poniedziałek, 11 maja 2020

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ DZIESIĄTY»

Metaliczny posmak stawał się co raz bardziej dokuczliwy. Do otwartych ran miał wsypany jakiś biały proszek, który potęgował ból. Sadysta właśnie spostrzegł, że wróciła mu świadomość.
- Cześć zasrańcu! To ja, ciota, pamiętasz?
- Spierdalaj! Rozwiąż mnie! - zacharczał.
- Filip, Filip, Filip... - cmoknął przez zęby. Pokręcił głową i zagłębił ostrze w przedramieniu chłopca. Rozległ się chrapliwy krzyk, zmieszany ze śmiechem mężczyzny.
- Maaamooo... - zajęczał Filip.
- Ciii... Już nie będziesz zawracał matce gitary! - intruz sięgnął po coś z podłogi. - Powiedzmy, że twoja mama, ma ciebie już z głowy...
Z garści nieznajomego, jak szkaradna maska, zwisała głowa jego rodzicielki. Rozchylone w przerażeniu usta, nienaturalnie wytrzeszczone oczy, o poszerzonych ze strachu źrenicach... Szloch wstrząsnął ciałem nastolatka.
- No, co? Podoba się?! W poczekalni nie miałeś za grosz szacunku do nikogo! Nawet do niej! A teraz, nagle, taka zmiana? Powiem ci coś smarku... Za późno!!! Słyszysz?! Już za późno, na żale, łzy, czy wyrzuty sumienia! Wszyscy jesteście tacy sami!
Własne słowa mordercy, sprawiały, że wściekłość w nim potęgowała się. A im bardziej się irytował, tym więcej ran zadawał, i tak już skatowanemu dzieciakowi. Filip wiedział, że umrze, nadzieja odeszła w raz z matką.
Zasypał mu świeże okaleczenia nową porcją wapna. Nie zwracał uwagi na dzikie wrzaski małolata. Porcje wapiennego proszku kończyły się.
"- Szkoda..."- pomyślał. "- Jak się skończy, będę musiał go zabić." Głośno rzekł: - Na pewno teraz myślisz, że nie wiedziałeś, iż twoje docinki, mogą wpakować cię w takie gówno, co? - podniósł głowę swojej ofiary, i zajrzał w przekrwione oczy. - Czy, gdybym powiedział, ci, że cię puszczę wolno, to czy zmienił byś się? Co?! - uderzył smarkacza pięścią w twarz. - Zmienił byś się?!
- Ttakk... - sapnął Filip.
- Serio??? - oprawca kpił sobie z niego. - Dobra. Powiedzmy, że ci uwierzyłem. - zwyrodnialec rozciął sznury krępujące nogi i ręce dziecka. - Idź, i pamiętaj, od teraz jesteś innym człowiekiem! Zawdzięczasz to mnie!
Nastolatek nie wierząc w szczerość zabójcy, zaczął powoli iść w stronę drzwi. Nieproszony gość stał nieporuszony. Patrzył na ociekającego krwią dzieciaka, ale nie reagował. Filip przyspieszył. Kiedy tylko jego dłoń spoczęła na klamce, rozdzierający ból w dole podkolanowym sprawił, że natychmiast padł na kolana, wrzeszcząc z przerażenia. Jego kat już był przy nim. Wyszarpnął z mięśni ostrze i wbił je w drugą nogę na tej samej wysokości. Przecięte ścięgna nie były w stanie trzymać w pionie ciężaru ciała.
- Dlaczego???!!! DLACZEGO MI TO KURWA ROBISZ?!
- Bo mogę! Ktoś musi was, idealnych nauczyć życia i szacunku! Ja jeden mam odwagę wam się przeciwstawić! Wiesz za co cię to spotkało?
- ...
- Przypomnij sobie wszystkie twoje szkolne "ofiary"...
- O czym ty... O czym ty mówisz?
- A co? Nie dokuczałeś nikomu w szkole, albo na podwórku? Ah, nie! Teraz wszystko dzieje się... Jak wy to mówicie? W sieci! To, czy nie dokuczałeś komuś w sieci? Hmmm? Śmiało, przyznaj się! - ciężka pięść sięgnęła tym razem zranionej nogi. Filip prawie zemdlał z bólu. Czuł, że upływ krwi zaczyna odbierać mu trzeźwość myślenia. Bał się zapaść w niebyt. Może, jeśli przetrwa, to ten złamas puści go w końcu wolno? "- Biedna matka..."- przyszło mu do głowy. Pod niskim meblem dostrzegł coś znajomego. "- Komórka!" - pojaśniało mu w głowie. Musi ją niepostrzeżenie podnieść i zadzwonić! Myśli ze szczęścia, szalały.
- Ej! Co tak zamilkłeś? Zapomniałeś tych wszystkich przezwisk i podłości? - siedział na krześle, niedaleko komody, pod którą wpadł telefon.
"Najważniejsze, że ten ćwok nie wie, że komórka matki leży na podłodze!" - rozmyślał gorączkowo Filip. Spróbował przesunąć się jak najbliżej aparatu. Obcy patrzył na jego wysiłki, nie odzywał się. Chłopak i tak był przeznaczony na śmierć, nie chciał jednak tej chwili zbytnio przyspieszać.
Nastolatek niby nieumyślnie włożył dłoń pod komodę. Sekundy poszukiwań, ciągnęły się wieki. Wreszcie palce napotkały gładki przedmiot, tak bardzo teraz pożądany. Przestał się bać. Pełzł dalej, aż mógł złapać się krzesła i komody, żeby się podciągnąć na nich, ale oberwał kopnięcie w brzuch i upadł na dywan.
- Leżeć psie!
Posłusznie wykonał polecenie. Teraz musi spróbować wybrać numer i pozostać na linii jak długo się da... Przesunął rękę wzdłuż ciała, i udając, że chwyta obolały żołądek, wsunął w kieszeń spodni. Wysilił się, by skupić uwagę na odnalezienie klawiszy, które chciał nacisnąć. Nagle zamarł. Ten skurwiel stanął na nim.
- Co robisz? - dostrzegł, że dzieciak trzyma się za tułów.
- ...boli... "1"... - ukrył twarz w zgięciu łokcia drugiej ręki, głośno pociągnął nosem. "1"...
- Jebany mazgaj! - usłyszał od napastnika.
"2'... "POŁĄCZ"
"- TELEFON ALARMOWY "112", OPERATOR NUMER 404, W CZYM MOGĘ POMÓC?" - rozległo się dość głośno. Nie czekając na reakcję zabójcy, ile tylko miał siły, wrzasnął: - ON MNIE ZABIJE!!! RATUNKU!!!
Musiał działać szybko. Uciszył chłopaka tym, co miał akurat pod ręką: biały wapienny proszek. Wsypywał dzieciakowi do krzyczącej gęby całą zawartość jaka mu została, aż Filip, po krótkiej agonii, przestał się ruszać...

niedziela, 10 maja 2020

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY»

Dom przy ulicy Leśnej, nie wyróżniał się niczym. Przyjrzał się uważnie szczegółom i ruszył dalej, by nie wzbudzać podejrzeń. Wsiadł do swojego zdezelowanego mercedesa benza. Zielona furgonetka potoczyła się przez ulice. Chciał przeczekać do wieczora w Parku Kultury.

∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆

- Dobrze, że cię widzę! - dyspozytor policyjny kiwnął na Sebastiana.
- To szybko, bo mam sprawę na mieście! - odparł, wgryzając się w kanapkę.
- Winera przydzieliła ci nową sprawę, a Scyra kazał ci przekazać, że chłopaki z jego ekipy zabezpieczyli karty pacjentów, notes tej pobitej psychiatry i...
- hmm? - żuł kęs, oglądając podtykane pod nos przedmioty. Na przerwę w wypowiedzi, uniósł brwi do góry, walcząc ze spływającym do gardła jedzeniem, które zaczęło już tworzyć zator w przełyku. - Hmmm?! - powtórzył, zamiast zwykłego "co?", i zaczął kaszleć. Kolega klepnął go między łopatkami.
- Zasraniec zostawił częściowy odcisk palca! - drugie uderzenie zadudniło po plecach Trójeckiego.
- To jest ta nowa sprawa? Pobita kobieta? - Sebastian zapytał z niedowierzaniem. - A sprawa dzieciaków?
- Winera mówiła, że masz prowadzić obie. - odparł dyspozytor, wręczając mu poszlaki, dotyczące teraźniejszego zajęcia. Zgarnął wszystko pod pachę, wyrzucił resztę kromki chleba i wyszedł.
W ciszy samochodu, ulżył sobie. Głośne beknięcie rozniosło się po wszystkich zakamarkach. Zaśmiał się, na ten dźwięk. Wziął, rzucone na siedzenie pasażera dowody, przeczytał nazwisko faceta, na karcie. Ślady krwi tworzyły wzory.
- "Nikodem Twezuski", kurwa, kto w tych czasach chciałby się tak nazywać??? - zapytał na głos. Odrzucił plik kart, ruch na ulicy właśnie zelżał.

∆∆∆∆∆∆∆∆∆∆

Zachodzące słońce czerwieniło się niczym skruszony hematyt. Zrobiło się chłodno. Włożył szarą wiatrówkę i narzucił kaptur. Zaparkował ulicę dalej, na Paproci. Musiał mieć czas na przemyślenie planu. Na cyferblacie widniała 21:40, niebo pociemniało. Wysiadł z szoferki i niespiesznie ruszył na Leśną.
W domu, przez oświetlone okna widać było krzątającą się panią domu. Wyżej, w blasku padającym zapewne z monitora komputera, siedział chłopak.
- Mam cię! - szepnął.
Przeszedł przez ogrodzenie. Spore krzaki czegoś, posłużyły za osłonę przed wścibskimi oczami z ulicy, i przed odkryciem przez mieszkańców posesji. W końcu nastała oczekiwana ciemność we wszystkich pomieszczeniach. Przemknął do drzwi.

piątek, 8 maja 2020

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ ÓSMY»

Siedział w poczekalni. Przed nim weszła do gabinetu jakaś wypindrzona lala. Nie wzbudziła jego zainteresowania. Przeglądał jakieś czasopismo z ubiegłego roku, przerzucał kartki, ledwo śledząc poszczególne fragmenty treści. Tak naprawdę, gazeta była pretekstem do zerkania przez duże okno na ulicę. Nie potrafił sobie odmówić przyjemności wyławiania z tłumów dorosłych, dreptających chodnikami dzieciaków. To było coś, jak polowanie! Uśmiechnął się w myślach do siebie. "- Polowanie..." powtórzył bezgłośnie.
Drzwi wejściowe otworzyły się i wszedł chłopak, na oko 15-letni, zaraz za nim wsunęła się jego matka. Dostrzegła go i posłała mu zawstydzony uśmiech. Nastolatek utkwił spojrzenie w podłodze.
Udawał, że zaczytał się jakimś reportażem.
Pochylił się by sięgnąć po inną lekturę, kiedy poczuł kopnięcie. Smarkacz kopnął jego but, w taki sposób, by nie widziała tego jego matka, ale żeby poczuł uderzenie. Podniósł na gówniarza oczy. Ten w odpowiedzi zaśmiał się, a w oczach czaiło się coś złowieszczego. Pierwsza myśl jaka przyszła mu do głowy, to: zabić. Tak, jak zabija się natrętnego owada. Ale już za chwilę nadarzyła się nie lada okazja. Opanował się.
Matka dzieciaka odebrała telefon. Po zdawkowych "tak, nie" itp, rozłączyła się i zwróciła do niego:
- Czy będzie pan tak uprzejmy, i przepuści nas do doktor Braskiej?
Gnojek patrzył na niego spode łba, uśmiech miał jak ze sceny z horroru. Bezwiednie pięści same mu się zacisnęły, ale okazja taka jak teraz, mogła się już nie powtórzyć. Ze zgrywaną uprzejmością, odparł:
- Proszę bardzo!
- Ciota!!! - zaśmiał się w głos chłopak.
Jego matkę tak zaskoczył ten wyraz, że aż zaniemówiła. Stała, patrząc na syna, i na niego.
Z całego zamieszania wyrwało ich dopiero otworzenie drzwi gabinetu. Wskazał je kobiecie, a ona ciągnąc za sobą potomka, weszła do pokoju.
Został nareszcie sam. Pamiętał o swoim planie.

Wyszli od psychiatry po pół godzinie. Smarkacz nie był już takim zgrywusem, jak przed wizytą. Kobieta miała zaczerwienione policzki. Być może te rumieńce, to ze wstydu? Przemknęło mu przez głowę. Opuścili poczekalnię w milczeniu.

- Dzień dobry. Czy będę mógł prosić o szklankę wody? Zaschło mi w ustach. - zapytał lekarkę.
- Tak, oczywiście. Zostawię pana na moment. Przyniosę wodę.
Doktor Braska wyszła z gabinetu. Teraz miał trochę czasu, by przeszukać karty pacjentów. Znalazł właściwą: Filip Łątra, lat 16...adres... Zabrał pierwszą stronę, i usiadł na miejscu. Po paru minutach zjawiła się spowrotem lekarka.
- Czy możemy zaczynać, proszę pana?
- Tak, jasne!
Rozpoczęła się nudna analiza, ocenianie zachowań i wysnuwanie hipotez... Niecierpiał tego. Musiał to wszystko znosić, ponieważ takie było zarządzenie prokuratora: albo cotygodniowe badania psychiatryczne, albo dożywocie. Z jego obliczeń, zostało mu jeszcze jakieś pięć wizyt z trzydziestu. Wytrzyma.
- Czy mogę zadać pytanie osobiste? - usłyszał.
- Tak.
- Czy zdarzają się panu jeszcze złe sytuacje, związane ze zmianą płci? No, wie pan: wyśmiewanie, wyzwiska...
Spochmurniał. Przypominanie mu o tym, że nie urodził się mężczyzną, było jak oblanie gównem. Znów poczuł się nikim. Chwilę potem, uderzał głową Braskiej o podłogę, dopóki nie trysnęła krew.
Podniósł się z klęczek, wytarł głośno nos w rękaw kurtki, i wybiegł na zewnątrz. Wyciągnął wyrwaną uprzednio kartę, przypomniał sobie adres i skierował kroki w tamtą stronę.

Nie była pewna która już jest godzina. Z ogromnym trudem uniosła się na łokciu. Po omacku wyszukała telefon, a kiedy spadł tuż przy niej, zmusiła się do wybrania numeru, obojętnie jakiego...
"- Straż pożarna, słucham?!"
- P...szę pomo...cy!!! POMOCY!!! - zrobiła to, krzyknęła.
"- Co się stało? Proszę podać swój adres!"
Już nie zdążyła, podpierający łokieć nie utrzymał słabnącego ciała.

czwartek, 7 maja 2020

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ SIÓDMY»

dwa tygodnie później...

Pomieszczenie sprawiało wrażenie zimnego. Białe kafelki, biała jarzeniówka pod sufitem, metalowe regały, a w nich odpowiedniej wielkości szuflady, zdolne pomieścić chyba każdego. To było "królestwo" patolog sądowej Magdaleny Kocyk. Teraz, pochylała się nad stołem sekcyjnym, co jakiś czas notując coś skrupulatnie w podręcznym notesie. Każda sprawa była dla niej priorytetowa, nie mogła sobie pozwolić nawet na najmniejszy błąd.
- Dzień dobry! - donośny głos wyrwał patolog z zamyślenia.
- Proszę poczekać na wezwanie! To nie jest jakiś pieprzony plan filmowy, wchodzicie sobie tutaj, jak do jakiejś jaskini!!! - nie odwracając się od badania ciała, wskazała na drzwi. Nasłuchiwała, czy intruz posłuchał rozkazu. Niezbyt głośne wahnięcie drzwi, upewniło lekarkę, co do jej przypuszczeń.
- Ma pani już raport z sekcji tego dzieciaka? - zawołał z przedsionka zniecierpliwiony detektyw Trójecki. Nie usłyszał odpowiedzi, więc zajrzał do środka, ale zaraz się wycofał.
- Cholerna baba...- pomyślał.
Tymczasem doktor Kocyk skończyła sekcję chłopca. Wyszła do Sebastiana, i bez ceregieli wręczyła mu zielony, flizelinowy fartuch, sięgający niemal kostek. Włożył go i ruszył za kobietą do sali.
- Dzień dobry detektywie. Tak, właśnie skończyłam badać ciało dziecka. Chłopiec, lat około 5, biały. Odsłoniła jeszcze nie zaszyte zwłoki. Detektyw poczuł, jak mimo jego usilnych starań, żołądek zwinął się mu jak ślimak, grożąc wymownie. Przełknął szybko ślinę i złapał powietrze ustami.
- Hej! Jak rzyganie, to nie tutaj!!! - zaoponowała patolog. - Chce pan wyjść?
Odwrócił się, i próbował przeczekać, torsje. Lecz gdy znów odwrócił głowę, musiał się poddać. Pokiwał głową, i jak najszybciej wybiegł na mały korytarz, łapiąc spazmatycznie oddech. Lekarka była tuż za nim. Jej drwiący uśmiech, podsumował jej myśli o nim...
- Powie mi pani wreszcie, jak wygląda to wszystko? - doszedł do siebie na tyle, by zadać pytanie.
Patrzyła w dal, oparta o barierkę. Chwilę przyglądał się poważnej twarzy pani doktor, kiedy chciał zadać następne pytanie, odezwała się:
- To morderstwo było jeszcze bardziej okrutne niż poprzednie... - westchnęła.
- Dlaczego?
- Ponieważ, dziecko miało chorobę genetyczną...
- Co?!
- Chłopak miał chorobę genetyczną. Chorobę tę często mylą z autyzmem, lub ADHD, w zależności od ...
- Czyli był niepełnosprawny umysłowo, czy tak?
- Skoro tak to ująłeś... - ucięła rozmowę.
- Zabił niepełnosprawnego dzieciaka, do tej pory tego nie robił... Skurwiel. Tak, jakby eksperymentował z nimi wszystkimi! Najpierw mordował chłopaczków, potem jedną dziewczynkę, a teraz... - Sebastian wkurzył się do granic. Jeśliby tylko mógł, zapewne dostarczyłby oprawcy jeszcze większego bólu, niż cierpiały ofiary przed śmiercią.
- Czy jest coś jeszcze? - spytał. Jakiś cień przemknął przez twarz pani patolog. - Proszę mówić!
- Choćbym nie chciała, to muszę... Czy będzie pan w stanie obejrzeć ze mną ciało?
Wszystko w nim krzyczało: "NIE!!!", ale dla sprawy, którą prowadził, musiał się przemóc. W przedsionku pani Kocyk poinstruowała Sebastiana ostatni raz: - ...proszę dać mi znać jeśli zrobi się panu niedobrze, detektywie.

Patrzył na nagie rozcięte zwłoki, nienaturalnie małe, na wielkim, metalowym stole. Przyłbica przed twarzą co chwilę pokrywała się parą.
- Co to za choroba? Nie widzę by był zniekształcony, czy...
- Dziecko miało Zespół Martina-Bell, znany też pod nazwą: Zespół łamliwego chromosomu X. Mam zrobić panu wykład z tego?
- Jeśli ma coś wspólnego z jego morderstwem, to tak. - odparł.
Trójecki nie miał zielonego pojęcia o chorobach genetycznych, nie chciał żadnych wykładów, ale dla tego chłopaka mógł się poświęcić.
- Może zamiast o jego genach, powiem co było przyczyną śmierci? - zapytała.
- Tak, poproszę.
- Przyczyną śmierci tego malucha, było przebicie rozżarzonym prętem odbytu, jelit i podstawy żołądka...- pokazywała mu wymieniane organy, które uległy perforacji.
Zemdlał. Jego psychika poddała się dużo wcześniej. Organizm powiedział "stop!", gdy spojrzał na wyraźne ślady zostawione w martwym ciele pięciolatka...

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...