Komórka Jonesa nie przestawała dzwonić. Poprzez sny, docierał do niego jej sygnał. Wyciągnął rękę i ujął brzęczący aparat, przyłożył do ucha.
- I co parszywy kundlu?!
- Fery!!! - usiadł gwałtownie.
- Uważasz, że już możesz sobie pozwolić na niesubordynację? Niedoczekanie twoje!!! Ostrzegałem cię wiele razy, teraz nie będę się z tobą cackał! Następny srebrnik jest w Oklahoma, chcę go na jutro, najdalej na pojutrze! - Luc Fery był nieugięty.
- Dobra. Nie rób nikomu nic złego, jeszcze dziś kupię bilet na samolot do Oklahoma. Masz mnie! Od innych moich znajomych i przyjaciół wara!!!
- To się jeszcze zobaczy! Nie ty tu rządzisz!!! Pozdrów mojego starego kumpla Mike'a! - rozłączył się.
Wziął samochód Lindy. Nie mówił nikomu, dokąd jedzie, chciał chronić przede wszystkim ją. O Michaela nie dbał, nie znał go i nie ufał.
Znał drogę do dworu Fery'ego, dlatego nie chciał towarzystwa. Musiał załatwić to sam.
Dotarł tam bardzo szybko. Jak na złość, dzień znów pozbawiony był słońca, szarość nieba dopełniała obawy i strach Jonesa. Wysiadł i ciężko oparł się o karoserię. Sprawdził kieszenie, miał monety, tam gdzie je schował. Rozejrzał się i ruszył do drzwi.
- Cześć... - półnagie ciało prawie oplatało futrynę. James nie bardzo zwrócił uwagę na piękność.
- Chcę widzieć się z Ferym! - minął łaszącą się dziewczynę, wszedł do środka. - Fery!!! - krzyknął aż echo odbiło się od ścian. Młoda dziwka gdzieś poszła.
- Fery!!! Jestem!!! - nawoływał.
Pojawił się nie wiadomo skąd. Jak zwykle szykowny, z miną pana i władcy.
- Co tu robisz? - zapytał. Zapalił cygaro długą zapałką. W smudze dymu przyglądał się Jamesowi. - Powinieneś mnie posłuchać, być w drodze po mój srebrnik...- bawił się zapaloną zapałką. - Czyżby nie zależało ci na życiu?
- Wiem kim jesteś i jakoś się ciebie nie boję...- odparł James. - Skoro jesteś Lucyferem, to, czy nie zależy ci raczej na mojej duszy, niż na tych kilku szeklach?
Fery zacisnął pięść na rozżarzonej zapałce, jego dłoń stanęła w płomieniach. Bez ostrzeżenia wykonał szybki cios w twarz Jonesa.
Upadł. Uderzenie było tak precyzyjne, że czuł jak zapalają mu się włosy na głowie. Leżał, próbując ugasić płomienie. Nie zdołał sobie pomóc, stracił przytomność.
Michał zbudził Lindę. Szukał Jamesa, gdy sprawdził, że przed domem nie ma samochodu, obudził policjantkę.
- Mike, może on pojechał do sklepu, zaraz wróci! - O'Hara naciągnęła kołdrę. - Zjedz jakieś śniadanie, nie wiem, idź biegać...
Trzaśnięcie drzwi, było znakiem, iż gość skorzystał z którejś z dobrych rad, zadowolona postanowiła kontynuować drzemkę.
Michael stał chwilę w ogrodzie Jonesa. Jego niezawodna intuicja wskazała mu gdzie ma się udać. Ruszył biegiem przed siebie.
Ból potęgował się. Wstał powoli i szybko przytrzymał się ściany, by znów nie grzmotnąć o ziemię. Mógł otworzyć tylko lewe oko, z prawym coś było nie tak. Chciał znaleźć szatana i dokończyć to, po co przyszedł. Poruszał się bardzo wolno, nawet oko, które mniej ucierpiało podczas kontaktu z ogniem, co i rusz zachodziło mgłą, lub nic na nie nie widział. Usłyszał szmery. Chciał odwrócić głowę w ich kierunku, lecz poparzona skóra i mięśnie nie pozwoliły na taki wyczyn. Musiał wykonać obrót całym sobą.
- Nie potrafisz się poddać, co nie? - Fery nie krył zdumienia. - Chcesz dalej walczyć o swoje? Więc walcz, parszywy psie!!! - popchnął Jonesa z taką siłą, że uderzył głową o przeciwległą ścianę. Zamierzył się do kolejnego razu, ale nagle drzwi jego domu rozerwała potężna siła.
- Zostaw go!!! - w wyrwie po futrynie stał Michał.
Luc zwrócił swoją złość przeciwko niemu. W holu rozgorzała walka.
James leżał tam, gdzie otrzymał ostatni cios. Michałowi udało się na moment na tyle zmęczyć przeciwnika pojedynkiem, że mógł zająć się poszkodowanym mężczyzną. Położył dłonie na rozległych oparzeniach. Jasny blask napełnił pomieszczenie, a gdy zgasł, Jones znów przypominał siebie. Nie było śladu po spaleniu.
- Co się stało? - zachłysnął się powietrzem James. - Gdzie jestem? - zobaczył stojącego pośród gruzów Michaela. - To twoja sprawka? - pokazał dookoła siebie.
Michael nie zdążył mu odpowiedzieć, Lucyfer zaatakował go ze zdwojoną siłą. Michał odpowiadał ciosem na cios. W pewnej chwili Luc otrzymał tak potężne uderzenie, że padł bez czucia.
- James! Daj mi leptony!!! - krzyknął Mike.
Wyszarpnął z kieszeni saszetkę, rzucił ją w kierunku mężczyzny. Michał już miał złapać przedmiot, kiedy przeciwnik niespodziewanie przebił mu bok ostro zakończonym kawałkiem drewna, będącym nie tak dawno częścią drzwi. Zażarta walka wydawała się być skończona. Mike klęczał pochylony do ziemi, Jones był pewny, że jego obrońca stracił życie.
sobota, 30 listopada 2019
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ten ktoś obok.
«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...
-
«PROLOG» - I, mamy go!!! - okrzyk triumfu ratownika medycznego oznajmił sukces reanimacji. Ostrożnie położono go na noszach i natychmiast ...
-
"Chwila, w której serce ustaje, życiu nowy smak nadaje..." Echo końskich kopyt dudniło po cichych uliczkach. Czarny karawan ciąg...
-
Jakby tu zacząć? Otóż...Witam na moim blogu :-) Spróbuję zmierzyć się na nim z sobą samą. Może Ktoś z was lubi czytać opowiadania różne, n...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz