wtorek, 29 października 2013

Krótka historia z życia... Cz: 10

Pół roku później...

- Tess! Zaczekaj! - podbiegł do koleżanki. - Mam pytanie...-uśmiechnął się tajemniczo. - Co robisz dziś wieczorem?
Dostrzegł, że płakała. Dotknął jej ramienia, aby ją pocieszyć  ale odsunęła się. Jej usta wykrzywił lekki grymas bólu.
- Tess, co się stało? - zaniepokoił się zaistniałą sytuacją. Mógł się tylko domyślać, że wydarzyło się coś złego. - Po szkole zapraszam cię do siebie, poznasz moich staruszków. To są bardzo mili ludzie, wiesz? - starał się zainteresować dziewczynę.
Przemyślała propozycję chłopaka. "- W końcu wszędzie będzie mi o wiele lepiej, niż w tym koszmarnym domu..." Głośno zaś odparła:
- Dobra, po zajęciach, przed budynkiem szkoły? O 14 tak?
- O 14 ! - szkolny dzwonek przerwał tak dobrze zapowiadającą się rozmowę.

Autobus odjechał. Stali przed domem Danny'ego, tym razem tym prawdziwym, z kochającymi rodzicami, martwiącymi się o niego i przypominającymi, trochę krępującym zwrotem: " - Kocham cię!" - jak bardzo im na nim zależy...
- Zapraszam! - rzucił beztrosko.
- Nie wspominałeś o przeprowadzce... - popatrzyła na niego zaskoczona.
- To nic takiego, po prostu wróciłem do mojego domu, i tyle...
Słowa: " i tyle" zawierały w sobie te wszystkie emocje i przeżycia związane ze sprawą sprzed 10 lat. Ale nie chciał nikomu o tym mówić...
Weszli, rozmawiając o różnych interesujących ich tematach. W kuchni krzątała się Ginger.
- Cześć mamo! - wciągnął zapach pieczonego ciasta i oblizał się łakomie.
- Nie! Najpierw umyjcie ręce i zapraszam do stołu. - wypchnęła syna ze swego królestwa, śmiejąc się z jego oporu. - Idź mi stąd! A kiedy wrócisz z łazienki, pomożesz mi z zastawą, dobrze?
- Jasne, że tak! - cmoknął kobietę w policzek.
Po posiłku, Grace podała ciasto i herbatę. Tess wyglądała na mniej spiętą niż kiedy zobaczył ją na szkolnym korytarzu. Miała ładny uśmiech.
Wkrótce wrócił Jack. Przywitał się z rodziną i gościem, przeprosił ich, oddalając się, aby doprowadzić się do porządku po podróży.
Wieczorem rodzice Danny'ego, on sam i Tess grali w Scrabble. Normalna rodzinna atmosfera była tak niesamowita, że dziewczyna przestała rozmyślać o swoim domu, do którego postanowiła nigdy więcej nie wrócić...

sobota, 26 października 2013

Krótka historia z życia... Cz: 9

Chciał zamknąć drzwi jak najciszej. Nie lubił wracać do tego domu, czuł się w nim, jak w komorze z której ktoś dla hecy wypompował powietrze. To był jeden z tych rodzinnych domów, gdzie gęsta od niedomówień i kłamstw atmosfera, przylegała do człowieka tworząc pancerz tak szczelny, że żadne z tych znanych uczuć jak miłość czy serdeczność nie miały możliwości przebicia.
- Dan, to ty? - jego opiekun, jak zwykł nazywać w myślach mężczyznę, był niezadowolony z późnego powrotu.
- Tak, to ja...- odparł z niechęcią.
- Gdzie się włóczysz po nocy, na miłość boską?!
Tym razem, spóźnienie uszło mu płazem. Komórka rozdzwoniła się skoczną muzyką. Zadowolony z tego, wyjął ją z tylnej kieszeni i sprawdził, kto stał się jego wybawcą. Zastanowił go nieznany numer. Pobiegł na górę, odbierając połączenie.
- Tu Jack Zdobinsky, miałem nieodebraną rozmowę z tego numeru... hallo!!!
Miał zamęt w głowie, przez chwilę nie wierzył z kim rozmawia. Zebrał się w sobie i powiedział:
- Tato... to ja Dan. - czuł przypływ emocji, było mu na zmianę zimno i gorąco. Dłoń trzymająca aparat, drżała.
Jego rozmówca nie odzywał się.
- Tato, to ja Danny, twój syn. Porozmawiajmy, proszę.
Połączenie zostało przerwane...

Pogodzone z utratą jedynaka, małżeństwo Zdobinskych starało się żyć dalej. Teraz przez tą rozmowę, wszystko w kilka sekund się zmieniło... Znów mięli syna. To był ich syn!
Ginger słysząc co powtarza jej mąż nie mogła uwierzyć, a Jack przez kilkanaście sekund jak sekwencję modlitwy szeptał: " Danny, ty żyjesz!"
Jack ubrał się i już biegł do samochodu. Pojechał na swój posterunek. Jego koledzy nie do końca byli pewni, czy aby na pewno ich emerytowany szef rozmawiał ze swoim zaginionym dziesięć lat temu dzieckiem.
- Jack, zrobimy po mojemu. - Paul Zapatero, jego przyjaciel, był teraz nowym szefem detektywów. Miał bardzo dobrą opinię jako przełożony.
- Co masz na myśli?
- Zadzwoń do tego chłopaka i rozmawiaj z nim 3 minuty a my starym, dobrym sposobem go tobie namierzymy. OK?
- Jasne...
Stracił trochę tej pewności, która popychała go do działania. Wybrał rozmówcę i wcisnął zielony klawisz.
- Witam. Tu Jack Zdobinsky, przepraszam, że rozłączyłem się tamtym razem. Chcę ci zadać kilka pytań...
- Słucham...
- Rozumiesz chyba, że nie mogę uznać, iż rzeczywiście jesteś moim dawno porwanym synem. Pytanie pierwsze:- O co zamęczałeś mnie jako kilkulatek?
Krótkie sapnięcie, świadczące o tym, że małolat roześmiał się.
- Marzyłem o własnym szczeniaku. - padła konkretna odpowiedź.
- Co stało się mamie w twoje piąte urodziny? - był pewny kłamstwa.
- Nie rozumiem, przecież w moje piąte urodziny mama spaliła mój tort ale jej samej nic się nie stało. - głos rozmówcy brzmiał jak pretensja.
- Czy pamiętasz jak mrówki z mrowiska za naszym domem, przeniosły się do garażu a potem do kuchni? - zmyślone pytanie rozbawiło chłopaka.
- Tato, nic takiego się nie wydarzyło. Mrowisko znaleźliśmy na pikniku jak postawiłeś na nim kosz z prowiantem. Mięliśmy cały koszyk małych mrówczych robotnic.
Mężczyzna nie wytrzymał.
- Synku! Gdzie jesteś? Przyjadę po ciebie! Teraz, zaraz!
Po raz kolejny rozłączył się w trakcie rozmowy. On i jego kilku kolegów natychmiast pojechali pod namierzony adres.
W przeciągu kilkudziesięciu minut byli na miejscu. Drzwi otworzył im Danny Zdobinsky...

sobota, 19 października 2013

Krótka historia z życia... Cz: 8

10 lat później...

Szkolne boisko było puste. Mógł spokojnie zagrać w kosza i przemyśleć parę spraw. Trening zawsze pomagał mu w rozmaitych kłopotach. Na boisku wszystko wydawało się inne niż w rzeczywistości, tu nabierał do życia odpowiedniego dystansu.
Wykonał parę celnych rzutów, gdy dostrzegł szczupłą postać dziewczyny. Przystanęła i przyglądała się jak gra sam ze sobą. Jej twarz przesłaniały włosy, nadając rysom tajemniczości. Zaintrygowany osobą nieznajomej, zagadnął:
- Zagrasz?
Uśmiechnęła się i podeszła do niego, przejmując piłkę.
- Do ilu? -spytała.
- Do 15.
- OK! - roześmiała się.
Przepychankom i żartom nie było końca. Danny starał się nie dawać dziewczynie tak łatwo wygrać, ale musiał też przyznać  że gra szła jej zupełnie dobrze. W końcu nieznajoma wygrała.
- Uff...! - sapnął, odklejając koszulkę od ciała. - Dałaś mi nieźle popalić! Jak masz na imię?
- Tess. A ty?
- Danny... Danny Zdob... Harbinger...- poprawił się natychmiast. Nie lubił tego nazwiska odkąd ci ludzie wykupili go od porywaczy.
- To o tobie jest teraz głośno w naszej szkole! Zdobyłeś masę punktów na meczu z drużyną z tamtego liceum! Świetnie!
- Taa... - nie podzielał jej entuzjazmu. - Tylko nie mówmy już o tym, proszę. - był nie w humorze, że go poznała. Wiedział jakie są "fanki", na początku udają twoją przyjaciółkę, ale gdy treningi są od nich ważniejsze - mieszają cię z błotem i zostawiają. A szkoła trzęsie się od różnych plotek wyssanych z palca w zemście za "porzucenie".
- Odwieźć cię, jest już późno. - zaproponował.
- Nie, nie trzeba. Mieszkam niedaleko. Do zobaczenia w szkole, Dan! - odchodząc, pomachała mu na pożegnanie.
Wracał do domu, myśląc o tym, że powinien w końcu postawić na swoim i skontaktować się z ojcem. Przecież po tylu latach na pewno będzie chciał z nim porozmawiać .. Miał do niego tyle pytań. Wciąż myślał co się stało, że jego biologiczni rodzice pozwolili tym draniom zabrać go daleko od domu do zupełnie obcych ludzi. Ci zaś kazali mu mówić do siebie "mama" i "tata", próbując zniweczyć jego marzenia, iż przyjdzie czas, kiedy wróci do swojej prawdziwej rodziny.

piątek, 18 października 2013

Krótka historia z życia... Cz: 7

Gigner miała zostać w szpitalu na noc. Na straży pod drzwiami pokoju Danny'ego siedział już policjant. Wszystko wydawało się bezpieczne. Odjeżdżając pomachał żonie stojącej w oknie.

Kobieta była wściekła, że bez jej wiedzy odwieziono chłopca do szpitala. Bała się, że bardzo szybko policja wpadnie na ich ślad.
- Wrócicie do szpitala po chłopaka. - poleciła.
- Dobra...- burknął jeden z mężczyzn.
Black Queen już rozmawiała ze swoimi ludźmi od najgorszej roboty. Zleciła pozbycie się obu nielojalnych pracowników kiedy tylko przywiozą do niej dzieciaka. Rozłączyła się i podeszła do skrzyni z bronią.
-Weźcie tylko broń krótką. Jak będą kłopoty, nie wahajcie się jej używać  Zrozumiano?!
- Tak.

Szpital powoli przygotowywał się do nocnych przyjęć różnych przypadków. Lekarze i pielęgniarki nocnej zmiany przybywali do pracy, by za niecałą godzinę objąć stanowiska po swoich kolegach i koleżankach kończących swój pracowity dzień. Żarty i niegłośne rozmowy wypełniały obie szatnie i hol. Nagle w drzwiach pojawił się mężczyzna.
- Niech ktoś pomoże mojemu koledze! - zawołał.
Wybiegło dwóch lekarzy i pielęgniarka. Trzy strzały uświadomiły tym, którzy zostali w budynku, że właśnie zaczęły się kłopoty.
Tymczasem ten, co przyszedł trzymając broń nad głową, powiedział:
- Przyjechaliśmy tu po chłopaka, przywieźliśmy go tutaj. W której jest sali?
- Nnna...piętrze...- wyszeptała recepcjonistka. W podzięce za wiadomość, zbir posłał jej kulę w serce.
Ruszyli do pokoju dziecka. Po chwili dwa strzały dały do zrozumienia, że nie oszczędzono strażnika. Przestępcy z dzieckiem już kierowali się do wyjścia. Było po wszystkim...
Ktoś nagle uświadomił sobie, że przy chłopcu czuwała jego matka. Natychmiast polecono aby sprawdzić co z nią się stało. Żyła, choć, kula utkwiła tuż nad sercem. Liczono też, iż policjantowi uda się pomóc. Niestety, nie żył. 
Przyjechała policja a razem z nimi Jack. Był tak zrozpaczony sytuacją, że po podaniu leku uspokajającego jeden z lekarzy postanowił zatrzymać go na dobę w szpitalu.

wtorek, 15 października 2013

Krótka historia z życia... Cz: 6

- Co z nim?
- Żyje, ale musi natychmiast dostać lek wybudzający. - powiedział porywacz. Młody kierowca wpadł w panikę.
- Nie w samochodzie! Dasz mu na miejscu. Szefowa kazała nam uważać na dzieciaka. Cholera, jeszcze nigdy, nikogo nie porwałem!
"- Gdybyś nie był dobrym znajomym naszej szefowej, zabiłbym cię bez mrugnięcia okiem! Głupi nowicjusz!" - pomyślał z wściekłością.
Danny spał, odurzony lekami nasennymi. Jego serce próbowało walczyć za wszelką cenę o utrzymanie swojego rytmu. Nagle przestał oddychać.
- Młody jedź do szpitala, Dzieciak za moment wykituje mi na rękach!
- Najpierw zadzwonię do Black Queen. Musi wiedzieć, co się stało.
- Nie! Jedź, dopóki nie jest jeszcze za późno! Zaczynam go reanimować  a ty postaraj się dotrzeć do kliniki na czas.

Poszukiwania syna detektywa Jacka,nie ustawały. Mijała kolejna doba ale nie było do tego czasu żadnych efektów. Wszystko było sprawdzone, sąsiedzi przepytani a po chłopcu ślad znikł.
Każda upływająca godzina bez informacji o zaginionym była przerażająca dla państwa Zdobinskych. Kiedy ktoś z pracowników odebrał połączenie, Jack nie zwrócił na to uwagi. Sytuacja zaczynała go po prostu przerastać.
- Szefie...! Musi pan o czymś wiedzieć...
- Ja nie chcę o niczym wiedzieć! - krzyknął na niego Jack.
- W jednym ze szpitali przyjęto na oddział jakiegoś chłopaka...-powtórzył usłyszaną wiadomość mężczyzna.
- Co?! Jaki to szpital?! - z impetem wpadł na drzwi i stojąc w progu, czekał na dane kliniki, gdzie prawdopodobnie był jego syn. Kolega podał mu kartkę, wyrwał mu ją z dłoni i popędził do wozu.

- Przyjęliście tu dziecko?! - wchodząc, krzyknął do recepcjonistki szpitala. - Gdzie on jest, to może jest mój syn!!!
Młoda dziewczyna patrzyła przestraszona na zrozpaczonego detektywa. Ledwo słyszalnym głosem zapytała:
- Jak ma na nazwisko pacjent?
- Nie wiem...
- Niestety, nie potrafię pomóc, przykro mi.
- Ktoś przywiózł tu chłopca, nie wiem ile ma lat, nie mam pojęcia co mogło mu się stać, ale chcę go zobaczyć!!! - jego krzyk zwrócił uwagę kierowniczki szpitala. Podeszła do niego i zapytała:
- O co panu chodzi?
Zaczął opowiadać wszystko od początku, sądząc, że jeśli wyjaśni tej kobiecie wszystko, ona pomoże mu odnaleźć chłopca.
- Proszę pójść ze mną. -powiedziała gdy skończył.
- To ten maluch. Przyjęliśmy go dzisiaj...- wskazała mu drobne ciało na szpitalnym łóżku.
Leżał pod respiratorem, drobna twarzyczka zasłonięta była tlenową maską, ale od razu rozpoznał swojego synka. Uklęknął przy nim.
- Tatuś jest przy tobie...-wyszeptał, płacząc.
Zostawiono ich samych. Zadzwonił do Grace i usiadł na krześle obok łóżka.

niedziela, 13 października 2013

Krótka historia z życia... Cz: 5

10 lat później...

- Siostro Margaret, ta dziewczynka znów płacze. Próbowałam ją uspokoić ale na próżno. Twierdzi, że bardzo boli ją rana pooperacyjna...
Zakonnica poszła do sali gdzie przebywało dziecko. Sama też nie bardzo wiedziała co zrobić aby ulżyć małej w bólu. Zabieg jaki przeszła był bardzo skomplikowany a przed nią jeszcze wiele takich operacji.
- Jestem przy tobie maleńka...-wzięła dłoń dziewczynki. - Nie mogę cię przytulić, bo musisz leżeć spokojnie. - gładziła jej rękę.
To była pierwsza z zaplanowanych operacji. Usunięto niektóre zniekształcenia, w porozumieniu z wieloma specjalistami od chirurgii plastycznej a nawet onkologicznej. Wszystko po to, aby mieć pewność, że dane tkanki nie będą na nowo wzrastać po ich usunięciu. Do pozostałych interwencji chirurgicznych musiało upłynąć jeszcze parę lat. Twarz dziewczynki musiała być zoperowana do 20 roku życia, tak żeby jej wygląd był naturalny a blizny zostały wchłonięte. Tylko jak ta niewinna dziecina będzie w stanie znieść tyle bólu.

- Tato! - zawołał chłopiec. Jack odwrócił się i zobaczył syna jak śmieje się do niego, stojąc na drabince. Tak szybko jak mógł, podbiegł do niego. Zrobił to w tym samym momencie kiedy stopa dziecka obsunęła się ze śliskiego szczebla.
- Mam cię! - trzymał go w objęciach. - Nie możesz tak ryzykować  Oboje z mamą martwimy się o ciebie.
Grace czekała już na nich z obiadem.
- Upiekłam ciasto z morelami. Będzie na deser.
- Super! - Danny podskoczył z radości.
- Umyjcie ręce i siadajcie do stołu. - poleciła im.
Kiedy usiedli do obiadu, Jack z dumą popatrzył na Ginger i Danny'ego. Byli małżeństwem od dziewięciu lat a Dan był ich największym skarbem. Miał osiem i pół roku ale był bardzo bystry i pojętny jak na swój wiek. Nauczyciele i wychowawcy chwalili go zawsze za dobre zachowanie.
- Mamo, możemy mieć psa? - chłopiec od jakiegoś czasu, dopytywał o zwierzaka.
- A co na to twój ojciec? - uśmiechnęła się do nich.
- Co, "ojciec"? - odpowiedział pytaniem, udając nieco zaskoczonego.
- Decyzja o psiaku, należy do ciebie kochanie...- Ginger lubiła przekomarzać się z mężem. Jack mrugnął do niej porozumiewawczo.
- Pies, to obowiązki, mój mały. - zaczął tonem wykładowcy. - Doszły mnie jednak słuchy, że jesteś już na tyle duży i mądry, że dasz sobie radę z opieką nad takim zupełnie bezbronnym szczeniakiem...
- Ohh! Tato! - jego syn miał błysk w oczach na wspomnienie o własnym psie.
Jack wziął kluczyki i poszedł do samochodu. Wziął z niego kosz przewiązany dużą niebieską wstążką.
W domu już nie dał rady. Danny z takim zapałem odebrał mu swój prezent, że o mały włos by go upuścił na ziemię.
- Hej! Powoli! - zawołał za nim ojciec.
Grace, Jack i Dan klęczeli na dywanie, rozwiązując kokardę. Ostrożnie unieśli klapkę koszyka a natychmiast ukazał się mały łaciaty pyszczek owczarka australijskiego.
- Jaki on śliczny! - kobieta podniosła zwierzę i nagle parsknęła śmiechem. - To suczka!
Jack aż się zachłysnął.
- Jak to, suczka?! Prosiłem o psa! - odebrał szczenię od żony i zdumiony swoim odkryciem postawił psiaka na podłodze. Suczka jakby tylko na to czekała.
- yyy... Jack...- Grace klepnęła męża po ramieniu. - Mógłbyś iść po ścierkę?
- Ooo nie... zaczyna się!!! - podniósł się zrezygnowany z podłogi i poszedł po mopa.

Następnego dnia Ginger była zajęta przygotowaniem listy czynności dla opiekunki Danny'ego. Chłopiec z Brave bawili się w ogrodzie. Dzwonek do drzwi państwa Zdobinskych uświadomił jej, że jest już spóźniona do pracy. Wpuściła opiekunkę i wyszła do ogrodu, zawołać syna. Podbiegła do niej Brave, merdając z radości ogonem, ale Danny'ego w pobliżu nie było.
- Danny!!!
Dziewczyna, która miała się zająć chłopcem, przyłączyła się do poszukiwań. Obie były zdenerwowane. W pewnym momencie pani Zdobinsky dostrzegła niedomkniętą furtkę. Wyjęła komórkę i zadzwoniła do męża.

piątek, 11 października 2013

Krótka historia z życia... Cz: 4

Spieszył się na spotkanie. Był spóźniony pół godziny ale wiedział, że Ginger będzie na niego czekała. Znali się jeszcze ze szkoły policyjnej, i odkąd pamiętał zawsze mu się podobała. Teraz miał okazję aby pokazać jej jak bardzo. Na ostatnim oddechu dotarł do "Złotego Konia". Przez chwilę przyglądał się kobiecie zza szyby restauracji.
- Czy ja na ciebie zasługuję? -zapytał szeptem samego siebie.
Wszedł do środka.
- Wybacz, był znowu zwrot w poszukiwaniach tego kidnapera...
- Tak?
- Yhm... znaleziono go martwego, ktoś go udusił i wyrzucił ciało do rzeki.
- Ktoś dba o interesy. Z drugiej stro...
- Nie mówmy o pracy proszę! - przerwał jej. - Poruszymy ten temat jutro, dobrze?
- Tak. - była nieco zaskoczona jego zmianą tematu. Praca była także hobby Jacka, mógłby opowiadać o niej bez końca.
- Dziś mam dla ciebie niespodziankę...-przywołał kelnera i coś z nim szeptem umawiał.
Była ciekawa o czym szepczą. Po kilku minutach do ich stolika podano wino i menu. Zamówili dania.
- Mam sprawę do ciebie. - zaczął, - Czy możesz mi odpowiedzieć na pytanie? - uśmiechnął się tajemniczo.
- Słucham?
- Ginger... to znaczy,,, Grace, czy...-w kieszeni rozległa się komórka. -Przepraszam cię.
Wyciągnął telefon i odwracając się od stolika wyszeptał gniewnie:
- Czego do cholery! Nie teraz!
- Szefie, jedno z tych dzieci właśnie znaleziono na wysypisku śmieci... Ma prawdopodobnie wycięte serce. Koroner tak powiedział.
Zamarł z przerażenia. Wiedział, że oświadczyny muszą zaczekać. Rozłączył się i spojrzał na swoją niedoszłą narzeczoną.
- Co się stało?
Pokiwał ze smutkiem głową.
- Te porwane maluchy, one chyba są potrzebne porywaczom na narządy...
- Oh my God!!! Jedźmy do biura jak najszybciej!
Czar wieczoru prysł. Znów byli tylko partnerami w pracy. Marzenia by była kimś więcej zostały schowane razem z pierścionkiem w kieszeni marynarki.

wtorek, 8 października 2013

Krótka historia z życia... Cz: 3

Musiała coś zrobić z dzieckiem. Do odlotu miała trzy i pół godziny, więc poszła na zakupy do sklepów z odzieżą dziecięcą. Interesowały ją rzeczy chłopięce, wybierała takie, które miały kolory nie rzucające się w oczy i takie, które nie miały żadnych obrazków ani nadruków, by nikt nie był w stanie zwrócić na małą uwagi. Zastanowiła się nad nosidełkiem ale po przemyśleniu stwierdziła, że dziewczynka może przecież zostać rozpoznana jak tylko odwróci głowę. Wolała nie ryzykować. Zebrała wszystkie ubranka i poszła do kasy.
- I poproszę tę czapeczkę z daszkiem, jest bardzo ładna... -wrzuciła nakrycie głowy do reszty odzieży i zapłaciła.
W supermarkecie kupiła pieluchy dla dziewczynki.

- Według naszego jedynego świadka, był metysem...w średnim wieku, w czarnej, skórzanej kurtce z torbą na ramieniu...-wziął do ręki wyniki DNA z peta. Jego komputer wyszukiwał już portretu pamięciowego na podstawie danych z kodu genetycznego. W końcu na ekranie pojawił się dość długo oczekiwany zielony pasek informujący o zgodności zdjęcia z pobranymi próbkami. Drukarka natychmiast cicho zaszumiała, wypluwając portret kidnapera.
- Mam cię! - odsunął krzesło, na którym siedział tak gwałtownie, że się przewróciło. Wszyscy popatrzyli na niego zaskoczeni hałasem.
- Będę u Ginger! - krzyknął do nich i już go nie było.

- Jak ma na imię syn? - zapytała ją podczas odprawy młoda pracownica.
-Thomas. Mam tylko metrykę urodzenia, nie zdążyłam wyrobić mu paszportu, bo...
- Nie potrzeba. Poproszę metrykę i pani paszport.
W samolocie odetchnęła z ulgą. "- Jeszcze parę godzin i będziemy w domu." - pomyślała.
Przysiadła się do nich jakaś kobieta z pięcioletnią dziewczynką. Nieznajoma widząc niemowlaka, zagadnęła ją:
- Jaki słodki bobas, jak ma na imię?
- Tom...
- Przepraszam, jak?
- A co pani do tego?! -oburzyła się natręctwem tamtej. Rozejrzała się w poszukiwaniu jakiegoś wolnego miejsca.
Współpasażerka zajęła się własną pociechą. Tylko jej mina świadczyła o urażonej dumie kobiety.
Zaczepiła stewardesę, pytając czy będzie mogła przesiąść się na inne miejsce, tłumacząc, że syn ząbkuje i nie chce przeszkadzać nikomu w odpoczynku, jeśli zacznie płakać. Pokazano im miejsce przy przejściu między klasami. Dalsza podróż przebiegła bez incydentów.

niedziela, 6 października 2013

Krótka historia z życia... Cz: 2

- Szefowo, ci z Austrii chcą wziąć tę małą z dziwną twarzą. - zwrócił się do kobiety jeden z kidnaperów.
- Ile dadzą?
- No... powiedzieli, że jeśli grupa krwi będzie zgodna z grupą krwi biorcy, dadzą sześćdziesiąt tysięcy euro. - odparł mężczyzna.
- Nie! - odpowiedziała zdecydowanie.
- Sześćdziesiąt tysięcy... - powtórzył.
Nie zwracała na niego uwagi. Gdzieś na ulicy trzasnęły drzwiczki samochodu. Wyjrzał przez uchylone okno i zobaczył kolegę z czarną torbą na ramieniu.
- Snake wrócił. Ma coś dla pani. - było mu nie w smak mówienie do niej "pani". Zawsze musiał przy tym przełknąć ślinę, żeby powstrzymać się od powiedzenia na głos co o niej sądzi.
- Nie było zlecenia... Co on znowu do diabła wymyślił!
Porywacz już był w domu. Zostawił torbę w korytarzu i od razu podszedł do szefowej. Nachylił się i coś szeptem przekazał.
- Pokaż! -zerwała się z miejsca.
Oboje pochylili się nad wypchanym czymś bagażem.
- Skąd go masz? -spytała.
- Z parku. Jego matka poszła kupić coś do picia a ja wtedy...
Chłopiec spał. Był bardzo ładnym dzieckiem i można było za niego utargować dużo kasy. Nagle coś zobaczyła, odwinęła rękawek sweterka i jej oczom ukazało się ciemne znamię na wewnętrznej krawędzi dłoni. Zaczynało się zaraz pod małym palcem a kończyło równo z nadgarstkiem. Wglądało jak świeżo zagojona rana, gdyby nie fakt, iż nie odgraniczało się od naskórka.
- Jesteś CYMBAŁ!!! - wrzasnęła, uderzając go w głowę. - Patrz co on ma na ręce!
Zajrzał do dziecka i zaskoczony odwrócił się do szefowej. Dała mu w twarz.
Wyciągnęła niemowlaka i ułożyła w ostatnim wolnym łóżeczku.

- Czy były jakieś żądania okupów? - zaczepił swojego podwładnego.
- Niestety szefie, nikt nie dzwonił do obu rodzin.
Poklepał go po ramieniu i zamyślony poszedł do swojego biura. Podniósł słuchawkę i odezwał się:
- Ginger? Wiadomo coś o tych porwaniach? Ci z gazet zeżrą mnie żywcem, jeżeli nie będę miał dla nich czegoś co ich zainteresuje... - wciągnął powietrze przez nos, wydychając ustami. Poczuł jak ustaje skurcz w mięśniach. Po drugiej stronie jego rozmówczyni powiedziała:
- Tak.
- Uff... Uratowałaś mi tyłek. - uśmiechnął się do siebie. - Prześlij mi to na mój e-mail, ok?
- Jasne! yyy... Jack? - zapytała niepewnie.
- No co tam? - lubiła jak tak się do niej zwracał.
- To co mówiłeś o spotkaniu, jest aktualne?
- Co? - nie zrozumiał. Musiało mu wylecieć z pamięci o czym rozmawiali parę dni temu. W słuchawce słychać było oddech Ginger.
- Przypomnij mi tylko gdzie się umówiliśmy, zgoda? Przez tych kidnaperów mam teraz zbyt wiele na głowie.
- Restauracja " Złoty Koń"... Jack... na 19:30.
- Dziś? - spłoszył się. - Ale, dzisiaj mamy masę roboty! - uprzedził jej odpowiedź.
- Nie, nie dziś. Jesteśmy umówieni na weekend - dokładniej w sobotę. Do zobaczenia. - rozłączyła się.
Światełko na aparacie stojącym na biurku migało od kilku minut. Zbliżył słuchawkę do ucha.
- Tak?
- Było nowe porwanie! W parku z wózka wyciągnięto chłopca, ma cztery miesiące. Jego niańka i rysopis już są na komendzie. Szefie, psy podjęły ślad i poprowadziły przewodników aż do końca przecznicy, tam znaleziono niedopałek papierosa, trop się urwał, widać facet wsiadł do samochodu. Już się tym zajęliśmy.
- Oh...! My father! - przeczesał nerwowo krótkie włosy. - Zaczynam mieć tego wszystkiego dość! Prześlij mi wszystko na temat DNA tego sukinsyna! - słuchawka trzasnęła o widełki. Chodził chwilę tam i z powrotem, nie mogąc zebrać myśli. Ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę!
- Mamy tą opiekunkę... Twierdzi, że nie wróci do rodziny dzieciaka, bo ją ten ojciec zabije. Chłopak był oczkiem w głowie tatusia!
Zapiął marynarkę i poprawił zmierzwione uczesanie. Poszedł za współpracownikiem.
Faktycznie, dziewczyna była w kiepskiej formie psychicznej. Zapuchnięte od ciągłego płaczu oczy, straszyły czarnym, rozmazanym tuszem do rzęs, widział jak trzęsącymi się dłońmi próbowała poprawić włosy i ubranie. Odruchowo podał jej paczkę chusteczek higienicznych, wskazując dyskretnie palcem na oczy. Przeprosiła go i poszła do toalety aby trochę ogarnąć swój wygląd. Wróciła po parunastu minutach. Zaczęła się zwykła procedura przesłuchania świadka.

- Przygotujcie na dzisiejszy wieczór trójkę smarkaczy, dwóch chłopaków i tą brzydką. - zarządziła szefowa.
- Przyniosę co trzeba. - Snake poszedł po pieluchy i nową odzież na przebranie dzieci.
***
W dawno zamkniętym zakładzie mięsnym trwała licytacja. Trzy grupy różnych narodowości, próbowały się nawzajem przebić w oferowaniu sum pieniędzy za żywy towar. Nie byli zaskoczeni widząc twarz jednego z niemowląt i "oznaczoną" rękę czteromiesięcznego chłopca. To był dla nich tylko przedmiot transakcji, wygląd nie miał tu nic do rzeczy.
- Six thousand dollar for a girl! - zawołała jakaś młoda kobieta. Natychmiast zawtórował jej mężczyzna:
- Ich werde für die Kleinen 40.000 € geben!
Zaczęto się przekrzykiwać. Przez moment nie można było rozróżnić kto ile oferuje. Pozostali uczestnicy musieli zaprzestać swoich licytacji.
- I give two hundred fifty thousand U.S. dollars! - już wyciągnęła książeczkę czekową, gotowa wpisać podaną kwotę. Jej konkurent widząc z jaką desperacją chce dostać dziecko, odpuścił. Zainteresował się podbijaniem cen na dwoje pozostałych maluchów.
Szefowa kidnaperów podeszła do przyszłej właścicielki dziewczynki. Odebrała bez słowa czek, wręczając jej dużą, czarną torbę...

piątek, 4 października 2013

Krótka historia z życia... Cz: 1

"-Jak podają pewne źródła,kobieta została napadnięta, kiedy wracała do domu z wizyty u krewnych ze swoją czteromiesięczną córką. Napastnicy ogłuszyli matkę, następnie uprowadzili dziecko. Oto opis niemowlęcia..."
Wyłączyła odbiornik. Przetarła twarz dłonią i usiadła w fotelu na przeciw okna. Towarzyszący jej policjanci nie odzywali się, byli skupieni na telefonach. Wszyscy mięli nadzieję, że porwanie było ukierunkowane na wysoki okup.
- Jak długo mam czekać na telefon od porywaczy? - odezwała się młoda matka.
Detektyw Jack Zdobinsky zerknął na zegarek, była 18:45.
- Od porwania upłynęło półtorej doby, kidnaperzy czasami specjalnie zwlekają z telefonem do rodziny ofiary... To może potrwać.
- Przecież wszystkie media podają, że moja córka jest niepełnosprawna, musi mieć odpowiednią opiekę, ona... - rozpacz zmieniła się w atak histerii. Dziewczynę musiał zobaczyć lekarz. Zawołano karetkę.
Melodia z jakiegoś filmu rozległa się w pokoju, dźwięk dobiegał wyraźnie z kieszeni jeans'ów Zdobinskiego. Odebrał komórkę w kuchni. Po kilkunastu minutach rozmowy, wrócił i prawie krzyknął do swoich kolegów:
- Zbierać się panowie! Obawiam się, że ci, którzy zabierają dzieciaki ich rodzicom, nie są fanami "Domowego przedszkola"... - patrzył na śpiącą, kiedy policjanci tłoczyli się przy drzwiach wyjściowych. Wykonał telefon do swojego przełożonego i upewniwszy się, że ktoś do niej przyjedzie, wyszedł z domu.

Dzieci spały w łóżeczkach po dwoje. Dwóch mężczyzn i kobieta, zamaskowani i ubrani na czarno weszli do pomieszczenia. Torba podróżna, którą trzymał jeden z nich poruszała się i kwiliła cicho. Postawiono ją na ziemi i kobieta rozsunęła zamek. Dziecko patrzyło na nieznajomą twarz, wyciągając rączki.
- Połóżcie go z tą brzydką, będzie mu weselej. Może nie wystraszy się takiej zniekształconej gęby! - porywacz miał dobry humor. Starsza kobieta bez żadnych ceregieli uderzyła go w twarz.
- Ty też za chwilę będziesz wyglądał jak ona, jeśli się nie przestaniesz szczerzyć ! - krzyknęła na niego.
Jego kumpel ułożył porwanego przed godziną niemowlaka w łóżeczku gdzie już leżała dziewczynka.
- Ta akurat nie była w planach... - powiedział, patrząc na zniekształcone chorobą rysy twarzy dziecka. - Co z nią będzie szefowo? Można zrobić  tak, jak trąbią w telewizji - dostaniemy za małą kupę kasy! - zatarł ręce na myśl o grubym pliku banknotów.
Kierująca, trudniącą się porwaniami dzieci szajką, kobieta miała nie mały problem. Uprowadzenia wykonywano na specjalne zlecenia z różnych państw a ofiary były sprzedawane różnym instytucjom na terenie niemal całej Europy i Azji. Ich los też był różny. Ta mała była "wybrakowana", potrzebowała wielu zabiegów, by w przyszłości wyglądała w miarę "przyzwoicie". Nikt raczej nie weźmie jej do adopcji, nie ludzie, którzy mają forsę zamiast mózgów. Chyba, że zawiadomią transplantologię o świeżych organach na sprzedaż...
"- Tak... To będzie o wiele lepszy interes, niż oddać ją matce za marne parę tysięcy..." - uśmiechnęła się na ten pomysł.

środa, 2 października 2013

OBCY cz:13


W domu.

-Byliśmy już tak blisko nie uważasz? -zapytał swoją koleżankę Crocery.
Nina w zamyśleniu gładziła głowę śpiącego obok niej nastolatka. Samochód toczył się po równej nawierzchni jezdni, rozmowa nie kleiła się. Oboje zawiedzeni takim niepowodzeniem, zdawali sobie sprawę z tego, że wina leżała tylko i wyłącznie po stronie wieku chłopca. Gdyby znaleziono go zaraz po porzuceniu w dziczy, nie spotkałby na swej drodze zastępczej opiekunki w postaci tygrysicy. Te, piętnaście lat, które spędził z dzikimi zwierzętami, sprawiło, że pomimo usilnych starań obojga naukowców, Xiǎo Zhǎo uczynił coś, co wkluczało go ze społeczności ludzkiej.

Ciepły dzień zachęcił Ninę by wyjść gdzieś na długi spacer z podopiecznym. Sebastian był w tym czasie na wyjeździe i mogli pobyć razem jeden dzień. Poleciła Małemu by się ubrał i sama zarzuciwszy na ramiona cienki sweter, wyszła z nim na podwórze. Poszli do dużego parku gdzie już nie raz spacerowali. Zhǎo biegał wszędzie, dla zabawy płosząc ptaki lub chlapiąc się w wodzie fontanny, łapał złote rybki w dłonie i po chwili je wypuszczał. Wchodził na wąski murek ogradzający park i balansując jak akrobata, chodził po nim nie wyciągając nawet rąk na boki by zachować równowagę. Niekiedy dzieci zachwycone jego umiejętnością wskazywały go sobie palcami , obserwując te popisy na dość sporej wysokości. Jego ulubionym zajęciem było zabawianie dzieci na karuzeli. Kręcił je z takim zapamiętaniem, że trudno było go zawołać by wracał do domu. Maluchy też go za to lubiły, zaprzyjaźnił się także z jedną z dziewczynek.
Miała na imię Rosa, na oko mogła mieć dwanaście lat, zawsze była w towarzystwie dużego psa. Nina dowiedziała się gdzie dziewczyna mieszka i odwiedziła ją w domu. Tam dowiedziała się, że Rosa jest niedowidząca a jej potężny przyjaciel jest psem przewodnikiem i ma na imię Azul.
Pazur dostrzegł swoją przyjaciółkę i bez pytania pobiegł do niej. Tancy także poszła w tamtym kierunku. Zobaczyła jak nastolatek klęcząc wtula twarz w futro Azula i jak pies okręca się z radości pod takim uczuciowym powitaniem.
"-Zuch chłopak!" -pochwaliła go w myślach Nina. "-Teraz już wiesz, że pies może być przyjacielem..." Usiadła na ławce patrząc z przyjemnością na trójkę przyjaciół.

-Azul mówi, że ty dzisiaj smutny...-odezwał się do dziewczyny.
Nie poprawiła go, wiedziała od jego opiekunki, że wciąż uczy się prawidłowo mówić. Przy niej mógł być sobą.
-Powiedział to tobie? -zdziwiła się. -Jak?
Wpatrywał się w psa, nie umiał tego wytłumaczyć. Azul podczas przywitania nie był tak radosny jak kiedyś a on zobaczył smutek na twarzy koleżanki i zrozumiał o co chodzi. Tak porozumiewają się zwierzęta.
-Xiǎo nie wiem...-odpowiedział ze szczerością. -Ja i Azul wie, ty masz smutna. -zakończył wypowiedź szeptem.
-Aha...Nie martw się, nie jestem smutna. -spróbowała uśmiechnąć się przy tych słowach ale nie było to łatwe.
Dostrzegł starszego wyrostka, który szybko podszedł do nich, Rosa drgnęła słysząc jego głos:
-Wynoś się stąd zboczeńcu! -powiedział półgłosem, wprost do ucha Małego.
Zhǎo i Azul warknęli jak na komendę. Typ spłoszył się ale nie odstępował.
-Myślisz, że mnie nastraszysz tym charczeniem, co? Nie potrafisz nic innego?
-Odejdź proszę. -wtrąciła się dziewczyna.
Odepchnął ją co rozzłościło psa, spróbował zębami chwycić tamtego za nogę. W ręce obcego błysnął nóż sprężynowy. Xiǎo Zhǎo zareagował natychmiast...
Nina już wzywała policję i pogotowie. Nie uszło jej uwagi całe zajście, chociaż nie spodziewała się takiego zakończenia. Chłopak leżał na ziemi, nie żył. Mały Pazur ugodził go śmiertelnie jego własnym ostrzem.

Po wszystkich sprawach sądowych, wielu badaniach i innych, tak bardzo potrzebnych ludziom zapisków w dokumentach, Tancy i Crocery udało się przekonać władze, iż lepsze od więzienia będzie dla ich młodego podopiecznego, uznanie za niezdolnego do życia w społeczności ludzi i pozwolić mu zamieszkać na stałe z dala od ich aglomeracji. Zdobyli odpowiednie zezwolenia i mogli bez przeszkód zabrać swego chłopaka z powrotem do jego dawnego domu.

-Xiǎo...-obudziła go.
Przetarł oczy, zachęcony wysiadł z samochodu i aż przysiadł ze zdziwienia.
-Nina?
-Tak Mały! -zawołał wesoło Sebastian. -Tam dalej jest ścieżka do twojego domu! Odprowadzimy cię jeśli chcesz.
Zaczął, najpierw niepewnie, potem coraz szybciej pozbywać się ubrań. Przy spodenkach powstrzymał się, spojrzał na oboje.
-Jak uważasz...-powiedziała Tancy.
Chwila namysłu i ta część stroju została na ciele. Uśmiechnęli się do niego.
-Jesteś bardzo mądry. -pochwalił go Crocery.
-Sebastian, może zostawmy mu telefon...zna się na nich nie gorzej niż jego rówieśnicy. Zostaniemy tu przecież jeszcze jakiś czas...-Tancy patrzyła na nich czekając na odpowiedź.
Mężczyzna zagadnął chłopaka:
-Chcesz od nas komórkę i jakieś potrzebne drobiazgi?
-Nóż...-odrzekł Zhǎo.
Nina sięgnęła po niewielką sakwę podróżną, otworzyła ją i pokazała wnętrze obu. Zaglądnęli do niej a Mały zachwycony wyciągnął z niej nowy sztylet, podobny do tego, który zgubił. Były tam jeszcze zapałki, apteczka, nawet latarka i komórka... Oddała mu wszystkie przedmioty. Wziął je i pozwolił odprowadzić się do skraju lasu gdzie zaczynało się dawne terytorium jego przybranej matki. Pożegnali go i wrócili do samochodu.
-Poradzi sobie prawda? -Tancy ukradkiem otarła łzy.
-Tak...-dziwnym, przeciągłym tonem odparł jej kolega. On też czuł ucisk w gardle. -Jestem pewny, że będzie świetnym traperem gdy dorośnie!
-Tak? -zapytała zaskoczona Nina.
-Ja o tym po prostu wiem! -ukrywając wzruszenie, powiedział głośno Sebastian.

Koniec.

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...