Na komisariacie...
Boni nie interesowało w ogóle co się z nią stanie. Ci dwaj pajace, podający się za wielkich cwaniaków, wcale nie zrobili na dziewczynie wrażenia. Przypomniała sobie, co opowiadał jej jeden z nich.
"- A więc... Mój ojciec żyje, uważa mnie za trupa i... Matka??? Co z nią?!" - myśli niczym rwący potok, szumiały w głowie Bonity. " - Czy ona też myśli, że umarłam?" - zadręczała się. "- Chcę ją zobaczyć!"- powzięła decyzję.
Nagle drzwi otworzyły się. W pokoju przesłuchań znów rozbrzmiewały głosy mężczyzn. Jakby nie widząc nastolatki, z głośnym śmiechem nie przerywali sobie.
- ... nadal cię nie rozumiem, przecież psy to przyjaciele ludzi...- Camelham patrzył teraz to na partnera, to na Bonitę.
- Mam rację mała? - dotarło do niego, co tu jeszcze robi małolata. Spróbował jakoś raz jeszcze przełamać jej opór, wciągając do rozmowy.
- Wyobraź sobie! On boi się psów! - machnął ręką, wskazując Quartphana.
Jack poczerwieniał na twarzy. Nie w smak mu było, że jego najlepszy kumpel mówi przy obcej o takich rzeczach. Zmieszany, usiadł na krześle, widział Boni, która nie zwracała na nich uwagi. To odprężyło policjanta. Teraz on zagadnął:
- Mam kilka pytań... - zaczął, ale odwróciła się zaraz plecami i prychnęła:
- To coś kurna nowego!!!
Aaron zareagował natychmiast. Szarpnął małą,aż krzesło na którym siedziała, podskoczyło. Posadził ją na powrót face of face, sam zajmując miejsce nieopodal.
Nerwowe zachowanie partnera zaskoczyło nawet Jacka. Osiemnastolatka zdziwiona i trochę przestraszona patrzyła spode łba. Odważyła się jednak na kontrę:
- Jesteś poje...
Nie dokończyła. Gdyby nie refleks Quartphana, na jej twarzy już kwitł by męski odcisk dłoni. Jack pociągnął kolegę za uniesioną rękę do wyjścia. Za drzwiami, siląc się na spokój, zapytał:
- Co się z tobą do ciężkiej choinki dzieje, człowieku?!
Camelham cały się trząsł. Po paru wolnych oddechach, odpowiedział:
- Ona mnie zwyczajnie wkurwia! Jest bezczelna i...
- Jest tylko dzieciakiem, któremu świat stanął na głowie. Ona nie rozumie co się dzieje, to jej obrona przed tym, czego się boi. A ty... Opanuj się, bo jeżeli jeszcze raz tak wybuchniesz, przysięgam, że przyłożę ci tak, jak nikt jeszcze tego nie zrobił! A teraz, wracamy tam i bądźmy na boga profesjonalistami!!!
C.D.N. ... :-)
wtorek, 1 listopada 2016
piątek, 5 lutego 2016
Czy warto było??? 9.
Postaci za mgłą kogoś mu przypominały. Udręczony umysł przekształcał właściwe obrazy w straszliwe majaki, przez które gotów był uciekać co sił. Wtedy dopadały go silne ręce i nakazywały leżenie. Czasami bał się tak bardzo, że chciał umrzeć... Nie wiedział, że lekarze właśnie walczą o jego życie.
Dwóch mężczyzn kręciło się po szpitalnym korytarzu. Ich krótkie zdawkowe dialogi, podobne do gry słów, kontrastowały z głośnymi krokami. Cierpliwość obu została wystawiona na kolejną próbę.
- Cholera... - utyskiwał Jack. - Lekarz mówił, że facet, który przywiózł tego dzieciaka, przyjeżdża do niego każdego dnia o 4 po południu... Gdzie on... - nagle przerwał, dając znak brodą: - Jest!!! - krzyknął.
Odwrócili się jak na komendę. Timothy Silverno zbliżał się do nich.
- Pan Silverno? - podjął natychmiast Aaron Camelham. Przybyły kiwnął głową twierdząco, a Quartphan machnął mu odznaką przed oczami.
- Jesteśmy z policji. Mamy do pana kilka pytań... - zatrzymał Tima, by nie wchodził do sali chłopca. Mężczyzna strącił ze swego ramienia nachalną dłoń, lecz Jack w odpowiedzi, zagrodził sobą wejście.
- Jak wspomniałem, mamy z kolegą kilka pytań... - jego ton był twardy.
Tim poddał się. Ci dwaj byli już sami w sobie kłopotami.
Wyszli ze szpitala. Ciepły wiatr o tej porze roku nie niósł z sobą nic dobrego. "- Będzie odwilż..." - pomyślał Timothy, a głośno zawołał:
- Tirstan! - odpowiedziało mu basowe szczeknięcie, a zaraz za tym ukazała się sylwetka psa.
- Jezus, Maria!!! - wrzasnął przerażony Jack. Zaczął szarpać się z kaburą jakby po raz pierwszy w życiu sięgał po broń. Opiekun zwierzęcia dał znak by się zatrzymało. Pies ział otwartym pyskiem, oblizując co jakiś czas wargi.
- Gotów się na mnie rzucić i zeżreć!!! Bezmózgie bydlę!!! - klął na Tirstana policjant.
Zaskoczył go szczery śmiech pozostałych. Aaron i Silverno omal nie taczali się po chodniku, tak ich rozbawiła scena jego strachu. Ochłonąwszy nieco, on także zaczął się śmiać.
Timothy przywołał Tirsta do siebie, poklepał po szyi i pozwolił powąchać obu gliniarzy, chociaż jego jedyny przeciwnik nie był tym zachwycony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Ten ktoś obok.
«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...
-
«PROLOG» - I, mamy go!!! - okrzyk triumfu ratownika medycznego oznajmił sukces reanimacji. Ostrożnie położono go na noszach i natychmiast ...
-
"Chwila, w której serce ustaje, życiu nowy smak nadaje..." Echo końskich kopyt dudniło po cichych uliczkach. Czarny karawan ciąg...
-
Jakby tu zacząć? Otóż...Witam na moim blogu :-) Spróbuję zmierzyć się na nim z sobą samą. Może Ktoś z was lubi czytać opowiadania różne, n...