" Ludzkość dąży wciąż na przód, ku nowocześniejszej zagładzie..."
Metropolis of Europe. Rok 2115.
-Jesteśmy na miejscu. Tu, będziecie mogli mieszkać, jak długo będziecie chcieli.-Milla pomogła wypakowywać rzeczy z bagażnika taksówki. -Pokoje są już zarezerwowane.
-Jesteś pewna, że nie będą niepokoić mojej rodziny?-stanął dziewczynie na drodze.
-Przepraszam, to trochę ciężkie...-starała się ominąć go, by wejść do hotelu.
Nie pozwolił na to.
-Pytałem o coś!-przytrzymał ją.
-TAK!!! Nie będziecie nachodzeni przez nikogo!-wrzasnęła mu w twarz. Prawie wyrwał jej z rąk bagaże. Odszedł do budynku, o nic więcej nie pytając.
Zapukał do pokoju rodziców. Otworzył mu ojciec.
-Chciałem was oboje przeprosić. Nie powinienem był iść na tamto badanie! Naraziłem wasze życie niepotrzebnie. -powiedział, stojąc w progu.
-Wejdź, proszę.-ojciec zajął się przerwanym układaniem ubrań w szafach. Matka krzątała się w kuchni. Bardzo lubił ten podział obowiązków, tak było zawsze.
-Zrobić ci coś do jedzenia?-matka podeszła do niego. Było widać zmęczenie na jej twarzy.
-Nie, dziękuję matko. Będę na przeciwko, gdybyście czegoś potrzebowali.-odparł.
Wiedział, że ją tu zastanie.
-Czego chcesz?-nie widział jej.
Przyszła do kuchni. Oparła się o futrynę drzwi, przyglądając mu się.
-To nie było miłe z twojej strony...-zaczęła.-Myślałam, że dam ci w twarz.
Przejrzał swoje pakunki, znalazł paczkę makaronu błyskawicznego i przygotował sobie.Włączył czajnik. Dopiero teraz odwrócił się do Lake.
-Miałem zamiar zrobić to samo. Powstrzymałem się z ledwością.-jego ton był nieprzyjemny.
Uniosła rękę do uderzenia, kiedy do niej podszedł. Powiódł oczami za gestem, uśmiechnął się. Minął ją i przeszedł do pokoju.
-Co masz zamiar robić?-zdjął koszulę, obejrzał się za siebie i widząc, że patrzy, skierował się do łazienki. Starał się dać dziewczynie do zrozumienia, że ma dosyć jej towarzystwa.
Usłyszała szum odkręconej wody. Było jej to obojętne. Wróciła do kuchni, czajnik właśnie się wyłączył.
Prysznic odprężył go. Wycierał włosy, myśląc, czy czeka na niego. Wyszedł w ręczniku na biodrach. Zajrzał do kuchni, makaron dochodził, pod przykryciem...
Otworzył oczy i uniósł się na łokciach. "-Rodzice!"-pomyślał, wyskakując z łóżka. Kopnął z rozpędu drzwi, wyłamując je z zawiasów. Wpadł do mieszkania swojej rodziny i ujrzał jak na podłogę upada matka z przestrzeloną głową. Za chwilę zobaczył ojca, jakiś żołnierz poderżnął mu gardło, śmiejąc się.
-NIE!!!- wbiegł do pomieszczenia. Rozejrzał się, stał na łące a wokół leżały ciała osób, które znał. Zaczął krzyczeć.
Zlany potem, leżał, nie mogąc otrząsnąć się z koszmaru."-Co miał znaczyć ten sen?"-pytał sam siebie. Sięgnął po zegar, była trzecia nad ranem. Nie zasnął. Wstał, odsunął niską ławę, robiąc wolną przestrzeń na środku. Trenował do świtu.
sobota, 31 sierpnia 2013
piątek, 30 sierpnia 2013
Cryptonym "Summer Rain" cz.: 6
" Ludzkość dąży wciąż na przód, ku nowocześniejszej zagładzie..."
Běihǎi. Rok 2115.
Pili herbatę i rozmawiali. Milla opowiadała o swojej pracy, o prowadzonych przez nią osobnych niż jej zwierzchnicy, badaniach nad "Renewable". Poruszyła temat, przywiezionego do szpitala mężczyzny, dodając, że dzięki kamerze w hallu,dowiedziała się kto mu pomógł.
-Jak on się czuje?-spytał.
-Niestety...-powiedziała ze smutkiem.-Wiem, co go zabiło.-popatrzyła na niego.
-Co ty powiesz?-odparł niegrzecznie.-Tak się składa, że chcieli nam wszystkim to zrobić!
-Przepraszam, nie rozumiem, o co ci chodzi?-była zdezorientowana.-Kto, mu to zaaplikował?
-Co zaaplikował? O czym, w ogóle my mówimy?-zirytował się.
Dziewczyna odczekała chwilę, aż się uspokoił.
-Ok. Od początku. Najpierw ja wytłumaczę tobie, co chciałam przekazać potem ty opowiesz, co się stało.-powiedziała ugodowo. Zgodził się.
-Pobrałam krew twojemu koledze. Wynika z niej, że był już nosicielem bakterii "Renewable", a ktoś wstrzyknął mu kolejną dawkę. Dwa szczepy zaczęły się nawzajem zwalczać, chcąc przejąc kontrolę nad ciałem. Skutkiem czego, po paru tygodniach, zmarł w agonii.
-Wojskowi naukowcy, wszczepili mu jakieś bakterie? Oni, tam w Afryce, chcieli je podać wszystkim, których pojmali. Do czego im tacy bezwolni najemnicy? Widziałem, do czego zdolny jest człowiek, po podaniu tego zastrzyku. Rozerwał tamtych żołnierzy na strzępy.
Milla słuchała z uwagą.
-Hǔ, czy wiesz dlaczego was porwali?-naukowiec miała już pewną teorię, ale chciała usłyszeć odpowiedź.
-Nie wiem.-zrobił zdziwioną minę.
-Miałeś ostatnio pobieraną krew? Jakieś badania ogólne?-zaskoczyła go kolejnym pytaniem. Myślał kilka sekund, po czym, odpowiedział:
-Robiłem badanie, potrzebne mi było do nowej pracy... Pobrali mi krew...-poczuł niesmak w ustach. Zdał sobie nagle sprawę, że to go wydało. Teraz, muszą się wyprowadzić nie tylko z domu, ale i z miasta.
-Idź już! -zażądał nagle.-Musze powiedzieć moim rodzicom, że grozi nam niebezpieczeństwo!-wyjaśnił.
Lake nie ruszyła się z miejsca. Podszedł do niej zaskoczony.
-Dalej! Rusz tyłek i wyjdź stąd!
-Nie. Pomogę tobie i twojej rodzinie. Zadzwonię po nasz śmigłowiec i zabiorę was w bezpieczne miejsce. Zaufaj mi.- wyjęła z kieszeni komórkę.
Pobiegł do rodziców. Byli wstrząśnięci wiadomością, że tak nagle zostają pozbawieni dachu nad głową. Pakowali się rozmawiając szeptem.
-Helikopter będzie za godzinę na dzikiej plaży.-oznajmiła.
Hǔ wziął gościa na bok. Jedno nie dawało mu spokoju.
-Czy ty wiesz to, co tamci o mnie i moich bliskich? Powiedz prawdę!
Potwierdziła. Wiedziała, że nie ma sensu kłamać komuś, kogo życie jest tak zagrożone jak tych ludzi.
-Co będzie z moją matką i ojcem? -chciał wiedzieć.
-Proszę, zaufajcie mi...-szepnęła. Taka odpowiedź nie wystarczyła.
-Zapamiętaj, jeżeli któremuś z nich, coś się stanie, to słowo daję, nie będę miał żadnych skrupułów aby cię zabić...
Zapanowało niezręczne milczenie, przerywane, cichym płaczem matki...
Běihǎi. Rok 2115.
Pili herbatę i rozmawiali. Milla opowiadała o swojej pracy, o prowadzonych przez nią osobnych niż jej zwierzchnicy, badaniach nad "Renewable". Poruszyła temat, przywiezionego do szpitala mężczyzny, dodając, że dzięki kamerze w hallu,dowiedziała się kto mu pomógł.
-Jak on się czuje?-spytał.
-Niestety...-powiedziała ze smutkiem.-Wiem, co go zabiło.-popatrzyła na niego.
-Co ty powiesz?-odparł niegrzecznie.-Tak się składa, że chcieli nam wszystkim to zrobić!
-Przepraszam, nie rozumiem, o co ci chodzi?-była zdezorientowana.-Kto, mu to zaaplikował?
-Co zaaplikował? O czym, w ogóle my mówimy?-zirytował się.
Dziewczyna odczekała chwilę, aż się uspokoił.
-Ok. Od początku. Najpierw ja wytłumaczę tobie, co chciałam przekazać potem ty opowiesz, co się stało.-powiedziała ugodowo. Zgodził się.
-Pobrałam krew twojemu koledze. Wynika z niej, że był już nosicielem bakterii "Renewable", a ktoś wstrzyknął mu kolejną dawkę. Dwa szczepy zaczęły się nawzajem zwalczać, chcąc przejąc kontrolę nad ciałem. Skutkiem czego, po paru tygodniach, zmarł w agonii.
-Wojskowi naukowcy, wszczepili mu jakieś bakterie? Oni, tam w Afryce, chcieli je podać wszystkim, których pojmali. Do czego im tacy bezwolni najemnicy? Widziałem, do czego zdolny jest człowiek, po podaniu tego zastrzyku. Rozerwał tamtych żołnierzy na strzępy.
Milla słuchała z uwagą.
-Hǔ, czy wiesz dlaczego was porwali?-naukowiec miała już pewną teorię, ale chciała usłyszeć odpowiedź.
-Nie wiem.-zrobił zdziwioną minę.
-Miałeś ostatnio pobieraną krew? Jakieś badania ogólne?-zaskoczyła go kolejnym pytaniem. Myślał kilka sekund, po czym, odpowiedział:
-Robiłem badanie, potrzebne mi było do nowej pracy... Pobrali mi krew...-poczuł niesmak w ustach. Zdał sobie nagle sprawę, że to go wydało. Teraz, muszą się wyprowadzić nie tylko z domu, ale i z miasta.
-Idź już! -zażądał nagle.-Musze powiedzieć moim rodzicom, że grozi nam niebezpieczeństwo!-wyjaśnił.
Lake nie ruszyła się z miejsca. Podszedł do niej zaskoczony.
-Dalej! Rusz tyłek i wyjdź stąd!
-Nie. Pomogę tobie i twojej rodzinie. Zadzwonię po nasz śmigłowiec i zabiorę was w bezpieczne miejsce. Zaufaj mi.- wyjęła z kieszeni komórkę.
Pobiegł do rodziców. Byli wstrząśnięci wiadomością, że tak nagle zostają pozbawieni dachu nad głową. Pakowali się rozmawiając szeptem.
-Helikopter będzie za godzinę na dzikiej plaży.-oznajmiła.
Hǔ wziął gościa na bok. Jedno nie dawało mu spokoju.
-Czy ty wiesz to, co tamci o mnie i moich bliskich? Powiedz prawdę!
Potwierdziła. Wiedziała, że nie ma sensu kłamać komuś, kogo życie jest tak zagrożone jak tych ludzi.
-Co będzie z moją matką i ojcem? -chciał wiedzieć.
-Proszę, zaufajcie mi...-szepnęła. Taka odpowiedź nie wystarczyła.
-Zapamiętaj, jeżeli któremuś z nich, coś się stanie, to słowo daję, nie będę miał żadnych skrupułów aby cię zabić...
Zapanowało niezręczne milczenie, przerywane, cichym płaczem matki...
czwartek, 29 sierpnia 2013
Cryptonym "Summer Rain" cz.: 5
" Ludzkość dąży wciąż na przód, ku nowocześniejszej zagładzie..."
Běihǎi. Rok 2115.
Wracał do domu. Nie obchodziło go już zupełnie, po co do szpitala przyjechali tamci ludzie. Zapewnił temu człowiekowi pomoc, na jaką zasługiwał. Dużo ryzykował, pojawiając się w takim miejscu jak Metropolis of Europe. Teraz nic mu nie groziło. Postanowił się zdrzemnąć. Za kilka godzin wyląduje na lotnisku w rodzinnym mieście.
Dzień chylił się ku zachodowi, słońce, przybierało pomarańczowo-purpurową barwę, gotowe zanurzyć się w Morzu Południowochińskim. Obserwował jeszcze chwilę, piękny widok, zatrzymał taksówkę i podał adres kierowcy.
Nie spodziewano się jego powrotu.
-Matko!-zawołał w progu, zdejmując obuwie.
Kobieta, zobaczywszy syna, ucieszyła się.
-Hǔ! Nie zginąłeś!-rzuciła mu się na szyję. Przytulił ją czule do siebie i pocałował.
-Twój ojciec będzie miał niespodziankę, kiedy wróci z pracy!
-Jutro musimy się przeprowadzić, mamo.-poinformował kobietę. Słysząc to, usiadła na kanapie, a jej twarz posmutniała. Wiedział, że będzie to dla niej i ojca bardzo trudne. Musiał podjąć jednak taki krok, dla bezpieczeństwa swoich rodziców. Nie mógł narażać niewinnych, tak bliskich mu osób.
-Najlepiej będzie znaleźć mieszkanie w jakimś wieżowcu, w centrum.-starał się ją przekonać. Słuchała z uwagą, po czym zapytała :
-Myślisz, że ci wojskowi cię szukają?
Przysiadł obok. Pokiwał głową w zamyśleniu.
-Uciekliśmy, jak tylko nadarzyła się okazja...Będą szukać zbiegów. Na całe szczęście, nie wzięto mnie do żadnych badań, czy eksperymentów.Tylko jednemu z nas się nie udało. Zrobili z tamtego, bezwolnego mordercę. Wiesz, co nas może spotkać, sama mi opowiadałaś o twojej i ojca przeszłości!-powiedział.
-Jesteśmy zmodyfikowani genetycznie, potrafimy o wiele więcej, niż najinteligentniejszy mieszkaniec Ziemi, uczymy się szybciej a nasze ciała regenerują się błyskawicznie...-powtórzyła jak modlitwę, niektóre przymioty związane z ich odmienioną naturą .-Ale, jesteśmy ludźmi, synu! Mamy prawo do życia!-dodała.
-Nie dla tych, którzy nas stworzyli! Dlatego musimy mieć, nowy, bezpieczniejszy dom!-wpadł matce w słowo. -Przepraszam.
Nie chcąc wdawać się w nową sprzeczkę, przeszedł do swojej części domu, którą zajmował. Zaczął się pakować. Rozmyślał, jak zareaguje na ten pomysł ojciec, ten dom był dla niego wszystkim co najcenniejszego miał do tej pory. Jeśli nie zgodzi się przenieść, jak zdoła go przekonać o swojej racji?
Następnego dnia, poważna rozmowa z głową rodziny musiała zaczekać Do ich drzwi zapukała młoda dziewczyna.
-Dzień dobry. Nazywam się Milla Lake, szukam pana Hǔ. Czy dobrze trafiłam?-przywitała się z właścicielami domu.
Patrzył na przybyłą zza zasłony. Coś, go w niej niepokoiło.Wychodząc, powitać gościa, postanowił, że będzie na nią bardzo uważał.
Běihǎi. Rok 2115.
Wracał do domu. Nie obchodziło go już zupełnie, po co do szpitala przyjechali tamci ludzie. Zapewnił temu człowiekowi pomoc, na jaką zasługiwał. Dużo ryzykował, pojawiając się w takim miejscu jak Metropolis of Europe. Teraz nic mu nie groziło. Postanowił się zdrzemnąć. Za kilka godzin wyląduje na lotnisku w rodzinnym mieście.
Dzień chylił się ku zachodowi, słońce, przybierało pomarańczowo-purpurową barwę, gotowe zanurzyć się w Morzu Południowochińskim. Obserwował jeszcze chwilę, piękny widok, zatrzymał taksówkę i podał adres kierowcy.
Nie spodziewano się jego powrotu.
-Matko!-zawołał w progu, zdejmując obuwie.
Kobieta, zobaczywszy syna, ucieszyła się.
-Hǔ! Nie zginąłeś!-rzuciła mu się na szyję. Przytulił ją czule do siebie i pocałował.
-Twój ojciec będzie miał niespodziankę, kiedy wróci z pracy!
-Jutro musimy się przeprowadzić, mamo.-poinformował kobietę. Słysząc to, usiadła na kanapie, a jej twarz posmutniała. Wiedział, że będzie to dla niej i ojca bardzo trudne. Musiał podjąć jednak taki krok, dla bezpieczeństwa swoich rodziców. Nie mógł narażać niewinnych, tak bliskich mu osób.
-Najlepiej będzie znaleźć mieszkanie w jakimś wieżowcu, w centrum.-starał się ją przekonać. Słuchała z uwagą, po czym zapytała :
-Myślisz, że ci wojskowi cię szukają?
Przysiadł obok. Pokiwał głową w zamyśleniu.
-Uciekliśmy, jak tylko nadarzyła się okazja...Będą szukać zbiegów. Na całe szczęście, nie wzięto mnie do żadnych badań, czy eksperymentów.Tylko jednemu z nas się nie udało. Zrobili z tamtego, bezwolnego mordercę. Wiesz, co nas może spotkać, sama mi opowiadałaś o twojej i ojca przeszłości!-powiedział.
-Jesteśmy zmodyfikowani genetycznie, potrafimy o wiele więcej, niż najinteligentniejszy mieszkaniec Ziemi, uczymy się szybciej a nasze ciała regenerują się błyskawicznie...-powtórzyła jak modlitwę, niektóre przymioty związane z ich odmienioną naturą .-Ale, jesteśmy ludźmi, synu! Mamy prawo do życia!-dodała.
-Nie dla tych, którzy nas stworzyli! Dlatego musimy mieć, nowy, bezpieczniejszy dom!-wpadł matce w słowo. -Przepraszam.
Nie chcąc wdawać się w nową sprzeczkę, przeszedł do swojej części domu, którą zajmował. Zaczął się pakować. Rozmyślał, jak zareaguje na ten pomysł ojciec, ten dom był dla niego wszystkim co najcenniejszego miał do tej pory. Jeśli nie zgodzi się przenieść, jak zdoła go przekonać o swojej racji?
Następnego dnia, poważna rozmowa z głową rodziny musiała zaczekać Do ich drzwi zapukała młoda dziewczyna.
-Dzień dobry. Nazywam się Milla Lake, szukam pana Hǔ. Czy dobrze trafiłam?-przywitała się z właścicielami domu.
Patrzył na przybyłą zza zasłony. Coś, go w niej niepokoiło.Wychodząc, powitać gościa, postanowił, że będzie na nią bardzo uważał.
wtorek, 27 sierpnia 2013
Cryptonym "Summer Rain" cz.: 4
" Ludzkość dąży wciąż na przód, ku nowocześniejszej zagładzie..."
Metropolis of Europe. Rok 2115.
Agenci, zatrzymali się w hallu i rozejrzeli po przebywających tam ludziach. Policjanci chodzili po całym szpitalu, zaglądając do sal, przeszukując windy, schody przeciwpożarowe i inne pomieszczenia.
Któryś z agentów zaczepił przechodzącego lekarza.
-Gdzie znajdziemy tego mężczyznę?-pokazał zdjęcie.Doktor nie wiedział. Zagadnięta pielęgniarka, zaprowadziła ich pod drzwi izby przyjęć.
-Proszę chwilę zaczekać, muszę zobaczyć, czy można wam tam wejść, taka jest procedura.-zamknęła drzwi za sobą.
Nagle, szef agencji zaklął, widząc młodą kobietę wypytującą kogoś, o tego samego człowieka co oni. Zaskoczyło go, że tak szybko się o nim dowiedziała.
-Po co ona tutaj przyjechała?-zdenerwował się.-Proszę tu podejść!-zawołał Millę.
Jej też, nie na rękę było spotkanie gliniarzy i agentów. Chciała sama zbadać przywiezionego tu pacjenta. Z niechęcią zbliżyła się do grupy.
W tym samym momencie wyszła, oczekiwana pielęgniarka, z informacją, że pacjent może być przesłuchany, o ile potrafi sklecić chociaż jedno poprawne zdanie. Odebrali to, jako kiepski żart z jej strony. Już mieli wchodzić, gdy pani naukowiec, również stanęła przy wejściu.
-Wchodzę z wami.-posłała starszemu mężczyźnie najbardziej czarujący uśmiech, na jaki w tej chwili mogła się zdobyć Oburzony śmiałością dziewczyny, prawie wepchnął ją do sali. Obejrzała się na niego i pokręciła głową z dezaprobatą.
Człowiek, leżący na kozetce, wydawał się pogrążony we śnie. W rzeczywistości słyszał każdy szelest. Milla była czujna. Z pewnej odległości, obserwowała monitor, wyświetlający parametry życiowe. Grupa agentów i paru policjantów, chcieli od razu przejść do konkretów. Ich szef dał znak gestem, aby nie robili nic bez zgody pani Lake. Czytał o przeprowadzanych przez kobietę, osobnych badaniach, nad ludźmi z wszczepionym "Renewable". Zdał się na nią, ze względu na bezpieczeństwo swoich ludzi. Stanęli pod ścianą blisko drzwi.
-Bądźcie gotowi do ucieczki.Nie wiadomo, jak może na nas zareagować.-powiedziała do obecnych.-Pobiorę mu krew do moich badań.
Wyjęła z kieszeni paralizator i strzykawkę. Podeszła do mężczyzny, mówiąc półgłosem:
-Nie bój się, pobiorę ci trochę krwi i sprawdzę, co ci się stało. Nie poczujesz bólu. Będzie dobrze...-delikatnie przewiązała mu ramię i wkuła igłę. Leżał spokojnie, wsłuchany w łagodny ton. Kiedy zabierała napełnioną strzykawkę, jeszcze raz popatrzyła na niego. Dostrzegła w jego oczach łzy. Odwróciła się zmieszana.
-Można zadać mu parę pytań?-odezwał się przełożony agencji rządowej.
-Nie jestem pewna, czy ten nieszczęśnik będzie w stanie odpowiadać...Ktoś, zgotował mu piekło, o jakim nawet nie mamy pojęcia.-stwierdziła Milla.
-Piekło?-zdziwił się jeden z mężczyzn.
Podchwyciła wątek.
-Tak, drogi panie. Proszę spojrzeć na krew, którą pobrałam, co widzisz?-dała agentowi probówkę. Obracał ją w palcach oglądając pod światło. Lake ciągnęła dalej:
-Jestem w stu procentach pewna, że ciałka czerwone są zdolne do dzielenia się, co nigdy nie dzieje się w organizmie nieskażonym "Renewable". Dalej, leukocyty mają dwie albo cztery komórki nie do końca rozwiniętych bakterii, które kontrolują przeciwciało dla swoich potrzeb. Resztę powiem, po badaniu.-odebrała swój cenny materiał badań od mężczyzny.
Miała przeczucie, iż właśnie teraz uda się jej dotrzeć do prawdy o tych dziwnych bakteriach.
Metropolis of Europe. Rok 2115.
Agenci, zatrzymali się w hallu i rozejrzeli po przebywających tam ludziach. Policjanci chodzili po całym szpitalu, zaglądając do sal, przeszukując windy, schody przeciwpożarowe i inne pomieszczenia.
Któryś z agentów zaczepił przechodzącego lekarza.
-Gdzie znajdziemy tego mężczyznę?-pokazał zdjęcie.Doktor nie wiedział. Zagadnięta pielęgniarka, zaprowadziła ich pod drzwi izby przyjęć.
-Proszę chwilę zaczekać, muszę zobaczyć, czy można wam tam wejść, taka jest procedura.-zamknęła drzwi za sobą.
Nagle, szef agencji zaklął, widząc młodą kobietę wypytującą kogoś, o tego samego człowieka co oni. Zaskoczyło go, że tak szybko się o nim dowiedziała.
-Po co ona tutaj przyjechała?-zdenerwował się.-Proszę tu podejść!-zawołał Millę.
Jej też, nie na rękę było spotkanie gliniarzy i agentów. Chciała sama zbadać przywiezionego tu pacjenta. Z niechęcią zbliżyła się do grupy.
W tym samym momencie wyszła, oczekiwana pielęgniarka, z informacją, że pacjent może być przesłuchany, o ile potrafi sklecić chociaż jedno poprawne zdanie. Odebrali to, jako kiepski żart z jej strony. Już mieli wchodzić, gdy pani naukowiec, również stanęła przy wejściu.
-Wchodzę z wami.-posłała starszemu mężczyźnie najbardziej czarujący uśmiech, na jaki w tej chwili mogła się zdobyć Oburzony śmiałością dziewczyny, prawie wepchnął ją do sali. Obejrzała się na niego i pokręciła głową z dezaprobatą.
Człowiek, leżący na kozetce, wydawał się pogrążony we śnie. W rzeczywistości słyszał każdy szelest. Milla była czujna. Z pewnej odległości, obserwowała monitor, wyświetlający parametry życiowe. Grupa agentów i paru policjantów, chcieli od razu przejść do konkretów. Ich szef dał znak gestem, aby nie robili nic bez zgody pani Lake. Czytał o przeprowadzanych przez kobietę, osobnych badaniach, nad ludźmi z wszczepionym "Renewable". Zdał się na nią, ze względu na bezpieczeństwo swoich ludzi. Stanęli pod ścianą blisko drzwi.
-Bądźcie gotowi do ucieczki.Nie wiadomo, jak może na nas zareagować.-powiedziała do obecnych.-Pobiorę mu krew do moich badań.
Wyjęła z kieszeni paralizator i strzykawkę. Podeszła do mężczyzny, mówiąc półgłosem:
-Nie bój się, pobiorę ci trochę krwi i sprawdzę, co ci się stało. Nie poczujesz bólu. Będzie dobrze...-delikatnie przewiązała mu ramię i wkuła igłę. Leżał spokojnie, wsłuchany w łagodny ton. Kiedy zabierała napełnioną strzykawkę, jeszcze raz popatrzyła na niego. Dostrzegła w jego oczach łzy. Odwróciła się zmieszana.
-Można zadać mu parę pytań?-odezwał się przełożony agencji rządowej.
-Nie jestem pewna, czy ten nieszczęśnik będzie w stanie odpowiadać...Ktoś, zgotował mu piekło, o jakim nawet nie mamy pojęcia.-stwierdziła Milla.
-Piekło?-zdziwił się jeden z mężczyzn.
Podchwyciła wątek.
-Tak, drogi panie. Proszę spojrzeć na krew, którą pobrałam, co widzisz?-dała agentowi probówkę. Obracał ją w palcach oglądając pod światło. Lake ciągnęła dalej:
-Jestem w stu procentach pewna, że ciałka czerwone są zdolne do dzielenia się, co nigdy nie dzieje się w organizmie nieskażonym "Renewable". Dalej, leukocyty mają dwie albo cztery komórki nie do końca rozwiniętych bakterii, które kontrolują przeciwciało dla swoich potrzeb. Resztę powiem, po badaniu.-odebrała swój cenny materiał badań od mężczyzny.
Miała przeczucie, iż właśnie teraz uda się jej dotrzeć do prawdy o tych dziwnych bakteriach.
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Cryptonym "Summer Rain" cz.: 3
" Ludzkość dąży wciąż na przód, ku nowocześniejszej zagładzie..."
Gdzieś w Europie. Rok 2115.
Świat nie był już takim, jakim znali go przodkowie. Roślinność jeszcze przetrwała, gorzej było ze zwierzętami, niektóre gatunki zostały wytępione przez "nowoczesnych".
Tym terminem NASA określali tych,którzy pomyślnie przeszli wszczepienie grupy bakterii "Renewable", do ich DNA.
Bakterie w ciągu półgodziny, zajmowały cały kod genetyczny i zaczynały się błyskawicznie rozmnażać, przejmując następnie ciało ludzkie jako własne. Te pasożyty żyjąc w innym organizmie, dawały mu ochronę - wszczepione człowiekowi, przedłużały życie, wzmacniały odporność a w razie jakiegokolwiek zranienia, regenerowały tkankę.
Gdy naukowcy, przypadkiem odkryli ten szczep i przebadali pod kątem przydatności, byli pod wrażeniem. Zaczęła się nowa era, zaprzestano operacji, chemioterapii i innych zabiegów. Liczyło się, aby być na liście, do wszczepienia "Renewable". Niektórzy po zabiegu umierali. Zdarzało się, że w trakcie aplikowania, a czasami po miesiącu czy roku. NASA było zbyt zaślepione, by martwić się tymi, którzy nie przetrwali. Nikt nie badał ciał pośmiertnie. Nie chciano robić antyreklamy, przecież stworzono tak zwanych "nowoczesnych". Tych żyjących było przecież o wiele więcej, niż przypadków śmiertelnych.
Nie znano skutków ubocznych, posiadania w ciele tych mikroskopijnych organizmów. "Nowocześni", przechodzili na dietę wysokobiałkową, zapotrzebowanie na mięso było ogromne. Tylko, że oczywiście, każdy był przekonany, iż to zupełnie normalne zachowanie.
Po ucieczce dwojga ludzi, zmodyfikowanych genetycznie, sprawą zainteresowała się naukowiec Milla Lake. Skontaktowała się nawet z policją. Niewiele jej pomogli, bo bali się wtrącać w rządowe sprawy. A ona nadal nie przestawała zajmować się swoim prywatnym śledztwem, była przez to niebezpiecznie blisko wykrycia prawdy o "Summer Rain".
***
Afryka. Rok 2115.
Dotarli do niewielkiego lotniska. Mieli sporo szczęścia, samolot akurat stał na pasie. Hǔ, porozmawiał z pilotem. Ten nie był zachwycony, że jeden z pasażerów jest chory psychicznie, ale chłopak przekonał go.
-Niech pan mnie zrozumie, muszę zabrać mojego wujka do lekarza! Najlepiej lećmy od razu.
-Masz gotówkę?-zapytał przewoźnik.
-Zapłacę jak dotrzemy do szpitala.Sporo!-przekupywał faceta.-Ile bierzesz zwykle?
- 1000...-odparł tamten.
-Tysiąc w starych pieniądzach czy 1000 impulsów?-dociekał.-Dam dwa tysiące w banknotach a impulsów mogę dać nawet 2500,co ty na to? Po,zawiezieniu nas do miasta!-postawił warunek.
Pilot, był chytry na pieniądze i impulsy, zgodził się, chociaż bał się tego dziwnego, związanego typa. Lecieli w kierunku Europy, do dawnego Londynu, teraz nadano mu dumną nazwę Metropolis of Europe. Cała podróż odbyła się bez przygód, tak jak obiecał mężczyzna.
Już w M.E. stało się coś niespodziewanego. Dodger nie chciał wysiąść z samolotu. Zaczął się szarpać i wyrywać swojemu opiekunowi. Hǔ obezwładnił go i wyciągnął na zewnątrz. Podszedł do lotnika i spytał:
-Impulsy czy kasa?
-Chcę te 2500 impulsów.-usłyszał odpowiedź. Zdobył potrzebną należność i uregulował dług. Zawołał taksówkę i pojechali do szpitala. Tam przekazał nieprzytomnego człowieka.
-Jak długo jest w tym stanie?-zagadnął lekarz.
-Chwila!-klepnął mocno Dodgera w twarz, aż tamten zamruczał niezadowolony.
-Co pan wyprawia?!-krzyknął doktor.-To nie jest metoda!-oburzył się.
-Ale, jak widać działa!- pożegnał się i wyszedł czym prędzej na ulicę.
Zdążył odejść na sporą odległość, kiedy pod budynek szpitala podjechały radiowozy i kilka prywatnych samochodów, z których wysiedli rządowi agenci.
"-Ciekawe, czego wy tu szukacie?"-zastanawiał się, przyspieszając kroku.
Gdzieś w Europie. Rok 2115.
Świat nie był już takim, jakim znali go przodkowie. Roślinność jeszcze przetrwała, gorzej było ze zwierzętami, niektóre gatunki zostały wytępione przez "nowoczesnych".
Tym terminem NASA określali tych,którzy pomyślnie przeszli wszczepienie grupy bakterii "Renewable", do ich DNA.
Bakterie w ciągu półgodziny, zajmowały cały kod genetyczny i zaczynały się błyskawicznie rozmnażać, przejmując następnie ciało ludzkie jako własne. Te pasożyty żyjąc w innym organizmie, dawały mu ochronę - wszczepione człowiekowi, przedłużały życie, wzmacniały odporność a w razie jakiegokolwiek zranienia, regenerowały tkankę.
Gdy naukowcy, przypadkiem odkryli ten szczep i przebadali pod kątem przydatności, byli pod wrażeniem. Zaczęła się nowa era, zaprzestano operacji, chemioterapii i innych zabiegów. Liczyło się, aby być na liście, do wszczepienia "Renewable". Niektórzy po zabiegu umierali. Zdarzało się, że w trakcie aplikowania, a czasami po miesiącu czy roku. NASA było zbyt zaślepione, by martwić się tymi, którzy nie przetrwali. Nikt nie badał ciał pośmiertnie. Nie chciano robić antyreklamy, przecież stworzono tak zwanych "nowoczesnych". Tych żyjących było przecież o wiele więcej, niż przypadków śmiertelnych.
Nie znano skutków ubocznych, posiadania w ciele tych mikroskopijnych organizmów. "Nowocześni", przechodzili na dietę wysokobiałkową, zapotrzebowanie na mięso było ogromne. Tylko, że oczywiście, każdy był przekonany, iż to zupełnie normalne zachowanie.
Po ucieczce dwojga ludzi, zmodyfikowanych genetycznie, sprawą zainteresowała się naukowiec Milla Lake. Skontaktowała się nawet z policją. Niewiele jej pomogli, bo bali się wtrącać w rządowe sprawy. A ona nadal nie przestawała zajmować się swoim prywatnym śledztwem, była przez to niebezpiecznie blisko wykrycia prawdy o "Summer Rain".
***
Afryka. Rok 2115.
Dotarli do niewielkiego lotniska. Mieli sporo szczęścia, samolot akurat stał na pasie. Hǔ, porozmawiał z pilotem. Ten nie był zachwycony, że jeden z pasażerów jest chory psychicznie, ale chłopak przekonał go.
-Niech pan mnie zrozumie, muszę zabrać mojego wujka do lekarza! Najlepiej lećmy od razu.
-Masz gotówkę?-zapytał przewoźnik.
-Zapłacę jak dotrzemy do szpitala.Sporo!-przekupywał faceta.-Ile bierzesz zwykle?
- 1000...-odparł tamten.
-Tysiąc w starych pieniądzach czy 1000 impulsów?-dociekał.-Dam dwa tysiące w banknotach a impulsów mogę dać nawet 2500,co ty na to? Po,zawiezieniu nas do miasta!-postawił warunek.
Pilot, był chytry na pieniądze i impulsy, zgodził się, chociaż bał się tego dziwnego, związanego typa. Lecieli w kierunku Europy, do dawnego Londynu, teraz nadano mu dumną nazwę Metropolis of Europe. Cała podróż odbyła się bez przygód, tak jak obiecał mężczyzna.
Już w M.E. stało się coś niespodziewanego. Dodger nie chciał wysiąść z samolotu. Zaczął się szarpać i wyrywać swojemu opiekunowi. Hǔ obezwładnił go i wyciągnął na zewnątrz. Podszedł do lotnika i spytał:
-Impulsy czy kasa?
-Chcę te 2500 impulsów.-usłyszał odpowiedź. Zdobył potrzebną należność i uregulował dług. Zawołał taksówkę i pojechali do szpitala. Tam przekazał nieprzytomnego człowieka.
-Jak długo jest w tym stanie?-zagadnął lekarz.
-Chwila!-klepnął mocno Dodgera w twarz, aż tamten zamruczał niezadowolony.
-Co pan wyprawia?!-krzyknął doktor.-To nie jest metoda!-oburzył się.
-Ale, jak widać działa!- pożegnał się i wyszedł czym prędzej na ulicę.
Zdążył odejść na sporą odległość, kiedy pod budynek szpitala podjechały radiowozy i kilka prywatnych samochodów, z których wysiedli rządowi agenci.
"-Ciekawe, czego wy tu szukacie?"-zastanawiał się, przyspieszając kroku.
niedziela, 25 sierpnia 2013
Cryptonym "Summer Rain" cz.: 2
" Ludzkość dąży wciąż na przód, ku nowocześniejszej zagładzie..."
Afryka. Rok 2115.
Nazajutrz przyszli w pięciu, stanęli przed klatkami i przyglądali się im z zaciekawieniem. Hǔ, strasznie ci ludzie w mundurach irytowali, ale musiał panować nad emocjami, gdyż każde posunięcie groziło utratą życia. Wybrano jednego z grupy, uwięzionej w klatce na przeciw. Człowiek, nie wiedząc co go czeka po wyjściu, zaczął błagać żołnierzy o litość.
-Nie, proszę! Czeka na mnie mały synek i chora matka...zlitujcie się!-padł na kolana, a gdy to nie dało rezultatu, położył się twarzą do ziemi i załkał żałośnie jak dziecko.
Jeden ze strażników, już miał go zastrzelić ale dwaj inni chwycili nieszczęśnika za ramiona i wyszli z chaty.
-Co z nim będzie?-zapytał współwięźniów. Nikt się nie odezwał. Ponowił pytanie, tym razem głośniej. -Pytam, czy wiecie co dzieje się za tymi drzwiami?!
Ktoś z sąsiedniego aresztu przecisnął się do kraty.
-Nie wrzeszcz! Tak samo jak ty,nie wiemy co nas tu czeka. Skąd pomysł, że któryś z nas może znać powód naszego pojmania?-zapytał obdartus.
-Powiedzmy, że pytam z ciekawości.-odparł. Czuł zbliżające się niebezpieczeństwo, niemal przez skórę.
Ich uszu doszedł przerażający krzyk, ucichł stopniowo by, za moment przejść w wycie, jakiego nie wydałoby nawet konające zwierzę. Pozostali jeńcy przerazili się. Co niektórzy zaczęli bezsensownie szarpać kraty, próbując się wyswobodzić. Panika ogarnęła wszystkich na około.
Odsunięto wiklinową zasłoną i do chaty jak pijany, zatoczył się wybrany uprzednio mężczyzna, w asyście jakiegoś eleganta w białym kitlu i jednego mundurowego.
-Myśli pan, żeby go tu z nimi zostawić?-zaniepokoił się kapral. Naukowiec nie miał zamiaru rozwiać obaw towarzysza. Wyciągnął rękę i powiedział:
-Możemy go skuć. Daj kajdanki, za godzinę sprawdzimy co z nim będzie.-spiął nadgarstki słaniającego się na nogach człowieka i pchnął go na ziemię. Ten poddał się bezwolnie. Kiedy opuścili chałupę, leżał nie poruszony długi czas. Słońce było wysoko, jak przypomnieli sobie o nim. Tym razem, oprócz laboranta było ośmiu żołnierzy z gotowymi do strzału Berettami.
-Nadal nic...-facet w fartuchu pokręcił niezadowolony głową. Zbadał puls i chciał wziąć stetoskop, ale nie zdążył.
Hǔ, dostrzegł błyskawiczny ruch, nieprzytomnego do tej chwili mężczyzny. Za późno krzyknął, że lekarz ma się cofnąć. Trzask łamanych kręgów szyjnych i wystrzały, zrównały się w czasie. To już nie był człowiek, który rankiem przypłaciłby śmiercią, skomlenie o zmiłowanie nad nim. Na środku, pomiędzy dwoma klatkami stał potwór, żądny krwi. Żołnierze leżeli martwi, broń walała się jak zbędne zabawki. Każda zadana temu "czemuś" rana, goiła się momentalnie. Można było pomyśleć, że jest nieśmiertelny.
Musiał coś wymyślić by nie dopuścić do niepotrzebnej jatki.
-Czy ktoś wie jak on ma na imię?-zawołał.
Obdartus znów się odezwał:
-Nazywaliśmy go we wsi Dodger.
-Dodger...-uderzył dłonią w kratę, aż zadzwoniła.-Dodgee!-nawoływał spokojnym tonem, szaleńca.
Powoli, jak na zwolnionym filmie, odmieniony czymś człowiek, obrócił się twarzą do wołającego. Zwężone w szpary oczy, uważnie przyglądały się otoczeniu. Krok za krokiem przysuwał się nieufnie do Hǔ.
-Dobry Dodger, dobry...chodź tu bliżej, no, chodź...Patrz co dla ciebie mam!-wskazał sporą kłódkę.-Tak, dla ciebie! Weź ją sobie.-Dodger ścisnął zamknięcie w ręce, pociągnął a gdy nie udało się za pierwszym razem, ryknął potężnie i wyszarpnął kłódkę wraz z kratą. Byli wolni.
Wyzwolili pozostałych i upewniwszy się, że na tyłach ich więzienia nie ma żołnierzy, wydostali się niepostrzeżenie do dżungli.
Został sam ze swoim wybawcą. Nie miał pretensji do tamtych, że pozostawili ich na pastwę wojska. Nie mógł pozwolić na dalsze eksperymenty na tym biedaku. Zabrał martwym żołnierzom pasy i skrępował Dodgera. Nie było to zbyt mocne zabezpieczenie, ale tylko w ten sposób mógł wziąć go z sobą do lepszego niż to, miejsca.
Afryka. Rok 2115.
Nazajutrz przyszli w pięciu, stanęli przed klatkami i przyglądali się im z zaciekawieniem. Hǔ, strasznie ci ludzie w mundurach irytowali, ale musiał panować nad emocjami, gdyż każde posunięcie groziło utratą życia. Wybrano jednego z grupy, uwięzionej w klatce na przeciw. Człowiek, nie wiedząc co go czeka po wyjściu, zaczął błagać żołnierzy o litość.
-Nie, proszę! Czeka na mnie mały synek i chora matka...zlitujcie się!-padł na kolana, a gdy to nie dało rezultatu, położył się twarzą do ziemi i załkał żałośnie jak dziecko.
Jeden ze strażników, już miał go zastrzelić ale dwaj inni chwycili nieszczęśnika za ramiona i wyszli z chaty.
-Co z nim będzie?-zapytał współwięźniów. Nikt się nie odezwał. Ponowił pytanie, tym razem głośniej. -Pytam, czy wiecie co dzieje się za tymi drzwiami?!
Ktoś z sąsiedniego aresztu przecisnął się do kraty.
-Nie wrzeszcz! Tak samo jak ty,nie wiemy co nas tu czeka. Skąd pomysł, że któryś z nas może znać powód naszego pojmania?-zapytał obdartus.
-Powiedzmy, że pytam z ciekawości.-odparł. Czuł zbliżające się niebezpieczeństwo, niemal przez skórę.
Ich uszu doszedł przerażający krzyk, ucichł stopniowo by, za moment przejść w wycie, jakiego nie wydałoby nawet konające zwierzę. Pozostali jeńcy przerazili się. Co niektórzy zaczęli bezsensownie szarpać kraty, próbując się wyswobodzić. Panika ogarnęła wszystkich na około.
Odsunięto wiklinową zasłoną i do chaty jak pijany, zatoczył się wybrany uprzednio mężczyzna, w asyście jakiegoś eleganta w białym kitlu i jednego mundurowego.
-Myśli pan, żeby go tu z nimi zostawić?-zaniepokoił się kapral. Naukowiec nie miał zamiaru rozwiać obaw towarzysza. Wyciągnął rękę i powiedział:
-Możemy go skuć. Daj kajdanki, za godzinę sprawdzimy co z nim będzie.-spiął nadgarstki słaniającego się na nogach człowieka i pchnął go na ziemię. Ten poddał się bezwolnie. Kiedy opuścili chałupę, leżał nie poruszony długi czas. Słońce było wysoko, jak przypomnieli sobie o nim. Tym razem, oprócz laboranta było ośmiu żołnierzy z gotowymi do strzału Berettami.
-Nadal nic...-facet w fartuchu pokręcił niezadowolony głową. Zbadał puls i chciał wziąć stetoskop, ale nie zdążył.
Hǔ, dostrzegł błyskawiczny ruch, nieprzytomnego do tej chwili mężczyzny. Za późno krzyknął, że lekarz ma się cofnąć. Trzask łamanych kręgów szyjnych i wystrzały, zrównały się w czasie. To już nie był człowiek, który rankiem przypłaciłby śmiercią, skomlenie o zmiłowanie nad nim. Na środku, pomiędzy dwoma klatkami stał potwór, żądny krwi. Żołnierze leżeli martwi, broń walała się jak zbędne zabawki. Każda zadana temu "czemuś" rana, goiła się momentalnie. Można było pomyśleć, że jest nieśmiertelny.
Musiał coś wymyślić by nie dopuścić do niepotrzebnej jatki.
-Czy ktoś wie jak on ma na imię?-zawołał.
Obdartus znów się odezwał:
-Nazywaliśmy go we wsi Dodger.
-Dodger...-uderzył dłonią w kratę, aż zadzwoniła.-Dodgee!-nawoływał spokojnym tonem, szaleńca.
Powoli, jak na zwolnionym filmie, odmieniony czymś człowiek, obrócił się twarzą do wołającego. Zwężone w szpary oczy, uważnie przyglądały się otoczeniu. Krok za krokiem przysuwał się nieufnie do Hǔ.
-Dobry Dodger, dobry...chodź tu bliżej, no, chodź...Patrz co dla ciebie mam!-wskazał sporą kłódkę.-Tak, dla ciebie! Weź ją sobie.-Dodger ścisnął zamknięcie w ręce, pociągnął a gdy nie udało się za pierwszym razem, ryknął potężnie i wyszarpnął kłódkę wraz z kratą. Byli wolni.
Wyzwolili pozostałych i upewniwszy się, że na tyłach ich więzienia nie ma żołnierzy, wydostali się niepostrzeżenie do dżungli.
Został sam ze swoim wybawcą. Nie miał pretensji do tamtych, że pozostawili ich na pastwę wojska. Nie mógł pozwolić na dalsze eksperymenty na tym biedaku. Zabrał martwym żołnierzom pasy i skrępował Dodgera. Nie było to zbyt mocne zabezpieczenie, ale tylko w ten sposób mógł wziąć go z sobą do lepszego niż to, miejsca.
sobota, 24 sierpnia 2013
Cryptonym "Summer Rain" cz.: 1
" Ludzkość dąży wciąż na przód, ku nowocześniejszej zagładzie..."
Północno-wschodnie wybrzeże Afryki. Rok 2115.
Stali skupieni w ciasną grupę na pustej plaży. Pilnujący ich żołnierze, byli uzbrojeni po zęby, każdy niestosowny ruch, mógł być poczytany jako próba napaści, czy znak do ucieczki. Nikt nie odważył się ryzykować. Dano im znak do marszu, kierunek wyznaczały patrole, podążające z przodu i z tyłu. Wszystko szło zgodnie z planem.
Droga do obozu w środku dziczy, zajęła im około trzech dni. Dotarli tam po południu, spragnieni, zmęczeni i głodni. Cały obóz liczył czternaście niezamieszkanych chat, jeńców zaś było dwudziestu.Podzielono więźniów na dziesięcioosobowe grupy i zaprowadzono do największej chałupy. Cała ta procedura od samego początku odbywała się bez zbędnego gadania, jedyne, co mężczyźni mogli słyszeć, to krótkie rozkazy, wykonywane natychmiast. Ci, którzy ich pojmali, musieli być bardzo dobrze wyszkoleni.
Wewnątrz, chata skrywała w sobie dwie olbrzymie, metalowe klatki, na całe szczęście puste. Zamknięto tam przyprowadzonych ludzi.
Zdecydował się zaczepić jednego z żołnierzy.
-Ej! Kiedy ci mężczyźni dostaną wodę i coś do jedzenia?!-na jego głos do krat zbliżył się potężnie zbudowany facet.
-Zamknąć gębę!-skierował lufę strzelby w jego głowę. Obecny przy tej scenie młody wojskowy, chwycił szybko za broń tamtego, opuszczając w dół. Wspiął się na palce i coś mu szeptem tłumaczył. Typ spuścił z tonu:
-Żarcie będzie wieczorem!-odparł. Wyszedł z chłopakiem na zewnątrz , zostawiając ich samych.
Usiadł. Zdążył zaobserwować ważne szczegóły, które mogłyby mu się przydać podczas ucieczki. Jego umysł pracował o wiele sprawniej, niż towarzyszy niedoli. Był jednym z tych, których ludzie w jego wsi nazywali "odmieńcami". Cała rodzina żyła, pośród zwykłych mieszkańców od lat i nikt nawet nie domyślił się ich prawdziwego pochodzenia.
Prawda była taka, iż jego rodzice byli organizmami, wyhodowanymi sztucznie i genetycznie zmodyfikowanymi. Gdy dobrano w parę ojca i matkę, nikt nie zdawał sobie sprawy, że tych dwoje będzie potrafiło się w sobie zakochać... Tak się niestety stało. Gdy organizm płci męskiej ( jak ich nazywano w NASA ), jakimś sposobem dowiedział się o ciąży partnerki, spowodował pożar i uciekł razem z nią. Naukowcy nie odnaleźli rodziny uciekinierów, ponieważ żadne z nich nie miało wszczepionego chipa, jako przeznaczeni do badań kontrolnych, byli, po dokonanych doświadczeniach po prostu zabijani.
Udało im się przedostać na wyspę a ludzie ze wsi dali im schronienie jak zwykłym śmiertelnikom.
Gdy miał piętnaście lat, matka opowiedziała mu o ich przeszłości i o tym, że jest inny, ale nie wolno mu było się do tego przyznawać.
" - Hǔ, musisz mieć się na baczności przed ludźmi Mogą sprzedać cię jak zwierzę, jeśli dowiedzą się o twoich nadludzkich zdolnościach i pochodzeniu.Pamiętaj!"-ostrzegał ojciec.
Po zachodzie słońca dostali jakieś owoce i wodę, to miało im wystarczyć za posiłek. Wygłodniali, rzucili się na pożywienie i jedli łapczywie, podobnie uczynili z wodą. Nikt z nikim się nie podzielił, myśl, że jutro może nie być nawet tego, popychała każdego do martwienia się o siebie. Prawo dżungli dawało brutalną szkołę życia.
Północno-wschodnie wybrzeże Afryki. Rok 2115.
Stali skupieni w ciasną grupę na pustej plaży. Pilnujący ich żołnierze, byli uzbrojeni po zęby, każdy niestosowny ruch, mógł być poczytany jako próba napaści, czy znak do ucieczki. Nikt nie odważył się ryzykować. Dano im znak do marszu, kierunek wyznaczały patrole, podążające z przodu i z tyłu. Wszystko szło zgodnie z planem.
Droga do obozu w środku dziczy, zajęła im około trzech dni. Dotarli tam po południu, spragnieni, zmęczeni i głodni. Cały obóz liczył czternaście niezamieszkanych chat, jeńców zaś było dwudziestu.Podzielono więźniów na dziesięcioosobowe grupy i zaprowadzono do największej chałupy. Cała ta procedura od samego początku odbywała się bez zbędnego gadania, jedyne, co mężczyźni mogli słyszeć, to krótkie rozkazy, wykonywane natychmiast. Ci, którzy ich pojmali, musieli być bardzo dobrze wyszkoleni.
Wewnątrz, chata skrywała w sobie dwie olbrzymie, metalowe klatki, na całe szczęście puste. Zamknięto tam przyprowadzonych ludzi.
Zdecydował się zaczepić jednego z żołnierzy.
-Ej! Kiedy ci mężczyźni dostaną wodę i coś do jedzenia?!-na jego głos do krat zbliżył się potężnie zbudowany facet.
-Zamknąć gębę!-skierował lufę strzelby w jego głowę. Obecny przy tej scenie młody wojskowy, chwycił szybko za broń tamtego, opuszczając w dół. Wspiął się na palce i coś mu szeptem tłumaczył. Typ spuścił z tonu:
-Żarcie będzie wieczorem!-odparł. Wyszedł z chłopakiem na zewnątrz , zostawiając ich samych.
Usiadł. Zdążył zaobserwować ważne szczegóły, które mogłyby mu się przydać podczas ucieczki. Jego umysł pracował o wiele sprawniej, niż towarzyszy niedoli. Był jednym z tych, których ludzie w jego wsi nazywali "odmieńcami". Cała rodzina żyła, pośród zwykłych mieszkańców od lat i nikt nawet nie domyślił się ich prawdziwego pochodzenia.
Prawda była taka, iż jego rodzice byli organizmami, wyhodowanymi sztucznie i genetycznie zmodyfikowanymi. Gdy dobrano w parę ojca i matkę, nikt nie zdawał sobie sprawy, że tych dwoje będzie potrafiło się w sobie zakochać... Tak się niestety stało. Gdy organizm płci męskiej ( jak ich nazywano w NASA ), jakimś sposobem dowiedział się o ciąży partnerki, spowodował pożar i uciekł razem z nią. Naukowcy nie odnaleźli rodziny uciekinierów, ponieważ żadne z nich nie miało wszczepionego chipa, jako przeznaczeni do badań kontrolnych, byli, po dokonanych doświadczeniach po prostu zabijani.
Udało im się przedostać na wyspę a ludzie ze wsi dali im schronienie jak zwykłym śmiertelnikom.
Gdy miał piętnaście lat, matka opowiedziała mu o ich przeszłości i o tym, że jest inny, ale nie wolno mu było się do tego przyznawać.
" - Hǔ, musisz mieć się na baczności przed ludźmi Mogą sprzedać cię jak zwierzę, jeśli dowiedzą się o twoich nadludzkich zdolnościach i pochodzeniu.Pamiętaj!"-ostrzegał ojciec.
Po zachodzie słońca dostali jakieś owoce i wodę, to miało im wystarczyć za posiłek. Wygłodniali, rzucili się na pożywienie i jedli łapczywie, podobnie uczynili z wodą. Nikt z nikim się nie podzielił, myśl, że jutro może nie być nawet tego, popychała każdego do martwienia się o siebie. Prawo dżungli dawało brutalną szkołę życia.
piątek, 23 sierpnia 2013
"PAMIĘTNIK CIEMNOŚCI" cz.: 9
Greenbelt Maryland.
Rozprawa dobiegała końca. Kara została złagodzona, pani McMillan miała do odbycia 10 lat. Zmieniona też została placówka, z Estrella, została przeniesiona do więzienia dla kobiet w Maryland.
Przy wyjściu był tłok. Mnóstwo dziennikarzy, chciało rozmawiać z ociemniałą więźniarką, która tyle przeszła.
-Co pani zrobi, po wyjściu z więzienia?-jakiejś reporterce udało się przecisnąć bliżej Alex.
Strażniczka pilnująca aresztowanej, zatrzymała się wraz z nią. Wdowa odezwała się:
-Jeszcze nie wiem. Mam pewne plany ale nie będę teraz o nich mówić. Do widzenia.
Cztery lata później.
-Alex! Poczta do ciebie.-młoda dziewczyna podeszła do krat. Podała sporą kopertę.-Co dostałaś?-zaciekawiła się.
Wzięła paczuszkę i roześmiała się.
-Przyszła, Boo! Rozpakujesz? Przecież to twoja praca!-McMillan oddała kopertę.
Dziewczyna weszła do celi Alexandry i drżącymi palcami rozerwała papier. Wyciągnęła gruby plik zadrukowanych stron, przeczytała na głos tytuł.
- "Pamiętnik ciemności"...-wzięła rękę wdowy i położyła na książce. Ta uniosła ją z kolan koleżanki i powiedziała:
-Ciężka.-uśmiech nie znikał z jej twarzy.-Co jest w środku?-otworzyła i przekazała z powrotem młodej kobiecie.
-"Dedykacja dla moich najlepszych przyjaciółek Boo ( Angeliny Boomers ) oraz Deedy ( Susan Slat ).-przeczytała głośno.-Jeśli chcesz, przeczytam ci jeden rozdział?-zaproponowała.
-Nie, dziękuję. Musisz wracać do swoich zajęć. Przeczytasz mi po pracy, zgoda?
Boo niechętnie ruszyła dalej z wózkiem pełnym prasy,poczty i jakichś drobiazgów. Wdowa została sama.
"-Udało mi się...mój pamiętnik zostanie już niedługo wydany.Cała Ameryka pozna cię, ty nędzna kreaturo! Wszyscy się dowiedzą, jaki na prawdę był Richard Mckenzie!"-pomyślała Alex.
Przez dwa i pół roku Boo, pomagała jej pisać pamiętnik. Pewnego dnia Angie zapytała czy nie myślała o tym, by go wydać jako książkę. Zastanawiały się obie nad tytułem, aż któregoś popołudnia, Angelina przybiegła zadowolona i zaproponowała, żeby nazwać tę ich książkę, tak po prostu: "Pamiętnik z więzienia". Dała jej do myślenia, bo ten tytuł nie do końca pasował.
Wreszcie, doszła, co było nie tak. Zapytała dziewczynę, czy zgodziłby się na poprawkę i powiedziała, że lepiej będzie zatytułować ją: " Pamiętnik ciemności". Angie była zadowolona. A oto dostała prototyp z poprawkami. Nie posiadała się z radości, że utrata wzroku, nie stanęła jej na przeszkodzie aby tworzyć.
-Może zatrudnię Angelikę do zapisywania moich opowiadań. To nie byłby głupi pomysł.-zastanawiała się głośno. -Razem, mogłybyśmy napisać nie jedną książkę!
***
Po wyjściu z więzienia, obie kobiety, Alex McMillan i Angelina Boomers, podjęły współpracę. Ich książki cieszyły się sporym uznaniem, w tym także książka opisująca wydarzenia z życia Boo. Alexandra założyła fundację pomagającą niewidomym w realizacji ich pasji i zajmującą się przystosowywaniem miejsc pracy, dla osób z wadami wzroku.
Przeszłość i więzienie nie zatrzymały obu pań w dążeniu do ich celów.
"Każdy krok zostawia ślad, pracuj wytrwale, a osiągniesz postępy..."
Rozprawa dobiegała końca. Kara została złagodzona, pani McMillan miała do odbycia 10 lat. Zmieniona też została placówka, z Estrella, została przeniesiona do więzienia dla kobiet w Maryland.
Przy wyjściu był tłok. Mnóstwo dziennikarzy, chciało rozmawiać z ociemniałą więźniarką, która tyle przeszła.
-Co pani zrobi, po wyjściu z więzienia?-jakiejś reporterce udało się przecisnąć bliżej Alex.
Strażniczka pilnująca aresztowanej, zatrzymała się wraz z nią. Wdowa odezwała się:
-Jeszcze nie wiem. Mam pewne plany ale nie będę teraz o nich mówić. Do widzenia.
Cztery lata później.
-Alex! Poczta do ciebie.-młoda dziewczyna podeszła do krat. Podała sporą kopertę.-Co dostałaś?-zaciekawiła się.
Wzięła paczuszkę i roześmiała się.
-Przyszła, Boo! Rozpakujesz? Przecież to twoja praca!-McMillan oddała kopertę.
Dziewczyna weszła do celi Alexandry i drżącymi palcami rozerwała papier. Wyciągnęła gruby plik zadrukowanych stron, przeczytała na głos tytuł.
- "Pamiętnik ciemności"...-wzięła rękę wdowy i położyła na książce. Ta uniosła ją z kolan koleżanki i powiedziała:
-Ciężka.-uśmiech nie znikał z jej twarzy.-Co jest w środku?-otworzyła i przekazała z powrotem młodej kobiecie.
-"Dedykacja dla moich najlepszych przyjaciółek Boo ( Angeliny Boomers ) oraz Deedy ( Susan Slat ).-przeczytała głośno.-Jeśli chcesz, przeczytam ci jeden rozdział?-zaproponowała.
-Nie, dziękuję. Musisz wracać do swoich zajęć. Przeczytasz mi po pracy, zgoda?
Boo niechętnie ruszyła dalej z wózkiem pełnym prasy,poczty i jakichś drobiazgów. Wdowa została sama.
"-Udało mi się...mój pamiętnik zostanie już niedługo wydany.Cała Ameryka pozna cię, ty nędzna kreaturo! Wszyscy się dowiedzą, jaki na prawdę był Richard Mckenzie!"-pomyślała Alex.
Przez dwa i pół roku Boo, pomagała jej pisać pamiętnik. Pewnego dnia Angie zapytała czy nie myślała o tym, by go wydać jako książkę. Zastanawiały się obie nad tytułem, aż któregoś popołudnia, Angelina przybiegła zadowolona i zaproponowała, żeby nazwać tę ich książkę, tak po prostu: "Pamiętnik z więzienia". Dała jej do myślenia, bo ten tytuł nie do końca pasował.
Wreszcie, doszła, co było nie tak. Zapytała dziewczynę, czy zgodziłby się na poprawkę i powiedziała, że lepiej będzie zatytułować ją: " Pamiętnik ciemności". Angie była zadowolona. A oto dostała prototyp z poprawkami. Nie posiadała się z radości, że utrata wzroku, nie stanęła jej na przeszkodzie aby tworzyć.
-Może zatrudnię Angelikę do zapisywania moich opowiadań. To nie byłby głupi pomysł.-zastanawiała się głośno. -Razem, mogłybyśmy napisać nie jedną książkę!
***
Po wyjściu z więzienia, obie kobiety, Alex McMillan i Angelina Boomers, podjęły współpracę. Ich książki cieszyły się sporym uznaniem, w tym także książka opisująca wydarzenia z życia Boo. Alexandra założyła fundację pomagającą niewidomym w realizacji ich pasji i zajmującą się przystosowywaniem miejsc pracy, dla osób z wadami wzroku.
Przeszłość i więzienie nie zatrzymały obu pań w dążeniu do ich celów.
"Każdy krok zostawia ślad, pracuj wytrwale, a osiągniesz postępy..."
Koniec.
czwartek, 22 sierpnia 2013
"PAMIĘTNIK CIEMNOŚCI" cz.: 8
St. Joseph's Hospital. Phoenix, Arizona.
Alex po kolejnym miesiącu pobytu w szpitalu była gotowa do zabiegu. Jej brat i doktor Linden, postarali się o skierowanie do St. Joseph's Hospital. Pacjentka miała być przewieziona wieczorem.
-Boję się.-powiedziała McMillan.-A jeśli ta operacja nie odniesie skutku? Co wtedy? Teraz ciężko mi jest poruszać się z laską, tak wiele rzeczy mnie omija...
-Nie możesz się załamywać przed zabiegiem, musisz myśleć pozytywnie.-Agnes starała się dodać wdowie otuchy ale tamta wcale jej nie słuchała. Tak bardzo była pochłonięta swoim inwalidztwem, że zaczynała zachowywać się jak histeryczka.
-Agnes, zrozum, ilekroć pomyślę o tym co może się stać...ja...-zaniosła się szlochem.
-Właśnie to próbujemy ci z Conorem wytłumaczyć. Nie powinnaś tak postępować, bo to źle wpływa na twoje zdrowie.
-Co ty możesz o tym wiedzieć! Widzisz, ja nie! Dobrze jest wypowiadać się na temat czegoś, co nie dotyczy ciebie osobiście!-zdenerwowała się Alex.
Lekarka postanowiła interweniować inaczej. Poszła do dyżurki, z prośbą o podanie pani McMillan zastrzyku uspokajającego. Po dziesięciu minutach, chora uspokoiła się. Agnes usiadła obok niej.
-Lepiej?-zadała pytanie.
Alexandra skinęła głową. Czuła lek rozchodzący się po organizmie.
-Nie musiałaś...-szepnęła.
-Bez tego nie dałabyś rady. To słaby lek uspokajający. Za bardzo przejmujesz się całą sytuacją.-stwierdziła lekarka.
Złożyła rzeczy kobiety do niedużej walizki. Niedługo miał być samochód policyjny.
Wyszły przed budynek. Czekały kilka minut i gdy auto podjechało, wsiadły obie.
Na miejscu wszystko poszło dobrze, rejestracja i przyjęcie pacjentki na oddział. Doktor Linden została z McMillan do wieczornego obchodu. Musiała zadać kilka pytań lekarzowi, który miał przeprowadzić operację.
-Dobry wieczór. Nazywam się Agnes Linden, jestem lekarzem i przyjaciółką brata pani McMillan. Czy może pan powiedzieć mi coś o planowanym zabiegu?-zagadnęła mężczyznę.
Popatrzył na nią niepewnie.
-Nie powinienem udzielać takich informacji, sama pani doskonale rozumie, droga koleżanko...-odparł z całą szczerością.
-Tak, przepraszam.Co zatem mogę przekazać bratu, pańskiej pacjentki?-uśmiechnęła się.
-To znaczy...może pani powiedzieć panu McMillanowi, że planujemy zabieg za cztery dni, kiedy będziemy mięli wszystkie wyniki badań.
-Dziękuję.-pożegnała się i wyszła.
Pół roku później.
Conor razem ze swoją przyjaciółką siedzieli w sali gdzie przebywała McMillan. Te kilka miesięcy gojenia się oczu, były dla wszystkich czasem niepewności, a teraz Alex miała mieć zdjęte opatrunki. Czekali niecierpliwie na ten czas.
Po porannym obchodzie, lekarz z pielęgniarkami, wszedł do pokoju.
-Witam państwa. Pani Alexandro, dziś jest wielki dzień! Zobaczy pani swoich przyjaciół.-zbliżył się do kobiety i delikatnie zaczął zdejmować bandaże.
-Pani McMillan, na początku odczuje pani lekki ból. Źrenice odwykły od bodźców świetlnych, więc na nowo trzeba je powoli przyzwyczaić do światła dnia. Gotowa?-spytał.
-Tak.-zacisnęła z całej siły palce na kołdrze, nie wiedząc co za chwilę się stanie.
Delikatnie poruszyła powiekami. Otworzyła oczy, chwilę trwało, nim coś powiedziała. Conor zaniepokoił się.
-Poznajesz mnie?-zażartował machając ręką na powitanie. Brak reakcji siostry zdenerwował go. -Doktorze, czemu ona nic nie mówi?! Alex ty mnie widzisz, prawda? Żartujesz teraz z nas, co nie?-podszedł do niej, ujął za ramiona.-Powiedz prawdę, widzisz?
-Czy w tym pokoju jest ciemno?-odparła pytaniem pacjentka.
-Nie. Na miłość boską, jest dzień, okna są odsłonięte! Alex, co ty wygadujesz?!-młody mężczyzna był coraz bardziej przestraszony.
Doktor kazał wszystkim wyjść z sali. Zrobili to niechętnie.
-Pani McMillan, czy widzi pani cokolwiek?-zapytał rzeczowo.-Proszę mi opisać jak teraz pani odbiera obrazy?-zaproponował.
Alex starała się dostrzec chociaż kilka szczegółów w swoim otoczeniu.Zaczęła mówić:
-Kiedy zdjął mi pan opatrunek i otworzyłam oczy, było tak, jak pan powiedział, zabolało przez moment ale za chwilę światło zniknęło i pozostały tylko ciemne postaci poruszające się bez ładu. Ja widzę tylko cienie bez twarzy i zarysy przedmiotów...wszystko jest ciemne...-dotknęła czoła.-Boli...
-Moja droga, wszystko wskazuje na to, że zabieg wykonaliśmy za późno. Istnieje szansa...-chciał dodać coś jeszcze ale mu przerwała.
-Nie. Niech zostanie jak jest. Nie poddam się następnej operacji, która też okaże się daremna.-zaoponowała. Proszę zawołać mojego brata i przyjaciółkę.
Poprosił ich do środka. Wychodząc, zamknął za sobą drzwi.
-Braciszku?-wyciągnęła dłoń, natychmiast ją uchwycił.
-Jestem. Nie ma poprawy?-zapytał z troską.
-Nie, nie udało się...-oparła głowę na jego ramieniu. Sięgnęła do twarzy, poczuła wilgoć.
-Nie płacz, proszę! Czułam,że tak będzie. To nic...Muszę jakoś żyć.-pocieszyła go. -Teraz musimy skupić się na kolejnej rozprawie. A skoro mówicie, że powinniśmy wygrać dam z siebie wszystko. Powiem całą prawdę o moim mężu. Będę zadowolona nawet ze złagodzenia kary!-powiedziała stanowczo.
Alex po kolejnym miesiącu pobytu w szpitalu była gotowa do zabiegu. Jej brat i doktor Linden, postarali się o skierowanie do St. Joseph's Hospital. Pacjentka miała być przewieziona wieczorem.
-Boję się.-powiedziała McMillan.-A jeśli ta operacja nie odniesie skutku? Co wtedy? Teraz ciężko mi jest poruszać się z laską, tak wiele rzeczy mnie omija...
-Nie możesz się załamywać przed zabiegiem, musisz myśleć pozytywnie.-Agnes starała się dodać wdowie otuchy ale tamta wcale jej nie słuchała. Tak bardzo była pochłonięta swoim inwalidztwem, że zaczynała zachowywać się jak histeryczka.
-Agnes, zrozum, ilekroć pomyślę o tym co może się stać...ja...-zaniosła się szlochem.
-Właśnie to próbujemy ci z Conorem wytłumaczyć. Nie powinnaś tak postępować, bo to źle wpływa na twoje zdrowie.
-Co ty możesz o tym wiedzieć! Widzisz, ja nie! Dobrze jest wypowiadać się na temat czegoś, co nie dotyczy ciebie osobiście!-zdenerwowała się Alex.
Lekarka postanowiła interweniować inaczej. Poszła do dyżurki, z prośbą o podanie pani McMillan zastrzyku uspokajającego. Po dziesięciu minutach, chora uspokoiła się. Agnes usiadła obok niej.
-Lepiej?-zadała pytanie.
Alexandra skinęła głową. Czuła lek rozchodzący się po organizmie.
-Nie musiałaś...-szepnęła.
-Bez tego nie dałabyś rady. To słaby lek uspokajający. Za bardzo przejmujesz się całą sytuacją.-stwierdziła lekarka.
Złożyła rzeczy kobiety do niedużej walizki. Niedługo miał być samochód policyjny.
Wyszły przed budynek. Czekały kilka minut i gdy auto podjechało, wsiadły obie.
Na miejscu wszystko poszło dobrze, rejestracja i przyjęcie pacjentki na oddział. Doktor Linden została z McMillan do wieczornego obchodu. Musiała zadać kilka pytań lekarzowi, który miał przeprowadzić operację.
-Dobry wieczór. Nazywam się Agnes Linden, jestem lekarzem i przyjaciółką brata pani McMillan. Czy może pan powiedzieć mi coś o planowanym zabiegu?-zagadnęła mężczyznę.
Popatrzył na nią niepewnie.
-Nie powinienem udzielać takich informacji, sama pani doskonale rozumie, droga koleżanko...-odparł z całą szczerością.
-Tak, przepraszam.Co zatem mogę przekazać bratu, pańskiej pacjentki?-uśmiechnęła się.
-To znaczy...może pani powiedzieć panu McMillanowi, że planujemy zabieg za cztery dni, kiedy będziemy mięli wszystkie wyniki badań.
-Dziękuję.-pożegnała się i wyszła.
Pół roku później.
Conor razem ze swoją przyjaciółką siedzieli w sali gdzie przebywała McMillan. Te kilka miesięcy gojenia się oczu, były dla wszystkich czasem niepewności, a teraz Alex miała mieć zdjęte opatrunki. Czekali niecierpliwie na ten czas.
Po porannym obchodzie, lekarz z pielęgniarkami, wszedł do pokoju.
-Witam państwa. Pani Alexandro, dziś jest wielki dzień! Zobaczy pani swoich przyjaciół.-zbliżył się do kobiety i delikatnie zaczął zdejmować bandaże.
-Pani McMillan, na początku odczuje pani lekki ból. Źrenice odwykły od bodźców świetlnych, więc na nowo trzeba je powoli przyzwyczaić do światła dnia. Gotowa?-spytał.
-Tak.-zacisnęła z całej siły palce na kołdrze, nie wiedząc co za chwilę się stanie.
Delikatnie poruszyła powiekami. Otworzyła oczy, chwilę trwało, nim coś powiedziała. Conor zaniepokoił się.
-Poznajesz mnie?-zażartował machając ręką na powitanie. Brak reakcji siostry zdenerwował go. -Doktorze, czemu ona nic nie mówi?! Alex ty mnie widzisz, prawda? Żartujesz teraz z nas, co nie?-podszedł do niej, ujął za ramiona.-Powiedz prawdę, widzisz?
-Czy w tym pokoju jest ciemno?-odparła pytaniem pacjentka.
-Nie. Na miłość boską, jest dzień, okna są odsłonięte! Alex, co ty wygadujesz?!-młody mężczyzna był coraz bardziej przestraszony.
Doktor kazał wszystkim wyjść z sali. Zrobili to niechętnie.
-Pani McMillan, czy widzi pani cokolwiek?-zapytał rzeczowo.-Proszę mi opisać jak teraz pani odbiera obrazy?-zaproponował.
Alex starała się dostrzec chociaż kilka szczegółów w swoim otoczeniu.Zaczęła mówić:
-Kiedy zdjął mi pan opatrunek i otworzyłam oczy, było tak, jak pan powiedział, zabolało przez moment ale za chwilę światło zniknęło i pozostały tylko ciemne postaci poruszające się bez ładu. Ja widzę tylko cienie bez twarzy i zarysy przedmiotów...wszystko jest ciemne...-dotknęła czoła.-Boli...
-Moja droga, wszystko wskazuje na to, że zabieg wykonaliśmy za późno. Istnieje szansa...-chciał dodać coś jeszcze ale mu przerwała.
-Nie. Niech zostanie jak jest. Nie poddam się następnej operacji, która też okaże się daremna.-zaoponowała. Proszę zawołać mojego brata i przyjaciółkę.
Poprosił ich do środka. Wychodząc, zamknął za sobą drzwi.
-Braciszku?-wyciągnęła dłoń, natychmiast ją uchwycił.
-Jestem. Nie ma poprawy?-zapytał z troską.
-Nie, nie udało się...-oparła głowę na jego ramieniu. Sięgnęła do twarzy, poczuła wilgoć.
-Nie płacz, proszę! Czułam,że tak będzie. To nic...Muszę jakoś żyć.-pocieszyła go. -Teraz musimy skupić się na kolejnej rozprawie. A skoro mówicie, że powinniśmy wygrać dam z siebie wszystko. Powiem całą prawdę o moim mężu. Będę zadowolona nawet ze złagodzenia kary!-powiedziała stanowczo.
wtorek, 20 sierpnia 2013
"PAMIĘTNIK CIEMNOŚCI" cz.: 7
St. Joseph's Hospital. Phoenix, Arizona.
-Przypadek pana siostry nie jest odrębnym. To mogło się zdarzyć chociaż nie musiało. Sam pan przecież powiedział, ma ostrą postać jaskry.-doktor pospiesznie przemierzał długi korytarz. Starał się wytłumaczyć oburzonemu mężczyźnie, że niewidoma kobieta może zostać przyjęta dopiero za pół roku. Ten jednak nie bardzo chciał go wysłuchać.
-Proszę dać mi pańskie słowo,że jeżeli będzie miała skierowanie na zabieg, to będę mógł liczyć na to,iż wykonają go właśnie tutaj. Proszę!-nalegał.
Lekarz zatrzymał się pod drzwiami jednego z oddziałów. Westchnął głęboko i spojrzał na natręta.
-Najpierw skierowanie...wtedy będziemy mogli zajmować się pańską siostrą.-poklepał Conora po ramieniu i odszedł.
Wrócił do samochodu. Usiadł za kierownicą i zamyślił się. Dzwonek komórki zabrzmiał jak fanfary. Sięgnął po aparat.
-Słucham?
-Dzień dobry panie McMillan. Tu Acero, czy to prawda, co przydarzyło się pana siostrze?
Conor słysząc głos sędziego, uśmiechnął się.
-Dobrze, że pan do mnie zadzwonił. Musimy się spotkać.-rzucił do słuchawki.
-Kiedy będzie pan w Greenbelt?.-spytał prawnik.
-Będę w mieście jutro wieczorem, czy nazajutrz będzie pan miał czas, powiedzmy o piętnastej?-głos po drugiej stronie potwierdził.-W takim razie, do zobaczenia pojutrze.-wcisnął guzik i zakończył rozmowę.
Greenbelt, Maryland.
Agnes czekała na niego na lotnisku. Miała dobre wieści, rozprawa Alex odbędzie się, gdy pozwoli na to jej stan zdrowia. Lekarz prowadzący panią McMillan, opisał szczegółowo chorobę, przebieg leczenia i skutki uboczne jadu, które spowodowały kalectwo. Sędzia miał już kopię raportu ze szpitala, dlatego postanowił zaczekać ze wznowieniem rozprawy. Conor był wdzięczny lekarce za pomoc. Ich przyjaźń, zaczynała się rozwijać. Dwoje obcych sobie ludzi, łączyła teraz nie tylko wspólna walka o przywrócenie wolności jego siostrze, ale także coraz większa zażyłość. Umówili się na wspólną kolację.
Następnego dnia, podczas rozmowy z sędzim Acero, pan McMillan był zadowolony z obrotu sprawy. Wszystko było tak, jak przekazała mu doktor Linden.
Przyjechał do szpitala jak tylko mógł najszybciej. Alex leżała z opatrunkami na oczach. Poczuł dławienie w gardle, ale przymusił się do nie okazywania współczucia.
"-Nie tego teraz potrzebuje!"-upomniał siebie w myślach. Przywitał się, jak zwykle całusem w policzek. Wiedział,że lubiła kiedy tak robił. Kobieta uśmiechnęła się.
-Cześć braciszku! Wiedziałam,że to ty.-powiedziała.-Jak tylko stanąłeś w progu, poczułam twoją wodę po goleniu, więc widzisz,że jakoś daję sobie radę.
-Jesteś silna, jak zawsze siostrzyczko.-ujął jej dłonie w swoje, przysiadł na łóżku.-Mam dobre nowiny...-zaczął.-Twoja kara może ulec złagodzeniu, albo nawet wyjdziesz na wolność!-oznajmił siostrze.-All, słyszysz? Nie cieszysz się?-był zdziwiony jej reakcją.
-Cieszę...-szepnęła. Kujące kropelki pod bandażami wyrwały się na wolność.Patrzył na łzy kobiety, nie powstrzymując swoich.
-To łzy szczęścia kochana...-przytulił chorą do siebie.
Kobieta, objęła brata za szyję. Czuła się przy nim bezpiecznie. Dał jej gwarancję, że po latach poniżania i maltretowania, będzie mogła zacząć wszystko od początku. Nie wiedziała, jak da sobie radę bez wzroku, ale przecież Conor jej pomoże. Nareszcie nie będzie sama!
-Przypadek pana siostry nie jest odrębnym. To mogło się zdarzyć chociaż nie musiało. Sam pan przecież powiedział, ma ostrą postać jaskry.-doktor pospiesznie przemierzał długi korytarz. Starał się wytłumaczyć oburzonemu mężczyźnie, że niewidoma kobieta może zostać przyjęta dopiero za pół roku. Ten jednak nie bardzo chciał go wysłuchać.
-Proszę dać mi pańskie słowo,że jeżeli będzie miała skierowanie na zabieg, to będę mógł liczyć na to,iż wykonają go właśnie tutaj. Proszę!-nalegał.
Lekarz zatrzymał się pod drzwiami jednego z oddziałów. Westchnął głęboko i spojrzał na natręta.
-Najpierw skierowanie...wtedy będziemy mogli zajmować się pańską siostrą.-poklepał Conora po ramieniu i odszedł.
Wrócił do samochodu. Usiadł za kierownicą i zamyślił się. Dzwonek komórki zabrzmiał jak fanfary. Sięgnął po aparat.
-Słucham?
-Dzień dobry panie McMillan. Tu Acero, czy to prawda, co przydarzyło się pana siostrze?
Conor słysząc głos sędziego, uśmiechnął się.
-Dobrze, że pan do mnie zadzwonił. Musimy się spotkać.-rzucił do słuchawki.
-Kiedy będzie pan w Greenbelt?.-spytał prawnik.
-Będę w mieście jutro wieczorem, czy nazajutrz będzie pan miał czas, powiedzmy o piętnastej?-głos po drugiej stronie potwierdził.-W takim razie, do zobaczenia pojutrze.-wcisnął guzik i zakończył rozmowę.
Greenbelt, Maryland.
Agnes czekała na niego na lotnisku. Miała dobre wieści, rozprawa Alex odbędzie się, gdy pozwoli na to jej stan zdrowia. Lekarz prowadzący panią McMillan, opisał szczegółowo chorobę, przebieg leczenia i skutki uboczne jadu, które spowodowały kalectwo. Sędzia miał już kopię raportu ze szpitala, dlatego postanowił zaczekać ze wznowieniem rozprawy. Conor był wdzięczny lekarce za pomoc. Ich przyjaźń, zaczynała się rozwijać. Dwoje obcych sobie ludzi, łączyła teraz nie tylko wspólna walka o przywrócenie wolności jego siostrze, ale także coraz większa zażyłość. Umówili się na wspólną kolację.
Następnego dnia, podczas rozmowy z sędzim Acero, pan McMillan był zadowolony z obrotu sprawy. Wszystko było tak, jak przekazała mu doktor Linden.
Przyjechał do szpitala jak tylko mógł najszybciej. Alex leżała z opatrunkami na oczach. Poczuł dławienie w gardle, ale przymusił się do nie okazywania współczucia.
"-Nie tego teraz potrzebuje!"-upomniał siebie w myślach. Przywitał się, jak zwykle całusem w policzek. Wiedział,że lubiła kiedy tak robił. Kobieta uśmiechnęła się.
-Cześć braciszku! Wiedziałam,że to ty.-powiedziała.-Jak tylko stanąłeś w progu, poczułam twoją wodę po goleniu, więc widzisz,że jakoś daję sobie radę.
-Jesteś silna, jak zawsze siostrzyczko.-ujął jej dłonie w swoje, przysiadł na łóżku.-Mam dobre nowiny...-zaczął.-Twoja kara może ulec złagodzeniu, albo nawet wyjdziesz na wolność!-oznajmił siostrze.-All, słyszysz? Nie cieszysz się?-był zdziwiony jej reakcją.
-Cieszę...-szepnęła. Kujące kropelki pod bandażami wyrwały się na wolność.Patrzył na łzy kobiety, nie powstrzymując swoich.
-To łzy szczęścia kochana...-przytulił chorą do siebie.
Kobieta, objęła brata za szyję. Czuła się przy nim bezpiecznie. Dał jej gwarancję, że po latach poniżania i maltretowania, będzie mogła zacząć wszystko od początku. Nie wiedziała, jak da sobie radę bez wzroku, ale przecież Conor jej pomoże. Nareszcie nie będzie sama!
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
"PAMIĘTNIK CIEMNOŚCI" cz.: 6
Więzienie Estrella. Phoenix, Arizona.
Autobus zatrzymał się u celu podróży. Kobiety wysiadły i ruszyły do pracy. Miały przed sobą pobocza drogi, które trzeba było oczyścić z wszelkich zanieczyszczeń. Przechodziły w milczeniu, każda skupiona na własnych myślach.
Strażniczki czujne, choć widać było gołym okiem znudzenie na twarzy każdej z nich, przypatrywały się dziewczynom w pasiakach. Monotonia obowiązku dawała się solidnie we znaki, upał, uzbrojenie po zęby i brak odpoczynku powodowały, że do tej roboty powoływano tylko te kobiety, które były zdrowe, przeszły odpowiednie szkolenie i miały silną osobowość i psychikę. Czyli, jak powiedziałyby osadzone: "Cyborgi".
Po krótkim śniadaniu, pozostało im jeszcze około trzech godzin w pełnym słońcu. Czas na toaletę i ewentualnie, napicie się, to rzadkie, kilkusekundowe "zrelaksowanie".
Alex ledwo patrzyła na oczy. Bolały ją ale nie mogła pozwolić sobie na skargę. Ostatnio, gdy powiedziała o silnym bólu, jedna z więźniarek próbowała ją skopać w kiblu. Teraz wolała uważać na to co i kiedy mówi. Zbierała śmieci,wyrywała co większe rośliny, wrzucając do dużego worka. Zapełniła ich chyba ze trzy, najgorsze były martwe zwierzęta. Lubiła stworzenia, te, które znajdowała sprawiały, że nie raz miała mdłości. Dostrzegła kolejną ofiarę jakiegoś pojazdu. Pochyliła się i wzięła w rękę nieżyjącego gada. Pakując truchło do celofanu, poczuła dotkliwszy ból, niż kiedykolwiek. Zajrzała do worka, chcąc sprawdzić o co się skaleczyła i nagle zaczęła krzyczeć.
Wszystkie spojrzały w jej stronę, najbliżej znajdująca się ze strażniczek, podbiegła z wyciągniętą bronią.
-McMillan, co znowu, do cholery?!-wrzasnęła,próbując przekrzyczeć przerażoną kobietę.
W pakunku, coś się poruszyło. Ciche grzechotanie i szelest folii wystarczyły by domyślić się, co się właśnie stało. Strzeliła dwa razy w poruszający się worek. Przykucnęła przy Alex i połączyła się przez krótkofalówkę z szeryfem. Wdowa leżała przed nią, miała dreszcze i leciała jej krew z nosa. Po chwili strażniczka wezwała śmigłowiec sanitarny.
Zabrano ukąszoną do szpitala w asyście dwóch strażniczek.
-Zaczyna się dusić!-zaalarmował młody pielęgniarz. Lekarz natychmiast wydał odpowiednie polecenia. Wokół noszy zrobił się ruch. Ciągły sygnał respiratora, nie wróżył nic dobrego...
" Była w domu. Richie leżał na kanapie i oglądał telewizję. Leciał jego ulubiony program, więc nie wolno było mu przeszkadzać. Zresztą nie chciała kolejnej awantury. Wyszła z wanny i osuszyła się ręcznikiem,narzuciła szlafrok. Przeszła do swojego pokoju.
To, żeby miała "własny" pokój, wymyślił Richard. Miał inny obraz małżeństwa, niż mężczyźni, których znała. Związek dwojga ludzi, według jej męża, polegał głównie na byciu ze sobą, bez jakiejkolwiek troski o drugą osobę.
Powoli wdrażał swoje dziwactwa w rzeczywistość. Pojawił się osobny samochód, pokój, życie intymne było koniecznością... Oto nędza i rozpacz ogniska domowego. Zaczęły się też groźby. "-Nie rób tego bo..." i wiele różnych tego typu tekstów o dziwnym, złowieszczym brzmieniu. Po roku takiego pseudo małżeńskiego pożycia, miała dosyć. Kiedy po raz pierwszy ją uderzył, zreflektował się i przepraszał, obiecując poprawę. Poprawił się na gorsze.
Zajrzała do kuchni, nikogo. Zrobiła sobie kanapkę, jadła przy stole, gdy przyszedł Richie. Wystarczyło spojrzeć mu w oczy. Wiedziała, że musi uważać teraz na każde słowo.
-Dla mnie zabrakło?-zapytał.
-Jest chleb i...-zakrztusiła się. Chwyt za gardło zdławił kobietę.
-Nie obchodzi mnie to! Słyszysz?! Gówno mnie obchodzisz!- darł się.
Umilkła. Richard puścił żonę. Usiadł na krześle i nic nie mówił. Chciała wyjść z kuchni,zostawić go samego z jego problemami, o których nigdy jej nie opowiadał, twierdząc, że i tak by go nie zrozumiała.
-Ty zawsze musisz to robić...!-twardy ton zadźwięczał jej w uszach. Stanęła w progu.
Mężczyzna przyskoczył do Alex i zadał jej kilka ciosów nożem w klatkę piersiową. Chciała krzyknąć ale tylko zacharczała...Wydawało jej się, że zapada się w białe światło."
-Mamy ją!-dotarły do Alexandry obce głosy. Szarpnęła się, przynajmniej tak jej się zdawało. Nie odróżniała snu od rzeczywistości. Jad grzechotnika, wciąż dokonywał zniszczeń w jej ciele.
Po dotarciu do szpitala, McMillan trafiła na intensywną terapię, gdzie podjęto dalsza walkę o jej życie.
Stan kobiety był bardzo poważny. Traciła i odzyskiwała przytomność. Lekarze robili co mogli aby ustabilizować funkcje organizmu.
Brat dziewczyny, postarał się o zgodę sędziego na to, by mógł być przy niej na oddziale.
Po tygodniu dostrzeżono postęp w leczeniu. Alex powoli zaczęła wracać do zdrowia. Miesięczna rehabilitacja odniosła sukces, kobieta w pełni odzyskała władzę w członkach. Wszyscy byli przekonani, że powrót wdowy po bogatym Mackenziem, do Estrella, to tylko kwestia czasu.
Szła korytarzem do swojej sali, była w sklepie szpitalnym po zimny napój. Pociemniało jej przed oczami. Myślała, że to przejściowe, odszukała krzesło i usiadła. Oddychała głęboko, chcąc zapanować nad ogarniającym przerażeniem.
-Pani McMillan?Proszę wrócić już do siebie, strażniczka się denerwuje.-pielęgniarka podeszła do Alexandry. -Wszystko w porządku?-dotknęła kobiety.
-Nie...nie jest w porządku.-odezwała się więźniarka. -Ja...oślepłam.-dodała.
Autobus zatrzymał się u celu podróży. Kobiety wysiadły i ruszyły do pracy. Miały przed sobą pobocza drogi, które trzeba było oczyścić z wszelkich zanieczyszczeń. Przechodziły w milczeniu, każda skupiona na własnych myślach.
Strażniczki czujne, choć widać było gołym okiem znudzenie na twarzy każdej z nich, przypatrywały się dziewczynom w pasiakach. Monotonia obowiązku dawała się solidnie we znaki, upał, uzbrojenie po zęby i brak odpoczynku powodowały, że do tej roboty powoływano tylko te kobiety, które były zdrowe, przeszły odpowiednie szkolenie i miały silną osobowość i psychikę. Czyli, jak powiedziałyby osadzone: "Cyborgi".
Po krótkim śniadaniu, pozostało im jeszcze około trzech godzin w pełnym słońcu. Czas na toaletę i ewentualnie, napicie się, to rzadkie, kilkusekundowe "zrelaksowanie".
Alex ledwo patrzyła na oczy. Bolały ją ale nie mogła pozwolić sobie na skargę. Ostatnio, gdy powiedziała o silnym bólu, jedna z więźniarek próbowała ją skopać w kiblu. Teraz wolała uważać na to co i kiedy mówi. Zbierała śmieci,wyrywała co większe rośliny, wrzucając do dużego worka. Zapełniła ich chyba ze trzy, najgorsze były martwe zwierzęta. Lubiła stworzenia, te, które znajdowała sprawiały, że nie raz miała mdłości. Dostrzegła kolejną ofiarę jakiegoś pojazdu. Pochyliła się i wzięła w rękę nieżyjącego gada. Pakując truchło do celofanu, poczuła dotkliwszy ból, niż kiedykolwiek. Zajrzała do worka, chcąc sprawdzić o co się skaleczyła i nagle zaczęła krzyczeć.
Wszystkie spojrzały w jej stronę, najbliżej znajdująca się ze strażniczek, podbiegła z wyciągniętą bronią.
-McMillan, co znowu, do cholery?!-wrzasnęła,próbując przekrzyczeć przerażoną kobietę.
W pakunku, coś się poruszyło. Ciche grzechotanie i szelest folii wystarczyły by domyślić się, co się właśnie stało. Strzeliła dwa razy w poruszający się worek. Przykucnęła przy Alex i połączyła się przez krótkofalówkę z szeryfem. Wdowa leżała przed nią, miała dreszcze i leciała jej krew z nosa. Po chwili strażniczka wezwała śmigłowiec sanitarny.
Zabrano ukąszoną do szpitala w asyście dwóch strażniczek.
-Zaczyna się dusić!-zaalarmował młody pielęgniarz. Lekarz natychmiast wydał odpowiednie polecenia. Wokół noszy zrobił się ruch. Ciągły sygnał respiratora, nie wróżył nic dobrego...
" Była w domu. Richie leżał na kanapie i oglądał telewizję. Leciał jego ulubiony program, więc nie wolno było mu przeszkadzać. Zresztą nie chciała kolejnej awantury. Wyszła z wanny i osuszyła się ręcznikiem,narzuciła szlafrok. Przeszła do swojego pokoju.
To, żeby miała "własny" pokój, wymyślił Richard. Miał inny obraz małżeństwa, niż mężczyźni, których znała. Związek dwojga ludzi, według jej męża, polegał głównie na byciu ze sobą, bez jakiejkolwiek troski o drugą osobę.
Powoli wdrażał swoje dziwactwa w rzeczywistość. Pojawił się osobny samochód, pokój, życie intymne było koniecznością... Oto nędza i rozpacz ogniska domowego. Zaczęły się też groźby. "-Nie rób tego bo..." i wiele różnych tego typu tekstów o dziwnym, złowieszczym brzmieniu. Po roku takiego pseudo małżeńskiego pożycia, miała dosyć. Kiedy po raz pierwszy ją uderzył, zreflektował się i przepraszał, obiecując poprawę. Poprawił się na gorsze.
Zajrzała do kuchni, nikogo. Zrobiła sobie kanapkę, jadła przy stole, gdy przyszedł Richie. Wystarczyło spojrzeć mu w oczy. Wiedziała, że musi uważać teraz na każde słowo.
-Dla mnie zabrakło?-zapytał.
-Jest chleb i...-zakrztusiła się. Chwyt za gardło zdławił kobietę.
-Nie obchodzi mnie to! Słyszysz?! Gówno mnie obchodzisz!- darł się.
Umilkła. Richard puścił żonę. Usiadł na krześle i nic nie mówił. Chciała wyjść z kuchni,zostawić go samego z jego problemami, o których nigdy jej nie opowiadał, twierdząc, że i tak by go nie zrozumiała.
-Ty zawsze musisz to robić...!-twardy ton zadźwięczał jej w uszach. Stanęła w progu.
Mężczyzna przyskoczył do Alex i zadał jej kilka ciosów nożem w klatkę piersiową. Chciała krzyknąć ale tylko zacharczała...Wydawało jej się, że zapada się w białe światło."
-Mamy ją!-dotarły do Alexandry obce głosy. Szarpnęła się, przynajmniej tak jej się zdawało. Nie odróżniała snu od rzeczywistości. Jad grzechotnika, wciąż dokonywał zniszczeń w jej ciele.
Po dotarciu do szpitala, McMillan trafiła na intensywną terapię, gdzie podjęto dalsza walkę o jej życie.
Stan kobiety był bardzo poważny. Traciła i odzyskiwała przytomność. Lekarze robili co mogli aby ustabilizować funkcje organizmu.
Brat dziewczyny, postarał się o zgodę sędziego na to, by mógł być przy niej na oddziale.
Po tygodniu dostrzeżono postęp w leczeniu. Alex powoli zaczęła wracać do zdrowia. Miesięczna rehabilitacja odniosła sukces, kobieta w pełni odzyskała władzę w członkach. Wszyscy byli przekonani, że powrót wdowy po bogatym Mackenziem, do Estrella, to tylko kwestia czasu.
Szła korytarzem do swojej sali, była w sklepie szpitalnym po zimny napój. Pociemniało jej przed oczami. Myślała, że to przejściowe, odszukała krzesło i usiadła. Oddychała głęboko, chcąc zapanować nad ogarniającym przerażeniem.
-Pani McMillan?Proszę wrócić już do siebie, strażniczka się denerwuje.-pielęgniarka podeszła do Alexandry. -Wszystko w porządku?-dotknęła kobiety.
-Nie...nie jest w porządku.-odezwała się więźniarka. -Ja...oślepłam.-dodała.
niedziela, 18 sierpnia 2013
"PAMIĘTNIK CIEMNOŚCI" cz.: 5
Greenbelt Maryland.
Jechał do sędziego,aby przedstawić mu swoją sprawę. Rozmyślał o dzieciństwie, o tym jak byli mali, bawili się w różne gry. Najlepszą była "w chowanego". Zawsze umieli znaleźć sobie kryjówki nie do odszukania a w takich "trudnych" sytuacjach wołali na pomoc mamę. Lubiła brać udział w ich zabawach.
Przed gmachem sądu nie było miejsca na zaparkowanie.Odjechał spory kawałek, zatrzymał się na sklepowym parkingu. Zebrał z siedzenia rozłożone dokumenty, zamknął samochód i zawrócił w kierunku budynku.
-Przepraszam, szukam sędziego Terence Acero.-zaczepił jakiegoś mężczyznę.Tamten,pomyślał chwilę i wskazał na hall:
-Proszę udać się korytarzem prosto do końca i skręcić w lewo. Tam będzie sala numer 40, pan Acero powinien być w środku.
-Dziękuję.
Pod drzwiami było kilka osób. Zapytał kobietę, czy tu ma sprawę sędzia, którego pomocy potrzebuje.Nieznajoma potwierdziła, więc usiadł przy oknie i czekał.
Dopiero po godzinie, mógł zobaczyć się z prawnikiem.
-Dzień dobry. Nazywam się Conor McMillan, jestem bratem Alexandry McMillan.Proszę poświecić mi parę minut.-powiedział.
Starszy mężczyzna,poprawił okulary i przyjrzał się podawanemu mu plikowi różnych druków.
-Co to jest?-spytał, za nim wziął je do rąk.
-Ksero ważnych informacji,które mogą być potrzebne przy wznowieniu śledztwa w sprawie Alexandry.
Terence Acero, pobieżnie przeczytał niektóre dane,zawarte w aktach.
-Wie pan co? Wezmę to i najdalej za trzy dni,odezwę się do pana.Zgadza się pan?
McMillan nie był zadowolony z tej zwłoki, ale Agnes i Luis uprzedzali o takiej możliwości. Musiał pozwolić sędziemu na zapoznanie się ze szczegółami.
-Dobrze. Adwokat Tern polecił mi pana, zapewniając o pańskim obiektywnym podejściu do każdej sprawy. Dziękuję.-zauważył,zaskoczenie na twarzy Acero,kiedy ten usłyszał nazwisko młodego adwokata.
-Tern...ach tak!-uśmiechnął się do siebie prawnik.-Do widzenia panie McMillan.Za trzy dni dam panu znać, co postanowiłem.
Więzienie Estrella. Phoenix, Arizona.
Obie były obolałe po pracy. Te pięć godzin w upale spędziły na odludziu, sadząc młode drzewa w miejscu gdzie pożar strawił niemal doszczętnie hektar lasu. W najbliższych dniach, miały pomagać jakiemuś farmerowi przy sadzonkach pod nowy sad.
-All, co byś zrobiła, jakbyś mogła stąd wyjść za tydzień?-pytanie Deedy rozbawiło wdowę.
-Przestań zadawać głupie pytania Deed! Nie jesteśmy nastolatkami,marzącymi o pięknej przyszłości!-odrzekła przyjaciółce.
-Tak mnie naszło...pomyślałam o mojej rodzinie. Teraz na pewno jadłybyśmy podwieczorek z moją małą Melanie.-rozmarzyła się na dobre dziewczyna.
Alex przekręciła się na brzuch, wychyliła się z górnego łóżka,które dzieliły.
-Twoja córka ma na imię Melanie?-spytała.
Matka,oparła się plecami o metalową ramę ich pryczy.Jej twarz znów przybrała smutny wyraz. Przełknęła szybko, napływające łzy i pokiwała głową.
-Jeśli chcesz,to opowiedz mi jak to się stało, że padła ofiarą zwyrodnialca...-McMillan nie miała dzieci, ale tragedia jej koleżanki, kiedy ją usłyszała,zbliżyła obie więźniarki do siebie.
Susan, przymknęła oczy. Wyglądała,jak gdyby chciała opisać sen a nie prawdziwe wydarzenie. Alex czekała w milczeniu.
-To był zwykły dzień. Wstaliśmy dość późno, jak to w weekend. Mel bardzo nalegała abyśmy pojechali na zakupy. Bob miał inne plany i zostałyśmy w domu same. Pozwoliłam jej bawić się lalkami w ogrodzie, sama zajęłam się pieczeniem ciasteczek i szykowaniem obiadu. Co jakiś czas córka przybiegała do mnie i pytała o ciastka albo żeby się napić. Miałam wszystko gotowe, Bob wrócił od znajomego i spytał o Melanie...-nie udało się kobiecie powstrzymać głośnego szlochu. McMillan podała przyjaciółce serwetkę.
Uspokoiła się na tyle, że mówiła dalej:
-Nie mogliśmy jej odnaleźć przez tydzień! Policja była u tego zboczeńca wiele razy, ale nic nie podejrzewali. Brał udział w poszukiwaniach naszego dziecka. I wiesz co tego skurwiela zdradziło?!-krzyknęła nagle Deedy. Alex zaprzeczyła.
-Mojej koleżanki synek zauważył Melanie w oknie u tego pedofila i pokazał matce."-Mama, dlaczego Melanie mieszka teraz u tego pana?"Tak nam powiedziała moja znajoma...Policja aresztowała go,ale nie mając dowodów zwolnili go warunkowo. Pojechaliśmy natychmiast z córką do szpitala.Tam zrobiono badania i okazało się,że była wiele razy gwałcona... nie czekałam na wyniki DNA nasienia, po prostu, wróciłam do domu i zaczekałam na niego...resztę już znasz...
-Gdyby mi się coś takiego przytrafiło, pewnie tak samo bym postąpiła.-odezwała się All.
-Mel ma teraz 12 lat...to co przeszła przez tego bandytę będzie ją prześladowało do końca życia! Jak można było pozbawić pięknego dzieciństwa dziesięciolatkę?! Wiesz... na koniec rozprawy powiedziałam sędziemu,że nie żałuję tego co zrobiłam i jestem pewna, iż moja córka będzie mi za wdzięczna!-dodała więźniarka.
Dzwonek obwieszczający kolację, przerwał rozmowę kobiet. ustawione w szereg poszły na stołówkę.Miały za sobą kolejny dzień spędzony w Estrella...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Ten ktoś obok.
«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...
-
«PROLOG» - I, mamy go!!! - okrzyk triumfu ratownika medycznego oznajmił sukces reanimacji. Ostrożnie położono go na noszach i natychmiast ...
-
"Chwila, w której serce ustaje, życiu nowy smak nadaje..." Echo końskich kopyt dudniło po cichych uliczkach. Czarny karawan ciąg...
-
Jakby tu zacząć? Otóż...Witam na moim blogu :-) Spróbuję zmierzyć się na nim z sobą samą. Może Ktoś z was lubi czytać opowiadania różne, n...