sobota, 30 listopada 2013

Przyjaciel... cz.8


Nawet obecność Bożego posłańca nie ukoiła rozdzierającego bólu, jaki przeżywał Jezus... Bladą twarz pokrywały strugi krwi, ciało drżało w przeczuciu niebezpieczeństwa. Apostołowie spali, choć ich zapewnienia, że wytrwają z Nim do końca, były bardzo żarliwe i wypowiedziane od serca.

Joshua i jego syn poszli szukać Judasza. Rozglądali się czy nie napotkają go przypadkiem na drodze do Jerozolimy, ale nikogo nie było widać. Już w mieście, ośmielili się zapytać dwóch rabbich, stojących na ulicy, czy nie widzieli samotnego mężczyzny. Jeden z nich odparł, iż mijał go ktoś, podobny do opisywanego, wskazał kierunek w którym poszukiwany się udał. Jonatan i jego ojciec podziękowali i udali się za Apostołem.
- Ojcze, co Judasz chce zrobić? Jest noc, nigdy nie mięliśmy aż tak pilnych spraw, by załatwiać je późną porą...
- Jonatanie, któregoś razu, byłem na rynku z Judaszem. Podszedł do mnie i powiedział, że ma sprawę do arcykapłanów, którzy byli obecni przy przepędzaniu handlarzy ze świątyni. Wspominał coś, że chce im wszystko wyjaśnić, czy jakoś tak... Wtedy, prawdę mówiąc, nie miałem pojęcia, iż te spotkania mogą mieć inne przyczyny. Gdy jednak nasz ukochany Rabbuni, powiedział, że ktoś z nas Go zdradzi, przyszedł mi do głowy właśnie on... Chodźmy, może nie jest za późno!- Joshua przyspieszył kroku.
Uczniowie weszli do przedsionka pałacu arcykapłana Kajfasza. Dobiegły ich strzępy głośnej rozmowy.
- To on!!! - zbyt głośno powiedział chłopak.
Straszy mężczyzna położył palec na ustach. Przemknęli za gruby filar, potem za następny. Strażnicy pałacowi byli rozstawieni w dość dużej odległości od siebie. Niezauważenie przedostali się do sali głównej. Usłyszeli dialog:
- ...szedł do Ogrodu Getsemani, są tam trzej moi bracia.
- Jesteś pewien, że tylko trzej? - upewnił się dowódca.
- Eee... - zająknął się zdrajca. - Chyba, chyba poszedł tam też taki starzec... - dodał niepewnie.
Joshua nie wytrzymał. Wyszedł z ukrycia i podszedł do Judasza.
- Mylisz się Judaszu! Jestem tu!
Apostoł wystraszył się. Tuż za nim stał Jonatan. Iskariota obejrzał się i zasłonił przedramieniem przed nagłym ciosem młodzieńca. Kajfasz z wojskowym chwycili chłopaka za ręce i boleśnie wykręcili do tyłu.
- Straż! Zabrać obydwu do lochów! - krzyknął szanowny gospodarz.
- Nie! Zostawcie mojego ojca, nic złego nie zrobił! - na próżno usiłował oswobodzić się z silnego uchwytu. - Tato, obiecaj, że nie powiesz co tu widziałeś i słyszałeś, muszą cię wypuścić!
- Milcz! Po czyjej stronie jesteś?! - zganił syna Joshua. Jego też pochwycono. Słudzy zabrali obu do ciemnych lochów pod pałacem.
W sali kontynuowano spisek...

czwartek, 28 listopada 2013

Przyjaciel... cz.7

Po spożyciu Paschy, spotkali się wszyscy pod Górą Oliwną. Nie mięli pochodni, znali drogę, ponieważ Jezus, po nauczaniu w świątyni, dużo czasu spędzał na wieczornej modlitwie w ogrodzie na szczycie Góry. To było wyjątkowe miejsce.
Teraz polecił im zaczekać u stóp góry, tylko Piotr, Jan i Jakub poszli z Yeshua. Nikt nie przeczuwał niebezpieczeństwa.

Pan z Apostołami wszedł do Getsemani i powiedział:
- Proszę, usiądźcie tu i starajcie się czuwać... Módlcie się byście nie ulegli senności... Gdyby coś się miało wydarzyć, zawołajcie mnie...
Dały się słyszeć szybkie kroki na ścieżce. Odwrócili się zaciekawieni. To stary Joshua przyszedł do Mistrza. Teraz niepewny, czy dobrze zrobił, stał za trójką Apostołów, lekko zmieszany.
Piotr odezwał się:
- Miałeś być na dole... proszono cię o to.
Jan wziął mężczyznę w obronę:
- Przestań... Joshua jest też uczniem Pana, niech zostanie.
Yeshua milczał. Jan dostrzegł, że jest przygnębiony i bardzo blady.
- Nauczycielu, czy coś się stało?
Ciche westchnienie, jakby szloch wydobyło się z ust Pana.
- Smutna jest moja dusza aż do śmierci... Czuwajcie tu i módlcie się, ja pójdę tam, do ogrodu i pomodlę się na osobności...
Joshua usiadł w połowie ścieżki wiodącej do centralnej części oliwnego gaju.Czuwał.
Jezus czuł wewnętrzny ból, tak silny, że na twarz wystąpiła krew nie pot. Jako Syn Jedynego Boga, wiedział co szykują ludzie za jego dobroć i czyny pełne miłości. Wiedział i... bał się...
Próbował ubrać w słowa modlitwy, to co odczuwał całym sobą, ale te wszystkie emocje zmuszały Go niejako do milczenia... Udręka stawała się ponad Jego człowiecze siły. Podniósł się i omal nie przewrócił na ziemię, był słaby.
Przyszedł do Apostołów. Ich widok, rozciągniętych na trawie, śpiących spotęgował strach. Nie mógł liczyć nawet na najbliższych Mu towarzyszy. Mijany starzec, spał także. Nie budząc nikogo, odszedł w to samo miejsce. Pokornie pochylił się do ziemi.
- Abba... Jeśli chcesz, oddal ode mnie ten kielich... Nie moja wola, ale Twoja niech się stanie...
Ojciec nie pozostał głuchy na modlitwę ukochanego Syna. W Getsemani, w miejscu, gdzie klęczał Yeshua błyszczał blask Anioła, który przyszedł pocieszyć Mistrza. Trwali tak dłuższy czas.

Tymczasem Jonatan obudził swego ojca.
- Ojcze nie ma Judasza! Ojcze obudź się!
- Jako to?! Co?! - przeraził się krzyku strzec.
- Judasz zniknął! - Jonatan był pełen obaw. - Jakub, Piotr i Jan zignorowali mnie, i zasnęli ale my musimy działać!!!
Natychmiast poderwał się z ziemi. Wyszli zostawiając śpiących Apostołów.

środa, 27 listopada 2013

Przyjaciel... cz.6

Zaraz też, gdy przekroczyli wejście do miasta, nadbiegło jeszcze więcej ludzi, wychwalających i radujących się z przyjazdu Jezusa. Wszyscy rozpowiadali, że oto wielki Prorok przybył do Jerozolimy.
On zsiadł z osiołka i polecił Joshua i Jonatanowi,odprowadzić zwierzę jego gospodarzom. Zabrali więc oślę i poszli.

Nauczyciel skierował się do świątyni. Wszedł tam a widząc kupców i bankierów, wpadł w gniew. Z postronka, którym przywiązano wołu ofiarnego zrobił solidny bat. Zwolnił z uwięzi inne woły, wypuścił gołębie i owce. Wygonił handlarzy i kupujących a stoły i ławki przewrócił na ziemię, rozrzucone monety toczyły się we wszystkich kierunkach.
- Zabierajcie się z tym! Świątynia jest domem Boga i miejscem modlitwy, a wy czynicie z niej jaskinię zbójców!
 Cały zgiełk sprowadził podenerwowanych arcykapłanów. Wielce oburzeni tak niestosownym zachowaniem, zaoponowali głośno. Również uczeni w piśmie, zainteresowali się haniebnym w ich oczach, czynem Yeshuy.
- Jakże to tak?! Dlaczego i jakim prawem, zabraniasz tym oto, uczciwie zarabiać na życie?
- Czyż nie jest napisane: "Mówi Pan: Mój dom, ma być domem modlitwy."? A wy pozwalacie im czynić to, czego nie wolno!
Odeszli, rozważając, jak pojmać i uwięzić Jezusa, za nonszalanckie postępowanie. Yeshua nauczał w świątyni do wieczora.
Kiedy przyszli jego Apostołowie, poszli do przyjaciół do Betanii aby tam nocować.

wtorek, 26 listopada 2013

Przyjaciel... cz.5

W Jerycho.

Zacheusz był bardzo hojny, oddał majątek biednym i tak jak stał poszedł z Jezusem. Jego przyjaciele byli wielce zbulwersowani i nie omieszkali rozpowiedzieć rodakom, co takiego zrobił. Całe Jerycho trzęsło się od plotek. On nie przejmował się wcale, całkowicie zaufał Nauczycielowi. Joshua był pod wielkim wrażeniem tak śmiałego postępowania. Polubił nowego ucznia.
Nim doszli do Jeruzalem, Pan zatrzymał się by nauczać. Tłum był dokoła nich, a wszyscy cisnęli się aby dotknąć szat, a nawet znaleźć się w cieniu Yeshuy, wierząc w Jego moc uzdrawiania.
Mistrz zapytał otaczający ich lud:
- Jak myślicie, Królestwo Boże nastanie wraz z godnością królewską, którą tak bardzo chcecie mi nadać? Otóż przyjaciele, posłuchajcie tej przypowieści... Był pewien szlachcic, wielce zamożny. Któregoś dnia przywołał swoje sługi i rzekł im: "- Daję wam dziesięć min, niech każdy z was pomnoży je według swego uznania. Zwrócicie mi je kiedy wrócę jako wasz król." Lecz pomimo tak wielkiego zaufania do swoich podwładnych, jego słudzy a nawet współobywatele, nienawidzili swego zwierzchnika. Gdy wyjechał, posłano za szlachcicem człowieka z oświadczeniem: " Nie chcemy, aby ten panował nad nami." Szlachcic otrzymał godność królewską i powrócił do swego miasta. Sprawiedliwie rozsądził swoich służących. A ludzi, którzy byli przeciw temu, by został władcą, rozkazał ściąć...
Tłum słysząc zakończenie nauki, począł szeptać... Nie słyszano bowiem, tak mocnych słów z ust Pana. A Jezus przeszedł pośpiesznie między ludźmi i sam szedł w kierunku Jerozolimy. Zdziwienie ogarnęło Apostołów i uczniów, pobiegli za Nim, dorównując Mu kroku.

W Jeruzalem.
Przed miastem, Yeshua poprosił Jonatana i Joshuę o przyprowadzenie osiołka.
- Tu nie ma żadnych osłów Mistrzu...- powiedział Jonatan zdziwiony.
- Pójdźcie do wsi, tam nieopodal bramy wjazdowej będzie mała zagroda. W niej pasą się dwa osły. Przyprowadzicie młodego osiołka, a jeśli jego właściciel upomni was, odpowiedzcie: "- Pan go potrzebuje."
Mężczyźni poszli i zastali wszystko to, o czym mówił Mistrz. Przyprowadzili oślę i okryli je swoimi płaszczami. Pan dosiadł go i ruszyli do Jerozolimy. Joshua czuł ogromną radość w sercu, zaczął śpiewać a do niego przyłączyli się pozostali:
- Błogosławiony Król,
który przychodzi w imię Pańskie!
Pokój w niebie
i chwała na wysokościach! Błogosławiony nasz Pan i Król!!!

Donośne głosy grupy uczniów i Apostołów niosły się daleko. Zaciekawiło to faryzeuszy stojących na drodze wiodącej na szczyt Góry Oliwnej. Dotarły do nich słowa pieśni i nagle, pełni oburzenia, wstrzymali przechodzących.
- Co tu się dzieje?! - krzyknął jeden z odważniejszych przedstawicieli żydowskich, stając po środku przejścia. - Czemu Twoi uczniowie bluźnią? Zabroń im tego śpiewu! Tak się nie godzi zachowywać przed murami świętego miasta!
Mistrz nie zsiadł z oślęcia, poczekał spokojnie kiedy faryzeusz skończy swoje krzyki i odezwał się uprzejmie:
- Jeżeli każę im umilknąć, zaczną śpiewać kamienie leżące na drodze...- delikatnie spiął boki wierzchowca, nie wdając się w dyskusje.
Posiwiały nauczyciel kipiał w środku z bezsilnej złości.
- Jak On śmie! Nie wie z kim rozmawiał? - podszedł do swoich przyjaciół, uskarżając się na brak szacunku ze strony Młodego Kaznodziei z Nazaretu...

poniedziałek, 25 listopada 2013

Przyjaciel... cz.4

Rok później.
Mijały dni... Każdy wypełniony naukami Yeshuy, długimi podróżami i krótkimi przerwami na odpoczynek. Mogłoby się wydawać, że takie życie jest nieciekawe, słuchać mów młodego człowieka i być narażonym na docinki i pośmiewisko faryzeuszy i innych zacnych ludzi. Joshua i dwójka jego dzieci, doskonale odnaleźli się jako uczniowie Nazarejczyka - jak nazywali Yeshua, uczeni w piśmie.

Z nastaniem świtu, ruszyli dalej. Apostołowie szli pierwsi za nimi Pan a grupa uczniów i kobiet szła tuż za Nauczycielem. Joshua podszedł do Mistrza.
- Panie, czy coś Cię gnębi? - zagadnął z troską. Zauważył, że Młodzieniec, kiedy szedł sam, miał zamyślony i smutny wyraz twarzy.
Jezus uśmiechnął się, ale w Jego oczach widać było smutek.
- Dziękuję za twoją troskę, przyjacielu... Niedługo dotrzemy do Jerozolimy...
- Ach... Panie, czy nie mówiłeś, że grozi tam Tobie niebezpieczeństwo?
Nie odpowiedział, Jego uwagę zaprzątnęli jacyś ludzie. Patrzył w ich kierunku, bez strachu czy odrazy. To przechodzili trędowaci. Wszyscy Jego towarzysze zatrzymali się i czekali na to, co zrobi Pan.
Z oddali dał się słyszeć krzyk chorych, nie mogli zbliżyć się, gdyż zabraniało im prawo. Wołali dość głośno, aby Yeshua ich słyszał:
- Heej!!! Poczekajcie!!! Nauczycielu! Mistrzu, zlituj się! Od miesięcy jesteśmy wyklęci z naszych miast i rodzin... Błagamy, ulituj się!
Jezus odpowiedział:
- Idźcie, pokażcie się kapłanom. - patrzył jak po kolei, potrząsając prowizorycznymi kołatkami przechodzą dalej. Już nie wołali. Jakby zawiedzeni tym, że Uzdrowiciel nic nie uczynił.
Apostołowie z uczniami również ruszyli w drogę, tylko Joshua niepewnie, przestępował z nogi na nogę. Zadał pytanie Panu:
- Mistrzu, a co z tamtymi? - jako szanujący się Żyd, nie powiedział "trędowatymi", te słowo samo w sobie było nieczyste.
- Nasi przyjaciele są w drodze do swoich domów...- odparł Nauczyciel.
- Ale oni... nie mogą...- starszy człowiek nie rozumiał.
Jezus położył mu rękę na ramieniu i wyjaśnił:
- Otrzymali według ich zawierzeniu we mnie...
Kiedy zatrzymali się na odpoczynek, Yeshua odszedł od swoich przyjaciół. Nikt za Nim nie poszedł, ani nie spytał dokąd idzie, wiedzieli, że te chwile samotności są dla Mistrza ważne a modlitwa jest cenniejsza niż pożywienie...
Ktoś jednak zakłócił Panu spokój modlitwy. Biegł do Niego ostatkiem sił, zatrzymał się przed Jezusem i upadł Mu do stóp.
- Dziękuję... - zdołał wydobyć ze ściśniętego gardła. Kiedy pomogli mu wstać, miał kurz przyklejony do twarzy w miejscu płynących łez.
Yeshua był wzruszony.
- Pamiętacie, było ich dziesięciu, wołających o litość... Nie ma ich...- zauważył ze smutkiem. Zwrócił się do uzdrowionego Samarytanina:
- Twoja wiara cie uzdrowiła, idź w pokoju...
Otarł już twarz, wdzięczny Jezusowi za zdrowie, odchodząc wychwalał Go w pieśniach.
Nim zapadł zmierzch, zdołali przejść jeszcze kilka kilometrów, chociaż do celu podróży było jeszcze sporo drogi do pokonania...

niedziela, 24 listopada 2013

Przyjaciel... cz.3


Wracał do domu szczęśliwy jak nigdy dotąd. Jego radość miała wiele powodów, Yeshua, młody Nauczyciel poprosił jego i Lewiego aby towarzyszyli Mu jako uczniowie. Lewi od razu przystał na prośbę Mistrza, ale on musiał wrócić do dzieci, chciał im ofiarować zarobione na targu pieniądze i przekazać im dobre wieści.
Dolina Bet She'an była już niedaleko.

- Jonatanie! Sophio! Wróciłem! - zawołał od progu.
Na powitanie wybiegła córka.
- Shalom ojcze!
- Shalom, moja droga! A gdzie Jonatan?
- Jest jeszcze na polu...- w jej głosie zgasła radość.
- Czy stało się coś złego? - spytał zaniepokojony.
- Kiedy ciebie nie było, mieliśmy tu plagę szarańczy... Nasze plony zostały zniszczone... Teraz Jonatan musiał zająć się oraniem pola i sianiem nowego ziarna. Powiedział, że do zimy powinniśmy zdążyć ze zbiorem.
- Nie martw się, proszę Sophio. Na targu udało mi się sprzedać cały towar, więc macie pieniądze. A i wasz wuj Lewi podarował co nieco. Zobacz co tu mam.
Podeszli oboje do ławy, oparł na niej tobołek, który niósł ze sobą. Teraz rozwiązał płachtę i wykładał podarki od przyjaciela. Były tam bukłaki wina, mąka, przaśne placki, owoce... Córka była zaskoczona.
- Sophio, zapakuj mi cztery placki i trochę owoców, ja trochę odpocznę a potem pójdę do Jonatana, pomóc mu w pracy. W domu zaczerpnął do nowego bukłaka chłodnej wody i powiesił na ścianie przy wyjściu. Usiadł na niskim zydlu i westchnął.
"- Gdybyś był ze mną Panie, wiedziałbyś, że teraz nie mogę chodzić z Tobą jako uczeń. Muszę pomóc moim dzieciom."- przymknął na moment oczy.
Przyśnił mu się sen.
Oto był na polu ze swoim młodszym synem. Praca szła im z dużym trudem, choć wykonywali ją wspólnie. Aż do wieczora zeszło im obsiewanie. Byli obaj tak wyczerpani, że zostali na noc pod niskim zadaszeniem. Spali twardo. Obudziło ich dopiero jasne, południowe słońce. Przecierali zaspane oczy i nagle ujrzeli młodziutkie pędy posianych ziaren. Przed nimi było zielone pole, pełne rosnących nowych zbóż. Cieszyli się tak bardzo, że aż się przebudził.
"- Cóż za dziwny sen... Ciekaw jestem co może oznaczać?"- pomyślał.
Wstał szybko, wziął przygotowane jedzenie i poszedł na swoją rolę.

Po zakończeniu pracy, Joshua i jego syn, podziękowali Bogu za dobrze wypełniony obowiązek, po czym ojciec odezwał się do chłopca:
- Czy, gdybym ci powiedział, że Nauczyciel poprosił mnie abym Mu towarzyszył w Jego podróżach, co byś mi odpowiedział?
- Jan?
- Nie. Jan Chrzciciel, On... Herodiada podstępnie kazała Go zabić. Tak opowiedział mi Lewi...
- To jaki znów wolnomyśliciel? - dopytywał Jonatan.
- Ma na imię Yeshua. Widziałeś Go na chrzcie...
- To On jest teraz nauczycielem? A ty, ojcze masz być Jego uczniem?
- Tak.
- Moja siostra już wie?
- Nie, tobie pierwszemu powiedziałem. Co ty na to?
- Sądzę, że Sophia będzie tego samego zdania co ja... Ruszamy z tobą i twoim Mistrzem!
Był zbyt przejęty odpowiedzią udzieloną przez młodsze dziecko. Nie odpowiedział już nic, tylko chwycił nastolatka w objęcia i ucałował.
Miesiąc później.
Dowiedział się gdzie teraz przebywa młody Nauczyciel. Cała trójka przygotowała się do drogi. Joshua umówił się z pewnym gospodarzem, że w zamian za podwiezienie ich do Nazaretu dostanie ich pole. Mężczyzna oczywiście, zgodził się na taki interes.
Z Nazaretu było już blisko do Góry Tabor. Tam mogli spotkać Yeshuę i Jego Apostołów.
Odnaleźli ich bez trudu, tak jak wszędzie,tak też tutaj, Mistrz wzbudzał zainteresowanie ludzi. Widząc przed sobą ludzką masę, ominęli tłum i podeszli do Nauczyciela, wchodząc boczną ścieżką na szczyt.
- Shalom Panie! Oto moje dzieci. - przywitał się także ze wszystkimi przebywającymi na górze. Sophia i Jonatan witali się i odpowiadali na pytania.
Przed południem, Yeshua zaczął mówić do zebranych. Słowa, które usłyszano zdumiały wszystkich. Brzmiały jak modlitwa za nich wszystkich...
-Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. 
Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. 
Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. 
Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. 
Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. 
Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. 
Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. 
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. 
Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami. 

sobota, 23 listopada 2013

Przyjaciel... cz.2

Był w Galilei u swojego przyjaciela Lewiego. Bardzo lubił przyjeżdżać do miasta, sprzedawał wtedy różne naczynia i ozdoby wykonane przez Sophię a także plony ze swojego pola, uprząż zrobioną przez Jonatana. Za zarobione pieniądze mógł kupić leki dla siebie. Rodzeństwo nie wiedziało o jego dolegliwościach, a on nie chciał przysparzać im dodatkowych zmartwień. Lewi prosił go wiele razy, aby powiedział dzieciom, że choruje, ale Joshua miał na prośbę przyjaciela niepodważalny argument: "-Przyjacielu..."-powtarzał, ilekroć ten radził zdradzić tajemnicę. "-Moje dzieci, mają tylko mnie, matka obumarła ich, kiedy mięli po kilka lat. Nie chcę ich niepokoić tym, że i mnie może nagle zabraknąć..." I tak żył ze swoim sekretem, ciesząc się każdym dniem.
Któregoś dnia w mieście powstało zamieszanie. Wszyscy zdążali poza mury a z ust do ust przekazywano sobie wiadomość:
- Nauczyciel jest niedaleko! Chodźmy, zobaczmy Go! Może uzdrowi naszych chorych?
"- Uzdrowiciel?" - zaciekawił się. "- Może to jaki szarlatan, żąda dużo pieniędzy za jakieś czary-mary a człowiek nie wychodzi z choroby..." - bił się chwilę z myślami, jednak ciekawość zwyciężyła. Poszedł z ludźmi za miasto.
Na otwartej przestrzeni widać było ogromną liczbę słuchaczy, cisnęli się wokół niedużej wiaty, pod którą rolnicy układali plony. Pomyślał, że to Chrzciciel ma coś do powiedzenia ochrzczonym przez siebie ludziom. Przeciskał się przez tłum, aż udało mu się przedostać jak najbliżej mówcy. Jakież było jego zdumienie, gdy zamiast spodziewanego Jana Chrzciciela, pośrodku placu stał... tamten młody chłopak... Coś mówił, łagodny ton i spokojna postawa zjednywały Mu rzesze. Wsłuchał się w naukę.
- Odsunąć się natychmiast!!! - ktoś siłą próbował dostać się przed młodzieńca. Nikt nie odsunął się na żądanie przybywających.
Nie widząc innej możliwości, mężczyźni obeszli ciżbę i jakimś sposobem, po wielu trudach wdrapali się na wiatę. Okrzyk zdumienia rozszedł się echem po obecnych. W dachu wiaty zrobiono otwór a przez niego spuszczono prowizoryczne nosze. Człowiek leżący na nich, był nienaturalnie poskręcany przez jakieś schorzenie. Tłum ucichł.
Nauczyciel podszedł do cierpiącego, delikatnie ujął go za rękę i rzekł:
- Twoje grzechy są ci odpuszczone...
Wśród ludzi odezwały się głosy niezadowolenia, jednak On był skupiony na chorym.
- Wstań teraz, weź nosze i wróć do domu.
Gdy puścił dłoń sparaliżowanego, mężczyzna powoli, nie wierząc, że dzieje się to na prawdę, najpierw rozprostował kończyny. Łzy szczęścia zalały mu twarz. Płakali też jego przyjaciele, obserwujący wszystko z dachu, i co niektórzy ludzie otaczający Mistrza. Wreszcie uzdrowiony zerwał się na nogi i nie przestając dziękować, kłaniał się swemu dobroczyńcy. Poszedł do domu, wychwalając w pieśniach Boga.
Stary Joshua posmutniał.
"- Ja też chciałbym być zdrowym człowiekiem... Mam dwoje dzieci..."
Zbiegowisko zaczęło topnieć w oczach. Wszyscy, którzy widzieli cud, przekazywali wszystko tym, którzy stojąc daleko nie byli w stanie go zobaczyć. Każdy na własną logikę interpretował to wydarzenie. Ojciec Jonatana i Sophie zwlekał z odejściem. Niespodziewanie, ktoś położył mu rękę na ramieniu.
- A ty, przyjacielu? Nie wracasz do swoich dzieci? - zapytał go Nauczyciel.
Joshua ukrył twarz w dłoniach i zaszlochał:
- Panie, wybacz, nie mam czym Ci zapłacić, ale proszę Cię o zdrowie dla siebie... Jeśli tylko chcesz, uzdrów także mnie!
- Już dobrze mój przyjacielu, już dobrze... Otrzymałeś to, o co prosiłeś.
Mężczyzna otarł mokre policzki i oczy. Poczuł dziwne ciepło i spokój w sercu. Uporczywy ból w miejscu gdzie miał sporą, zakażoną ranę ustąpił. Był zdrowy.
- Dziękuję! - uklęknął przed nieznajomym, ten podniósł go natychmiast.
- Panie, jak Ciebie zwą? - odważył się Go zapytać.
Młodzieniec nie od razu odpowiedział.
- Czy wyświadczysz mi niewielką przysługę? - zagadnął.
- Oczywiście! - odparł Joshua.
- Chciałbym odwiedzić twojego przyjaciela, czy mógłbyś mi towarzyszyć?
- Ależ, z całym szacunkiem, udam się z Tobą Panie dokąd tylko powiesz.
Szli w milczeniu. Joshua nie przerywał zamyślenia swojego nowego Przyjaciela. Przed wejściem do miasta, Nieznajomy, jak gdyby przypomniał sobie pytanie towarzysza, powiedział tylko:
- Zwą mnie Yeshua...

Przyjaciel... cz.1

Coś przyciągało ludzi na brzeg tej rzeki. Ich ojciec też lubił tam zachodzić po ciężkim dniu pracy na polu. Któregoś dnia poszli razem z nim, przekonać się, co takiego ciekawego jest w słuchaniu jednego człowieka.
- Ojcze, twierdzisz, że ten mężczyzna ma dar wymowy? Przecież słuchasz wielu mówców, ale żaden nie miał u ciebie takiego posłuchania jak ten prostak z nad rzeki... To dziwne. - Jonatan podrapał się w głowę.
Sophia była innego zdania niż brat.
- A ja uważam, że warto posłuchać co ma do powiedzenia, i dlaczego każdego dnia przychodzą do niego rzesze. Może to jakiś święty?
- Eee tam, zaraz święty! - przerwał ich dialog stary Joshua. - On ma swój trochę nie typowy pogląd na życie, ot i cała filozofia! Zresztą zaraz sami się przekonacie. Jesteśmy na miejscu.
Widok był co najmniej dziwny. Po pas w wodach Jordanu stał biednie ubrany człowiek a wokół niego mnóstwo ludzi wchodzących i wychodzących z nurtów.
- Co oni robią ojcze? - zapytał Jonatan.
Joshua nie wiedział, to było coś nowego. Postanowił zagadnąć jednego ze znajomych, który akurat próbował osuszyć swoje ubranie.
- Co się stało? Czemu wszyscy moczą się w wodzie?
- To chrzest... Jan powiedział, że kto chce przygotować się na przyjście Pomazańca Bożego, musi się ochrzcić...
- I stąd, całe to zamieszanie? - zdziwił się. Zobaczył jak jego córka zbiega do rzeki.
- Sophia! Co ty wyrabiasz?! - krzyknął, ale była zbyt daleko by go słyszeć. Jakby tego było mało, Jonatan poszedł w ślad za starszą siostrą. Zagadnięty mężczyzna, patrzył chwilę na to co się działo, niespodziewanie zapytał ojca rodzeństwa:
- A ty?
- Co, ja? Nieee... ja nie dam się ogłupić jakiejś nauce, kogoś, kto ubiera się jak łachmaniarz! Oni są młodzi i głupi, dlatego tam polecieli, ale wierz mi, jutro nawet nie będą pamiętać, że ten nauczyciel dał im chrzest! - pożegnał się i ruszył w stronę tłumów.
Kiedy Sophia i Jonatan podeszli do ojca, mokrzy, ale dziwnie szczęśliwi, jakieś nowe wydarzenie poruszyło ludność. Oto przyszedł samotny człowiek, nie był bogaczem ani też wysokiej rangi urzędnikiem państwowym, ale i tak oczy wszystkich skierowały się na niego. Jan ujrzawszy go, chciał przypaść mu do kolan, ale tamten powstrzymał go.
- Chcę tylko, żebyś mnie ochrzcił...-powiedział na powitanie.
- Nie mogę...- Jan zmieszany, nie wiedział jak ma postąpić. - Ty ochrzcij mnie...- poprosił przybysza.
- Wiesz, że musisz wykonać swoją powinność wobec mnie, nie traćmy zatem czasu...- upomniał łagodnie Jana.
Nie mógł odmówić. Weszli obaj do Jordanu, gdzie udzielił nieznajomemu sakramentu.

Wracali do domu rozpamiętując to, czego doświadczyli i przywołując z pamięci wszystkie szczegóły związane z pojawieniem się tego mężczyzny, jego rozmowę z Chrzcicielem i chrzest. Tylko ojciec nie brał tym razem udziału w rozmowie swych dzieci. Nie mógł zapomnieć momentu, kiedy młody przybysz spojrzał na niego po raz pierwszy...

piątek, 22 listopada 2013

"Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba" cz. 11

Dzień trzeci.
Myślała, że jeszcze śni, ale natrętne popiskiwanie budzika utwierdziło ją w przekonaniu, że trzeba opuścić pielesze. Kurta przy niej nie było. Wzięła prysznic i zjadła śniadanie. Była ciekawa gdzie tak wcześnie jej kochanek wyszedł z domu. Z nudów zaglądnęła do vademecum. Jej uwagę przykuł nowy obraz... Pokazywał zaniedbany pokój, w którym byli oboje. Kurt z dymiącym jeszcze pistoletem w ręce, stał... nad nią... Zrozpaczona zakryła usta, żeby nie krzyknąć.
"- To nie może być tak, jak ty chcesz!!! Nie pokazujesz prawdy!  Za co on miałby mnie zabijać?! - nie przejmowała się faktem, że mówi do siebie. Dla Helen ten poradnik zdawał się być żywą istotą. Przekartkowała tom, odkryła na którejś stronie małe zdjęcie usg, podpisane jej pismem: " Moja najdroższa pociecha ma już 3,5 miesiąca." Mimo woli dotknęła swego brzucha.
"- Jak to? Czyżbym... To nie możliwe!" - była zdezorientowana.
"-Muszę zrobić badania..."
Usłyszała głosy w holu. Kurt rozmawiał z kimś przez telefon. Był bardzo niezadowolony. Rozłączył się, gdy tylko spostrzegł, że Helen nadal jest w jego domu.
- Co ty tutaj robisz? Myślałem, że pojechałaś do hotelu albo wróciłaś do domu. Pakuj się i jedź do jakiegoś hotelu, zapłacę za wszystko.
- Byłam pewna, że mogę u ciebie zostać... czemu tak nagle zmieniłeś zdanie?
- Nie miałem żadnego zdania na ten temat! Przyleciałaś tu przespać się ze mną a teraz myślisz, że co? Ożenię się z tobą? Dla mnie jesteś...-machnął ręką.
Coś się z nią w tym momencie stało. Gniew przysłonił jej zmysły, rzuciła się na niego z pięściami, ale był silniejszy. Przewrócił ją na ziemię jednym ciosem. Rozpłakała się, trzymając ręką krwawiący nos.
Poszedł po jej rzeczy i rzucił obok niej.
- Jak wrócę, ma cię tu nie być! - drzwi za nim zamknęły się z hukiem.
Podniosła się i poszła do łazienki umyć twarz. Włożyła rozrzucone ubrania do torby podróżnej i wyszła na ulicę. Zawołała taksówkę i pojechała do szpitala. Leżąc w łóżku zadzwoniła do domu.
- Jean, nie odkładaj słuchawki, proszę...
- Myślę, że twój liścik do mnie, wyjaśnił mi aż za dobrze co zrobiłaś. A teraz prosisz, bym nie przerywał rozmowy?
- Jean, ja jestem w ciąży...
- Z kim? - pożałował swojego pytania. Przecież do tej pory Helen była przykładną żoną.
- Z tobą. Jeśli mi nie wierzysz...
- Wierzę. - wpadł jej w słowo. - Wróć do domu, porozmawiamy. Helen?
- Słucham?
- Czy masz przy sobie tą granatową książkę? Sprawdź proszę.
- Tak, wzięłam ją z sobą, a czemu pytasz?
- Wróć jak najszybciej, porozmawiamy i wszystko sobie wyjaśnimy.
- Będę w szpitalu jeszcze dwa dni.
- Helen, wypisz się i przyleć, to pilne! Helen?! HELEN???!!!
Połączenie zostało przerwane. Przestraszona naglącą prośbą męża, ubrała się szybko i nie mówiąc nikomu o swojej decyzji, opuściła szpital. Parę minut potem była na lotnisku. Samolot odlatywał za pół godziny.
W korytarzu wiodącym do toalet usłyszała znajome głosy. Mężczyźni kłócili się o coś, ktoś leżał u ich stóp. Zobaczyła to wszystko tylko przez parę sekund, ale to wystarczyło aby Kurt i taksówkarz ruszyli za nią do damskiej wc. Nie mogli mieć przecież żadnych świadków.
Ogłuszoną kobietę zawieźli do domu Hatchet'a. W jednym z nie używanych pokoi stało krzesło, posadzili ją na nim i związali. Ocknęła się i spróbowała wołać o pomoc. Były kochanek bezwzględnie uciszył Helen jednym strzałem...
- Ty! Nie możesz mieć trupa w chacie! - odezwał się taksówkarz. - Trzeba coś z nią teraz zrobić...
- Patrz! - Kurt wyjął z torby zabitej książkę w granatowej okładce. Wyciągnął zapalniczkę i podpalił środkowe strony.
- Czekaj, to nic nie da. Nie sfajczy się, choćby nie wiem co! Mam pomysł! 
Poszedł do garażu i wrócił z benzyną. Zadowolony z siebie, wylał zawartość kanistra na zastrzeloną kobietę.
- Teraz dawaj tą księgę!
Buchnął płomień tak mocny, aż obaj odskoczyli. Pożar, ku ich przerażeniu rozprzestrzenił się w ciągu kilku minut, odgradzając im drogę ucieczki. Wszelkie próby wybicia okna, czy przedostania się do wyjścia były niweczone przez płomienie. Ogień był w całym pomieszczeniu, gdy wygasł, pokój wyglądał jak dawniej. Z wyjątkiem trzech spalonych ciał...

Jean z Frankiem jechali na lotnisko, aby odebrać Helen. Miała być na miejscu za, około dwadzieścia minut. Pech chciał, że na ich trasie, utworzył się spory korek. Stojąc w bezruchu, obserwowali ludzi przechodzących chodnikiem. Nagle ktoś podszedł do ich samochodu. Był brudny i miał zarośniętą twarz. Zapukał w szybę. Jean otworzył okno, a wtedy kloszard pochylił się i podał mu spore zawiniątko, mówiąc:
- Kiedy przyjdzie pora, będzie moją dusza twoja! - roześmiał się, a pastor z kolegą spojrzeli na siebie, nie wiedząc o co chodzi temu człowiekowi. Frank miał zamiar zadać mu parę pytań, lecz bezdomny jakby rozpłynął się w powietrzu...
Odblokowano nareszcie ulicę i mogli jechać dalej. Biorąc zbyt ostry zakręt, podarunek od kloszarda, uprzednio rzucony na tylne siedzenie, spadł. Spomiędzy łachmanów, w które był zawinięty, wysunął się granatowy róg książki...

koniec. 

"Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba" cz. 10

Dzień pierwszy.
Kupiła bilet na samolot, nie czekając na Jeana, zostawiła mu wiadomość na nocnym stoliku.
"Jean nie szukaj mnie. Mam możliwość zacząć nowe, lepsze życie, ale nie ma w nim miejsca dla ciebie. Helen."
Gdy była na lotnisku, zadzwoniła raz jeszcze do Kurta. Odebrał po dłuższym czasie.
- Jestem już na lotnisku...
- To dobrze, nie mogę się ciebie doczekać. Jeszcze jakieś siedem godzin dzieli nas od spotkania. Będę czekał na ciebie w moim BMW przed budynkiem lotniska, ok?
- Ok. Do zobaczenia.
Miękki głos mężczyzny sprawił, iż poczuła się znów nastolatką, lubiła mieć "motyle w brzuchu", kiedy się zakochała. Tak było teraz.
Była już noc, wyszła przed gmach, lecz na umówionym miejscu nie zastała BMW. Zaniepokoiła się.
"- Przecież powinien być, powiedziałam mu o której będę."
Nikt nie odebrał jej połączenia... Zegarek w komórce pokazywał północ.

Dzień drugi.
- Należy się trzydzieści pięć dolców. - niechlujny kierowca, przerzucił wygasłego papierosa z jednej strony ust na drugą. Przyglądał się ładnej kobiecie. Podała mu jak najprędzej banknot.
- Reszta dla pana. - zebrała swoje rzeczy i trzasnęła ze złości drzwiami. - Faceci!!! A żeby was!!!
Taksówkarz słyszał gniewne krzyki byłej pasażerki. W odpowiedzi wystawił na pożegnanie środkowy palec i ruszył z piskiem opon.
W pięknej willi trwało akurat przyjęcie. Nie była pewna, czy aby jest pod właściwym adresem. Zadzwoniła do drzwi. Otworzył jej ktoś z gości. Widząc Helen na progu, myślał, że jest jedną z zaproszonych, zaprosił ją do wejścia.
- Czy tu mieszka Kurt Hatchet?- spróbowała przekrzyczeć głośną muzykę. Chłopak wskazał na uszy i pokręcił głową, co miało zapewne znaczyć, że nic nie rozumie oprócz hałasu wielu decybeli. Znalazła się w środku. Chodziła chwilę, rozglądając się po obecnych, szukała swojego znajomego. Poczęstowała się drinkiem i usiadła na kanapie w salonie. Niespodziewanie ktoś zakrył jej oczy dłońmi.
- Ciekaw jestem czy mnie pamiętasz? - przyjazny głos należał do Kurta. - Dobrze cię widzieć. - dodał, puszczając Helen. Usiadł przy niej. Ich rozmowa zeszła na czasy szkolne.
- Zapraszam cię do mojego gabinetu. Pokażę ci nasze zdjęcia, zachowałem je na taką właśnie okazję.
- Z przyjemnością. Mam już trochę w czubie i chętnie opuszczę twoich gości.
Dalsza cześć nocy upłynęła im w intymnej atmosferze sypialni...

czwartek, 21 listopada 2013

"Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba" cz. 9

Została sama w domu. Jean miał brać udział w jakimś spotkaniu charytatywnym w innym mieście, a ona miała wreszcie chwilę dla siebie. Ciasto piekło się w piekarniku, wszędzie panował porządek więc postanowiła zrobić sobie drinka i trochę poczytać. Kiedy jej mąż wyjeżdżał, aby nie myśleć o samotności, lubiła uciekać w świat książek. Ceniła sobie dobrą lekturę. Pożyczone od Franka vademecum wydało się jej właśnie takie.
Na odwrocie odczytała opis:
"Drogi czytelniku, kiedy otworzysz moją książkę, pamiętaj ,że jej treść zostanie w twej pamięci na zawsze, w zamian za to książka ta pomoże ci rozwiązać absolutnie wszystkie twoje problemy."
-Jestem ciekawa w jaki sposób pomaga rozwiązywać wszelkie kłopoty...- przypomniały się jej różne, nierozwiązane sprawy, z którymi borykali się od paru lat. - Może, będę mogła mieć wreszcie dzieci? Jest na to jakaś mądra rada?
W środku znalazła jedną jedyną fotografię, na której była ona i jej pierwsza miłość z liceum...
Zaskoczona, myślała najpierw, że zdjęcie włożył jej mąż, ale po chwili namysłu i próbie "wyciągnięcia", okazało się być ilustracją na stronicy książki. Nadal nie wierząc, w to co zobaczyła, odszukała tę samą fotkę w swoim pamiętniku z młodości. Zdjęcie było na miejscu...
- To ma być rada, na moją bezpłodność? - szukała dalej w vademecum odpowiedzi na postawione pytanie.
Książka, jak gdyby odgadując jej pragnienia, zawierała w sobie wszystko to, co było potrzebne, aby jej myśli skierowały się na osobę młodego, przystojnego mężczyzny w sile wieku, który widniał na kilku nowych ilustracjach. Była nim coraz bardziej oczarowana.
"- Jak go odnajdę?"- pomyślała. Na końcu poradnika były trzy informacje. Jedna zwierała dokładny adres z numerem telefonu, kolejna pakt, a trzecia formułkę:
"Kiedy przyjdzie pora, będzie moją dusza twoja."
Zostawiła czerwony odcisk na dole tekstu.

"Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba" cz. 8

Następnego dnia, nie przyszedł do pracy. Nagła choroba zatrzymała go w łóżku. Był tak słaby, że codzienne czynności były trudne do wykonania. Poczłapał do kuchni, aby zrobić sobie chociaż kubek gorącej herbaty. Usiadł przy kuchennym stole, bojąc się wędrówki z wrzątkiem do pokoju. Zamyślił się.
"- Muszę koniecznie zadzwonić do pastora... Jean musi zobaczyć to vademecum..."
Sączył napar małymi łyczkami. Ciepło rozchodzące się po jego spracowanym ciele, dodało mu trochę sił i odprężyło. Włożył puste naczynie do zlewu i podniósł do ucha słuchawkę. Wystukał dwie pierwsze cyfry numeru duchownego, kiedy poczuł w piersiach dławiący ból. Osunął się na kolana, ale nie wypuścił z dłoni słuchawki. Dokończył numer, a słysząc głos pastora, zdołał tylko wydusić z siebie:
- Jean, przy...dź... t... j...a, Fra..k...

Zobaczył kto do niego dzwoni. Lubił rozmawiać z Frankiem, odebrał połączenie i już miał zagadnąć przyjaciela o samopoczucie, gdy dobiegł go chrapliwy dźwięk.
- Hallo, Frank! Co się stało?
Brak odpowiedzi przy nie odłożonej słuchawce, zastanowił go. W drodze do wyjścia, zagadnęła go Helen - jego żona:
- Zaraz obiad, gdzie ty znów jedziesz?
- Frankie ma kłopoty...
- Jadę z tobą! - chwyciła torebkę.
- OK.
Na szczęście drzwi domu starszego mężczyzny były otwarte. Weszli i ujrzeli leżącego na podłodze przyjaciela. Jean zadzwonił po karetkę. Helen sprawdziła choremu puls, poluźniła pasek w spodniach i rozpięła koszulę pod szyją. Gdy jej mąż skończył rozmawiać przez telefon, poprosiła, aby przenieśli Frankie'go do pokoju i położyli, podpierając mu plecy.
I wtedy właśnie zobaczyła ją... Zwróciła uwagę na część tytułu widoczną spod przykrywającej książkę serwetki. Nawet zajmując się nieprzytomnym przyjacielem, nie mogła zapomnieć tej granatowej okładki.
Pogotowie zabrało starego woźnego do szpitala. Kiedy zostali sami, kobieta wzięła poradnik i z zaciekawieniem obejrzała.
- Widzę, że masz ochotę pożyczyć ją od Franka, czy tak?
Kiwnęła głową.
- W takim razie, pożycz ją a ja, jak tylko Frank dojdzie do siebie, powiem mu o tym.
Pocałowała męża w policzek, schowała vademecum do torby i zajęła się pakowaniem różnych drobiazgów, które były niezbędne staruszkowi w szpitalu.

środa, 20 listopada 2013

"Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba" cz. 7

Biegła przez ulice, nie lubiła moknąć. Spóźniła się na autobus z własnej winy, matka musiała wcześnie wyjść do pracy a ona najzwyczajniej w świecie, wyłączyła budzik zaraz po pierwszym dźwięku. Wczesne wstawanie było dla niej nie do zniesienia. Jak dla każdego nastolatka.
Coś leżało pod ścianą jednego z domów. Minęła już to miejsce, ale wiedziona ciekawością, zawróciła.
- Oh... Ktoś to pewnie zgubił...- przetarła rękawem zmoczoną okładkę i przeczytała tytuł: - "Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba."
Ruszyła dalej, niosąc ze sobą książkę. Zdążyła przed pierwszym dzwonkiem. Usiadła w ławce i położyła tom na kaloryferze. Kiedy znów rozbrzmiał sygnał na przerwę, zebrała swoje rzeczy i wyszła na następne zajęcia. Vademecum zostało w klasie.

-Ty patrz, ktoś to zostawił! - położył przed sobą pokaźny podręcznik. - Jakieś badziewie... "Vade..."- spróbował odczytać napis.
- Zostaw, może jest komuś potrzebna! - dziewczyna wyciągnęła rękę po znalezisko.
Chwilę droczył się z koleżanką, w końcu znudzony, otworzył książkę. Jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia.
- Co w niej jest? - nastolatka zajrzała chłopakowi przez ramię.
- Haha! Wybrakowana! - zaśmiała się. - Radzę odłożyć ją na miejsce, jej właściciel na pewno będzie jej szukał.
- A ja mówię, że zostawił ją tu, żeby się jej pozbyć! Jest moja!
- Co z nią zrobisz? Nie czytasz nic, co nie jest wyświetlane bezpośrednio przed twoim nosem! Już wiem, ta jest w sam raz dla ciebie - ma puste kartki! - odparła uszczypliwie.
- Skoro nic w niej nie ma, sam napiszę dla niej treść! To będzie bestseller! Zobaczysz! I wszyscy będą mi zazdrościć mnóstwa kasy!!!
Wejście profesora zakończyło rozmowę, vademecum odłożono na parapet okna.

Przeszukała całą klasę. Przy szatni zobaczyła szkolnego woźnego i poprosiła aby, gdy znajdzie granatową książkę, oddał ją jej. Mężczyzna pokiwał siwiejącą głową.
Znalazł vademecum w jednej z pracowni na parapecie. Gdy dotknął go, poczuł jakiś dziwny niepokój. Odwrócił się, czując na sobie świdrujące spojrzenie ale nikogo nie zobaczył. Wziął z sobą egzemplarz i gasząc światła, wyszedł.
Wrócił do mieszkania z niebieską książką.

wtorek, 19 listopada 2013

"Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba" cz. 6

Miał już gotowy plan na przyjemne spędzenie urlopu. Kupił piwo, jakieś przekąski, wziął kilka czasopism i grę "The Order". Przeczytał opis na odwrocie etui i stwierdził, że świetnie nadaje się kiedy poczciwa TV nie będzie miała nic do zaoferowania. Wracał do domu, nie myśląc więcej o tym, że takie nieprofesjonalne postępowanie na miejscu przestępstwa mogło kosztować go utratą pracy.
- Chrzanię was! - uśmiechnął się do siebie. - Ten numer ze zdjęciem w książce będzie was sporo kosztować! Nie dam się dymać na każdym kroku, co to, to nie!!! Na pewno Peterson zdążył zabrać fotkę, a mi pokazał pustą kartkę! Tylko dlaczego w tej cholernej książce nie było nic napisane?
Wjechał na podjazd i wyłączył silnik. Wysiadł, podszedł do bagażnika,chwycił torbę z zakupami i poszedł do domu.
- Easy... kici kici... Easy, gdzie jesteś? - pochylił się,zaglądając pod stół. Kotka zakradła się od tyłu i wtuliła łebek w nogawkę spodni. Czując jej dotyk, roześmiał się i wziął ją na ręce.
- Głodna jesteś księżniczko? - przytulił policzek do jedwabistego futerka. Zwierzak odwzajemnił pieszczotę. Postawił kotkę na blacie i zaczął rozpakowywać zakupy. Odwrócony do lodówki wyłożył piwo, po czym sięgnął po tuńczyka, kawałek kurczaka i kocie jedzenie. Podszedł do stołu z zamiarem zrobienia sobie i Easy jakiegoś obiadu, gdy spostrzegł róg ciemnej okładki w torbie ze sklepu.
- Ah! Widzisz kochana, mamy nową grę! - pogłaskał kotkę. Wysunął przedmiot z papierowej siatki. Easy natychmiast prychnęła ze strachu i czmychnęła ze stołu przestraszona. A jemu z wrażenia zrobiło się niedobrze...
To nie była jego gra. Trzymał w dłoni "Vademecum".
- O nie...
Sprawdził czy ma kluczyki od samochodu i wyszedł do auta. Miał zamiar oddać ekspedientce książkę, żądając w zamian swojej gry. Wsiadając, usłyszał jak samochód jadący z dużą szybkością zahamował, nie stracił jednak zawrotnego tempa i nim on zdążył zareagować, tamten uderzył w jego wóz z taką siłą, że obaj zatrzymali się na ogrodzeniu. Ciało policjanta było wgniecione w fotel, a jedna ręka nadal trzymała kierownice...

poniedziałek, 18 listopada 2013

"Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba" cz. 5

- Na miłość boską, coś ty zrobił?! - kierujący akcją omal nie zszedł na atak serca, widząc narzucony koc na to, co zostało z człowieka.
- Ja nic nie zrobiłem! - bronił się przed oskarżeniem kolegi. - Nie mam zamiaru oglądać rozwalonych zwłok!
- Może, w ogóle nie powinieneś być gliną! - rzucił wściekły dowódca.
Także koroner przybyły na miejsce był zdenerwowany. W końcu zabrano narzutę, ciało i zaczęto zwykłą, żmudną procedurę zbierania odcisków palców i śladów.
Nie był już potrzebny. Wrócił na posterunek, wiedząc, że nagrabił sobie przez to co zrobił. Usiadł za swoim biurkiem i poczuł ucisk na plecach.
"- Książka!"- wyciągnął ją z ukrycia, i otworzył.
- Co...??? - zachłysnął się, widząc zdjęcie, na którym był on w pokoju zamordowanego. - To głupi żart! - krzyknął, rzuciwszy vademecum na podłogę. - Myślicie, że dam się tak traktować?
Patrzyli na niego, co niektórzy ośmielili się puknąć palcem w czoło. Jeden z jego nielicznych kolegów, podszedł do niego i zapytał:
- O co ci chodzi?
- Ktoś zrobił mi kompromitujące zdjęcie i wkleił je do tej książki! - wskazał niebieski tom walający się po kafelkach.
Mężczyzna podniósł go i przewracał stronę po stronie, nic nie mówiąc. Po przekonaniu się, iż nie ma w tej książce nic o czym mówił jego kolega, oddał mu ją.
- Tu nic nie ma... Nawet nie jest zapisana jak zwykła książka... Musiałeś się zdrzemnąć i ci się po prostu przyśniło.
- Jak to? Było moje zdjęcie!!! Przysięgam!!! - machał tomem, wskazując miejsce, gdzie chwilę wcześniej odkrył fotografię.
Jego przyjaciel polecił mu, by wziął parę dni wolnego i odszedł do swoich spraw.
Posłuchał jego rady, kilka dni wolnego na pewno mu nie zaszkodzi. Przy drzwiach wyjściowych, wrzucił vademecum do kosza na śmieci i wyszedł.

niedziela, 17 listopada 2013

"Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba" cz. 4

Dostał wezwanie na taki a taki adres. Ostatni łyk kawy omal go nie udusił. Atak potężnego kaszlu zatrzymał go jeszcze na moment na posterunku. Jego koledzy oczywiście byli już na parkingu, wsiadając do samochodów, gotowi do akcji.
Po kilkunastu sekundach on też pędził z innymi, mijając osobówki, zwalniające na sygnały ich wozów. Dotarli na miejsce dość szybko.
W mieszkaniu panował zaduch, smród ciała i rozkładającej się krwi był porażający. Widząc tych, którzy już na schodach wyczuli odór, jak zakrywają usilnie usta i nos by nie zanieczyścić klatki schodowej, wpadł na pewien pomysł. Poprosił jakiegoś sąsiada ofiary, by mógł opłukać się chłodną wodą i poprosił o rozcieńczenie łyżki stołowej octu z dwoma łyżkami wody. Nasączył roztworem spory ręcznik i dopiero przyłożył go sobie szczelnie do twarzy. Wszedł do pomieszczeń, które wynajmował zabity mężczyzna. Rozejrzał się i ruszył na przeszukiwanie pokoi. Zwłoki były w jednym z trzech, posadzone przed włączonym telewizorem. Chwycił kapę z łóżka i delikatnie przykrył zmarłego. Stojąc nadal przy fotelu nieboszczyka, zobaczył na szafce gruby ciemnogranatowy tom. Zainteresował się nim. Przeczytał tytuł i obejrzał spodnią okładkę, powiódł wzrokiem po streszczeniu i nie otwierając jej nawet, ukrył książkę pod koszulą na plecach. Z zewnątrz nikt się raczej nie domyśli, iż wyniósł coś z mieszkania ofiary morderstwa...

"Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba" cz. 3

Przeczytał jednym tchem wszystko co było napisane w podręczniku. Treść ostatniej strony podobna była do jakiejś umowy, którą można było podpisać  odciskając krwawy ślad kciuka. Autor nie żądał imiennego podpisu tylko śladu palca na dole kartki, pod tekstem. Zadowolony, z praktycznych porad - co ma zrobić by wzbogacić się w trzy dni, naciął skórę palca i złożył osobliwy podpis...
Ostanie zdanie było mniej więcej takiej treści:
"Kiedy przyjdzie pora, będzie moją dusza twoja." "A co mi tam!" - pomyślał. "- Grunt, żebym miał za co żyć...Teraz wystarczy abym pamiętał co radzi autor mojego drogiego "Vademecum"!"

Dzień pierwszy...

Był jak zwykle na zakupach. Mógł sobie na nie pozwolić, gdyż miał małe oszczędności na koncie. Zrobił sobie skromny obiad i uszykował się do wyjścia do pobliskiego kasyna. Czuł dziwną siłę w sobie i odwagę. Przed utratą pracy, nigdy by nawet nie pomyślał o takiej możliwości zdobycia pieniędzy. Teraz nie miał nic do stracenia.
Stojąc przed lustrem, widział w nim odbicie ciemnoniebieskiej obwoluty i co jakiś czas, przypominając sobie dokładnie jak ma postępować, uśmiechał się do książki, jakby była żywą osobą. Przed wyjściem, dotknął jej "na szczęście", szepcząc:
- Życz mi powodzenia...

Gra szła mu bardzo dobrze. Karty jakby lgnęły do niego, gotówka leżała przed nim, ku zazdrości współtowarzyszy. Po północy coś się zaczęło dziać .. Tracił dużo, a próby odegrania kończyły się fiaskiem.
"- To wszystko przez tego młokosa, co usiadł przy moim stole! Jak się tylko zjawił, karta przestała mi iść... Teraz on ma moje pieniądze!" - myślał z rozpaczą. Kontynuował grę, starając się nie stracić wszystkich pieniędzy. Ranek już mu się jawił w czarnych chmurach.
Los chciał inaczej. Przegrał nawet telewizor... Wracał do domu w kiepskim nastroju. W pamięci miał widok, jak jego zwycięzca z triumfem w oczach zagarniał wygraną do czarnej walizki. Pamiętał jeszcze coś...
Następne wydarzenia toczyły się jakby poza jego świadomością. Mógł wszystko widzieć, słyszeć błaganie o życie i czuć rozbryzgującą się na wszystkie strony krew, ale nie był sobą. Coś nim kierowało, nakazywało zabić w okrutny sposób mężczyznę i odebrać swoją własność.

Dzień drugi...

Wyścigi konne, ustawienie gonitw i wygrana. Cieszył się jak dziecko, odbierając pliki banknotów w okienku kasy. Późna pora i imponująca majętność sprawiły, że skierował swoje kroki do domu publicznego. Dziewczyna widząc go płacącego za pokój i jej usługi, dostała ślinotoku. Na odchodnym, mrugnęła porozumiewawczo do recepcjonisty.
Po skończonych igraszkach, zasnął snem sprawiedliwego. Nie miał pojęcia o kradzieży dokonanej przez dwoje młodych ludzi. Jego wygrana zmieniła na jakiś czas właściciela.

Dzień trzeci...

Szarpali się oboje, próbując wyrwać z więzów. Niestety, tak ich związał jak było opisane w książce. Wiedząc, że nie podołają sznurowi, zostawił dziewczynę i chłopaka w płonącym samochodzie.
- Widzicie moi drodzy? Cudza własność nie popłaca! - zawołał, unosząc walizkę z pieniędzmi, w geście zwycięzcy, nad głowę.
Odszedł, nim auto eksplodowało, uśmiercając młodocianych złodziejaszków.
Po południu znów był w swoim ulubionym sklepie. Wybierał drogie produkty, nie musiał patrzeć specjalnie na ceny, pozwalał sobie na to co lubił. Czuł się z tym znakomicie. Przy kolejce do kasy stał kloszard i prosił o datek, chciał uzbierać na chleb. Nikt z kupujących nie wpadł na pomysł by po prostu kupić człowiekowi bochenek czy dwa. Panowała ogólna znieczulica. Postanowił, że nie będzie na niego zwracać uwagi i bezdomny nie powinien go nagabywać. Zrobi jak wszyscy.
Przyszła jego kolej do wyłożenia sprawunków na taśmociąg kasy, gdy raptem obok niego zjawił się brudny, starszy wiekiem mężczyzna.
- Panie... ma pan tak wiele, niech się pan zlituje nade mną...- sięgnął po paczkę ciastek, ale Clamerr był szybszy, uderzył kloszarda po ręce i herbatniki pozostały na swoim miejscu.
- Jesteś bez serca!- usłyszał czyjś głos za sobą. Nie przejął się tym.
Zapłacił za kupione rzeczy i ruszył do swojego nowego auta. Pojechał prosto do domu, nie myśląc za wiele o biednym człowieku z supermarketu.
W domu poczuł się bezpiecznie. Wypakował wszystko i mógł zasiąść w nowym fotelu przed telewizorem... Znudzony programem, zasnął.
Obudził go mocny chwyt za gardło. Dusił się. Przestraszony, zobaczył, że to własnie ten ubogi stara się go pozbawić życia. Spróbował wszelkich sposobów aby obronić się przed napastnikiem, lecz nie dał rady.
Przed śmiercią usłyszał jak morderca mówi:
- Kiedy przyjdzie pora będzie moją dusza twoja...-po tych słowach oczy Clamerra zamknęły się na zawsze.

"Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba" cz. 2

Gdzieś w oddali słychać było uporczywy dźwięk, jakby popiskiwanie jakiegoś ptaka.
" - Ptaki w moim śnie..."- pierwsza senna myśl i od razu otrzeźwienie. - Jestem spóźniony! - zerwał się z łóżka i popatrzył na zegarek: 7:20 ! - Od dwudziestu minut powinienem już tkwić za biurkiem, słuchając nudnych interesantów!
Szybka toaleta i biegiem do samochodu. Brak śniadania zrekompensował sobie, zabierając z szafki tabliczkę czekolady.
Dotarł na miejsce tak szybko jak tylko mógł, szef już na niego czekał.
- Cholera...-zaklął półgłosem, mijając go. - Dzień dobry panu, jak się dziś czujemy?
Jego przełożony miał jednak kiepski dzień. Kazał mu niezwłocznie stawić się w swoim biurze na rozmowę.
Zapukał w drogie, mahoniowe drzwi z pozłacaną klamką.
- Proszę!
- Przepraszam za spóźnienie, to się już więcej nie powtórzy. - zaczął od progu. Szef zmierzył go twardym spojrzeniem i wycedził:
- Tak, nie powtórzy się panie Clamerr, ponieważ zwalniam pana!
- Przecież to moje pierwsze spóźnienie...- próbował jakoś załagodzić sytuację.
Mężczyzna nie słuchał go. Siedział w wygodnym fotelu jak na tronie i chełpił się swoją władzą.
- Co z tego, że to pańskie pierwsze spóźnienie? Będzie to przykład dla innych, jeśli komuś przyjdzie ochota żeby powtórzyć pański błąd!
- Mój błąd? - czuł przypływ energii. - Wiem na czym polegał mój błąd! - krzyknął. - Polegał na tym, że bardzo chciałem u pana pracować  i robiłem to rzetelnie przez 20 lat! Do widzenia!
Trzask drzwi wyjściowych słychać było chyba w całym budynku.

- Co ja pocznę? Bez pracy i środków do życia? Potrzebuję gotówki na już...! - przemawiał sam do siebie. Nie widział dla siebie przyszłości.
W domu przypomniał sobie "Vademecum", zakupiony poprzedniego dnia.
- Gdyby ta książka nie była wybrakowana, sprzedałbym ją zaraz, choćby za kilka dolarów...-podszedł do szafki i sięgnął po pokaźny tom. Odwrócił go i raz jeszcze przeczytał adnotację anonimowego autora. Zdecydował się otworzyć książkę.
Na pierwszej stronie widniało zdjęcie... Poznał na nim siebie i ze zdziwienia upuścił vademecum na podłogę. Strony po wpływem wstrząsu przerzuciło a na następnych mógł także zobaczyć sceny z zajścia u swojego pracodawcy aż do momentu powrotu...
- Co jest grane? - zastanowił się. Uklęknął przed otwartą księgą, bojąc się podnieść ją z ziemi. Teraz obejrzał wszystko, zdjęcia i podpisy pod nimi. Nawet rozpoznał swoje pismo, chociaż wiedział, że nie był w stanie rano nic napisać ani też zrobić zdjęć podczas kłótni ze swoim byłym szefem. A już na pewno nie wkleił ich do tej dziwnej księgi. Fotka na pierwszej kartce przedstawiała jego, budzącego się ze snu...
- Kto u licha bawi się moim kosztem? - zapytał na głos sam siebie. Nikt mu nie odpowiedział, tylko stronice poruszyły się lekko, odsłaniając wyraźny tekst za fotografiami.

sobota, 16 listopada 2013

"Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba" cz. 1

Leżała na wystawie, miała ciemna okładkę i spore gabaryty. Pomimo swojej ceny, była dla niego pewnym wyzwaniem. Już sam tytuł budził ciekawość  "Vademecum dla tych, którzy nie szukają drogi do nieba" i brak autora wydania. Zastanowił się, dlaczego nikt się nie podpisał pod tak grubą książką z dziwnym tytułem...?
Wszedł do księgarni, położył banknot i poprosił o nią. Zdumiony sprzedawca podał mu ją bez słowa, choć widać było, że chce go o coś zapytać.



Po powrocie do domu, położył książkę na nocnym stoliku. Odwrócił się by odejść do swoich stałych zajęć w domu, planował przeczytać ją przed snem. Nagle książka upadła na ziemię a jego oczom ukazał się rewers okładki, na który wcześniej nie zwrócił uwagi. Przeczytał szybko notatkę i wziął nabytek do ręki. Wydała mu się cięższa niż kiedy podawał mu ją sprzedawca...
Informacja była krótkim streszczeniem książki:
"Drogi czytelniku, kiedy otworzysz moją książkę, pamiętaj ,że jej treść zostanie w twej pamięci na zawsze, w zamian za to książka ta pomoże ci rozwiązać absolutnie wszystkie twoje problemy."
Otworzył tom. Przeglądał strona po stronie, ale ku jego zaskoczeniu wszystkie były puste. Zdziwiony odłożył egzemplarz na szafkę, myśląc, iż musi wymienić wadliwy zakup na inny. Zajął się do końca dnia swoimi sprawami, nie myśląc już o wybrakowanym podręczniku...

Krótka historia z życia... Cz: 14

- Jak mnie słyszysz "A2"?
- Słyszę cię bardzo dobrze "U7"!
- Rozpoczynamy, jak tylko nastolatka wejdzie do środka! Uwaga skupić mi się!
Tess była nieco zdenerwowana, całą sytuacją. Bała się, że zapomni co ma mówić, wszystko jej się pomyli i zawiedzie... Zadzwoniła do drzwi i nim je otworzono, wzięła głęboki wdech, by dodać sobie odwagi.
" - Dla mnie i mojego dziecka..." - pomyślała.
- I co, mała dziwko? Zawinęłaś się do domu z podwiniętym ogonem! - gbur w brudnym na piersi podkoszulku uderzył dziewczynę w twarz.
Rozpłakała się.
- Ty jesteś ojcem tego dziecka, twoja kobieta powinna była cię o tym uświadomić  - odpyskowała mu Tess.
- Jak śmiesz tak mówić o twojej matce?! - drugi raz już nie zdołał jej wymierzyć policzka. Uchyliła się zwinnie spod jego ciężkiej łapy.
To rozjuszyło mężczyznę. Złapał nastolatkę za ramiona i ścisnął. Jej krzyk tak nagle rozległ się w słuchawkach policjanta podsłuchującego całe zajście, że ten zerwał je z głowy i otrząsnął się.
- Bierzcie ich, bo zrobią jakąś krzywdę tej małolacie! - przekazał to czego był świadkiem, nasłuchując akcji.
- Wchodzimy na trzy! Raz...
- Trzy! - krzyknął ktoś niecierpliwy i brygada wkroczyła do mieszkania.
Zaskoczenie przebywających tam ludzi było ogromne. Tłumaczeniom nie był końca. Przede wszystkim kobieta była bardzo rozgadana i chętna do współpracy z policją...

Rok później...

" Black Queen aresztowana! Kidnaperzy ujęci! Zarzuty porwań i morderstw już postawione!"
Nagłówki gazet miały gorący temat. Wszyscy chcieli poznać porwaną dziewczynę i chłopca, którzy szczęśliwie odnaleźli swoje rodziny. Reporterzy co jakiś czas prosili o wywiad Tess i Danny'ego.
Tess zdecydowała się nawet napisać książkę aby mieć za co utrzymać siebie i córkę. Danny chciał - kiedy skończą szkołę, pobrali się i wyjechali gdzieś z rodzinnego miasta.
Młoda matka i jej przyszły mąż, mięli ambitne plany na swoją wspólną przyszłość - kupić dom, otworzyć własny interes... Nic wielkiego, może jakiś bar z kasynem... To kasyno było kwestią sporną i wywoływało uśmiech na twarzy Tess.
Książka Tess gdy ukazała się w księgarni w ich mieście, rozchodziła się jak świeże bułeczki. Jej tytuł brzmiał: "Krótka historia z życia." a pierwszy rozdział od słów:
" Zostałam porwana gdy byłam niemowlęciem... Najpierw wywieziono mnie z kraju.
Przeszłam wiele poważnych operacji twarzy. Kupili mnie ludzie, którzy po pewnym czasie, nie wiedząc nic o moim pochodzeniu, wrócili ze mną do mojego rodzinnego miasta... Tu poznałam mojego przyjaciela. Miał podobne przeżycia, opisuję je w osobnym rozdziale..."
Koniec.

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...