日本 Nihon 東京 Tōkyō Rok 1999
Podszedł do grupy mężczyzn.Bał się ich reakcji,nie był przecież przemysłowcem ani też nie należał do żadnej innej grupy.Był tylko rybakiem.
Oczywiście,nigdy nie przyznałby się przed samym sobą,że do tych,ubranych w eleganckie garnitury ludzi,przywiodła go chciwość...
Odkąd zobaczył starą monetę na szyi tamtego chłystka,srebrzysty blask przedmiotu,spędzał mu sen z powiek.Musiał ją zdobyć za wszelką cenę!Posiadanie tak drogocennej rzeczy,znaczyło opływanie w dostatki do końca życia.
-Czego tu?!-zaczepił go pierwszy z brzegu mężczyzna,odruchowo odsłaniając kaburę.
-Konbanawa! (jap: dobry wieczór) Mam interes do panów...-jąkał się ze strachu.
-Jaki znów interes?Jesteś gliniarzem,czy ich szpiclem?Gadaj!-inny ze zgromadzonych uderzył starca w twarz tak,że upadł.Miał zamiar kopnąć leżącego,ale dwaj jego koledzy powstrzymali go.
-Dosyć!Tak na prawdę nie wiemy kim jest ten dziad i o co mu chodzi z interesem.Nie wygląda mi na glinę...śmierdzi szlamem i rybami na kilometr...zostaw go!-jeden z nich dźwignął na nogi powalonego ciosem człowieka.
-A teraz mów z czym przychodzisz?-zapytał ten,który sięgnął na powitanie po broń.
Starzec wytarł usta z krwi i z przerażeniem zdał sobie sprawę,w co się właśnie wplątał.
"-Co ja zrobiłem...!"-przemknęło mu przez myśl."-Zabiją mnie,jeśli teraz skłamię,że nic nie mam im do zaoferowania!"
-Odgryzłeś sobie język starcze?!-facet,który go zaatakował,tracił znów cierpliwość.-Mówię wam to jakiś czub albo wtyka glin!-zamierzył się do uderzenia.
-Zostaw!-powstrzymał agresora ten sam,który pomógł rybakowi się podnieść.-Wystraszyłeś go!Ale mam sposób,żeby ze strachu wszystko nam wyśpiewał...-przytknął starcowi broń do skroni:-No dalej,co chcesz nam zaproponować?-wyszczerzył się w uśmiechu.
-Jest taki przedmiot,na którym mi bardzo zależy...to prawdziwe srebro,warte masę forsy...-wyrzucił z siebie jednym tchem staruszek.
-Ha! Jak srebro może być tyle warte?-zaśmiał się któryś.
-Mówię prawdę!Wartość ma,bo to najstarsza japońska moneta ze srebra...każdy co zna się na pieniądzach,wiedziałby ile może kosztować na czarnym rynku...-dokończył rybak.
-A co my mamy do tego?Czemu nam to mówisz?
-Bo...chciałem kogoś z was wynająć,żeby zdobył dla mnie tą monetę a ja podzieliłbym się forsą po jej sprzedaży...-nerwy mu nie wytrzymały i rozpłakał się.
Tamci spojrzeli po sobie i roześmiali się.Facet mierzący z pistoletu,schował go i odszedł do samochodu,dwóch pozostałych,poszło za nim.
-Gdzie i kto ma ten pieniądz?-zawołał jeszcze,nim wsiadł.
-Chłopak o imieniu Mumei.-odpowiedział stary rybak,ocierając zapłakaną twarz.Nie widział,że pytający go mężczyzna,właśnie wymierzył do niego po raz drugi.
środa, 31 lipca 2013
niedziela, 28 lipca 2013
無名 Mumei. cz:15.
日本 Nihon 東京 Tōkyō Rok 1999
Obudziłem się i nie bardzo wiedziałem gdzie jestem.Dopiero po kilku sekundach,już zupełnie świadomy,przypomniałem sobie,że wynająłem pokój w najtańszym hotelu.Fakt,że miałem jakąś gotówkę,nie oznaczał u mnie wydawania jej na prawo i lewo.Przynajmniej wyspałem się w czystej pościeli i miałem dostęp do prysznica...Tylko dla siebie!
Przebrałem się w czyste rzeczy,spojrzałem na zegarek i najszybciej jak tylko to było możliwe pobiegłem na posterunek policji.
-Gdzie znajdę detektywa Ryutaro Tekanabo?-zapytałem dyżurnego.
-Pan Mumei?Detektyw kazał poczekać na siebie w jego biurze,pokój numer 4.To środkowe drzwi po prawej stronie.-wskazał kierunek.
W środku nikogo nie było.Usiadłem na ławce przy drzwiach.Kilkadziesiąt metrów kwadratowych pomieszczenia,było urządzone na wzór dojo (jap.:miejsce ćwiczeń np: sztuk walki).Na ścianach wisiały tylko najważniejsze zdjęcia i flaga narodowa.Po mojej prawej stronie,na przeciw mnie stał w specjalnej niszy,jak na ołtarzu katana-kake a na nim daisho -dwa miecze: katana i wakizashi.Podszedłem do nich.Wyglądały pięknie.Przypomniały mi się czasy,kiedy byłem uczniem jednego płatnerza.
Był rok 1860.Samuraje szukali dobrych płatnerzy,więc poszukałem sobie nauczyciela,nazywał się Omoru Itaka.Pokazał mi,nie tylko jak wykonywać najlepsze miecze,ale też uczył mnie władać tym orężem.Nocami uczyłem się techniki Iaijitsu.Kodeks Wojownika musiałem sobie przyswoić w miesiąc.Sensei (jap.: nauczyciel) Itaka-san był dla mnie jak ojciec.Poznał moją tajemnicę i nie wypędził mnie ze swego domu.Po jego śmierci nikogo już nie obdarzyłem takim zaufaniem.
-Jesteś!Spóźnianie się do pracy masz chyba we krwi,co?-Tekanabo taszczył pod pachą jakieś segregatory a w rękach trzymał swój obiad.Odebrałem mu styropianowy pojemnik i postawiłem na biurku,chwyciłem jedną dokumentację,która niesfornie wysunęła się z uścisku mężczyzny.
-Dzięki!
-Co tu masz?-popatrzyłem na okładkę ale nie była opisana,tylko miała numer kolejności.
-To zdjęcia i portrety pamięciowe różnych typków.-detektyw wreszcie usiadł za biurkiem,otworzył jeden zbiór.Pokazały się gęby ludzi,których nie chciałbym spotkać na drodze.
-Po co nam to?-spytałem.
-Chcę ci kogoś pokazać...-włożył dłoń w zaznaczone cienkim kawałkiem papieru miejsce między stronami i przerzucił spory plik zafoliowanych kartek.-Patrz i zapamiętaj każdą adnotacją na jego temat.-wskazał jednego z wielu więźniów.
Poznałem nieproszonego gościa,który wtargnął do mojego domu.Data jego śmierci widniała,podkreślona na czerwono.
-1979..."kara śmierci za brutalne zamordowanie dwóch kobiet..."- "-czyżbym coś pomylił"pomyślałem.
-Coś nie pasuje?-Ryutaro patrzył na mnie i uśmiechał się.-To może to-plik fotek z Polaroid'a plasnął na blat -...odświeży ci nieco wspomnienia!-dokończył pochylając się do przodu,żeby też móc oglądać.
-To ten sam człowiek?To jest to,o czym mi mówiłeś...-zdumiałem się.
-A już byłem prawie pewny,że zaprzeczysz sam sobie,twierdząc,że to niemożliwe!O przywidzeniu się nie ma mowy!Ani o tym,że ktoś zrobił sobie operację plastyczną,bo spodobała mu się jego facjata.To wynik DNA,wszystko,absolutnie wszystko daje jednakowy wynik!Ten tu-wrócił do segregatora-...i tu...-położył zdjęcie na otwartej stronie-To ten sam drań.
Detektyw zaczął chodzić nerwowo po biurze.Wróciłem do oglądania portretów.Przy odwracaniu,którejś z kartek,nagle mignęło mi inne,jakoś znajome oblicze.
-Ooo nie...następny...-odchyliłem się na oparcie.-Co to,Helloween?!
-Jak, "następny"?Co znalazłeś?-mój kompan podszedł i zajrzał w kartotekę.-Który to?
Ta sama czapka z daszkiem,ubranie.Twarz też,tylko znów czerwony kolor pod postacią."1968 kara śmierci za gwałt i zabójstwo nieletniego chłopca".
-To ten...-pokazałem palcem.-Napadł mnie w metrze.Nie dałem mu się,został w pociągu a ja zwiałem.
-Poczekaj tu,muszę nadać komunikat i powiedzieć chłopakom,żeby zaczekali na odbitki zdjęcia tego mordercy.
Wyszedł.Otworzyłem drugi segregator.Tu też było mnóstwo fotografii.Pod niektórymi były czerwone znaczenia.Zacząłem im się uważniej przyglądać.Daty kar śmierci,a mi wydawało się,że przez te wszystkie lata,w których żyłem,widziałem tych zmarłych jako żywych.Niektórych sam pozbawiałem życia ale nie sądziłem,że oni byli martwi wcześniej...
"Mój wyjazd odłożę na później.Teraz muszę zająć się tą sprawą i dowiedzieć się kto za tym wszystkim stoi!"
Obudziłem się i nie bardzo wiedziałem gdzie jestem.Dopiero po kilku sekundach,już zupełnie świadomy,przypomniałem sobie,że wynająłem pokój w najtańszym hotelu.Fakt,że miałem jakąś gotówkę,nie oznaczał u mnie wydawania jej na prawo i lewo.Przynajmniej wyspałem się w czystej pościeli i miałem dostęp do prysznica...Tylko dla siebie!
Przebrałem się w czyste rzeczy,spojrzałem na zegarek i najszybciej jak tylko to było możliwe pobiegłem na posterunek policji.
-Gdzie znajdę detektywa Ryutaro Tekanabo?-zapytałem dyżurnego.
-Pan Mumei?Detektyw kazał poczekać na siebie w jego biurze,pokój numer 4.To środkowe drzwi po prawej stronie.-wskazał kierunek.
W środku nikogo nie było.Usiadłem na ławce przy drzwiach.Kilkadziesiąt metrów kwadratowych pomieszczenia,było urządzone na wzór dojo (jap.:miejsce ćwiczeń np: sztuk walki).Na ścianach wisiały tylko najważniejsze zdjęcia i flaga narodowa.Po mojej prawej stronie,na przeciw mnie stał w specjalnej niszy,jak na ołtarzu katana-kake a na nim daisho -dwa miecze: katana i wakizashi.Podszedłem do nich.Wyglądały pięknie.Przypomniały mi się czasy,kiedy byłem uczniem jednego płatnerza.
Był rok 1860.Samuraje szukali dobrych płatnerzy,więc poszukałem sobie nauczyciela,nazywał się Omoru Itaka.Pokazał mi,nie tylko jak wykonywać najlepsze miecze,ale też uczył mnie władać tym orężem.Nocami uczyłem się techniki Iaijitsu.Kodeks Wojownika musiałem sobie przyswoić w miesiąc.Sensei (jap.: nauczyciel) Itaka-san był dla mnie jak ojciec.Poznał moją tajemnicę i nie wypędził mnie ze swego domu.Po jego śmierci nikogo już nie obdarzyłem takim zaufaniem.
-Jesteś!Spóźnianie się do pracy masz chyba we krwi,co?-Tekanabo taszczył pod pachą jakieś segregatory a w rękach trzymał swój obiad.Odebrałem mu styropianowy pojemnik i postawiłem na biurku,chwyciłem jedną dokumentację,która niesfornie wysunęła się z uścisku mężczyzny.
-Dzięki!
-Co tu masz?-popatrzyłem na okładkę ale nie była opisana,tylko miała numer kolejności.
-To zdjęcia i portrety pamięciowe różnych typków.-detektyw wreszcie usiadł za biurkiem,otworzył jeden zbiór.Pokazały się gęby ludzi,których nie chciałbym spotkać na drodze.
-Po co nam to?-spytałem.
-Chcę ci kogoś pokazać...-włożył dłoń w zaznaczone cienkim kawałkiem papieru miejsce między stronami i przerzucił spory plik zafoliowanych kartek.-Patrz i zapamiętaj każdą adnotacją na jego temat.-wskazał jednego z wielu więźniów.
Poznałem nieproszonego gościa,który wtargnął do mojego domu.Data jego śmierci widniała,podkreślona na czerwono.
-1979..."kara śmierci za brutalne zamordowanie dwóch kobiet..."- "-czyżbym coś pomylił"pomyślałem.
-Coś nie pasuje?-Ryutaro patrzył na mnie i uśmiechał się.-To może to-plik fotek z Polaroid'a plasnął na blat -...odświeży ci nieco wspomnienia!-dokończył pochylając się do przodu,żeby też móc oglądać.
-To ten sam człowiek?To jest to,o czym mi mówiłeś...-zdumiałem się.
-A już byłem prawie pewny,że zaprzeczysz sam sobie,twierdząc,że to niemożliwe!O przywidzeniu się nie ma mowy!Ani o tym,że ktoś zrobił sobie operację plastyczną,bo spodobała mu się jego facjata.To wynik DNA,wszystko,absolutnie wszystko daje jednakowy wynik!Ten tu-wrócił do segregatora-...i tu...-położył zdjęcie na otwartej stronie-To ten sam drań.
Detektyw zaczął chodzić nerwowo po biurze.Wróciłem do oglądania portretów.Przy odwracaniu,którejś z kartek,nagle mignęło mi inne,jakoś znajome oblicze.
-Ooo nie...następny...-odchyliłem się na oparcie.-Co to,Helloween?!
-Jak, "następny"?Co znalazłeś?-mój kompan podszedł i zajrzał w kartotekę.-Który to?
Ta sama czapka z daszkiem,ubranie.Twarz też,tylko znów czerwony kolor pod postacią."1968 kara śmierci za gwałt i zabójstwo nieletniego chłopca".
-To ten...-pokazałem palcem.-Napadł mnie w metrze.Nie dałem mu się,został w pociągu a ja zwiałem.
-Poczekaj tu,muszę nadać komunikat i powiedzieć chłopakom,żeby zaczekali na odbitki zdjęcia tego mordercy.
Wyszedł.Otworzyłem drugi segregator.Tu też było mnóstwo fotografii.Pod niektórymi były czerwone znaczenia.Zacząłem im się uważniej przyglądać.Daty kar śmierci,a mi wydawało się,że przez te wszystkie lata,w których żyłem,widziałem tych zmarłych jako żywych.Niektórych sam pozbawiałem życia ale nie sądziłem,że oni byli martwi wcześniej...
"Mój wyjazd odłożę na później.Teraz muszę zająć się tą sprawą i dowiedzieć się kto za tym wszystkim stoi!"
sobota, 27 lipca 2013
無名 Mumei. cz:14.
日本 Nihon 東京 Tōkyō Rok 1999
Nie miałem nic do stracenia.Emiko nie żyła,policja zbierała zeznania świadków i oglądała nagrania z kamer.Wróciłem do mieszkania po swoje rzeczy.
Forsa leżała,jak ją zostawiłem.Pozbierałem wszystkie drobiazgi i ubrania,spakowałem do plecaka i już miałem wychodzić,gdy bezszelestnie wsunęła się do pokoju niewidoma staruszka.
-Ohayō! (jap.:dzień dobry)-powitałem ją.
Skłoniła się.
-Przepraszam,że nachodzę ale to co się wydarzyło,bardzo mnie wyprowadziło z równowagi.Czy wie pan może kogo zastrzelili?-zapytała.
Podszedłem do niej,podprowadziłem do krzesła.Usiadła,skupiona i cicha.Zakrzątnąłem się przy zaparzaniu herbaty.Nie chciałem jej jeszcze bardziej niepokoić swoim opowiadaniem.Milczałem uparcie,aż sąsiadka lekko zniecierpliwiona poruszyła się na swoim miejscu.
-Mumei-san...czy wszystko w porządku?
-Tak.Przygotowuję dla nas herbatę.-uspokoiłem kobietę.-Nie wiem kto kogo zabił...-zacząłem zmyślać na poczekaniu jakieś odpowiedzi.-Może gangi miały porachunki?
-A czy ta dziewczyna zdążyła oddalić się,za nim to wszystko się stało?-zaniepokoiła się nagle.-Była tu u pana,rozmawialiście...nie podsłuchiwałam ale rozmowy były głośne a ja akurat przechodziłam korytarzem...-zawstydziła się.
-Ależ oczywiście!Podałem do stołu,proszę to pani filiżanka.-delikatnie stuknąłem palcem naczynie.Wystarczyło,aby niewidoma wiedziała gdzie je postawiłem.Wyciągnęła rękę i od razu jej spracowana dłoń trafiła na ciepłą filiżankę.
-Arigatō.(jap.: dziękuję)-upiła nieco i odstawiła.
-Mogę panią zapewnić,że mojej znajomej nic złego się nie stało!-kolejne kłamstwo przeszło bez odpowiedzi.-Chcę się z panią pożegnać.Wyjeżdżam.-dodałem.
-Już się nie zobaczymy...-szepnęła.-Niech pan odnajdzie wewnętrzny spokój Mumei...prześladujące pana demony,wtedy odejdą na zawsze.-wstała,podeszła do mnie i przytuliła.-Życzę ci powodzenia.-wyszła,zamykając za sobą drzwi.
W metrze było prawie pusto.Jakiś facet w baseballówce czytał gazetę,w końcu przedziału.Usiadłem tak,żeby mieć go na oku.On też zerkał na mnie z nad lektury.Nie miał przy sobie nic,co mogło by świadczyć,że wraca,na przykład z pracy,czy do pracy.Żadnych zakupów czy choćby jakiegoś innego bagażu.Przestałem zwracać na niego uwagę,bo przez to gapienie się na siebie i ocenianie,mogłem wplątać się w nowe kłopoty.
-Przepraszam?!Czy,ty przypadkiem nie jesteś Mumei?-stanął nade mną,przyglądając się uważniej.
-A kto pyta?-zagadnąłem.
Odpowiedź była taka,że zostałem uniesiony z miejsca za koszulkę.
-TO TY!!!-ryknął mi w twarz.
Cios,jaki oberwał ode mnie w głowę za swoją zuchwałość,powinien był go ogłuszyć. Powinien,ale tamten odrzucił mnie na środek przejścia.Podniósł gardę.
-Dalej,rusz się!-wrzasnął.
Nim rozpoczęliśmy,zdążyłem ocenić nieznajomego.Zwróciłem uwagę na sylwetkę,postawę jaką przyjął,i wykalkulowałem,że według słusznego wzrostu i długich nóg,ciosy będą wykonywane przede wszystkim nimi.Tak też się stało.
Zablokowałem dwa pierwsze,kontrując uderzeniem w mostek a następnie celując łokciem prosto w podbródek agresora.Zamiast zostawić mnie w spokoju,natarł ponownie.Padłem przed nim na plecy,udaremniając tym samym chwyt za ubranie i jak tylko pochylił się,żeby po mnie sięgnąć,zarobił potężnego kopniaka w krocze.Wyskoczyłem na najbliższej stacji,zostawiając go w pociągu.
"-Kto to mógł być?"-zastanowiłem się."-Niczego nie żądał oprócz walki...A może właśnie chciał tego,co wszyscy pozostali - Smoczego Medalionu!Na pewno!Ciekaw jestem tylko,kto mi robi taką reklamę na ten talizman i zna jego moc? Nie wiem,ale się dowiem!"
Czekałem na Ryutaro ponad 3 godziny.Chciałem się z nim widzieć,gdyż wszystkie te wydarzenia,których byłem świadkiem nie dawały mi spokoju.
W końcu wyszedł,w towarzystwie innych policjantów,rozmawiając o czymś.Zobaczył mnie i pożegnał się z grupą.Podszedł do mnie szybko.
-Chciałeś mi o czymś powiedzieć?-rzucił.-Chodźmy do mnie,tam będziemy mogli spokojnie pogadać.-wsiedliśmy do jego toyoty i pojechaliśmy się do centrum miasta.
Dom Tekanabo był jakby skryty w ogromnym,przepięknym ogrodzie.Ulokowany w środku metropolii,nie był jej częścią,stanowił raczej oazę na pustyni.
-Stać cię z pensji na taki luksus?-wyrwało mi się.W ramach przeprosin,uśmiechnąłem się. Detektyw nie zwrócił uwagi na moje niemądre pytanie.Przyniósł nam napoje i wróciliśmy na zewnątrz do małej altanki za domem.
-Co masz dla mnie?-spytał.
-A ty?Barmanka nie żyje,więc wyjaśnij mi,czego nie mogłeś mi o niej powiedzieć tamtego dnia?
-Była dziewczyną Yakuza...i zabiła tamtego człowieka z zimną krwią.-powiedział szeptem gliniarz.-Wiedziała dokładnie jak ma go załatwić,choć pewnie nie miała tego w swoim planie dnia.
-Akurat! Yakuza?! O czym ty do mn...-szszsz...-niespodziewanie rzucił się na mnie,zakrywając mi usta.
-Stul pysk,jeśli chcesz przeżyć!Wykrzycz to jeszcze głośniej a za moment będą nas mogli zeskrobywać żyletkami z drugiego końca Tōkyō!-puścił moją twarz i rozejrzał się dookoła.
-Emiko nie była...zresztą,już niczego nie jestem pewien na 100 %!-wymamrotałem pod nosem.
-Tak samo jak facet,którego zostawiłeś nam w swoim dawnym mieszkaniu...był Yakuza ale żył jakieś 20 lat temu.Tak wyczytaliśmy z jego kartoteki.Niestety,teraz na prawdę nie żyje...zastrzelono go na posterunku,po tym,jak zabił dwóch moich kumpli.-opowiadał ściszonym głosem Ryutaro.
-Zaraz!Czy ty mi właśnie nawijasz jakieś historyjki o zombie?Jakiś palant najpierw się mnie czepia,potem morduje dwóch mundurowych,i umiera od strzałów a żył wieki temu?-spróbowałem dotknąć czoła mojego rozmówcy,sugerując gorączkę albo obłęd.Przyłożył mi tak,że nogi pode mną się ugięły.
-Ani mi się waż!Nie mam na to dowodów,że coś złego zaczyna dziać się w tym mieście,ludzie nie zmartwychwstają ot,tak po prostu!Dlatego będziesz musiał nam pomóc w rozwikłaniu tej porąbanej zagadki!Na dziś to wszystko!Bądź jutro o 9:30 u mnie w biurze,przygotuję odpowiednie dokumenty.Jasne?!
Przytaknąłem tylko głową.Wychodziłem tunelem zieleni i uporczywie,ze szczegółami odtwarzałem w myślach raz jeszcze rozmowę z detektywem Tekanabo.
Nie miałem nic do stracenia.Emiko nie żyła,policja zbierała zeznania świadków i oglądała nagrania z kamer.Wróciłem do mieszkania po swoje rzeczy.
Forsa leżała,jak ją zostawiłem.Pozbierałem wszystkie drobiazgi i ubrania,spakowałem do plecaka i już miałem wychodzić,gdy bezszelestnie wsunęła się do pokoju niewidoma staruszka.
-Ohayō! (jap.:dzień dobry)-powitałem ją.
Skłoniła się.
-Przepraszam,że nachodzę ale to co się wydarzyło,bardzo mnie wyprowadziło z równowagi.Czy wie pan może kogo zastrzelili?-zapytała.
Podszedłem do niej,podprowadziłem do krzesła.Usiadła,skupiona i cicha.Zakrzątnąłem się przy zaparzaniu herbaty.Nie chciałem jej jeszcze bardziej niepokoić swoim opowiadaniem.Milczałem uparcie,aż sąsiadka lekko zniecierpliwiona poruszyła się na swoim miejscu.
-Mumei-san...czy wszystko w porządku?
-Tak.Przygotowuję dla nas herbatę.-uspokoiłem kobietę.-Nie wiem kto kogo zabił...-zacząłem zmyślać na poczekaniu jakieś odpowiedzi.-Może gangi miały porachunki?
-A czy ta dziewczyna zdążyła oddalić się,za nim to wszystko się stało?-zaniepokoiła się nagle.-Była tu u pana,rozmawialiście...nie podsłuchiwałam ale rozmowy były głośne a ja akurat przechodziłam korytarzem...-zawstydziła się.
-Ależ oczywiście!Podałem do stołu,proszę to pani filiżanka.-delikatnie stuknąłem palcem naczynie.Wystarczyło,aby niewidoma wiedziała gdzie je postawiłem.Wyciągnęła rękę i od razu jej spracowana dłoń trafiła na ciepłą filiżankę.
-Arigatō.(jap.: dziękuję)-upiła nieco i odstawiła.
-Mogę panią zapewnić,że mojej znajomej nic złego się nie stało!-kolejne kłamstwo przeszło bez odpowiedzi.-Chcę się z panią pożegnać.Wyjeżdżam.-dodałem.
-Już się nie zobaczymy...-szepnęła.-Niech pan odnajdzie wewnętrzny spokój Mumei...prześladujące pana demony,wtedy odejdą na zawsze.-wstała,podeszła do mnie i przytuliła.-Życzę ci powodzenia.-wyszła,zamykając za sobą drzwi.
W metrze było prawie pusto.Jakiś facet w baseballówce czytał gazetę,w końcu przedziału.Usiadłem tak,żeby mieć go na oku.On też zerkał na mnie z nad lektury.Nie miał przy sobie nic,co mogło by świadczyć,że wraca,na przykład z pracy,czy do pracy.Żadnych zakupów czy choćby jakiegoś innego bagażu.Przestałem zwracać na niego uwagę,bo przez to gapienie się na siebie i ocenianie,mogłem wplątać się w nowe kłopoty.
-Przepraszam?!Czy,ty przypadkiem nie jesteś Mumei?-stanął nade mną,przyglądając się uważniej.
-A kto pyta?-zagadnąłem.
Odpowiedź była taka,że zostałem uniesiony z miejsca za koszulkę.
-TO TY!!!-ryknął mi w twarz.
Cios,jaki oberwał ode mnie w głowę za swoją zuchwałość,powinien był go ogłuszyć. Powinien,ale tamten odrzucił mnie na środek przejścia.Podniósł gardę.
-Dalej,rusz się!-wrzasnął.
Nim rozpoczęliśmy,zdążyłem ocenić nieznajomego.Zwróciłem uwagę na sylwetkę,postawę jaką przyjął,i wykalkulowałem,że według słusznego wzrostu i długich nóg,ciosy będą wykonywane przede wszystkim nimi.Tak też się stało.
Zablokowałem dwa pierwsze,kontrując uderzeniem w mostek a następnie celując łokciem prosto w podbródek agresora.Zamiast zostawić mnie w spokoju,natarł ponownie.Padłem przed nim na plecy,udaremniając tym samym chwyt za ubranie i jak tylko pochylił się,żeby po mnie sięgnąć,zarobił potężnego kopniaka w krocze.Wyskoczyłem na najbliższej stacji,zostawiając go w pociągu.
"-Kto to mógł być?"-zastanowiłem się."-Niczego nie żądał oprócz walki...A może właśnie chciał tego,co wszyscy pozostali - Smoczego Medalionu!Na pewno!Ciekaw jestem tylko,kto mi robi taką reklamę na ten talizman i zna jego moc? Nie wiem,ale się dowiem!"
Czekałem na Ryutaro ponad 3 godziny.Chciałem się z nim widzieć,gdyż wszystkie te wydarzenia,których byłem świadkiem nie dawały mi spokoju.
W końcu wyszedł,w towarzystwie innych policjantów,rozmawiając o czymś.Zobaczył mnie i pożegnał się z grupą.Podszedł do mnie szybko.
-Chciałeś mi o czymś powiedzieć?-rzucił.-Chodźmy do mnie,tam będziemy mogli spokojnie pogadać.-wsiedliśmy do jego toyoty i pojechaliśmy się do centrum miasta.
Dom Tekanabo był jakby skryty w ogromnym,przepięknym ogrodzie.Ulokowany w środku metropolii,nie był jej częścią,stanowił raczej oazę na pustyni.
-Stać cię z pensji na taki luksus?-wyrwało mi się.W ramach przeprosin,uśmiechnąłem się. Detektyw nie zwrócił uwagi na moje niemądre pytanie.Przyniósł nam napoje i wróciliśmy na zewnątrz do małej altanki za domem.
-Co masz dla mnie?-spytał.
-A ty?Barmanka nie żyje,więc wyjaśnij mi,czego nie mogłeś mi o niej powiedzieć tamtego dnia?
-Była dziewczyną Yakuza...i zabiła tamtego człowieka z zimną krwią.-powiedział szeptem gliniarz.-Wiedziała dokładnie jak ma go załatwić,choć pewnie nie miała tego w swoim planie dnia.
-Akurat! Yakuza?! O czym ty do mn...-szszsz...-niespodziewanie rzucił się na mnie,zakrywając mi usta.
-Stul pysk,jeśli chcesz przeżyć!Wykrzycz to jeszcze głośniej a za moment będą nas mogli zeskrobywać żyletkami z drugiego końca Tōkyō!-puścił moją twarz i rozejrzał się dookoła.
-Emiko nie była...zresztą,już niczego nie jestem pewien na 100 %!-wymamrotałem pod nosem.
-Tak samo jak facet,którego zostawiłeś nam w swoim dawnym mieszkaniu...był Yakuza ale żył jakieś 20 lat temu.Tak wyczytaliśmy z jego kartoteki.Niestety,teraz na prawdę nie żyje...zastrzelono go na posterunku,po tym,jak zabił dwóch moich kumpli.-opowiadał ściszonym głosem Ryutaro.
-Zaraz!Czy ty mi właśnie nawijasz jakieś historyjki o zombie?Jakiś palant najpierw się mnie czepia,potem morduje dwóch mundurowych,i umiera od strzałów a żył wieki temu?-spróbowałem dotknąć czoła mojego rozmówcy,sugerując gorączkę albo obłęd.Przyłożył mi tak,że nogi pode mną się ugięły.
-Ani mi się waż!Nie mam na to dowodów,że coś złego zaczyna dziać się w tym mieście,ludzie nie zmartwychwstają ot,tak po prostu!Dlatego będziesz musiał nam pomóc w rozwikłaniu tej porąbanej zagadki!Na dziś to wszystko!Bądź jutro o 9:30 u mnie w biurze,przygotuję odpowiednie dokumenty.Jasne?!
Przytaknąłem tylko głową.Wychodziłem tunelem zieleni i uporczywie,ze szczegółami odtwarzałem w myślach raz jeszcze rozmowę z detektywem Tekanabo.
środa, 24 lipca 2013
無名 Mumei. cz:13.
日本 Nihon 東京 Tōkyō Rok 1999
Przyszła do mnie po paru dniach.
-Nie sądzisz,że to marna kryjówka,skoro cię bez trudu odszukałam?-zapytała na powitanie.
-A po co miałbym się ukrywać,jak i tak policja już wszystko wie?-byłem ciekawy co mi odpowie.
-Wszystko?!Gadałeś z nimi?-przestraszyła się.-Co wiedzą,mów!
Nie od razu przeszedłem do wyjaśnień.Miałem do niej tyle pytań i nadzieję,że będzie chciała na nie odpowiedzieć.
-Słuchaj...możesz mi wytłumaczyć,czemu wypytywali mnie o twoją przeszłość?W co ty ze mną pogrywasz?!-wypaliłem nagle.Starała się zachować twarz ale widziałem jak to pytanie rozpaliło w jej oczach znane mi już złe błyski.Na sekundę przygryzła wargę i odpowiedziała:
-Przecież już im mówiłeś,że mnie nie znasz...-ściszyła głos.-I co dalej?
-Ty mi powiedz!Nie jestem twoją zasraną niańką,żebym znał wszystkie twoje małe sekrety!Ale po tym,co gadali możesz mnie oświecić w jednej kwestii!Dlaczego,ot tak po prostu zabiłaś tamtego faceta?!Tylko nie chrzań,że to był wypadek,gliny nie wypytują o śmierć z przypadku!-wkurzyłem się.
Wstała z kanapy.Zastąpiłem jej drogę,nie mogła wyjść,nie odpowiadając.Przytrzymałem dziewczynę za ramię.Strąciła moją dłoń,próbując jednocześnie wykręcić nadgarstek.Poddałem się.Była tuż za moimi plecami,przekonana o mojej bezsilności.Usłyszałem jak mówi:
-Nie interesuj się tą sprawą aż tak bardzo...radzę ci...-jej ton głosu był tak samo zimny jak ona.
-Coś mi się zdaje,że nie mogę...To przez ciebie wdepnąłem w całe to gówno i jesteś zobowiązana wyciągnąć mnie niego! Zrozumiano?!
Znów mnie zaskoczyła.Puściła moją rękę,wzięła torebkę i wyjęła z niej spory plik banknotów.
-Prosiłeś o to,żebym pomogła ci się stąd wydostać...dla ciebie.-uniosła z powrotem przed chwilą puszczoną,moją rękę i wsunęła mi gotówkę.-Miałam zamiar dać ci pożyczkę ale teraz...
-...płacisz mi żebym już nie zadawał pytań,czyż nie tak?-dokończyłem.
-Żebyś wiedział! Weź i wyjedź z Tōkyō jak planowałeś.-szybko zebrała swoje rzeczy.Tym razem nie zatrzymywałem Emiko.Przez okno widziałem jak wybiegła na ulicę.Nie trwało chwili jak podjechał do niej samochód,rozległa się seria strzałów i zaległa cisza.Kiedy przerażeni ludzie oprzytomnieli,tu i ówdzie rozległy się krzyki.
Nie wiem jak szybko pokonałem korytarz i schody.Podbiegłem do barmanki,wziąłem na ręce.Skonała,zanim przyjechał ambulans.
Przyszła do mnie po paru dniach.
-Nie sądzisz,że to marna kryjówka,skoro cię bez trudu odszukałam?-zapytała na powitanie.
-A po co miałbym się ukrywać,jak i tak policja już wszystko wie?-byłem ciekawy co mi odpowie.
-Wszystko?!Gadałeś z nimi?-przestraszyła się.-Co wiedzą,mów!
Nie od razu przeszedłem do wyjaśnień.Miałem do niej tyle pytań i nadzieję,że będzie chciała na nie odpowiedzieć.
-Słuchaj...możesz mi wytłumaczyć,czemu wypytywali mnie o twoją przeszłość?W co ty ze mną pogrywasz?!-wypaliłem nagle.Starała się zachować twarz ale widziałem jak to pytanie rozpaliło w jej oczach znane mi już złe błyski.Na sekundę przygryzła wargę i odpowiedziała:
-Przecież już im mówiłeś,że mnie nie znasz...-ściszyła głos.-I co dalej?
-Ty mi powiedz!Nie jestem twoją zasraną niańką,żebym znał wszystkie twoje małe sekrety!Ale po tym,co gadali możesz mnie oświecić w jednej kwestii!Dlaczego,ot tak po prostu zabiłaś tamtego faceta?!Tylko nie chrzań,że to był wypadek,gliny nie wypytują o śmierć z przypadku!-wkurzyłem się.
Wstała z kanapy.Zastąpiłem jej drogę,nie mogła wyjść,nie odpowiadając.Przytrzymałem dziewczynę za ramię.Strąciła moją dłoń,próbując jednocześnie wykręcić nadgarstek.Poddałem się.Była tuż za moimi plecami,przekonana o mojej bezsilności.Usłyszałem jak mówi:
-Nie interesuj się tą sprawą aż tak bardzo...radzę ci...-jej ton głosu był tak samo zimny jak ona.
-Coś mi się zdaje,że nie mogę...To przez ciebie wdepnąłem w całe to gówno i jesteś zobowiązana wyciągnąć mnie niego! Zrozumiano?!
Znów mnie zaskoczyła.Puściła moją rękę,wzięła torebkę i wyjęła z niej spory plik banknotów.
-Prosiłeś o to,żebym pomogła ci się stąd wydostać...dla ciebie.-uniosła z powrotem przed chwilą puszczoną,moją rękę i wsunęła mi gotówkę.-Miałam zamiar dać ci pożyczkę ale teraz...
-...płacisz mi żebym już nie zadawał pytań,czyż nie tak?-dokończyłem.
-Żebyś wiedział! Weź i wyjedź z Tōkyō jak planowałeś.-szybko zebrała swoje rzeczy.Tym razem nie zatrzymywałem Emiko.Przez okno widziałem jak wybiegła na ulicę.Nie trwało chwili jak podjechał do niej samochód,rozległa się seria strzałów i zaległa cisza.Kiedy przerażeni ludzie oprzytomnieli,tu i ówdzie rozległy się krzyki.
Nie wiem jak szybko pokonałem korytarz i schody.Podbiegłem do barmanki,wziąłem na ręce.Skonała,zanim przyjechał ambulans.
poniedziałek, 22 lipca 2013
無名 Mumei. cz:12.
日本 Nihon 東京 Tōkyō Rok 1999
W barze szybkiej obsługi zdążyłem zjeść śniadanie,gdy akurat wszedł tam mężczyzna w długim płaszczu.Miałem przeczucie co do niego.Przeszedł między stolikami,wyjmując z wewnętrznej kieszeni odznakę.Bardzo powoli położyłem należność na stoliku i chciałem wyjść.Minąłem ladę i faceta z legitymacją.
"-Uff...udało się!"-pomyślałem.Szedłem dalej,przyspieszając krok.
-Zatrzymaj się!-głos z tyłu sprawił,że zamiast posłuchać,pobiegłem przed siebie.Nie odpuścił mi.Biegliśmy przez chodniki,ulice i parki,wpadając na ludzi,zatrzymując auta.Wybierałem tor przeszkód rozmyślnie,w razie gdyby przyszło mu do głowy strzelać do mnie,nie odważyłby się.
Takie pościgi mają swoje plusy.Jeśli ten,od którego uciekasz ma gorszą kondycję niż ty,zdołasz zgubić go po kilkunastu metrach.Tak się jednak nie stało tym razem.Obaj byliśmy wysportowani,policjant dorównywał mi szybkością.Znalazłem pomysł jak pozbyć się intruza.Wpadłem na czyjąś posesję,zaczaiłem się.Dobiegał do mojej zasadzki,gdy zderzył się z moją pięścią.Powalił go,jego własny rozpęd.Ale przytomności nie stracił.
-...stój...!To rozkaz!-sapnął.Otrząsnął się z chwilowej słabości i zaczął stawać na nogi.
-Czego chcesz?!-przytrzymałem go stopą na ziemi.Rozpłaszczył się pod naciskiem.
-Odwal się!-moja druga noga machnęła w powietrzu,ja zaś wyłożyłem się obok gliniarza.Zanosiliśmy się od śmiechu.
-Nie spodziewałem się tego...-usiadłem,bo zaczęło mi brakować tchu.Mężczyzna przedstawił się:
-Detektyw Ryutaro Tekanabo.-podał swoją blachę.Wstaliśmy obaj,strzepując ubrania.
-Odpocznijmy gdzieś.-zaproponowałem.Nie daleko była knajpka.Przysiedliśmy przy stoliku,przy ścianie.Zamówiliśmy coś do picia.
-Panie...przepraszam,jak pana godność?-spytał.
-Mumei.-kiwnąłem głową na potwierdzenie,kiedy uniósł brwi zdziwiony.Podałem mu rękę i powiedziałem: -Proszę mi mówić Mumei.
On odwzajemnił się tym samym: -Ryutaro.-uśmiechnął się,ściskając moją dłoń.
-Niech mi pan...eee...to znaczy,opowiedz mi jeszcze raz,jak to było tamtego wieczoru w Sheru?Znasz tą dziewczynę tam pracującą?
-Teraz już tak...
-To znaczy?
-To,co znaczy...-odrzekłem.-Parę dni temu,poznaliśmy się...
-Szczęściarz!-zażartował Tekanabo.
-Ej!Bez takich!Nie miałem TEGO na myśli!-oburzyłem się.
-Dobra! OK! Gadaj!
Kiedy skończyłem,wiedziałem,że detektyw,nie do końca jest przekonany o mojej prawdomówności.A ja nie miałem zamiaru spowiadać się.
-To teraz,może ty byś zechciał wypowiedzieć się co wiesz?-nastawiłem uszu.
Ryutaro wyłuskał parę ciekawych faktów,na tyle,na ile mu pozwalała tajemnica zawodowa.Nie bardzo rozumiałem co chciał powiedzieć mi o Emiko,nakreślając pokrótce to,co zrobiła.
Miałem się o tym dowiedzieć już wkrótce od samej zainteresowanej.
W barze szybkiej obsługi zdążyłem zjeść śniadanie,gdy akurat wszedł tam mężczyzna w długim płaszczu.Miałem przeczucie co do niego.Przeszedł między stolikami,wyjmując z wewnętrznej kieszeni odznakę.Bardzo powoli położyłem należność na stoliku i chciałem wyjść.Minąłem ladę i faceta z legitymacją.
"-Uff...udało się!"-pomyślałem.Szedłem dalej,przyspieszając krok.
-Zatrzymaj się!-głos z tyłu sprawił,że zamiast posłuchać,pobiegłem przed siebie.Nie odpuścił mi.Biegliśmy przez chodniki,ulice i parki,wpadając na ludzi,zatrzymując auta.Wybierałem tor przeszkód rozmyślnie,w razie gdyby przyszło mu do głowy strzelać do mnie,nie odważyłby się.
Takie pościgi mają swoje plusy.Jeśli ten,od którego uciekasz ma gorszą kondycję niż ty,zdołasz zgubić go po kilkunastu metrach.Tak się jednak nie stało tym razem.Obaj byliśmy wysportowani,policjant dorównywał mi szybkością.Znalazłem pomysł jak pozbyć się intruza.Wpadłem na czyjąś posesję,zaczaiłem się.Dobiegał do mojej zasadzki,gdy zderzył się z moją pięścią.Powalił go,jego własny rozpęd.Ale przytomności nie stracił.
-...stój...!To rozkaz!-sapnął.Otrząsnął się z chwilowej słabości i zaczął stawać na nogi.
-Czego chcesz?!-przytrzymałem go stopą na ziemi.Rozpłaszczył się pod naciskiem.
-Odwal się!-moja druga noga machnęła w powietrzu,ja zaś wyłożyłem się obok gliniarza.Zanosiliśmy się od śmiechu.
-Nie spodziewałem się tego...-usiadłem,bo zaczęło mi brakować tchu.Mężczyzna przedstawił się:
-Detektyw Ryutaro Tekanabo.-podał swoją blachę.Wstaliśmy obaj,strzepując ubrania.
-Odpocznijmy gdzieś.-zaproponowałem.Nie daleko była knajpka.Przysiedliśmy przy stoliku,przy ścianie.Zamówiliśmy coś do picia.
-Panie...przepraszam,jak pana godność?-spytał.
-Mumei.-kiwnąłem głową na potwierdzenie,kiedy uniósł brwi zdziwiony.Podałem mu rękę i powiedziałem: -Proszę mi mówić Mumei.
On odwzajemnił się tym samym: -Ryutaro.-uśmiechnął się,ściskając moją dłoń.
-Niech mi pan...eee...to znaczy,opowiedz mi jeszcze raz,jak to było tamtego wieczoru w Sheru?Znasz tą dziewczynę tam pracującą?
-Teraz już tak...
-To znaczy?
-To,co znaczy...-odrzekłem.-Parę dni temu,poznaliśmy się...
-Szczęściarz!-zażartował Tekanabo.
-Ej!Bez takich!Nie miałem TEGO na myśli!-oburzyłem się.
-Dobra! OK! Gadaj!
Kiedy skończyłem,wiedziałem,że detektyw,nie do końca jest przekonany o mojej prawdomówności.A ja nie miałem zamiaru spowiadać się.
-To teraz,może ty byś zechciał wypowiedzieć się co wiesz?-nastawiłem uszu.
Ryutaro wyłuskał parę ciekawych faktów,na tyle,na ile mu pozwalała tajemnica zawodowa.Nie bardzo rozumiałem co chciał powiedzieć mi o Emiko,nakreślając pokrótce to,co zrobiła.
Miałem się o tym dowiedzieć już wkrótce od samej zainteresowanej.
niedziela, 21 lipca 2013
無名 Mumei. cz:11.
日本 Nihon 東京 Tōkyō Rok 1999
Posterunek policji w Tōkyō .
-Ten człowiek,który zeznawał w sprawie niezamierzonego zabójstwa w barze Sheru,zdołał pana powalić?W jaki sposób?Jest pan podobny do zapaśnika,tamten w porównaniu z tobą to dzieciak!-policjant,widząc sine plamy na twarzy mężczyzny i mając w pamięci w jaki sposób był skrępowany,gdy go znaleźli,nie dawał wiary w to,co próbował mu wmówić.
-Napadł na mnie,sprał,tak,że nie byłem w stanie się bronic!Szalał jak tajfun!-koloryzował pokrzywdzony.
-Może miał powód?W końcu to on,sam nas wezwał.Nie zrobiłby tego,gdyby był w jakiś sposób winny.-zapytał oficer.
-Przepraszam!To kartoteka...-młody chłopak podał dokumenty gliniarzowi.
Zajrzał do sporej grubości teczki,spisanych występków,siedzącego przed nim,jak zdążył doczytać,wielokrotnego recydywisty.Skupił uwagę na zapiskach z przed półtora roku: "Bōryoku-dan'in "(jap.:członek organizacji przestępczej).
-Yakuza?!-spojrzał uważniej na niego.Podszedł,sprawnym ruchem złapał go za przedramię i ściągnął rękaw.Ukazał się tatuaż.
-Straż!-zawołał.I nagle umilkł.Ból rozrywanych wnętrzności był nie do wytrzymania.Nie poczuł tylko tego,że zbrodniarz wyjął mu broń z kabury i strzelił.
Yakuza odrzucił konającego policjanta na jego kolegę,spieszącego na pomoc.Skoczył na leżących,przyduszając do podłogi i trafił tego drugiego w skroń.Po chwili biegł do wyjścia,co jakiś czas ostrzeliwując się.Dotarł do drzwi,kiedy zamroczyło go,osunął się martwy otwierając je.
Policyjna kostnica.
"Zwłoki mężczyzny,wiek,około 40 lat.Raport sekcji.
Mężczyzna,rasy,białej,wzrost: 180 cm.
Przyczyna zgonu,po zewnętrznych oględzinach: przecięcie tętnicy udowej i wykrwawienie."
Lekarz sądowy,przerwał,widząc detektywa wchodzącego do pomieszczenia.
-Dziewczyna wiedziała co robi.Jestem o tym przekonany!To nie jest byle jakie cięcie.-zajrzał pod przykrycie,oceniając głębokość i umiejscowienie rany.-Ciekaw jestem kto albo gdzie się tego nauczyła...Nie uważa pan,doktorze?-zapytał.
-Detektywie Ryutaro,czy słyszał pan o kobietach Yakuza?Niektóre tak bardzo zżyły się z ludźmi,którzy je porwali,że uczyły się specjalnych technik zabijania...oczywiście na zlecenie...-koroner,dotknął panelu laptopa i wskazał na ekran.Ryutaro czytał informację o przestępcach.Kiedy skończył,podszedł do zwłok na stole,zrzucił prześcieradło i rozchylił uda zmarłego.
-Niech pan tu spojrzy...-pokazał rozwartą palcami skórę.-Najpierw wbiła mu coś a potem zrobiła coś takiego...-złapał skalpel wbił w materiał leżący pod jego nogami,niezbyt głęboko a następnie,szybko,jednym pociągnięciem rozerwał fałdy tkaniny,które były pod spodem.Wyglądało to tak jakby próbował coś wydobyć na wierzch.
-Rozumie pan?-pokazał to samo w powietrzu.Obaj mężczyźni byli pod wrażeniem.
-A niech to...wywinęła się wam...spryciula...-powiedział lekarz.
-Tak.Ale sądzę,że nie długo nacieszy się wolnością.Ona i jej przyjaciel będą musieli pofatygować się na posterunek,w celu uzupełnienia swoich wcześniejszych zeznań!-odparł detektyw.
Rozdzwonił się alarm,komórka Ryutaro zadźwięczała.Odebrał wiadomość o dwóch morderstwach.Pobiegł natychmiast,pomóc kolegom w ujęciu zabójcy.
Posterunek policji w Tōkyō .
-Ten człowiek,który zeznawał w sprawie niezamierzonego zabójstwa w barze Sheru,zdołał pana powalić?W jaki sposób?Jest pan podobny do zapaśnika,tamten w porównaniu z tobą to dzieciak!-policjant,widząc sine plamy na twarzy mężczyzny i mając w pamięci w jaki sposób był skrępowany,gdy go znaleźli,nie dawał wiary w to,co próbował mu wmówić.
-Napadł na mnie,sprał,tak,że nie byłem w stanie się bronic!Szalał jak tajfun!-koloryzował pokrzywdzony.
-Może miał powód?W końcu to on,sam nas wezwał.Nie zrobiłby tego,gdyby był w jakiś sposób winny.-zapytał oficer.
-Przepraszam!To kartoteka...-młody chłopak podał dokumenty gliniarzowi.
Zajrzał do sporej grubości teczki,spisanych występków,siedzącego przed nim,jak zdążył doczytać,wielokrotnego recydywisty.Skupił uwagę na zapiskach z przed półtora roku: "Bōryoku-dan'in "(jap.:członek organizacji przestępczej).
-Yakuza?!-spojrzał uważniej na niego.Podszedł,sprawnym ruchem złapał go za przedramię i ściągnął rękaw.Ukazał się tatuaż.
-Straż!-zawołał.I nagle umilkł.Ból rozrywanych wnętrzności był nie do wytrzymania.Nie poczuł tylko tego,że zbrodniarz wyjął mu broń z kabury i strzelił.
Yakuza odrzucił konającego policjanta na jego kolegę,spieszącego na pomoc.Skoczył na leżących,przyduszając do podłogi i trafił tego drugiego w skroń.Po chwili biegł do wyjścia,co jakiś czas ostrzeliwując się.Dotarł do drzwi,kiedy zamroczyło go,osunął się martwy otwierając je.
Policyjna kostnica.
"Zwłoki mężczyzny,wiek,około 40 lat.Raport sekcji.
Mężczyzna,rasy,białej,wzrost: 180 cm.
Przyczyna zgonu,po zewnętrznych oględzinach: przecięcie tętnicy udowej i wykrwawienie."
Lekarz sądowy,przerwał,widząc detektywa wchodzącego do pomieszczenia.
-Dziewczyna wiedziała co robi.Jestem o tym przekonany!To nie jest byle jakie cięcie.-zajrzał pod przykrycie,oceniając głębokość i umiejscowienie rany.-Ciekaw jestem kto albo gdzie się tego nauczyła...Nie uważa pan,doktorze?-zapytał.
-Detektywie Ryutaro,czy słyszał pan o kobietach Yakuza?Niektóre tak bardzo zżyły się z ludźmi,którzy je porwali,że uczyły się specjalnych technik zabijania...oczywiście na zlecenie...-koroner,dotknął panelu laptopa i wskazał na ekran.Ryutaro czytał informację o przestępcach.Kiedy skończył,podszedł do zwłok na stole,zrzucił prześcieradło i rozchylił uda zmarłego.
-Niech pan tu spojrzy...-pokazał rozwartą palcami skórę.-Najpierw wbiła mu coś a potem zrobiła coś takiego...-złapał skalpel wbił w materiał leżący pod jego nogami,niezbyt głęboko a następnie,szybko,jednym pociągnięciem rozerwał fałdy tkaniny,które były pod spodem.Wyglądało to tak jakby próbował coś wydobyć na wierzch.
-Rozumie pan?-pokazał to samo w powietrzu.Obaj mężczyźni byli pod wrażeniem.
-A niech to...wywinęła się wam...spryciula...-powiedział lekarz.
-Tak.Ale sądzę,że nie długo nacieszy się wolnością.Ona i jej przyjaciel będą musieli pofatygować się na posterunek,w celu uzupełnienia swoich wcześniejszych zeznań!-odparł detektyw.
Rozdzwonił się alarm,komórka Ryutaro zadźwięczała.Odebrał wiadomość o dwóch morderstwach.Pobiegł natychmiast,pomóc kolegom w ujęciu zabójcy.
sobota, 20 lipca 2013
無名 Mumei. cz:10.
日本 Nihon 東京 Tōkyō Rok 1999
W jakiejś starej kamienicy,do której wszedłem,napotkałem zapewne jednego z lokatorów.Zapytałem o wolne pomieszczenie,nadające się do zamieszkania.Zaprowadził mnie na piętro,pokazał pokój.W środku panował zaduch,okna z brudnymi szmatami były zamknięte.Spróbowałem otworzyć jedno ale tamten powstrzymał mnie w porę.
-Nie otwierać!-zawołał,dziwnie akcentując słowa.Domyśliłem się jego pochodzenia.
-OK! Klimatyzacja?-popatrzyłem na niego.Pokręcił kudłatą głową i wyszczerzył zęby w uśmiechu.-Ile za tą imprezę?-aż mnie mdliło na samą myśl o tym,że będę musiał tu zostać na dłużej.
-75 jenów na miesiąc,płatne z góry...-wypowiedział to z taką szczerością,aż nie miałem sumienia palnąć go w ucho za zdzierstwo.
-Gdzie kibel czy...jakaś łazienka?-uniosłem brwi z nadzieją.Machnął ręką wyglądając na korytarz.Wysunąłem się za nim.Po zejściu na dół,wprowadził mnie do ogólnie dostępnego sanitarnego,jakby się zdawało,pomieszczenia.Na sam jego widok,straciłem ochotę na odświeżenie się.
Jedną część zajmowały oddzielone od siebie,bądź nie,natryski w różnym stanie-były chyba dwa sprawne i reszta,w sumie 3 sztuk,nie nadająca się do niczego.Po drugiej były toalety,o opis,których nie poważyłbym się.Kaflowa powierzchnia wołała o pomstę do nieba.
Cóż było robić.Wcisnąłem cieciowi monety w brudną garść.Zerknął w nią i uznał chyba moją zapłatę za zrządzenie losu,bo podreptał do wyjścia,z miną bogacza,załatwiać sobie tylko znane sprawy.
Wspiąłem się na swoją kondygnację.Rozglądnąłem się uważnie po słabo oświetlonym korytarzu i dojrzałem jeszcze dwoje drzwi.Zdecydowałem się zapukać do moich sąsiadów,sprawdzić kim są.
Pierwsze uchyliła jakaś staruszka.
-Słucham?-nie patrzyła na mnie.Zrozumiałem,że była niewidoma.
-Dzień dobry...jestem pani nowym sąsiadem,drzwi po prawej stronie.Wprowadziłem się właśnie...-wytłumaczyłem.
-Dzień dobry.-odparła cicho,skłaniając lekko głowę i zamknęła drzwi.
Następne okazały się być nie domknięte.Moje pukanie zostało bez odpowiedzi.Otwarłem je i zawołałem:
-Dzień dobry!Zastałem kogoś?
Cisza.Żadnych dźwięków czy kroków.Wszedłem do środka.Na ile było to możliwe,chciałem dojrzeć jak najwięcej szczegółów.Zastanowiła mnie jedna rzecz-tu nie było takiego zastałego powietrza jak w mojej dziurze.Usłyszałem szelest.Odwróciłem głowę i zobaczyłem tamtą,starszą panią,trzymała w ręce białą laskę.
-Wczoraj go zabrali...-powiedziała.-Byli policjanci i lekarz.Nic nie dało się zrobić...powiesił się...mówili,tydzień temu.Ja nic nie wiedziałam.Myślałam,że po prostu wyjechał,przeprowadził się...Dostał przecież dużą wypłatę.Kiedy smród,był już nie do wytrzymania,sewanin (jap:dozorca) wezwał kogo trzeba...ale już nic nie mogli zrobić...-powtórzyła w zamyśleniu.
-Może znała go pani?
-Przychodził do mnie na herbatę,czasem zostawał na noc,bo bał się spać u siebie...miał na imię Susumu.Był w wieku mojego zmarłego syna...25 lat!-załkała.
Wyprowadziłem ją z pomieszczenia,zamknąłem tym razem drzwi.Krok po kroku szliśmy do domu staruszki
W jakiejś starej kamienicy,do której wszedłem,napotkałem zapewne jednego z lokatorów.Zapytałem o wolne pomieszczenie,nadające się do zamieszkania.Zaprowadził mnie na piętro,pokazał pokój.W środku panował zaduch,okna z brudnymi szmatami były zamknięte.Spróbowałem otworzyć jedno ale tamten powstrzymał mnie w porę.
-Nie otwierać!-zawołał,dziwnie akcentując słowa.Domyśliłem się jego pochodzenia.
-OK! Klimatyzacja?-popatrzyłem na niego.Pokręcił kudłatą głową i wyszczerzył zęby w uśmiechu.-Ile za tą imprezę?-aż mnie mdliło na samą myśl o tym,że będę musiał tu zostać na dłużej.
-75 jenów na miesiąc,płatne z góry...-wypowiedział to z taką szczerością,aż nie miałem sumienia palnąć go w ucho za zdzierstwo.
-Gdzie kibel czy...jakaś łazienka?-uniosłem brwi z nadzieją.Machnął ręką wyglądając na korytarz.Wysunąłem się za nim.Po zejściu na dół,wprowadził mnie do ogólnie dostępnego sanitarnego,jakby się zdawało,pomieszczenia.Na sam jego widok,straciłem ochotę na odświeżenie się.
Jedną część zajmowały oddzielone od siebie,bądź nie,natryski w różnym stanie-były chyba dwa sprawne i reszta,w sumie 3 sztuk,nie nadająca się do niczego.Po drugiej były toalety,o opis,których nie poważyłbym się.Kaflowa powierzchnia wołała o pomstę do nieba.
Cóż było robić.Wcisnąłem cieciowi monety w brudną garść.Zerknął w nią i uznał chyba moją zapłatę za zrządzenie losu,bo podreptał do wyjścia,z miną bogacza,załatwiać sobie tylko znane sprawy.
Wspiąłem się na swoją kondygnację.Rozglądnąłem się uważnie po słabo oświetlonym korytarzu i dojrzałem jeszcze dwoje drzwi.Zdecydowałem się zapukać do moich sąsiadów,sprawdzić kim są.
Pierwsze uchyliła jakaś staruszka.
-Słucham?-nie patrzyła na mnie.Zrozumiałem,że była niewidoma.
-Dzień dobry...jestem pani nowym sąsiadem,drzwi po prawej stronie.Wprowadziłem się właśnie...-wytłumaczyłem.
-Dzień dobry.-odparła cicho,skłaniając lekko głowę i zamknęła drzwi.
Następne okazały się być nie domknięte.Moje pukanie zostało bez odpowiedzi.Otwarłem je i zawołałem:
-Dzień dobry!Zastałem kogoś?
Cisza.Żadnych dźwięków czy kroków.Wszedłem do środka.Na ile było to możliwe,chciałem dojrzeć jak najwięcej szczegółów.Zastanowiła mnie jedna rzecz-tu nie było takiego zastałego powietrza jak w mojej dziurze.Usłyszałem szelest.Odwróciłem głowę i zobaczyłem tamtą,starszą panią,trzymała w ręce białą laskę.
-Wczoraj go zabrali...-powiedziała.-Byli policjanci i lekarz.Nic nie dało się zrobić...powiesił się...mówili,tydzień temu.Ja nic nie wiedziałam.Myślałam,że po prostu wyjechał,przeprowadził się...Dostał przecież dużą wypłatę.Kiedy smród,był już nie do wytrzymania,sewanin (jap:dozorca) wezwał kogo trzeba...ale już nic nie mogli zrobić...-powtórzyła w zamyśleniu.
-Może znała go pani?
-Przychodził do mnie na herbatę,czasem zostawał na noc,bo bał się spać u siebie...miał na imię Susumu.Był w wieku mojego zmarłego syna...25 lat!-załkała.
Wyprowadziłem ją z pomieszczenia,zamknąłem tym razem drzwi.Krok po kroku szliśmy do domu staruszki
無名 Mumei. cz:9.
日本 Nihon 東京 Tōkyō Rok 1999
Włóczyłem się parę godzin bez celu.Ludzie kończyli pracę,ruch na ulicach Tōkyō był duży.Łatwo było zgubić się w tłumie,nie rzucać się w oczy nawet zwykłym patrolom.Na pewno facet,który wtargnął do mojego domu,już opisał mnie ze szczegółami.Mogłem też spodziewać się upiększenia jego zeznań o moją napaść na niego...Przyszło mi do głowy,aby wyjechać z miasta.Sprawdziłem ile zostało pieniędzy.
350 jenów i drobne...niewiele.Nic z tego,na sam przejazd musiałem mieć o wiele więcej.Ruszyłem dalej.Pozostawało jedynie wrócić na obrzeża do najbiedniejszej dzielnicy,w której parę dni temu spędziłem noc pod gołym niebem.Mijałem jakiś budynek,kiedy ktoś na mnie wpadł.
-Uważ...-nie dokończyła.Zobaczyła mnie i spróbowała wyminąć.Zatrzymałem ją.
-Czekaj!Jesteś mi winna wyjaśnienie!-nie puszczałem dziewczyny.Szarpnęła się raz i drugi.
-Zostawiłeś mnie!Nie mam ci nic do powiedzenia.
-Co zeznałaś?-zapytałem.
-Powiedziałam im prawdę!-krzyknęła.Moje dopytywanie wprawiło ją w furię.
Przechodnie zaczęli zwracać na nas uwagę,pociągnąłem barmankę za sobą.Zapierała się ile sił ale nie miałem czasu ani humoru na takie zabawy.
-Nigdzie z tobą nie idę!-wrzasnęła nagle.Jakaś kobieta zatrzymała się nieopodal.
-Czy mam wezwać policję?-zaoferowała pomoc.Musiałem szybko interweniować,bo było pewne,że choćby na przekór,każe tamtej to zrobić.
-Nie,dziękujemy.To nic poważnego.Żona i ja na pewno zaraz dojdziemy do porozumienia.-od nagłego uderzenia zapiekła mnie twarz.Na ten widok kobieta zaśmiała się drwiąco i odeszła.Dogoniłem moją tymczasową żonę na zakręcie,Zawróciłem w przeciwnym kierunku,w którym zmierzałem na peryferia.Tym razem pozwoliła się prowadzić.Nie udało się jej mnie zwieść tą nagłą uległością.Wkrótce byliśmy na miejscu.
Obskurna okolica tworzyła przedziwny kontrast,pomiędzy gmachami ,biurowcami i willami wielkiej metropolii.Grupka maluchów podbiegła do nas.
-Kon'nichiwa! -wołały jedno przez drugie.
-Daj im coś!-powiedziała,przysiadając przy nich.
-Nie mogę...muszę mieć na życie.-odparłem.
W tym momencie,mała dziewczynka przewróciła się tuż przede mną.Wystraszona,zapłakała głośno.Podniosłem dziecko,a ona wtuliła się we mnie.Zamarłem...
Barmanka uśmiechnęła się do mnie,widząc moją reakcję.
-Co czujesz?-zagadnęła.
-Dziwne uczucie...pierwszy...pierwszy raz ktoś tak zrobił...-jąkałem się.Mała odbiegła.Już nie pamiętała,że przed paroma minutami tonęła we łzach,bawiła się z rówieśnikami w najlepsze.Ochłonąłem z tych nagłych emocji.Spojrzałem na barmankę.
-Jak się nazywasz?-spytałem.
-Emiko.A ty?Przecież nie masz na imię "bezimienny"?-stwierdziła.
-To moje imię.Dlaczego skłamałaś na komisariacie?-musiałem dowiedzieć się w końcu,co takiego nagadała policji.
-Nie kłamałam.Opowiedziałam o nachalnym pijaku,któremu wydawało się,że potrafi mieć każdą.O nie udzieleniu mi pomocy,jak dobierał się do mnie i o tym,że wszystko widziałeś i jesteś gotowy o tym zeznać!-wyczułem pretensję w głosie Emiko.
-A dodałaś,że zabiłaś drania "przypadkiem"?-zażartowałem.
-To był PRZYPADEK!-jej podniesiony głos rozległ się echem.
-Ciszej!-nakazałem.-Mam do ciebie prośbę.Pomóż mi wydostać się stąd.-dodałem.
Siedziała,nie odzywając się,urażona do głębi.Poczekałem aż jej przejdzie a nie widząc żadnej reakcji,po prostu,zostawiłem ją i poszedłem rozejrzeć się za noclegiem.
Włóczyłem się parę godzin bez celu.Ludzie kończyli pracę,ruch na ulicach Tōkyō był duży.Łatwo było zgubić się w tłumie,nie rzucać się w oczy nawet zwykłym patrolom.Na pewno facet,który wtargnął do mojego domu,już opisał mnie ze szczegółami.Mogłem też spodziewać się upiększenia jego zeznań o moją napaść na niego...Przyszło mi do głowy,aby wyjechać z miasta.Sprawdziłem ile zostało pieniędzy.
350 jenów i drobne...niewiele.Nic z tego,na sam przejazd musiałem mieć o wiele więcej.Ruszyłem dalej.Pozostawało jedynie wrócić na obrzeża do najbiedniejszej dzielnicy,w której parę dni temu spędziłem noc pod gołym niebem.Mijałem jakiś budynek,kiedy ktoś na mnie wpadł.
-Uważ...-nie dokończyła.Zobaczyła mnie i spróbowała wyminąć.Zatrzymałem ją.
-Czekaj!Jesteś mi winna wyjaśnienie!-nie puszczałem dziewczyny.Szarpnęła się raz i drugi.
-Zostawiłeś mnie!Nie mam ci nic do powiedzenia.
-Co zeznałaś?-zapytałem.
-Powiedziałam im prawdę!-krzyknęła.Moje dopytywanie wprawiło ją w furię.
Przechodnie zaczęli zwracać na nas uwagę,pociągnąłem barmankę za sobą.Zapierała się ile sił ale nie miałem czasu ani humoru na takie zabawy.
-Nigdzie z tobą nie idę!-wrzasnęła nagle.Jakaś kobieta zatrzymała się nieopodal.
-Czy mam wezwać policję?-zaoferowała pomoc.Musiałem szybko interweniować,bo było pewne,że choćby na przekór,każe tamtej to zrobić.
-Nie,dziękujemy.To nic poważnego.Żona i ja na pewno zaraz dojdziemy do porozumienia.-od nagłego uderzenia zapiekła mnie twarz.Na ten widok kobieta zaśmiała się drwiąco i odeszła.Dogoniłem moją tymczasową żonę na zakręcie,Zawróciłem w przeciwnym kierunku,w którym zmierzałem na peryferia.Tym razem pozwoliła się prowadzić.Nie udało się jej mnie zwieść tą nagłą uległością.Wkrótce byliśmy na miejscu.
Obskurna okolica tworzyła przedziwny kontrast,pomiędzy gmachami ,biurowcami i willami wielkiej metropolii.Grupka maluchów podbiegła do nas.
-Kon'nichiwa! -wołały jedno przez drugie.
-Daj im coś!-powiedziała,przysiadając przy nich.
-Nie mogę...muszę mieć na życie.-odparłem.
W tym momencie,mała dziewczynka przewróciła się tuż przede mną.Wystraszona,zapłakała głośno.Podniosłem dziecko,a ona wtuliła się we mnie.Zamarłem...
Barmanka uśmiechnęła się do mnie,widząc moją reakcję.
-Co czujesz?-zagadnęła.
-Dziwne uczucie...pierwszy...pierwszy raz ktoś tak zrobił...-jąkałem się.Mała odbiegła.Już nie pamiętała,że przed paroma minutami tonęła we łzach,bawiła się z rówieśnikami w najlepsze.Ochłonąłem z tych nagłych emocji.Spojrzałem na barmankę.
-Jak się nazywasz?-spytałem.
-Emiko.A ty?Przecież nie masz na imię "bezimienny"?-stwierdziła.
-To moje imię.Dlaczego skłamałaś na komisariacie?-musiałem dowiedzieć się w końcu,co takiego nagadała policji.
-Nie kłamałam.Opowiedziałam o nachalnym pijaku,któremu wydawało się,że potrafi mieć każdą.O nie udzieleniu mi pomocy,jak dobierał się do mnie i o tym,że wszystko widziałeś i jesteś gotowy o tym zeznać!-wyczułem pretensję w głosie Emiko.
-A dodałaś,że zabiłaś drania "przypadkiem"?-zażartowałem.
-To był PRZYPADEK!-jej podniesiony głos rozległ się echem.
-Ciszej!-nakazałem.-Mam do ciebie prośbę.Pomóż mi wydostać się stąd.-dodałem.
Siedziała,nie odzywając się,urażona do głębi.Poczekałem aż jej przejdzie a nie widząc żadnej reakcji,po prostu,zostawiłem ją i poszedłem rozejrzeć się za noclegiem.
czwartek, 18 lipca 2013
無名 Mumei. cz:8.
日本 Nihon 東京 Tōkyō Rok 1999
Na posterunku rozdzielono nas.Dziewczynę zabrano na przesłuchanie a ja marzyłem o tym by jak najprędzej stamtąd się wydostać,nim zaczną zadawać pytania,ale wszystko się skomplikowało.
Zawołano mnie do złożenia zeznania.
-Nazwisko?-padło pytanie.
-Mumei...
-Pytam o nazwisko,masz coś do ukrycia,że stroisz sobie żarty?-glina podejrzanie uniósł ton.
-Wołają na mnie Mumei.-wytłumaczyłem.
-No...na mnie wołali "Leon zawodowiec" ale tamte czasy minęły!Dokumenty!-zakomenderował.
Podałem mu dowód osobisty.Przepisując moje dane,pokręcił z niedowierzaniem głową:
-Taa...a więc,panie Mumei,czy podejrzana jest z panem jakoś spokrewniona?
-Nie.Prawie jej nie znam.
-...to bardzo ciekawe,bo twierdzi inaczej...-zdziwił się.
-Kłamie!Widziałem ją parę razy jak przychodziłem do baru po pracy,żeby coś zjeść.-sprostowałem pomówienie.
"-Nie mogła mi tego zrobić!Po co powołała się na mnie?!"-pomyślałem.Byłem zły na bezmyślną dziewuchę.
Stuknęły drzwi,wyprowadzali moją zdrajczynię.
-Mumei! Powiedz im całą prawdę,proszę!-krzyknęła.Popchnięta przez strażnika,zniknęła w innych drzwiach.
-Właśnie,ja też chcę usłyszeć tylko prawdę!-wtrącił się mundurowy.
Udało mu się w końcu spisać to,co widziałem w knajpie,jak doszło do wypadku i kto był prowokatorem zajścia.Z ciekawości zapytałem co z barmanką?
-Zostanie na razie w areszcie.Wyznaczono kaucję 1000 jenów,do jutra wieczór.Dobranoc.-wskazał mi wyjście.
Z ulgą opuściłem budynek komendy.Wróciłem do siebie,zastanawiając się,co bym wymyślił gdyby sprawy zaszły za daleko.
"-Przecież,nie wszyscy muszą wiedzieć o twojej,aż nazbyt długiej przeszłości!"-upomniałem się w myślach.
Chmury zrobiły szare,drobny deszcz sączył się,tworząc strumyki,spływające po szybach.Przed kamienicą zatrzymała się taksówka.Nim zdążyłem przyjrzeć się wysiadającemu,czarny parasol zasłonił postać.Szuranie ciężkich kroków i łomot do drzwi.
-Kto tam?
-Jestem Morihiro!Mam ważną wiadomość dla ciebie!-odezwał się nieznajomy.
Uchyliłem drzwi i wyjrzałem.Typ z łatwością otworzył je na oścież,odrzucając mnie na parę kroków wstecz.Uskoczyłem przed uderzeniem stopą w twarz.Kolejne zablokowałem i odparowałem,napastnik zreflektował się,ze nie ma przed sobą żółtodzioba.Starałem się skutecznie go obezwładnić,nie robiąc mu za wiele szkody.Wreszcie nadarzyła się okazja.Drań spróbował złapać mnie za rzemyk na szyi.W tym momencie,jego ręka znalazła się pod moją.Wykonałem krótkie kopnięcie kolanem w podbrzusze.Skulił się z bólu,wystarczyło tylko powalić intruza na ziemię.
-Czego chcesz?-sięgnąłem po jakiś kabel,odciąłem i związałem mężczyźnie ręce na plecach.Dla pewności,założyłem mu pętlę na szyję,żeby nie mógł przełożyć więzów przez nogi.
-Puść mnie!-zdołał wydusić z siebie.-Zabiją mnie.
-Kto cię nasłał?-dociekałem.-Domyślam się,że chodzi ci głównie o to?-pokazałem Medalion. Odwrócił oczy,udając nie zainteresowanego.
-OK... -podszedłem do telefonu,to go ożywiło.
-Żadnych glin!Nie słyszałeś?Zabiją mnie!-powtórzył.-Już jestem martwy!
Przestałem zwracać na niego uwagę.Zawiadomiłem policję,podałem adres i wyszedłem z mieszkania.Musiałem poszukać nowego lokum.W tym nie miałem już czego szukać. -Jak pech,to pech!-pomyślałem.
Na posterunku rozdzielono nas.Dziewczynę zabrano na przesłuchanie a ja marzyłem o tym by jak najprędzej stamtąd się wydostać,nim zaczną zadawać pytania,ale wszystko się skomplikowało.
Zawołano mnie do złożenia zeznania.
-Nazwisko?-padło pytanie.
-Mumei...
-Pytam o nazwisko,masz coś do ukrycia,że stroisz sobie żarty?-glina podejrzanie uniósł ton.
-Wołają na mnie Mumei.-wytłumaczyłem.
-No...na mnie wołali "Leon zawodowiec" ale tamte czasy minęły!Dokumenty!-zakomenderował.
Podałem mu dowód osobisty.Przepisując moje dane,pokręcił z niedowierzaniem głową:
-Taa...a więc,panie Mumei,czy podejrzana jest z panem jakoś spokrewniona?
-Nie.Prawie jej nie znam.
-...to bardzo ciekawe,bo twierdzi inaczej...-zdziwił się.
-Kłamie!Widziałem ją parę razy jak przychodziłem do baru po pracy,żeby coś zjeść.-sprostowałem pomówienie.
"-Nie mogła mi tego zrobić!Po co powołała się na mnie?!"-pomyślałem.Byłem zły na bezmyślną dziewuchę.
Stuknęły drzwi,wyprowadzali moją zdrajczynię.
-Mumei! Powiedz im całą prawdę,proszę!-krzyknęła.Popchnięta przez strażnika,zniknęła w innych drzwiach.
-Właśnie,ja też chcę usłyszeć tylko prawdę!-wtrącił się mundurowy.
Udało mu się w końcu spisać to,co widziałem w knajpie,jak doszło do wypadku i kto był prowokatorem zajścia.Z ciekawości zapytałem co z barmanką?
-Zostanie na razie w areszcie.Wyznaczono kaucję 1000 jenów,do jutra wieczór.Dobranoc.-wskazał mi wyjście.
Z ulgą opuściłem budynek komendy.Wróciłem do siebie,zastanawiając się,co bym wymyślił gdyby sprawy zaszły za daleko.
"-Przecież,nie wszyscy muszą wiedzieć o twojej,aż nazbyt długiej przeszłości!"-upomniałem się w myślach.
Chmury zrobiły szare,drobny deszcz sączył się,tworząc strumyki,spływające po szybach.Przed kamienicą zatrzymała się taksówka.Nim zdążyłem przyjrzeć się wysiadającemu,czarny parasol zasłonił postać.Szuranie ciężkich kroków i łomot do drzwi.
-Kto tam?
-Jestem Morihiro!Mam ważną wiadomość dla ciebie!-odezwał się nieznajomy.
Uchyliłem drzwi i wyjrzałem.Typ z łatwością otworzył je na oścież,odrzucając mnie na parę kroków wstecz.Uskoczyłem przed uderzeniem stopą w twarz.Kolejne zablokowałem i odparowałem,napastnik zreflektował się,ze nie ma przed sobą żółtodzioba.Starałem się skutecznie go obezwładnić,nie robiąc mu za wiele szkody.Wreszcie nadarzyła się okazja.Drań spróbował złapać mnie za rzemyk na szyi.W tym momencie,jego ręka znalazła się pod moją.Wykonałem krótkie kopnięcie kolanem w podbrzusze.Skulił się z bólu,wystarczyło tylko powalić intruza na ziemię.
-Czego chcesz?-sięgnąłem po jakiś kabel,odciąłem i związałem mężczyźnie ręce na plecach.Dla pewności,założyłem mu pętlę na szyję,żeby nie mógł przełożyć więzów przez nogi.
-Puść mnie!-zdołał wydusić z siebie.-Zabiją mnie.
-Kto cię nasłał?-dociekałem.-Domyślam się,że chodzi ci głównie o to?-pokazałem Medalion. Odwrócił oczy,udając nie zainteresowanego.
-OK... -podszedłem do telefonu,to go ożywiło.
-Żadnych glin!Nie słyszałeś?Zabiją mnie!-powtórzył.-Już jestem martwy!
Przestałem zwracać na niego uwagę.Zawiadomiłem policję,podałem adres i wyszedłem z mieszkania.Musiałem poszukać nowego lokum.W tym nie miałem już czego szukać. -Jak pech,to pech!-pomyślałem.
środa, 17 lipca 2013
無名 Mumei. cz:7.
日本 Nihon 東京 Tōkyō Rok 1999
W przyportowej knajpce panował spory ruch.Wszedłem tam,żeby coś zjeść.Jacyś klienci oparci o kontuar toczyli żywą pogawędkę,dołączając zamaszystą gestykulację.Na pierwszy rzut oka widać było,co się może stać,gdy któryś z nich przesadzi w słowach.
Usiadłem na wolnym obrotowym krześle,jak najdalej od rozochoconych gości.
-Co pijesz Mumei?-dziewczyna za ladą puściła do mnie oko.Co niektórym,nie uszło to uwagi.Zawyli na okazaną mi sympatię.
-Ej,kicia!!! Czemu dla mnie nie jesteś tak miła,jak dla tego przybłędy?!-wysapał jakiś typ.Do niego dołączyli następni.
-Podejdź do mnie mała,to pokażę ci jak ja umiem być baardzo miły...- inny kiwnął na barmankę ręką z banknotem.Popełniła błąd,myśląc,że to za rachunek,podeszła zbyt blisko.
-Nie! Zostaw!-zaczęła się wyrywać mężczyźnie,który nabrał ją w tak prosty sposób.
-Chciałem złożyć zamówienie,możesz?-tym razem ja wyjąłem nieśpiesznie kilka nominałów.Patrzyłem z uwagą,co zrobi delikwent.
Mocował się z nią.Próbowała jakoś uwolnić się z obleśnych,wytatuowanych ramion i nagle...
-Pomocy!!! O rany,co ty zrobiłaś dziwko!!!-niedoszły kochaś trzymał się za przyrodzenie.Spodnie w tym miejscu zaczęły czerwienieć,z każdą chwilą coraz bardziej.Przewrócił się na podłogę i zacharczał.Dziewczyna była już w bezpiecznej odległości za barem.Dzwoniła po pogotowie.Po krótkiej rozmowie,odłożyła słuchawkę i ostentacyjnie wytarła o ścierkę zakrwawiony sztylet.Przez moment widziałem krótkie,śniące ostrze.
Jakby nigdy nic,wróciła do swoich obowiązków.
Kiedy znalazła się bliżej,zapytałem:
-Przeżyje do przyjazdu karetki?
-Nie obchodzi mnie to!-usłyszałem.Widać było na jej rękach zasinienia powstałe od żelaznego chwytu klienta.W źrenicach tlił się jeszcze gniew.
-Co ci podać?-zadała pytanie bez zbędnych czułości,twarz miała nieruchomą.
-Piwo i coś do jedzenia.-dostrzegłem w szybie odbłyski sygnalizacji.-Już są!-dodałem.
Weszli we dwóch.Zatrzymali się nad ciałem i jeden pochylił się,żeby zbadać tętno.Wyprostował się i przeszukał wzrokiem zbiorowisko ludzi.
-Kto to zrobił?
Kilka głów obróciło się w stronę młodej barmanki.
-Czy to pani?-zwrócił się do kobiety ratownik.
-Tak,w obronie własnej.-wyjaśniła.
-Wykrwawił się.Hideki zawiadom kogo trzeba,mamy tu morderstwo.-dał znać swojemu pomocnikowi.
Klientela powoli wycofywała się w kierunku drzwi.Policja,to nie przelewki.Ja też,dokończywszy piwo,zebrałem się do wyjścia.
-Zaczekaj!-krzyknęła.-Jesteś jedynym świadkiem,że broniłam się przed nim...
-Nie wrobisz mnie w to!-zaprotestowałem.Nie wiedziałem o niej nic,oprócz tego,że pracowała w tej norze.
-Słuchaj,nie wrabiam cię ale twoja pomoc jest mi potrzebna!Zrozum,nie mogę iść do więzienia! Mumei,do cholery! Potwierdzisz tylko,że się broniłam!
Na moje dalsze wykręty było niestety za późno.Gliny mają jakiś dziwny zwyczaj zjawiania w najmniej spodziewanym momencie.
W przyportowej knajpce panował spory ruch.Wszedłem tam,żeby coś zjeść.Jacyś klienci oparci o kontuar toczyli żywą pogawędkę,dołączając zamaszystą gestykulację.Na pierwszy rzut oka widać było,co się może stać,gdy któryś z nich przesadzi w słowach.
Usiadłem na wolnym obrotowym krześle,jak najdalej od rozochoconych gości.
-Co pijesz Mumei?-dziewczyna za ladą puściła do mnie oko.Co niektórym,nie uszło to uwagi.Zawyli na okazaną mi sympatię.
-Ej,kicia!!! Czemu dla mnie nie jesteś tak miła,jak dla tego przybłędy?!-wysapał jakiś typ.Do niego dołączyli następni.
-Podejdź do mnie mała,to pokażę ci jak ja umiem być baardzo miły...- inny kiwnął na barmankę ręką z banknotem.Popełniła błąd,myśląc,że to za rachunek,podeszła zbyt blisko.
-Nie! Zostaw!-zaczęła się wyrywać mężczyźnie,który nabrał ją w tak prosty sposób.
-Chciałem złożyć zamówienie,możesz?-tym razem ja wyjąłem nieśpiesznie kilka nominałów.Patrzyłem z uwagą,co zrobi delikwent.
Mocował się z nią.Próbowała jakoś uwolnić się z obleśnych,wytatuowanych ramion i nagle...
-Pomocy!!! O rany,co ty zrobiłaś dziwko!!!-niedoszły kochaś trzymał się za przyrodzenie.Spodnie w tym miejscu zaczęły czerwienieć,z każdą chwilą coraz bardziej.Przewrócił się na podłogę i zacharczał.Dziewczyna była już w bezpiecznej odległości za barem.Dzwoniła po pogotowie.Po krótkiej rozmowie,odłożyła słuchawkę i ostentacyjnie wytarła o ścierkę zakrwawiony sztylet.Przez moment widziałem krótkie,śniące ostrze.
Jakby nigdy nic,wróciła do swoich obowiązków.
Kiedy znalazła się bliżej,zapytałem:
-Przeżyje do przyjazdu karetki?
-Nie obchodzi mnie to!-usłyszałem.Widać było na jej rękach zasinienia powstałe od żelaznego chwytu klienta.W źrenicach tlił się jeszcze gniew.
-Co ci podać?-zadała pytanie bez zbędnych czułości,twarz miała nieruchomą.
-Piwo i coś do jedzenia.-dostrzegłem w szybie odbłyski sygnalizacji.-Już są!-dodałem.
Weszli we dwóch.Zatrzymali się nad ciałem i jeden pochylił się,żeby zbadać tętno.Wyprostował się i przeszukał wzrokiem zbiorowisko ludzi.
-Kto to zrobił?
Kilka głów obróciło się w stronę młodej barmanki.
-Czy to pani?-zwrócił się do kobiety ratownik.
-Tak,w obronie własnej.-wyjaśniła.
-Wykrwawił się.Hideki zawiadom kogo trzeba,mamy tu morderstwo.-dał znać swojemu pomocnikowi.
Klientela powoli wycofywała się w kierunku drzwi.Policja,to nie przelewki.Ja też,dokończywszy piwo,zebrałem się do wyjścia.
-Zaczekaj!-krzyknęła.-Jesteś jedynym świadkiem,że broniłam się przed nim...
-Nie wrobisz mnie w to!-zaprotestowałem.Nie wiedziałem o niej nic,oprócz tego,że pracowała w tej norze.
-Słuchaj,nie wrabiam cię ale twoja pomoc jest mi potrzebna!Zrozum,nie mogę iść do więzienia! Mumei,do cholery! Potwierdzisz tylko,że się broniłam!
Na moje dalsze wykręty było niestety za późno.Gliny mają jakiś dziwny zwyczaj zjawiania w najmniej spodziewanym momencie.
無名 Mumei. cz:6.
日本 Nihon 東京 Tōkyō Rok 1999
-Shisetsu-san!-głos mi uwiązł w gardle.I nagle do mojego krzyku przyłączyły się inne głosy:
-Mumei!Obudź się!-komuś wreszcie udało się dotrzeć do mojej świadomości.
Otworzyłem oczy i rzeczywistość zmieniła się diametralnie.Byłem w tym samym miejscu co poprzedniego dnia,czyli na peryferiach Tokio.Tylko te sny o matce i moim opiekunie z dziecięcych lat,Shisetsu,co jakiś czas,przez tyle wieków potrafiły wracać wciąż na nowo.Pewna stara kobieta powiedziała mi kiedyś,że mojej matce potrzeba wyzwolenia,wtedy sny o przeszłości przestaną mnie dręczyć...Może to prawda?
Wsunąłem dłoń do kieszeni jeans'ów i znalazłem zmiętą kartkę papieru.
-Przydałoby się zapracować na śniadanie.-uśmiechnąłem się do własnych myśli.Przeczytałem niewyraźny napis: " 小さな波 Chīsana nami" (jap: Mała fala) i numer: +8137654321099.
Zapytałem przechodnia o telefon,wskazał gdzieś przed siebie i odszedł.Odwróciłem się i zobaczyłem muszlę budki.Po chwili jakiś chropowaty dźwięk wdarł mi się do ucha:
-Mia..ł.ś byc godzine temu!!!-wrzasnął właściciel łodzi.Zegarek na moim przegubie wskazywał to samo.
-Będę za 20 minut!-rzuciłem słuchawkę i pognałem ulicami do portu.
Chīsana nami kołysała się na falach,załadowana sieciami i linami.Kubły na ryby też już przygotowano.Nadszedł rybak,który zbeształ mnie przez telefon,był niezadowolony nawet kiedy mnie zobaczył.
-Gdybym wiedział,że taki z ciebie pomocnik,zatrudniłbym kogoś innego!-warknął na powitanie.-Właź!-wskazał łódź.
Dochodziło południe.Ryby brały a mojemu pracodawcy poprawiał się humor.Zagadnął mnie nawet o wizerunek smoka na szyi.
-A cóż to za dziwny kawałek blaszki masz na tym sznurku,co?Świeci tak,iż mógłbym pomyśleć,że to srebro!-zaśmiał się.
Zawsze to samo...Ludzie są z reguły uczuleni na wszystko,co odbija promienie słoneczne bardziej niż kamienie na drodze.Tyle czasu żyję a pytania o Medalion nigdy się nie kończą.
Podszedł bliżej,żeby się przyjrzeć.
-A niech mnie! Ile jest warta? To przecież najstarsza moneta jaką pamięta to zacne miasto!!!-zachwycił się mężczyzna.
-Ma dla mnie większą wartość,niżby pan myślał.-udałem,że nie widzę błysku w jego oczach,kiedy rozmowa zeszła na ocenę Smoczego Medalionu.Nie miałem zamiaru ciągnąć dłużej tego tematu.Odwróciłem się,udając bardzo zajętego wyciąganiem złowionych ryb.
Robota trwała do samego wieczora.Składałem sieci,gdy przyszedł rybak z wypłatą.
-Powinienem obciąć ci pensję za spóźnienie!Pracowałeś pilnie,więc nie będę pamiętał o tym małym niedociągnięciu.Tu są twoje pieniądze...ale!-złapał mnie za przedramię i przytrzymał: -...ale dodam o wiele więcej za...
Nie dokończył.Jego kark znalazł się w zgięciu mojego łokcia. Trzymałem go w uścisku tak,że tracił oddech.Powoli cedziłem słowa przez zaciśnięte z wściekłości zęby:
-Słuchaj...nie obchodzi mnie,jak traktujesz swoich pracowników...wezmę co moje,a jeżeli jeszcze raz dotkniesz mnie lub mojej monety-zabiję...rozumiesz?-dał znać,mrugnięciem.
Puściłem go,nie mogłem narobić sobie kłopotów,chociaż w środku cały się gotowałem.Widziałem jak odchodzi,mrucząc pod nosem groźby...
-Shisetsu-san!-głos mi uwiązł w gardle.I nagle do mojego krzyku przyłączyły się inne głosy:
-Mumei!Obudź się!-komuś wreszcie udało się dotrzeć do mojej świadomości.
Otworzyłem oczy i rzeczywistość zmieniła się diametralnie.Byłem w tym samym miejscu co poprzedniego dnia,czyli na peryferiach Tokio.Tylko te sny o matce i moim opiekunie z dziecięcych lat,Shisetsu,co jakiś czas,przez tyle wieków potrafiły wracać wciąż na nowo.Pewna stara kobieta powiedziała mi kiedyś,że mojej matce potrzeba wyzwolenia,wtedy sny o przeszłości przestaną mnie dręczyć...Może to prawda?
Wsunąłem dłoń do kieszeni jeans'ów i znalazłem zmiętą kartkę papieru.
-Przydałoby się zapracować na śniadanie.-uśmiechnąłem się do własnych myśli.Przeczytałem niewyraźny napis: " 小さな波 Chīsana nami" (jap: Mała fala) i numer: +8137654321099.
Zapytałem przechodnia o telefon,wskazał gdzieś przed siebie i odszedł.Odwróciłem się i zobaczyłem muszlę budki.Po chwili jakiś chropowaty dźwięk wdarł mi się do ucha:
-Mia..ł.ś byc godzine temu!!!-wrzasnął właściciel łodzi.Zegarek na moim przegubie wskazywał to samo.
-Będę za 20 minut!-rzuciłem słuchawkę i pognałem ulicami do portu.
Chīsana nami kołysała się na falach,załadowana sieciami i linami.Kubły na ryby też już przygotowano.Nadszedł rybak,który zbeształ mnie przez telefon,był niezadowolony nawet kiedy mnie zobaczył.
-Gdybym wiedział,że taki z ciebie pomocnik,zatrudniłbym kogoś innego!-warknął na powitanie.-Właź!-wskazał łódź.
Dochodziło południe.Ryby brały a mojemu pracodawcy poprawiał się humor.Zagadnął mnie nawet o wizerunek smoka na szyi.
-A cóż to za dziwny kawałek blaszki masz na tym sznurku,co?Świeci tak,iż mógłbym pomyśleć,że to srebro!-zaśmiał się.
Zawsze to samo...Ludzie są z reguły uczuleni na wszystko,co odbija promienie słoneczne bardziej niż kamienie na drodze.Tyle czasu żyję a pytania o Medalion nigdy się nie kończą.
Podszedł bliżej,żeby się przyjrzeć.
-A niech mnie! Ile jest warta? To przecież najstarsza moneta jaką pamięta to zacne miasto!!!-zachwycił się mężczyzna.
-Ma dla mnie większą wartość,niżby pan myślał.-udałem,że nie widzę błysku w jego oczach,kiedy rozmowa zeszła na ocenę Smoczego Medalionu.Nie miałem zamiaru ciągnąć dłużej tego tematu.Odwróciłem się,udając bardzo zajętego wyciąganiem złowionych ryb.
Robota trwała do samego wieczora.Składałem sieci,gdy przyszedł rybak z wypłatą.
-Powinienem obciąć ci pensję za spóźnienie!Pracowałeś pilnie,więc nie będę pamiętał o tym małym niedociągnięciu.Tu są twoje pieniądze...ale!-złapał mnie za przedramię i przytrzymał: -...ale dodam o wiele więcej za...
Nie dokończył.Jego kark znalazł się w zgięciu mojego łokcia. Trzymałem go w uścisku tak,że tracił oddech.Powoli cedziłem słowa przez zaciśnięte z wściekłości zęby:
-Słuchaj...nie obchodzi mnie,jak traktujesz swoich pracowników...wezmę co moje,a jeżeli jeszcze raz dotkniesz mnie lub mojej monety-zabiję...rozumiesz?-dał znać,mrugnięciem.
Puściłem go,nie mogłem narobić sobie kłopotów,chociaż w środku cały się gotowałem.Widziałem jak odchodzi,mrucząc pod nosem groźby...
piątek, 12 lipca 2013
無名 Mumei. cz:5.
日本 Nihon ,本州 Honshū. Rok 799
Narodziny Mumei.
Piorun rozerwał ciemniejące niebo.Ale oprócz jego huku dało się słyszeć jęki kobiety. Poród trwał już od godziny.Znachorka cierpliwie czekała na pojawienie się noworodka,ocierając co jakiś czas czoło zmęczonej rodzącej.
Wysłannik zajrzał do izby.
-Jeszcze trochę...-usłyszał w progu.Ciekawość wzięła górę i postanowił zaczekać.
Siwowłosa kobieta odwróciła się po chwili,tuląc ruchliwy tłumoczek do siebie. Shisetsu dostrzegł malutką rączkę.Podszedł do akuszerki.
-Piękny masuko (jap: syn)!-zawołała.
-To nie jest mój syn.-odparł mężczyzna.Podała mu chłopca.Zaskoczony,nie wiedział jak ma trzymać dziecko,żeby nie zrobić mu krzywdy.Nigdy nie miał na rękach tak małej istoty.
-Podejdź proszę Shisetsu...-matka niemowlęcia poruszyła się w pościeli.
Ostrożnie pokonał odległość do jej łóżka.Położył malca obok dziewczyny a ona przygarnęła go do piersi.
-Już wiesz jak będzie miał na imię?-zapytał.
-Nie...Jest synem Susanō.To półbóg...prawda?-odpowiedziała pytaniem Sutorenjā.
-Nie będzie człowiekiem ani bogiem jak jego ojciec,więc kim?-zamyśliła się.Potem,jakby sobie o czymś przypomniała,dokończyła: -Ty będziesz moim małym masuko! Ukochanym mumei (jap.: bezimienny),bo ja także jestem sutorenjā (jap.: nieznajoma) !
-A więc niech zostanie Mumei.-Wysłannik wyciągnął ukryty do tej pory Smoczy Medalion i zaopatrzył go w nowy rzemień.Sięgnął w kierunku śpiącego chłopca,delikatnie zawieszając mu talizman.
-Arigatō. (jap.:dziękuję)-Nieznajoma oparła głowę na poduszce i usnęła.
Wyszedł z chaty.Burza oddalała się,ustępując miejsca tęczy.
Sześć lat później.
-Shisetsu-san! Mam! Udało mi się! Zobacz! -dziecko przysunęło bliżej kosz pełen ryb różnej wielkości.Niektóre jeszcze poruszały pyszczkami.
-Marny połów.-mężczyzna zmarszczył brwi,patrząc na Mumei. Chłopiec uczynił to samo.Niby z uwagą oglądając swą zdobycz,nasrożył brew i wykrzywił usta.
-Tak...masz rację Shisetsu-san! Niewiele tego!-wykrzyknął.
Widząc go,tak małego,próbującego naśladować we wszystkim dorosłych,Wysłannik roześmiał się.Przygarnął do siebie sześciolatka i wziął złowione przez nich ryby.On sam miał już sporo większych osobników.
-Twoja mama na pewno nie pogniewa się,że są trochę za małe.Przyrządzi nam wyśmienity obiad!Zobaczysz!-ruszyli w kierunku domu.
Nim dotarli na miejsce,medalion na szyi Mumei zaczął błyszczeć jak nigdy przedtem.Bezimienny przestraszył się.
-Dziwnie się czuję...-był blady na twarzy,oczy miał szeroko otwarte.
-Mumei?!-obaj zatrzymali się. Shisetsu zrzucił z ramienia ryby,przysiadł obok chłopaka.Niepotrzebnie.Zanim zdążył zapytać co mu się stało,ten pobiegł drogą.Odwrócił się tylko po to,żeby wyjaśnić:-Coś złego stało się mamie!-i już go nie było.
Ujrzał oboje przed chatą.Jego kochana Nieznajoma leżała w pyle podwórza,obok klęczał jej syn.On też klęknął przy umierającej.
-Był tu twój ojciec...powiedział,że tak tęsknił za mną...Chciał abym zeszła z nim do Krainy Ciemności,gdzie spędza czas razem ze swą matką...Powiedziałam,że nie...a Susanō zażądał Smoczego Medalionu...-słabła co raz bardziej,nie przerwała jednak opowiadania:
-...walczyłam ale on był zbyt silny...i...-usta Sutorenjā znieruchomiały,ciało zwiotczało.
-Mama! Mamo!Obudź się!-nic nie dało szarpanie za ramiona i płacz osieroconego dziecka.Matka nie ocknęła się więcej.
Wysłannik kazał Mumei położyć Smoczy Medalion na zmarłej.Kiedy chłopiec miał zamiar to uczynić,powtórnie na ziemi zjawił się Bóg Burz i Wichrów.Śmiał się głośno.
-Myślisz bękarcie,że w ten sposób przywrócisz jej życie?! Haha! Nic z tego! Medalion pomaga w taki sposób tylko raz! Twoja matka jest teraz w mojej mocy!Jej nędzna dusza już nigdy nie zobaczy świata!
Chłopcem wstrząsnęły te słowa.W porywie gniewu,rzucił się do nierównego pojedynku z bóstwem.Choć wiedział,że nie zdoła pokonać swojego ojca-zabójcy,za wszelką cenę bronił honoru matki. Susanō spostrzegł jego atak i wykonał jeden ruch wyciągniętą do przodu ręką.Mumei zabrakło sił na odparcie tak potężnego ciosu.Padając na ziemię ze sporej wysokości,stracił przytomność.Nie wiedział,że parę metrów od niego poległ Shisetsu...
Narodziny Mumei.
Wysłannik zajrzał do izby.
-Jeszcze trochę...-usłyszał w progu.Ciekawość wzięła górę i postanowił zaczekać.
Siwowłosa kobieta odwróciła się po chwili,tuląc ruchliwy tłumoczek do siebie. Shisetsu dostrzegł malutką rączkę.Podszedł do akuszerki.
-Piękny masuko (jap: syn)!-zawołała.
-To nie jest mój syn.-odparł mężczyzna.Podała mu chłopca.Zaskoczony,nie wiedział jak ma trzymać dziecko,żeby nie zrobić mu krzywdy.Nigdy nie miał na rękach tak małej istoty.
-Podejdź proszę Shisetsu...-matka niemowlęcia poruszyła się w pościeli.
Ostrożnie pokonał odległość do jej łóżka.Położył malca obok dziewczyny a ona przygarnęła go do piersi.
-Już wiesz jak będzie miał na imię?-zapytał.
-Nie...Jest synem Susanō.To półbóg...prawda?-odpowiedziała pytaniem Sutorenjā.
-Nie będzie człowiekiem ani bogiem jak jego ojciec,więc kim?-zamyśliła się.Potem,jakby sobie o czymś przypomniała,dokończyła: -Ty będziesz moim małym masuko! Ukochanym mumei (jap.: bezimienny),bo ja także jestem sutorenjā (jap.: nieznajoma) !
-A więc niech zostanie Mumei.-Wysłannik wyciągnął ukryty do tej pory Smoczy Medalion i zaopatrzył go w nowy rzemień.Sięgnął w kierunku śpiącego chłopca,delikatnie zawieszając mu talizman.
-Arigatō. (jap.:dziękuję)-Nieznajoma oparła głowę na poduszce i usnęła.
Wyszedł z chaty.Burza oddalała się,ustępując miejsca tęczy.
Sześć lat później.
-Shisetsu-san! Mam! Udało mi się! Zobacz! -dziecko przysunęło bliżej kosz pełen ryb różnej wielkości.Niektóre jeszcze poruszały pyszczkami.
-Marny połów.-mężczyzna zmarszczył brwi,patrząc na Mumei. Chłopiec uczynił to samo.Niby z uwagą oglądając swą zdobycz,nasrożył brew i wykrzywił usta.
-Tak...masz rację Shisetsu-san! Niewiele tego!-wykrzyknął.
Widząc go,tak małego,próbującego naśladować we wszystkim dorosłych,Wysłannik roześmiał się.Przygarnął do siebie sześciolatka i wziął złowione przez nich ryby.On sam miał już sporo większych osobników.
-Twoja mama na pewno nie pogniewa się,że są trochę za małe.Przyrządzi nam wyśmienity obiad!Zobaczysz!-ruszyli w kierunku domu.
Nim dotarli na miejsce,medalion na szyi Mumei zaczął błyszczeć jak nigdy przedtem.Bezimienny przestraszył się.
-Dziwnie się czuję...-był blady na twarzy,oczy miał szeroko otwarte.
-Mumei?!-obaj zatrzymali się. Shisetsu zrzucił z ramienia ryby,przysiadł obok chłopaka.Niepotrzebnie.Zanim zdążył zapytać co mu się stało,ten pobiegł drogą.Odwrócił się tylko po to,żeby wyjaśnić:-Coś złego stało się mamie!-i już go nie było.
Ujrzał oboje przed chatą.Jego kochana Nieznajoma leżała w pyle podwórza,obok klęczał jej syn.On też klęknął przy umierającej.
-Był tu twój ojciec...powiedział,że tak tęsknił za mną...Chciał abym zeszła z nim do Krainy Ciemności,gdzie spędza czas razem ze swą matką...Powiedziałam,że nie...a Susanō zażądał Smoczego Medalionu...-słabła co raz bardziej,nie przerwała jednak opowiadania:
-...walczyłam ale on był zbyt silny...i...-usta Sutorenjā znieruchomiały,ciało zwiotczało.
-Mama! Mamo!Obudź się!-nic nie dało szarpanie za ramiona i płacz osieroconego dziecka.Matka nie ocknęła się więcej.
Wysłannik kazał Mumei położyć Smoczy Medalion na zmarłej.Kiedy chłopiec miał zamiar to uczynić,powtórnie na ziemi zjawił się Bóg Burz i Wichrów.Śmiał się głośno.
-Myślisz bękarcie,że w ten sposób przywrócisz jej życie?! Haha! Nic z tego! Medalion pomaga w taki sposób tylko raz! Twoja matka jest teraz w mojej mocy!Jej nędzna dusza już nigdy nie zobaczy świata!
Chłopcem wstrząsnęły te słowa.W porywie gniewu,rzucił się do nierównego pojedynku z bóstwem.Choć wiedział,że nie zdoła pokonać swojego ojca-zabójcy,za wszelką cenę bronił honoru matki. Susanō spostrzegł jego atak i wykonał jeden ruch wyciągniętą do przodu ręką.Mumei zabrakło sił na odparcie tak potężnego ciosu.Padając na ziemię ze sporej wysokości,stracił przytomność.Nie wiedział,że parę metrów od niego poległ Shisetsu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Ten ktoś obok.
«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...
-
«PROLOG» - I, mamy go!!! - okrzyk triumfu ratownika medycznego oznajmił sukces reanimacji. Ostrożnie położono go na noszach i natychmiast ...
-
"Chwila, w której serce ustaje, życiu nowy smak nadaje..." Echo końskich kopyt dudniło po cichych uliczkach. Czarny karawan ciąg...
-
Jakby tu zacząć? Otóż...Witam na moim blogu :-) Spróbuję zmierzyć się na nim z sobą samą. Może Ktoś z was lubi czytać opowiadania różne, n...


