla niego zrobiła. Pięknie nakryty stół, w wazonie jakieś kwiaty i dobre wino na zwieńczenie ich wspólnie spędzanych chwil.
Nagle obraz pod powiekami znikł, poczuł jak obrywa piłką boleśnie w głowę. Dwóch młodych chłopaków zawołało:
-Psze pana!!! Pan odda piłkę!!! - zamachał jeden z nich, uśmiechając się szeroko w dowód przeprosin.
Pod powiekami obraz zmienił się diametralnie - pochylał się nad małym chłopcem. Życie uciekało z niego z sykiem...
Opuścił swój punkt obserwacyjny, kierując się do domu na jednym z willowych osiedli Ahlen.
Gdy nastolatek przyszedł po swoją piłkę, został z niej jedynie pocięty fragment skóry.
Sven Gemütlich obserwował swoją młodą sąsiadkę, która skupiła się na swoim synu i jego psie. Po jakimś czasie uniosła głowę i rozejrzała się, jakby czuła jego obecność. Momentalnie odwrócił głowę w drugą stronę, nie chciał, by przyłapała go na tym, iż lubił patrzeć na jej twarz, sylwetkę, ciało...
Podbiegli do niej obaj. Zziajani przeciągali się nawzajem kawałkiem sznurka. W tej chwili stracił do tej kobiety całą sympatię. Nie lubił dzieci, a zwierzęta były mu zupełnie obojętne. Nie potrafił zrozumieć dlaczego tak piękna istota poświęca swój czas i urodę dwóm darmozjadom?
Zamyślił się. Widział siebie i JĄ w swoim domu, siedzieli przy obiedzie, który ona dla niego zrobiła. Pięknie nakryty stół, w wazonie jakieś kwiaty i dobre wino na zwieńczenie ich wspólnie spędzanych chwil.
Nagle obraz pod powiekami znikł, poczuł jak obrywa piłką boleśnie w głowę. Dwóch młodych chłopaków zawołało:
-Psze pana!!! Pan odda piłkę!!! - zamachał jeden z nich, uśmiechając się szeroko w dowód przeprosin.
Pod powiekami obraz zmienił się diametralnie - pochylał się nad małym chłopcem. Życie uciekało z niego z sykiem...
Opuścił swój punkt obserwacyjny, kierując się do domu na jednym z willowych osiedli Ahlen.
Gdy nastolatek przyszedł po swoją piłkę, został z niej jedynie pocięty fragment skóry.
sobota, 10 maja 2014
Labirynty śmierci. cz: 8
Czuł dziwne zimno. Narastało szybko od czubka głowy, do... Właściwie nie czuł dreszczy dalej na całym ciele... Leżał teraz bezwładnie na stole. Zdał sobie sprawę, że to już koniec... Teraz ogarnie go niemoc i ciemność, i odpłynie w nieświadomość.
Jeszcze, zanim na dobre zamknął oczy, zauważył, iż swój stan w jakim się właśnie znalazł zawdzięcza koronerowi, który z uśmiechem na ustach pokiwał mu wolną ręką na pożegnanie... W drugiej trzymał zakrwawiony tasak do porcjowania mięsa.
Lekarz sądowy ostentacyjnie wytarł ostrze i roześmiał się w głos. Ochrypły śmiech przerodził się w ryk zwycięstwa. Oto ON, pan ciemności posiadł właśnie jeszcze jedną duszę, która obudzona czarną magia do życia wbrew swojej woli, czyniła ohydne czyny!!!
Wierni wokół ołtarza wpadli w amok, niektórzy chciwie spijali czerwone strugi wprost z kamiennego blatu, inni zaś tańczyli nago w rytm słyszanej w narkotycznym transie jakiejś dziwacznej muzyki.
Ciało pozbawione głowy, narządów i krwi było już tylko mięsem, gotowym do pożarcia przez zwyrodnialców w habitach.
Labirynty śmierci utonęły w krwawym smrodzie i dzikich wrzaskach.
Zło na ziemi odniosło tymczasowy sukces...
Koniec.
Jeszcze, zanim na dobre zamknął oczy, zauważył, iż swój stan w jakim się właśnie znalazł zawdzięcza koronerowi, który z uśmiechem na ustach pokiwał mu wolną ręką na pożegnanie... W drugiej trzymał zakrwawiony tasak do porcjowania mięsa.
Lekarz sądowy ostentacyjnie wytarł ostrze i roześmiał się w głos. Ochrypły śmiech przerodził się w ryk zwycięstwa. Oto ON, pan ciemności posiadł właśnie jeszcze jedną duszę, która obudzona czarną magia do życia wbrew swojej woli, czyniła ohydne czyny!!!
Wierni wokół ołtarza wpadli w amok, niektórzy chciwie spijali czerwone strugi wprost z kamiennego blatu, inni zaś tańczyli nago w rytm słyszanej w narkotycznym transie jakiejś dziwacznej muzyki.
Ciało pozbawione głowy, narządów i krwi było już tylko mięsem, gotowym do pożarcia przez zwyrodnialców w habitach.
Labirynty śmierci utonęły w krwawym smrodzie i dzikich wrzaskach.
Zło na ziemi odniosło tymczasowy sukces...
Koniec.
wtorek, 22 kwietnia 2014
Labirynty śmierci. cz: 7
"- Ciekawe, jak to jest umrzeć po śmierci..."- zastanawiał się, kiedy jego ciało grubym sznurem przywiązywano do ogromnego, rzeźbionego ołtarza.
Specjalna konstrukcja kamiennego blatu pozwalała na spływanie krwi do naczyń ustawionych w pięciu rogach. Ołtarzem był pentagram. otoczony przez wyznawców, wyczekujących w napięciu na to co miało się za chwile dokonać...
Szatan zbliżył się do niego i zaczął intonować jakąś pieśń. Podchwycili ją zgromadzeni i całe pomieszczenie wypełnił zawodzący jęk potępionych.
- Nie!!! Tylko nie to!!! Przestańcie!!! - świdrujący bębenki uszu ton, jaki wydobywali z siebie obecni przyprawiał go o silny ból głowy. Wrzeszczał do wtóru, aby się uciszyli, ale to nic nie dało. Czarna msza właśnie się rozpoczynała.
Nie wiedział kiedy stracił przytomność.
Coś było nie tak... Coś, czy ktoś uporczywie dźgał go w bok i musiał otworzyć oczy. Najdziwniejsze było to, że zupełnie nie czuł bólu... Kolejne pchnięcie sprowokowało go i spróbował zerwać się na nogi, ale...
- AAAAAAAAA....!!! !!! - Co to do ciężkiej cholery ma znaczyć?!
Patrzył na niego jakiś facet w kitlu i masce na twarzy, podobny do chirurga tyle, że nie był na pewno chirurgiem żywych... Człowiek ten trzymał w dłoni sporej wielkości piłę, której właśnie zamierzał użyć na nim. Jednak gdy zobaczył swego pacjenta żywego, opuściły go wszystkie siły i stał tak, nie wiedząc co z sobą zrobić, co zrobić z... NIM!!!
Uniósł głowę tak, by móc się choć trochę rozejrzeć. Ujrzał swoje ciało rozprute i bez niektórych narządów, owego "lekarza", który teraz, o dziwo leżał plackiem na kafelkach i sporą ilość narzędzi chirurgicznych oraz przeróżne ampułki w szklanych szafkach. Słowem zwykłe prosektorium.
- Jak ja tu trafiłem? Czy tamto było snem? Kto mi odpowie na moje pytania???! - wrzasnął na całe gardło a biedak na ziemi poruszył się i zajęczał.
- Ej ty!!! Wstawaj i gadaj co ze mną wyprawiasz?! Dalej, rusz się i zszyj mnie, bo słowo daję, zlezę z tego stołu i dam ci w ryj!!! Ale już!!!
Mężczyzna z trudem pozbierał się z podłogi. Trzeba mu było zmierzyć się z tym, co go właśnie spotkało: żywy pacjent na stole do sekcji zwłok...
Specjalna konstrukcja kamiennego blatu pozwalała na spływanie krwi do naczyń ustawionych w pięciu rogach. Ołtarzem był pentagram. otoczony przez wyznawców, wyczekujących w napięciu na to co miało się za chwile dokonać...
Szatan zbliżył się do niego i zaczął intonować jakąś pieśń. Podchwycili ją zgromadzeni i całe pomieszczenie wypełnił zawodzący jęk potępionych.
- Nie!!! Tylko nie to!!! Przestańcie!!! - świdrujący bębenki uszu ton, jaki wydobywali z siebie obecni przyprawiał go o silny ból głowy. Wrzeszczał do wtóru, aby się uciszyli, ale to nic nie dało. Czarna msza właśnie się rozpoczynała.
Nie wiedział kiedy stracił przytomność.
Coś było nie tak... Coś, czy ktoś uporczywie dźgał go w bok i musiał otworzyć oczy. Najdziwniejsze było to, że zupełnie nie czuł bólu... Kolejne pchnięcie sprowokowało go i spróbował zerwać się na nogi, ale...
- AAAAAAAAA....!!! !!! - Co to do ciężkiej cholery ma znaczyć?!
Patrzył na niego jakiś facet w kitlu i masce na twarzy, podobny do chirurga tyle, że nie był na pewno chirurgiem żywych... Człowiek ten trzymał w dłoni sporej wielkości piłę, której właśnie zamierzał użyć na nim. Jednak gdy zobaczył swego pacjenta żywego, opuściły go wszystkie siły i stał tak, nie wiedząc co z sobą zrobić, co zrobić z... NIM!!!
Uniósł głowę tak, by móc się choć trochę rozejrzeć. Ujrzał swoje ciało rozprute i bez niektórych narządów, owego "lekarza", który teraz, o dziwo leżał plackiem na kafelkach i sporą ilość narzędzi chirurgicznych oraz przeróżne ampułki w szklanych szafkach. Słowem zwykłe prosektorium.
- Jak ja tu trafiłem? Czy tamto było snem? Kto mi odpowie na moje pytania???! - wrzasnął na całe gardło a biedak na ziemi poruszył się i zajęczał.
- Ej ty!!! Wstawaj i gadaj co ze mną wyprawiasz?! Dalej, rusz się i zszyj mnie, bo słowo daję, zlezę z tego stołu i dam ci w ryj!!! Ale już!!!
Mężczyzna z trudem pozbierał się z podłogi. Trzeba mu było zmierzyć się z tym, co go właśnie spotkało: żywy pacjent na stole do sekcji zwłok...
środa, 9 kwietnia 2014
Labirynty śmierci. cz: 6
Pojawieniu się władcy piekieł towarzyszył zgiełk bełkotliwych modłów, zagorzałych wyznawców. Jednak, sam pan ciemności mało sobie robił z tak wspaniałego powitania gromady zdziwaczałych wiernych. Wyszedł na środek i rozejrzał się. Pośród swoich poddanych szukał jednego człowieka...
- Cholera... - zaklął cicho. - A to ci dopiero szkaradę wezwali, popaprańcy! Ma oczy jak dwie dziury w tyłku i tak samo śmierdzi...-nie mógł się powstrzymać od złośliwych komentarzy.
Tymczasem szatan, już upatrzył sobie ofiarę, wyciągnął palec w stronę ukrytego nieopodal mężczyzny i ryknął:
- To ten!!!
Odwrócili się we wskazanym kierunku i któryś go dostrzegł.
-Jest, widzę GO!!! Dalej bracia, trzeba pochwycić dar dla naszego władcy!!!
Zanim zdążył pomyśleć, jakieś łapska schwyciły go za odzież i poderwały w górę. Czuł jak jego nogi wymachują w powietrzu, niczym marionetki. Chciał krzyczeć, ale wepchnięta w gardło szmata, skutecznie mu to uniemożliwiała.
- Już po mnie...- przeszło mu przez myśl i nagle zachciało mu się śmiać. - Ty przecież już jesteś MARTWY!!! - ta poprawka sprawiła, że aż się zakrztusił. Ze strachem obserwował wszystko co przygotowywano na ucztę ofiarną wysłannika piekieł. Sama świadomość tego, że już raz umarł, jakoś przestała go śmieszyć.
- Ci wariaci chcą chyba złożyć mnie w ofierze temu ich władcy... Mam złe przeczucia... Co się stanie, jeżeli ten sukinkot odbierze mi teraz moją nieśmiertelność???
- Cholera... - zaklął cicho. - A to ci dopiero szkaradę wezwali, popaprańcy! Ma oczy jak dwie dziury w tyłku i tak samo śmierdzi...-nie mógł się powstrzymać od złośliwych komentarzy.
Tymczasem szatan, już upatrzył sobie ofiarę, wyciągnął palec w stronę ukrytego nieopodal mężczyzny i ryknął:
- To ten!!!
Odwrócili się we wskazanym kierunku i któryś go dostrzegł.
-Jest, widzę GO!!! Dalej bracia, trzeba pochwycić dar dla naszego władcy!!!
Zanim zdążył pomyśleć, jakieś łapska schwyciły go za odzież i poderwały w górę. Czuł jak jego nogi wymachują w powietrzu, niczym marionetki. Chciał krzyczeć, ale wepchnięta w gardło szmata, skutecznie mu to uniemożliwiała.
- Już po mnie...- przeszło mu przez myśl i nagle zachciało mu się śmiać. - Ty przecież już jesteś MARTWY!!! - ta poprawka sprawiła, że aż się zakrztusił. Ze strachem obserwował wszystko co przygotowywano na ucztę ofiarną wysłannika piekieł. Sama świadomość tego, że już raz umarł, jakoś przestała go śmieszyć.
- Ci wariaci chcą chyba złożyć mnie w ofierze temu ich władcy... Mam złe przeczucia... Co się stanie, jeżeli ten sukinkot odbierze mi teraz moją nieśmiertelność???
środa, 19 marca 2014
Labirynty śmierci. cz: 5
Minęło kilka miesięcy nim zdecydował się wrócić do miasta. Poszedł tam nocą, tylko - jak sam próbował sobie wmówić - po to, aby sprawdzić czy całe to zamieszanie wreszcie ucichło. Błąkał się po pustych ulicach, aż trafił na przyklasztorny cmentarz. Uchylił skrzypiącą bramkę na jednym zawiasie i wszedł. Tu też spędził jakiś czas, przeglądając nagrobki z przegniłymi i z kilkoma nowymi krzyżami. Na jednym z nich znalazł tabliczkę ze swoim imieniem i nazwiskiem. Zaskoczony gapił się na sosnowy krzyż i napis. W końcu uklęknął przy swoim grobie i rozpłakał się. Łkał i szlochał, gdy nagle zdał sobie sprawę, że nie jest sam... Ktoś podchodził właśnie do drzwi kaplicy cmentarnej. Wysoka zakapturzona postać przypominała zakonnika, ale jego zachowanie było dalekie od świętości.
- Ciekawym, co cię tu sprowadza kolego...? - ruszył w kierunku zabytkowego budynku.
Musiał przyspieszyć nieco kroku, ponieważ tamten na pewno zdążył już gdzieś się oddalić lub ukryć w kaplicy. Kryjąc się co jakiś czas, dotarł do tych samych drzwi i wślizgnął się do wnętrza. Chociaż było ciemno, jego oczy potrafiły doskonale przystosować się do tego, był to taki malutki plus bycia żywym po śmierci. Rozejrzał się. Nagle do jego uszu dotarło jakieś szuranie. Poszedł w tym kierunku i ujrzał jak nie jeden zakapturzony osobnik, lecz około dwustu, zgromadzeni w lochach, odprawiają jakieś dziwaczne obrzędy. Szuranie powtórzyło się... Otwarto ciężkie wykute z brązu wrota, buchnął z nich płomień i smród siarki. Po chwili coś, czy ktoś zamajaczył pośród ognia...
- Ciekawym, co cię tu sprowadza kolego...? - ruszył w kierunku zabytkowego budynku.
Musiał przyspieszyć nieco kroku, ponieważ tamten na pewno zdążył już gdzieś się oddalić lub ukryć w kaplicy. Kryjąc się co jakiś czas, dotarł do tych samych drzwi i wślizgnął się do wnętrza. Chociaż było ciemno, jego oczy potrafiły doskonale przystosować się do tego, był to taki malutki plus bycia żywym po śmierci. Rozejrzał się. Nagle do jego uszu dotarło jakieś szuranie. Poszedł w tym kierunku i ujrzał jak nie jeden zakapturzony osobnik, lecz około dwustu, zgromadzeni w lochach, odprawiają jakieś dziwaczne obrzędy. Szuranie powtórzyło się... Otwarto ciężkie wykute z brązu wrota, buchnął z nich płomień i smród siarki. Po chwili coś, czy ktoś zamajaczył pośród ognia...
środa, 26 lutego 2014
Labirynty śmierci. cz: 4
Chłeptał ciepłą tętniącą krew, a jego ciało, z każdym łykiem przestawało drżeć. Ból ustępował...
O świcie wrócił do starego domu, położył się na ziemi i zapłakał. W myślach przeżywał raz jeszcze moment, kiedy zagłębił obie dłonie w jej wnętrznościach, w których jeszcze pulsowało życie. Już nie krzyczała, silny szok z bólu ogłuszył ją lepiej niż jakikolwiek narkotyk. Sięgnął po to, co sprawiało, że zaspokajał swoją zachciankę, chwilowy kaprys...
" - Boże, jeśli istniejesz, spraw bym przestał..." - modlił się. "-...już dłużej nie dam rady, to zaczyna nade mną panować..."
Przyszła mu do głowy pewna myśl, wstał, wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się. Zaskoczony, cofnął się na moment do wnętrza, ale za chwilę był już na podwórku przed domem. Porwał go śmiech.
- Tooo niee praaawdaaaa!!! Hahaha!!! Słońce mnie nie zabije!!! Hahaha!!! - krzyczał na cały głos. Umilkł natychmiast, zdając sobie sprawę, ze swojej lekkomyślności. "-To, że słońce zabija takich jak ja... to brednie..."-pomyślał z wściekłością. "- Muszę wymyślić inny sposób na to, abym już nigdy, nikomu nie wyrwał serca..."
***
W wydawnictwie wrzało. Nowe wiadomości prześcigały się kolejnością umiejscowienia na obszernych kartach "Times". Ludzie tu wydawali się pogrążeni w jakimś pracoholicznym amoku. Każdy próbował przedstawić swój artykuł jako ten "NAJ".
- O ja cię pierdzielę, tu nawet wystrzał z armaty by nie pomógł! Ta banda zagłusza nawet samych siebie! - podszedł, stanął na biurku jakiegoś, zdziwionego tym zachowaniem pismaka i wrzasnął: - Zamknijcie się ludzie!!!
Zapanowała względna cisza, głowy zaciekawionych skierowały się w jego stronę.
- Słuchajcie no, wy kretyni! Dlaczego wypisujecie bzdury, że jakiegoś faceta kochanka gryzie w ucho, a on teraz jest żywym trupem???!!! Od ugryzienia w ucho przecież się nie umiera!!! Macie wszyscy niepokole... ...!!!
Nie dane mu było skończyć przemowę. Rymsnął o ziemię z takim impetem, że omal nie wybił dziury w podłodze. Całe zbiorowisko zaniosło się gromkim śmiechem. Ktoś podał mu rękę, podniósł. Zagniewany bardzo, takim lekceważącym traktowaniem jego - właściciela Zakładu Pogrzebowego w Dover, niechętnie usiadł na podstawionym krześle. Poczuł, że tak samo, jak urażona godność, boli go tyłek... Nie odezwał się już jednak ani słowem. Jakaś kobieta zabrała głos, nie pytając o pozwolenie.
- Panie... Przepraszam, jak się pan nazywa?
- Weasel... Nazywam się Frank Weasel...
- OK. Panie... Weasel... - uśmiechnęła się, wymawiając nazwisko. - To wszystko prawda, o tym nieboszczyku, który zabił pańskiego jedynaka. Gość bawił w hotelowym pokoju, jego partnerka, faktycznie prawie oderwała mu całe ucho, ale...-przerwała, by bardziej zainteresować zebranych. - Facet wyzionął ducha bo nie mógł zatamować krwawienia! Po prostu, wykrwawił się na śmierć! Znaleziono go w hotelowej wannie, z rozerwaną prawą stroną twarzy. Z ucha zostały strzępy!
- To obrzydliwe!!! - wrzasnął, powstrzymując się przed torsjami.
- Nie... nie to było obrzydliwe... - posłała mu czarujący uśmiech, a patrząc prosto w jego oczy, wycedziła przez zęby: - Obrzydlistwem, można nazwać taki mały szczegół...
- jjj...aki znów szszczegółł...??? - wydukał.
- Oprócz kilku, sporej wielkości plam na ubraniu, nie było w jego ciele ani kropelki krwi!!!
Coś chlupnęło jej na drogie buty. Spojrzała i...
Ktoś zadzwonił po karetkę aby pomogli tym, którym żołądki, po wysłuchaniu opowiadania kobiety, nie wytrzymały.
O świcie wrócił do starego domu, położył się na ziemi i zapłakał. W myślach przeżywał raz jeszcze moment, kiedy zagłębił obie dłonie w jej wnętrznościach, w których jeszcze pulsowało życie. Już nie krzyczała, silny szok z bólu ogłuszył ją lepiej niż jakikolwiek narkotyk. Sięgnął po to, co sprawiało, że zaspokajał swoją zachciankę, chwilowy kaprys...
" - Boże, jeśli istniejesz, spraw bym przestał..." - modlił się. "-...już dłużej nie dam rady, to zaczyna nade mną panować..."
Przyszła mu do głowy pewna myśl, wstał, wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się. Zaskoczony, cofnął się na moment do wnętrza, ale za chwilę był już na podwórku przed domem. Porwał go śmiech.
- Tooo niee praaawdaaaa!!! Hahaha!!! Słońce mnie nie zabije!!! Hahaha!!! - krzyczał na cały głos. Umilkł natychmiast, zdając sobie sprawę, ze swojej lekkomyślności. "-To, że słońce zabija takich jak ja... to brednie..."-pomyślał z wściekłością. "- Muszę wymyślić inny sposób na to, abym już nigdy, nikomu nie wyrwał serca..."
***
W wydawnictwie wrzało. Nowe wiadomości prześcigały się kolejnością umiejscowienia na obszernych kartach "Times". Ludzie tu wydawali się pogrążeni w jakimś pracoholicznym amoku. Każdy próbował przedstawić swój artykuł jako ten "NAJ".
- O ja cię pierdzielę, tu nawet wystrzał z armaty by nie pomógł! Ta banda zagłusza nawet samych siebie! - podszedł, stanął na biurku jakiegoś, zdziwionego tym zachowaniem pismaka i wrzasnął: - Zamknijcie się ludzie!!!
Zapanowała względna cisza, głowy zaciekawionych skierowały się w jego stronę.
- Słuchajcie no, wy kretyni! Dlaczego wypisujecie bzdury, że jakiegoś faceta kochanka gryzie w ucho, a on teraz jest żywym trupem???!!! Od ugryzienia w ucho przecież się nie umiera!!! Macie wszyscy niepokole... ...!!!
Nie dane mu było skończyć przemowę. Rymsnął o ziemię z takim impetem, że omal nie wybił dziury w podłodze. Całe zbiorowisko zaniosło się gromkim śmiechem. Ktoś podał mu rękę, podniósł. Zagniewany bardzo, takim lekceważącym traktowaniem jego - właściciela Zakładu Pogrzebowego w Dover, niechętnie usiadł na podstawionym krześle. Poczuł, że tak samo, jak urażona godność, boli go tyłek... Nie odezwał się już jednak ani słowem. Jakaś kobieta zabrała głos, nie pytając o pozwolenie.
- Panie... Przepraszam, jak się pan nazywa?
- Weasel... Nazywam się Frank Weasel...
- OK. Panie... Weasel... - uśmiechnęła się, wymawiając nazwisko. - To wszystko prawda, o tym nieboszczyku, który zabił pańskiego jedynaka. Gość bawił w hotelowym pokoju, jego partnerka, faktycznie prawie oderwała mu całe ucho, ale...-przerwała, by bardziej zainteresować zebranych. - Facet wyzionął ducha bo nie mógł zatamować krwawienia! Po prostu, wykrwawił się na śmierć! Znaleziono go w hotelowej wannie, z rozerwaną prawą stroną twarzy. Z ucha zostały strzępy!
- To obrzydliwe!!! - wrzasnął, powstrzymując się przed torsjami.
- Nie... nie to było obrzydliwe... - posłała mu czarujący uśmiech, a patrząc prosto w jego oczy, wycedziła przez zęby: - Obrzydlistwem, można nazwać taki mały szczegół...
- jjj...aki znów szszczegółł...??? - wydukał.
- Oprócz kilku, sporej wielkości plam na ubraniu, nie było w jego ciele ani kropelki krwi!!!
Coś chlupnęło jej na drogie buty. Spojrzała i...
Ktoś zadzwonił po karetkę aby pomogli tym, którym żołądki, po wysłuchaniu opowiadania kobiety, nie wytrzymały.
sobota, 15 lutego 2014
Labirynty śmierci. cz: 3
Przez kolejne dni bał się wyjść na zewnątrz. Aż któregoś wieczoru, to dziwne uczucie powróciło ze zdwojoną siłą... Wił się z udręki po ziemi, chciał za wszelką cenę powstrzymać w sobie żądzę mordu. Oczy nabiegły krwią, w ustach zaschło a ciało przeszywał głód. Głód krwistych serc ludzi... Zerwał się z podłoża i puścił pędem przed siebie, byle dalej...
***
Drzwi zakładu pogrzebowego trzasnęły mocno. Zapłakany właściciel podniósł głowę i zobaczył swego pomocnika z nowym wydaniem "Times" w dłoni.
- Szefie... tu... Tu piszą, że ten trup, co to go pan wiózł, był za życia ugryziony przez jakąś namiętną kochankę w ucho i teraz stał się żywym... - podetknął mężczyźnie płat strony przed oczy i kilka razy dziobnął palcem, wskazując, mówiący o zajściu fragment tekstu.
- ...że też oni mogą wymyślać takie durnowate historyjki, bez ponoszenia konsekwencji!!! - krzyknął nagle, przeczytawszy kilka linijek. - Mój syn nie żyje, ktoś wydarł mu serce, a gazety piszą o zombie?! Muszę natychmiast porozmawiać z sir Gilbertem! - zerwał się do wyjścia. Po chwili już szedł szybkim krokiem w kierunku drukarni Gilberta Hoock'a.
***
Drzwi zakładu pogrzebowego trzasnęły mocno. Zapłakany właściciel podniósł głowę i zobaczył swego pomocnika z nowym wydaniem "Times" w dłoni.
- Szefie... tu... Tu piszą, że ten trup, co to go pan wiózł, był za życia ugryziony przez jakąś namiętną kochankę w ucho i teraz stał się żywym... - podetknął mężczyźnie płat strony przed oczy i kilka razy dziobnął palcem, wskazując, mówiący o zajściu fragment tekstu.
- ...że też oni mogą wymyślać takie durnowate historyjki, bez ponoszenia konsekwencji!!! - krzyknął nagle, przeczytawszy kilka linijek. - Mój syn nie żyje, ktoś wydarł mu serce, a gazety piszą o zombie?! Muszę natychmiast porozmawiać z sir Gilbertem! - zerwał się do wyjścia. Po chwili już szedł szybkim krokiem w kierunku drukarni Gilberta Hoock'a.
wtorek, 4 lutego 2014
Labirynty śmierci. cz: 2
Błądził po lesie, nie znając drogi. Musiał zniknąć, zanim ktokolwiek zorientuje się, co stało się młodemu mężczyźnie, leżącemu teraz na jego miejscu. O powrocie do dawnego domu i przede wszystkim do dawnego życia, raczej nie mogło być mowy... Tylko, dlaczego nie potrafił sobie przypomnieć co mu się przytrafiło, że ocknął się pośród drewnianych ścian, niewygodnego zamknięcia? I skąd przyszła mu chętka na... Oblizał się na myśl o pełnym krwi, bijącym jeszcze w dłoni, sercu chłopca.
- Co się ze mną dzieje?! Stałem się potworem!!! - przeraził się siebie. Zaczął uciekać przed swoim nowym wcieleniem, zagłębiając się coraz dalej w leśną gęstwinę. Jego oczom ukazały się ruiny starej posesji, w której żyła rodzina myśliwych. Chodziły o nich słuchy, iż gospodyni domu zarżnęła wszystkich domowników... Teraz przebywała w szpitalu dla obłąkanych, ponieważ twierdziła uparcie, że nie ona zabiła swoich bliskich. Opowiadała, że była świadkiem przerażającej uczty potworów w ludzkich postaciach, mięli oni napaść ich dom i wyrwać wszystkim serca, zjeść je, a kobietę oszczędzili, rzekomo zostawiając ją sobie "na zapas".
- Hmm... - zastanowił się. - Gdybym sam przed godziną nie uczynił czegoś podobnego z relacji tej szalonej kobiety, sam pewnie powiedziałbym jej, że ma bujną wyobraźnię... Boże! Co ja mam teraz robić???!!! - zrezygnowany ukrył się w gruzach dawnego, pięknego domu z ogrodem.
- Co się ze mną dzieje?! Stałem się potworem!!! - przeraził się siebie. Zaczął uciekać przed swoim nowym wcieleniem, zagłębiając się coraz dalej w leśną gęstwinę. Jego oczom ukazały się ruiny starej posesji, w której żyła rodzina myśliwych. Chodziły o nich słuchy, iż gospodyni domu zarżnęła wszystkich domowników... Teraz przebywała w szpitalu dla obłąkanych, ponieważ twierdziła uparcie, że nie ona zabiła swoich bliskich. Opowiadała, że była świadkiem przerażającej uczty potworów w ludzkich postaciach, mięli oni napaść ich dom i wyrwać wszystkim serca, zjeść je, a kobietę oszczędzili, rzekomo zostawiając ją sobie "na zapas".
- Hmm... - zastanowił się. - Gdybym sam przed godziną nie uczynił czegoś podobnego z relacji tej szalonej kobiety, sam pewnie powiedziałbym jej, że ma bujną wyobraźnię... Boże! Co ja mam teraz robić???!!! - zrezygnowany ukrył się w gruzach dawnego, pięknego domu z ogrodem.
niedziela, 26 stycznia 2014
Labirynty śmierci. cz: 1
"Chwila, w której serce ustaje, życiu nowy smak nadaje..."
Echo końskich kopyt dudniło po cichych uliczkach. Czarny karawan ciągnięty przez piękne, czarne jak atrament konie, terkotał na drewnianych kołach, zaś stangret kiwał się na ławeczce w ten dziwaczny rytm. Nie popędzał swych koni, spał od pół godziny, nie zwracając uwagi na drogę. Jego pasażer również nie miał zbyt wiele do powiedzenia, leżał w swojej trumnie, wsparty głową na atłasowej poduszce. Dopiero, kiedy jego majdan zatrzymał się pod starą kamienicą, powożący ocknął się i spełzł z siodełka. Wszedł do swego domu, a za moment wybiegł stamtąd młody chłopak i zajął się końmi.
Całemu temu widowisku przyglądał się księżyc w pełni.
Tymczasem zostawiony sam sobie nieboszczyk otworzył oczy. Nieporadnie uniósł się i usiadł w trumnie, zwieszając nogi przez krawędź drewnianej skrzyni. Rozejrzał się.
- Gdzie ja do diaska jestem...? Zaraz, zaraz... Co ja robię w tej trumnie? - nie mógł sobie przypomnieć co się wydarzyło przez ostatnie dwanaście godzin jego życia. Drapał się w głowę, usiłując przywołać w pamięci dawne dni...
Nagle ktoś otworzył drzwi karawanu. Syn właściciela zakładu pogrzebowego blady jak ściana, wpatrywał się w niego zdumionymi oczami, wielkimi jak spodki. Zmarły poczuł głód, ale wraz z tym uczuciem przyszło też inne..., o wiele bardziej dokuczliwe, niż sam brak pożywienia. Na samą myśl o tym, na co przyszła mu ochota, roześmiał się głośno. Wyszedł z trumny, w której siedział i podszedł do przerażonego chłopaka...
Po nasyceniu się, odzyskał siły. Ukrył w trumnie martwe ciało nastolatka i czym prędzej oddalił się od tego miejsca. Za dwie godziny miało wzejść słońce.
Echo końskich kopyt dudniło po cichych uliczkach. Czarny karawan ciągnięty przez piękne, czarne jak atrament konie, terkotał na drewnianych kołach, zaś stangret kiwał się na ławeczce w ten dziwaczny rytm. Nie popędzał swych koni, spał od pół godziny, nie zwracając uwagi na drogę. Jego pasażer również nie miał zbyt wiele do powiedzenia, leżał w swojej trumnie, wsparty głową na atłasowej poduszce. Dopiero, kiedy jego majdan zatrzymał się pod starą kamienicą, powożący ocknął się i spełzł z siodełka. Wszedł do swego domu, a za moment wybiegł stamtąd młody chłopak i zajął się końmi.
Całemu temu widowisku przyglądał się księżyc w pełni.
Tymczasem zostawiony sam sobie nieboszczyk otworzył oczy. Nieporadnie uniósł się i usiadł w trumnie, zwieszając nogi przez krawędź drewnianej skrzyni. Rozejrzał się.
- Gdzie ja do diaska jestem...? Zaraz, zaraz... Co ja robię w tej trumnie? - nie mógł sobie przypomnieć co się wydarzyło przez ostatnie dwanaście godzin jego życia. Drapał się w głowę, usiłując przywołać w pamięci dawne dni...
Nagle ktoś otworzył drzwi karawanu. Syn właściciela zakładu pogrzebowego blady jak ściana, wpatrywał się w niego zdumionymi oczami, wielkimi jak spodki. Zmarły poczuł głód, ale wraz z tym uczuciem przyszło też inne..., o wiele bardziej dokuczliwe, niż sam brak pożywienia. Na samą myśl o tym, na co przyszła mu ochota, roześmiał się głośno. Wyszedł z trumny, w której siedział i podszedł do przerażonego chłopaka...
Po nasyceniu się, odzyskał siły. Ukrył w trumnie martwe ciało nastolatka i czym prędzej oddalił się od tego miejsca. Za dwie godziny miało wzejść słońce.
sobota, 25 stycznia 2014
Jest takie miejsce... cz.:4
Weronika z każdym dniem zwlekała z powrotem do domu. Czuła się szczęśliwa i nawet nie zauważyła, jak przestała tęsknić do mamy. Krasnoludki cieszyły się bardzo z nowej gospodyni, a dziewczynka uczyła się pilnie obowiązków domowych. Żyło im się zgodnie.
Tak płynęły dni, miesiące i lata...
Kiedy w jakiś zimowy wieczór, Straszek zapytał swoja przyjaciółkę, czy chciałaby wrócić do swojego domu, Weronka zdziwiona powiedziała:
- Straszku, dlaczego miałabym wracać do domu, skoro jestem w domu? - roześmiała się szczerze, przytulając do siebie ulubieńca. - Mój dom jest tu, nie chcę mieszkać z dala od moich kochanych przyjaciół! - dodała.
I tak Weronika już na zawsze została w bajkowej krainie, żyjąc pośród krasnali...
***
-Nadio stało się coś strasznego!!! - powitała młodą dziewczynę, zapłakana kobieta. - Weronika...!!! Ona obudziła się na moment, a potem zaczęło się całe to zamieszanie...zabrali ją na blok operacyjny... - dokończyła, szlochając.
- Proszę się uspokoić... Teraz musi pani być bardzo silna dla Weroniki. - Nadzieja delikatnie posadziła roztrzęsioną matkę dziecka na krześle. - Pójdę po kawę albo wodę, co pani sobie życzy?
- Poproszę gorącą herbatę... - szepnęła przez łzy.
Opiekunka odeszła.
Różne myśli przychodziły do głowy matce. Nie potrafiła zapanować nad emocjami. Czarny scenariusz jakoś nie opuszczał jej umysłu ani na chwilę. Była bliska załamania.
-Proszę, pani herbata. - wyrwał ją ze złych rozmyślań miły głos. Wzięła ciepły plastykowy kubeczek i upiła łyk, nie zważając na piekący ból na ustach.
- Dziękuję...
Nadia przysiadła obok niej. Była cicha, opanowana, matka Weroniki również, powoli zaczęła się uspokajać. W ich sercach tliła się nadzieja, że wszystko będzie w porządku.
Nie wiedziały, która była godzina, gdy z sali wyszedł chirurg, prowadzący operację.
Pamiętała, jak Nadia wzięła ją delikatnie za rękę...
- Przykro nam... ale dziecko było zbyt słabe, by przeżyć tak skomplikowany zabieg... Robiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, aby dziewczynka żyła.
Obie przytuliły się do siebie, matka płakała, opiekunka musiała powstrzymać swoje łzy. Kiedy odwieziono kobietę do jej domu, Nadia weszła na chwilę do sali operacyjnej. Na zimnym stole leżało małe, wątłe ciało dziecka, okryte prześcieradłem. Dziewczyna podeszła tam, ujęła w dłoń rączkę Weronki i szepnęła:
- Twoja mama bardzo cię opłakuje, ale ja wiem, że teraz jesteś w lepszym świecie... Pamiętaj proszę o swojej mamusi, bo my też nigdy o tobie Weroniko nie zapomnimy... Spoczywaj w pokoju.
Koniec...
niedziela, 5 stycznia 2014
Jest takie miejsce... cz.:3
***
Słońce świeciło, ptaki śpiewały a wkoło było zielono. Weronika szła przez łąkę w towarzystwie krasnoludka. Straszek nie był tego ranka zbyt rozmowny, więc postanowiła zebrać kwiaty na wianek dla siebie. Kiedy zrobili mały postój, aby odpocząć, splotła giętkie łodyżki i włożyła kwiecisty wianek na głowę.
- Teraz wyglądasz jeszcze ładniej, niż kiedy cię znaleźliśmy! - zachwycił się krasnal.
- Znalazłeś mnie? - zdziwiła się Weronka. - Jak?
- Oh! To było zupełnie przypadkowe... - żachnął się. - Ja i moi bracia nie mięliśmy w tamtym dniu w planie kogokolwiek znaleźć...
- Ale znaleźliście mnie! Dziękuję! - odpowiedziała.
- To nic takiego! Bracia powiedzieli, żebym się tobą zaopiekował, kiedy oni pójdą do pracy.
- Twoi bracia poszli do pracy? Straszku, musimy koniecznie wrócić już do twojego domu! - zawołała dziewczynka. - Jak wrócą z pracy do domu, będą na pewno bardzo głodni. Umiem zrobić kanapki i kakao!
- Nie musisz się o nic martwić Weronko! - rzekł krasnoludek. - Nie trzeba się nigdzie spieszyć, na prawdę!
Z oddali dobiegł ich czyjś śpiew. Zbliżyli się i zobaczyli sześciu mężczyzn, wzrostem podobni byli Straszkowi.
- A oto moi bracia! - wskazał zapracowanych krasnali, towarzysz Weroniki. Zawołał w ich kierunku: - Hej, hej! Witajcie!!!
Szóstka dzielnych robotników, przerwała na chwilę zajęcia, wszystkie głowy odwróciły się w kierunku nawoływania.
- Hej! - zawołali w odpowiedzi bracia.
- Co cię tu sprowadza Straszku? - zapytał Żartowniś.
- Dziewczynka poprosiła mnie, żebym ją odprowadził do jej mamy... Tylko... Tylko, że ja nie wiem gdzie jest jej mama, więc wolałem przyjść z nią tutaj. - w skrócie opowiedział Straszek.
- No dobrze. Pomyślimy jak pomóc dziecku wrócić do domu, ale kiedy sami uporamy się z naszymi obowiązkami! - mądrze odparł Roztropek. - Obiecaliśmy pomóc Zwierzętom z tym powalonym, starym drzewem.
- Tak, tak racja! - wtrącił swoje trzy grosze Spryciarz.
I tak, po przywitaniu się i wymienieniu swoich rad, całą siódemką powrócili do pracy. Weronika usiadła na trawie i przyglądała się, jak jej przyjaciele pomagają mieszkańcom łąki i lasu.
***
- Dzień dobry Nadio. - przywitała się z opiekunką.
-Dzień dobry pani. Dziś w nocy zauważyłam, że Weronika jakby się uśmiechała. To dobry znak. Myślę, że może śniła o czymś przyjemnym.
- Ja też. Czytasz jej tyle pięknych baśni. Jeśli cię słyszy, tak jak mówią lekarze, to być może, śnią się jej same cudne, bajkowe krainy i przyjaźnie nastawione stwory?
Delikatny, przelotny uśmiech zagościł na moment na zatroskanym obliczu matki.
- Czy pani wie?...-zagadnęła ją Nadzieja. - Czy pani wie, że właśnie ten sam cień uśmiechu miała również Weronka?
Kobieta popatrzyła na swoją koleżankę z wdzięcznością.
- Dziękuję...-szepnęła w odpowiedzi.
Słońce świeciło, ptaki śpiewały a wkoło było zielono. Weronika szła przez łąkę w towarzystwie krasnoludka. Straszek nie był tego ranka zbyt rozmowny, więc postanowiła zebrać kwiaty na wianek dla siebie. Kiedy zrobili mały postój, aby odpocząć, splotła giętkie łodyżki i włożyła kwiecisty wianek na głowę.
- Teraz wyglądasz jeszcze ładniej, niż kiedy cię znaleźliśmy! - zachwycił się krasnal.
- Znalazłeś mnie? - zdziwiła się Weronka. - Jak?
- Oh! To było zupełnie przypadkowe... - żachnął się. - Ja i moi bracia nie mięliśmy w tamtym dniu w planie kogokolwiek znaleźć...
- Ale znaleźliście mnie! Dziękuję! - odpowiedziała.
- To nic takiego! Bracia powiedzieli, żebym się tobą zaopiekował, kiedy oni pójdą do pracy.
- Twoi bracia poszli do pracy? Straszku, musimy koniecznie wrócić już do twojego domu! - zawołała dziewczynka. - Jak wrócą z pracy do domu, będą na pewno bardzo głodni. Umiem zrobić kanapki i kakao!
- Nie musisz się o nic martwić Weronko! - rzekł krasnoludek. - Nie trzeba się nigdzie spieszyć, na prawdę!
Z oddali dobiegł ich czyjś śpiew. Zbliżyli się i zobaczyli sześciu mężczyzn, wzrostem podobni byli Straszkowi.
- A oto moi bracia! - wskazał zapracowanych krasnali, towarzysz Weroniki. Zawołał w ich kierunku: - Hej, hej! Witajcie!!!
Szóstka dzielnych robotników, przerwała na chwilę zajęcia, wszystkie głowy odwróciły się w kierunku nawoływania.
- Hej! - zawołali w odpowiedzi bracia.
- Co cię tu sprowadza Straszku? - zapytał Żartowniś.
- Dziewczynka poprosiła mnie, żebym ją odprowadził do jej mamy... Tylko... Tylko, że ja nie wiem gdzie jest jej mama, więc wolałem przyjść z nią tutaj. - w skrócie opowiedział Straszek.
- No dobrze. Pomyślimy jak pomóc dziecku wrócić do domu, ale kiedy sami uporamy się z naszymi obowiązkami! - mądrze odparł Roztropek. - Obiecaliśmy pomóc Zwierzętom z tym powalonym, starym drzewem.
- Tak, tak racja! - wtrącił swoje trzy grosze Spryciarz.
I tak, po przywitaniu się i wymienieniu swoich rad, całą siódemką powrócili do pracy. Weronika usiadła na trawie i przyglądała się, jak jej przyjaciele pomagają mieszkańcom łąki i lasu.
***
- Dzień dobry Nadio. - przywitała się z opiekunką.
-Dzień dobry pani. Dziś w nocy zauważyłam, że Weronika jakby się uśmiechała. To dobry znak. Myślę, że może śniła o czymś przyjemnym.
- Ja też. Czytasz jej tyle pięknych baśni. Jeśli cię słyszy, tak jak mówią lekarze, to być może, śnią się jej same cudne, bajkowe krainy i przyjaźnie nastawione stwory?
Delikatny, przelotny uśmiech zagościł na moment na zatroskanym obliczu matki.
- Czy pani wie?...-zagadnęła ją Nadzieja. - Czy pani wie, że właśnie ten sam cień uśmiechu miała również Weronka?
Kobieta popatrzyła na swoją koleżankę z wdzięcznością.
- Dziękuję...-szepnęła w odpowiedzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Ten ktoś obok.
«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...
-
«PROLOG» - I, mamy go!!! - okrzyk triumfu ratownika medycznego oznajmił sukces reanimacji. Ostrożnie położono go na noszach i natychmiast ...
-
"Chwila, w której serce ustaje, życiu nowy smak nadaje..." Echo końskich kopyt dudniło po cichych uliczkach. Czarny karawan ciąg...
-
Jakby tu zacząć? Otóż...Witam na moim blogu :-) Spróbuję zmierzyć się na nim z sobą samą. Może Ktoś z was lubi czytać opowiadania różne, n...