piątek, 30 stycznia 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 5

"Prawdziwa cisza jest językiem miłości, ponieważ tylko miłość zna piękno ciszy..." (Katarzyna de Hueck Doherty)

3 klasa gimnazjum.

Stał na przystanku i przeglądał coś w telefonie. Autobus już miał dwadzieścia minut spóźnienia. Rozejrzał się po zdenerwowanych czekających i powrócił wzrokiem do wyświetlacza. Oczekiwany pojazd wreszcie wjechał na podjazd. Wsiadł, skasował elektroniczny bilet i zajął miejsce. Lubił patrzeć przez okno na uciekający krajobraz. Zapatrzył się w dal, gdy ktoś dotknął go w ramię.
- Przepraszam, czy tu wolne? - uśmiechnęła się dziewczyna.
Zaskoczony, kiwnął głową i szybko wziął plecak z siedzenia. Zajęła je i podając rękę, przywitała się:
- Jestem Inga. A ty?
- Sławek... - wykrztusił. Zastanawiał się, skąd ona się tu wzięła? Nie widział jej jeszcze jak dotąd o tej porze na PKS-ie.
- Dokąd jedziesz? - zapytał z trudem.
Posłała mu jakby przepraszający uśmiech i odpowiedziała:
- Do szkoły. Moi rodzice załatwili mi internat, żebym nie musiała codziennie jeździć do domu i z powrotem.
- Do której szkoły? Dla Głuchych?
- Nie... - pokręciła głową. - Dla słyszących, a czemu pytasz?
- Ja jestem Głuchy...- powiedział, pokazując słowa gestami.
- Serio?! To... jak... jak mówisz, skoro nie słyszysz? - miała zaskoczony wyraz twarzy. - I co ty robisz rękami?
- To język migowy, mój język! - zamigał. - Ja umiem mówić, ale wolę migać, bo mówienie jest dla mnie trudne.
- No coś ty! To prawda, trochę ciężko jest ciebie zrozumieć, ale mi to wcale nie przeszkadza! A ten język , co pokazujesz, jest... fantastyczny!!!
- Jaki? Przepraszam, nie zrozumiałem... dlaczego "fantastyczny"? Jest prawdziwy...
Inga była zakłopotana. Zastanowiła się nad odpowiedzią i poprawiła swoją wypowiedź:
- Twój język jest cudowny!
Wstała, i popatrzyła na Sławka.
- To mój przystanek. Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy! Cześć!
- Cześć! - pożegnał dziewczynę. Był z siebie bardzo dumny!

czwartek, 29 stycznia 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 4

"Ludzie budują za dużo murów, a za mało mostów." (Isaac Newton)

Jadł obiad, nie rozmawiając z rodzicami jak miał w zwyczaju. Był zły na dorosłych. Nic nie dały pocieszenia, że wszystko się jakoś ułoży. Jak na razie bronił się zawzięcie przed chłopcami ze swojej klasy i starał się nikomu nie wchodzić w drogę. Na zaczepki odpowiadał bójką. Wychowawczyni klasy napisała mu w dzienniczku ucznia wiadomość do rodziców. Jej cierpliwość bywała wystawiana na poważne próby.
Pan domu zaczął pierwszy:
- Sławek, jak było w szkole, dobrze? - powoli wypowiadał słowa.
- Nie.-odparł gestem syn. - Nie wiesz jak tam jest!
Matka włączyła się do rozmowy:
- Dlaczego pyskujesz do taty? - ona też nie tłumaczyła swojego pytania na migowy. Chłopak schylił głowę i przymknął oczy, nie chciał rozmawiać.
- Proszę, dokończ obiad i odrobimy lekcje. - odezwał się Artur. Sławek nawet nie popatrzył. Awantura wisiała w powietrzu. Po posiłku, Iza posprzątała naczynia, a jej mąż poszedł z chłopcem do pokoju. Usiedli przy biurku.
- Wyjmij zeszyty i książki. - polecił gestami mężczyzna.
- Jesteś zły? - zapytał syn.
- Nie, nie jestem... - nie patrzył na dziecko. Otworzył dzienniczek i przeczytał, za chwilę poklepał Sławka po ramieniu, wskazując notatkę:
- Co się stało w szkole? Powiedz mi, proszę. - tym razem mówił, nie tłumacząc swych słów.
Taka sama reakcja, jak podczas obiadu, opuszczona głowa i zamknięte oczy. Artur westchnął.
"- Jak mamy ci pomóc, skoro ciągle robisz nam takie sceny?!" - pomyślał z goryczą. Zdecydował się. Przeniósł się ze Sławkiem na łóżko, usiedli naprzeciw siebie, ojciec zaczął migać, tłumacząc:
- Synku, czy spróbujesz dla siebie samego, być w szkole grzeczny?
- Dla mnie? - zdziwił się. - Ja nie chcę tam być, to wszystko...
Rodzic nie poddawał się.
- Czy wytłumaczysz mi , co zbroiłeś?
- Co? - nie zrozumiał słowa.
Ojciec inaczej zadał pytanie:
- Dlaczego masz uwagę w dzienniczku? - wskazał na obłożony w niebieską okładkę zeszyt. Wzruszenie ramion. Sławek opowiedział, jak zaczepiali go koledzy z jego klasy, dokuczali mu i naśmiewali się z niego. Artur poprosił do pokoju Izabellę.
- Nasz syn nie za dobrze dogaduje się z innymi dziećmi. - zaczął, gdy zjawiła się u nich. - Mamy jeszcze czas, by...
- Nie, tylko nie jakiś Ośrodek! - matka nie dopuszczała do siebie takiej myśli. - To nie będzie dobre dla niego.
- Iza, chcesz cały czas chodzić do szkoły razem z nim, żeby go pilnować? Zobacz, dostał kolejne wezwanie! - podał jej dzienniczek. - Mamy być w szkole jutro. Wydaje mi się, że popełniliśmy błąd, za który teraz płacimy za wysoką cenę! Ile razy od początku roku byliśmy na rozmowie z dyrektorem? Z tym dzisiejszym powiadomieniem będzie chyba pięć. A rok szkolny ma dziesięć miesięcy! Uważam, że w przyszłym tygodniu moglibyśmy w trójkę pojechać do szkoły dla niesłyszących, którą polecała nam pani Mrysz.
- I nasz synek nigdy nie będzie mówił! - pani Kótryńska miała łzy w oczach. Podeszła do Sławka i objęła go. Zdziwił się, ale nie zaoponował.
- Jeżeli za swoją mowę ma być poniżany przez jakieś niewychowane dzieciaki, to ja się na to nie zgadzam! Rozumiesz? Zapewniam cię, moja droga, że już jutro zadzwonię do tamtej szkoły i umówię nas na spotkanie. Nasz syn nie będzie niczyim popychadłem!
Pocałował zaskoczoną żonę i syna w czoło i wyszedł z pokoju.

środa, 28 stycznia 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 3

"...pamiętam moment, w którym zrozumiałam, że świat wokół mnie to świat dźwięków, których nie dane mi będzie nigdy usłyszeć..." (A.C.)


- To twój pierwszy dzień w szkole. - powiedziała Izabella.
Syn popatrzył na matkę i odpowiedział, migając:
- Nie lubię szkoły! Nie podoba mi się tutaj.
Nie chciała kłótni, wzięła chłopca za rękę i poprowadziła na apel.

Nie rozumiał co się działo na tej uroczystości. Otaczały go przeróżne dźwięki, które, dodatkowo wzmacniane przez aparaty słuchowe, nieomal rozsadzały mu głowę. Rozejrzał się za matką. Stała w tłumie ludzi, przy drzwiach. Wstał z miejsca i podbiegł do niej.
- Mama! Chodźmy, boli mnie głowa...- poprosił.
Zaskoczona Iza, szybko odprowadziła Sławka do jego krzesła, pokazała mu je i zamigała:
- Siadaj, jak będzie koniec zawołam cię.
Niechętnie znów zajął swoje miejsce. Kiedy tylko kobieta odeszła, chłopiec siedzący obok Sławka klepnął go mocno w ramię. Zaskoczony spojrzał na sąsiada i zobaczył jak łobuz kreśli sobie kółko na czole i pokazuje mu język. Niewiele myśląc w odpowiedzi zaczepiony rąbnął gbura pięścią w nos. Straszny płacz przerwał akademię. Zbulwersowani rodzice małego rozrabiaki, zabrali go do gabinetu higienistki. Na całe szczęście uderzenie nie zrobiło tamtemu żadnej poważnej szkody. Nos był cały. Już po pół godzinie można było kontynuować rozpoczęcie roku szkolnego.

W klasie panował ruch. Wychowawczyni pierwszej klasy - pani Liliana Hotyń, wyczytywała listę obecności. Kiedy zgłaszała się wyczytana osoba, wskazywała ręką na ławkę i zapraszała obecne dzieci, by zajmowały już teraz swoje miejsca. Doszła do nazwiska Kótryński, Izabella podeszła do niej z synem.
- Dzień dobry. Nazywam się Liliana Hotyń, będę wychowawczynią Sławka.
- Bardzo nam miło. - odpowiedziała pani Kótryńska. Zwróciła się do chłopca w języku migowym: - Powiedz głośno pani wychowawczyni: "Dzień dobry".
Zmarszczył czoło. Nie cierpiał popisywać się mową przed obcymi, wyjątek stanowiła pani logopeda.
- Proszę zostać z dzieckiem, kiedy będzie koniec tego... rozgardiaszu... - powiedziała pani Hotyń. - Chcę z panią porozmawiać.
Inni rodzice widząc w jaki sposób porozumiewają się matka z synem, niektórzy byli pod wrażeniem, natomiast mniejszość zaczęła szeptać między sobą.
Kiedy spotkanie dobiegło końca, dorośli i dzieci wyszli, w ławce zostali tylko Kótryńscy. Iza miała złe przeczucia.
- Droga pani...-zaczęła nauczycielka.
- Nazywam się Izabella Kótryńska...- przerwała jej kobieta.
- Bardzo mi miło. Pani Izabello, czy jest pani pewna, że chłopiec da sobie radę w naszej szkole? Rozmawiała pani na jego temat z dyrektorem?
- Tak. Uważam, że Sławek może uczyć się w szkole masowej. Ma dobrane aparaty słuchowe, pozwalające w dużym stopniu reagować na dźwięki.
- Dobrze, ale co z mową? Czy w ogóle mówi?
- Ma przed tym opory, jest głuchy od urodzenia, ale jesteśmy z mężem przekonani, iż przebywając z dziećmi słyszącymi, szybko nadrobi zaległości w zakresie mówienia.
- A... co, jeśli nie będzie w stanie posługiwać się głosem? Czy zdają sobie państwo sprawę, jaką szkodę psychiczną może to spowodować? Nie oszukujmy się, dzieci są różne, kiedy nie spodoba się im "mowa" waszego syna, trzeba będzie przenieść go do szkoły dla dzieci takich jak on... Dla jego dobra...
- Czy to oznacza, że nie dając szansy Sławkowi w tej placówce, chce pani bym przeniosła go do jakiegoś ośrodka dla niesłyszących?
- Źle mnie pani zrozumiała. Zwracam tylko pani uwagę na to, jak ciężko będzie musiał pracować Sławek w tej szkole i... nie chodzi mi tylko o naukę, jego rówieśnicy będą robić wszystko, aby mu utrudnić pobyt tutaj...

wtorek, 27 stycznia 2015

Szyfr do mojego serca... odc: 2

"Kiedy tracimy wzrok, tracimy kontakt z rzeczami. Tracąc słuch, tracimy kontakt z ludźmi." (Helen Keller)

4 lata później.

Ubierał się, choć nie szło mu to tak dobrze jakby chciał. Pociągnął ojca za bluzę.
- Tata! - migał. - Pomocy!
Artur widział wysiłki syna. Nagle, zatrzymał w pół słowa jego rączki.
- Powiedz mi, co chcesz? - wypowiedział słowa powoli, patrząc na reakcję dziecka. Sławek odwrócił się do niego plecami z gniewną miną. Tego było za wiele! Odkąd nauczył się Polskiego Języka Migowego, Sławek nie chciał mówić. Mężczyzna zrezygnowany pokręcił głową, stanął naprzeciw chłopca i również migał:
- Patrz na mnie. Trzeba mówić...- maluch szarpnął się, widząc co rodzic mu tłumaczy. - Spróbuj powiedzieć mi głośno, co mam dla ciebie zrobić? - na ostatni znak, Sławek niezbyt zrozumiale krzyknął:
- Pomoc!!! Chcę pomoc!!! - rozpłakał się z bezsilności. Artur przytulił go do siebie.
- Brawo! Jestem z ciebie bardzo dumny! - powiedział sam do siebie. Kucnął na moment i szybko przełożył swoje odczucia na język gestów.

Lubił obserwować ludzi. Z uwagą małego detektywa śledził mimikę twarzy mijanych osób, porównując ze znanymi sobie rysami twarzy rodziców. Ciekawiło go, co takiego napędza tych wszystkich nieznajomych do mówienia. Dla niego głośne wydawanie dźwięków było nie lada trudnością, jednak nie przejmował się tym ani trochę. Lekko szarpnął trzymającą go rękę.
- Tak? - zobaczył usta taty. - Czemu ludzie tak dużo mówią? - zamigał.
- Bo, mają tematy do rozmowy. - odparł.
- Co to - "tematy do rozmowy"? - zdziwił się.
Pan Kótryński nie wiedział co ma odpowiedzieć synowi. Wskazał na budynek, który był ich celem.
- Zapytasz pani doktor, ona wie lepiej jak tata.
Czterolatek nie bardzo zadowolony z odpowiedzi, kiwnął tylko, że rozumie i wspiął się na stopnie. Za chwilę czekała go znienawidzona lekcja mówienia.

- Byłeś dziś bardzo grzeczny! Powtórzyłeś dużo słów, w nagrodę dostaniesz książkę! - logopeda, pani Olga Mrysz pochwaliła dziecko, migając i mówiąc jednocześnie. Wręczyła swemu podopiecznemu kolorowankę i zwróciła się do Artura:
- Czy mają państwo w planach aparaty słuchowe lub implant dla Sławka?
- Myślimy o aparatach słuchowych najnowszej generacji... Implant... cóż... czytaliśmy z żoną na temat przeprowadzanych implantacji i ich nie zawsze stu procentowej skuteczności... Rozumie pani?
- Tak, oczywiście, że rozumiem pana i małżonki wątpliwości, jeśli chodzi o implanty. Nie jestem tu po to, by kogokolwiek do czegoś namawiać. Nie mniej, jednak, chodzi tu o dobro i komfort malucha. A jeśli mam być z panem szczera, osobiście uważam aparaty słuchowe jako lepsze rozwiązanie dla wszystkich tych Głuchych, którzy umieją, czy uczą się mówić...- uśmiechnęła się, nie wyjaśniając do końca swych myśli. - Decyzja zawsze jest trudna dla słyszących rodziców niesłyszących dzieci.
Mężczyzna zamyślił się. W drodze do domu, Sławek prawie wcale nie zadawał pytań, mógł więc bez przeszkód pozwolić płynąć swoim rozważaniom. W domu czekała na nich Izabella. Musieli razem jeszcze raz omówić i zrealizować zakup najlepszych aparatów dla ich syna.

Szyfr do mojego serca... odc: 1

"Cisza nie jest murem odgradzającym Nas od świata, w którym żyjemy. Cisza, to drzwi, które, kiedy je otworzysz, ujrzysz za nimi ŚWIAT... NASZ ŚWIAT."(Anna Czak)

Ktoś był w pomieszczeniu. Ruchy były szybkie, sprecyzowane. Wszystko działo się w jasnym świetle. Widział to wszystko, ale jeszcze nie rozumiał...

- Patrz... widzi nas! Rozgląda się! - Izabella pochyliła się troskliwie nad łóżeczkiem syna. - To ja, twoja mama! - powiedziała i uśmiechnęła się.
Artur także patrzył na pierworodnego. Zasalutował i roześmiał się do chłopca:
- Tata Artur melduje się na rozkaz! Czego mój szanowny syn sobie życzy? No, Sławomirze? Może zjemy razem pizzę?
Rodzina Kótryńskich była teraz najszczęśliwszą z rodzin, narodziny zdrowego syna, to była szczególna chwila. Czekali na niego całe 2 lata od ślubu i kiedy oboje już stracili nadzieję, okazało się, że będą mięli dziecko. Scenariusz, który przewija się przez wiele kochających się małżeństw.

Wszystko teraz toczyło się wokół Sławka. Był ich oczkiem w głowie. Wspólne zabawy, posiłki i spacery, prawdziwy "dzidziusiowy zawrót głowy", na stałe zapisał się w codzienność rodziców. Miesiące szybko mijały.
Pewnego dnia, Sławek zasnął w bujanym foteliku w kuchni. Artur nie chciał go zbudzić, ale miał jeszcze do zrobienia obiad. Krzątał się, uważając na syna. Wyciągnął kilka garnków z dolnej szafki i nieopatrznie potrącił łokciem dwa ułożone jeden na drugim. W kuchni rozległ się hałas, jakby ktoś zrzucił nie dwa, ale dwadzieścia garnków... Pan domu zerwał się i podszedł do syna. Dziecko na pewno wystraszyło się rumoru. Jakież było jego zdumienie, gdy zobaczył, że Sławek nadal śpi w najlepsze, śliniąc się trochę. Nie rozumiał... Wpatrywał się w niemowlaka, zbierając rozrzucone sprzęty. Gdy tylko uporał się z posiłkiem, zadzwonił do żony.
Izabella pracowała teraz na pół etatu w sklepie mięsnym. Jej szef poprosił ją do telefonu. Szybko chwyciła słuchawkę.
- Tak?
- Iza... posłuchaj...- głos jej męża brzmiał strasznie. - Musisz wrócić do domu... Sławek, on...
- Na miłość boską, co się stało naszemu dziecku???!!! - nie wytrzymała, emocje w jednej chwili sięgnęły zenitu. Słuchawka wypadła jej z drżącej ręki.
Na zaplecze zajrzał pracodawca.
- Coś się stało, pani Izo?
Spojrzała na niego przerażona. Chyba zrozumiał.
- Coś złego z synem?
- Nie wiem... nie wiem...-powtarzała.
- Pani Izo, proszę jechać już do domu. Nie musi pani brać dziś urlopu, zwyczajnie, sprawa rodzinna. Gdyby jutro nie mogła pani być w pracy, proszę mnie powiadomić - wypiszę urlop. Do widzenia.
Była w domu pół godziny później. Artur był tak samo roztrzęsiony jak ona.
- Pokażę ci coś...
Bez ostrzeżenia, zrzucił pudło z narzędziami na podłogę. Iza podskoczyła przestraszona, a jej mąż wskazał na ich dziecko i powiedział:
- Widzisz? Żadnego strachu! Czy to nie dziwne?! Iza? Czy to nie jest nienormalne??? Zanim wróciłaś, też rzuciłem karton na ziemię, do cholery, po to go tu przytaskałem z piwnicy!!! A Sławek nic!!! Żeby chociaż zapłakał...
- Artur... to nie jest nienormalne... on jest... głuchy...

Zbrodnicza natura. odc.:17

- Widzieliście naszych chłopaków, tych co poszli do sąsiada Leckerbissen'a?! - zawołał Frank do swoich ludzi. Grupa policjantów jak na rozkaz pokręciła głowami. Azato machnął ręką i przeszedł przez ulicę, aby sprawdzić co zatrzymało tamtych dwóch.
Wszedł za ogrodzenie, włączył latarkę i ruszył w stronę drzwi domu. Wszedł na stopień, ale jakiś odgłos zatrzymał go w pół kroku. Zawrócił, zwabiony dźwiękiem.
- Kto tam? Jestem porucznikiem policji! Wyjdź z podniesionymi rękami!
Cisza. Wszedł do garażu i rozglądał się. Coś dziwnego zamajaczyło w świetlistym snopie, podszedł i przykucnął.
- O Boże... - poderwał się na nogi i wpadł na coś plecami. Odwrócił się i zobaczył Kristiana. Odruchowo sprawdził puls. Żył, ale trzeba było go stąd zabrać. Spróbował odczepić mężczyznę z oków. Jego dość gwałtowne poczynania, sprawiły, że wróciła Krisowi świadomość.
- uuuuuuummmm...!!!
- Przepraszam...- przestraszył się porucznik. - Kto cię tak urządził Kris?
- uuułłł....mmmm...!!!
- Już, chwileczkę, jeszcze tylko...
Zabójca nie wiadomo kiedy uderzył inspektora w tył głowy. Zaśmiał się podnosząc z ziemi zemdlonego Francisco. Miał zamiar pozbawić go życia ciężkim kluczem francuskim, który dzierżył w dłoni. Uniósł go do góry, gdy padł strzał.
 Gemütlich zrobił zdziwioną minę, następna kula dołączyła do poprzedniej. Skrzywił się boleśnie, powoli jakby kadr po kadrze zaczął osuwać się na ziemię. W końcu dziwnie skulony, legł przy klęczącym teraz poruczniku Azato. Policjant chwał broń do kabury.
- Chyba nie żyje... - zanim wstał, pomacał się po potylicy. - Ależ to boli!
Chwiejnie podszedł do zemdlonego znów Leckerbissen'a, uwolnił jego umęczone ciało z łańcucha i podtrzymując, wyszedł z nim na zewnątrz. Otoczyła ich spora grupa umundurowanych mężczyzn.
- Panie poruczniku, wszystko OK? - zapytał któryś.
- Macie tam... - wskazał głową garaż, - ...dwóch naszych i mordercę... Zajmijcie się wszystkim!
Ratownicy medyczni układali Kristiana ostrożnie na noszach. Podszedł do nich.
- Uważajcie na niego! To mój świadek i chcę mieć go w jednym kawałku!
Za moment sygnał odjeżdżającego ambulansu był odpowiedzią na żądanie porucznika.
Przed domem Gemütlich'a na ścieżce leżały trzy czarne worki...

KONIEC.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Zbrodnicza natura. odc.:16

Utrzymał się na nogach po otrzymanym ciosie. Chwycił pięść nacierającego i wykręcił mu rękę, nie poskutkowało, sam miał tylko jedną sprawną dłoń do obrony. Tamten wykorzystał to z premedytacją. Odwrócił się do Kristiana twarzą w twarz i zadał kolejny cios w skrwawione przedramię. Upadł przed sadystą na kolana, uciskając głęboką ranę. Gemütlich natychmiast kopnął go w twarz. Leckerbissen stracił przytomność.
- A żeby cię!!! - splunął na leżącego mężczyznę. - Pamiętaj chamie - ja zawsze wygrywam!!!
Pociągnął Kris'a za nogi przez próg na podwórze, a następnie do garażu, gdzie zamknął go wcześniej. Taśmą skrępował mu nogi a zdrową rękę przykuł łańcuchem do garażowego podnośnika. Chwilę zastanawiał się i oderwawszy kawałek taśmy, zakleił mu też usta. Teraz był pewien, że jego miły sąsiad nie uwolni się, wrócił więc do przerwanej roboty.

- Panie poruczniku, jakiś facet chciał koniecznie z panem rozmawiać. - młody mężczyzna podszedł do Franka.
- A nazywał się jakoś?
- Kristian... Nie pamiętam nazwiska, musiałem go namierzyć, bo coś przerwało rozmowę. Dzwonił z willowego osiedla...
Do Azato dotarło, co przekazywał mu jego pracownik. Wziął chłopaka za ramię i pociągnął za sobą:
- Chodź!!!
Zamknął drzwi biura i zapytał:
- O której to było?
- Było co?
Porucznik miał ochotę dać mu w twarz, by gamoń otrzeźwiał, powstrzymał się, ale potrząsnął podwładnym i krzyknął:
- Pytam: kiedy dzwonił ten Kristian?!
Adept niepewnie zerknął na zegar stojący na biurku szefa, przeniósł wzrok na twarz Azato i wyjąkał: - Ja...kąś godzin...ę temu...
Słysząc to, nie zadawał więcej pytań, chwycił swoją marynarkę i już przy drzwiach dodał tylko:
- Muszę mieć wsparcie natychmiast!!! Rozumiesz?

- Kris? Mam wreszcie trochę czasu dla ciebie...- pogładził swą ofiarę nożem po twarzy. Podobał mu się strach w jego oczach. Delektując się przewagą, opuścił klingę w dół i przycisnął do brzucha związanego. Kristian próbował krzyczeć.
Uwielbiał kiedy miał władzę. Wyciągnął ostrze z zadanej przed chwilą płytkiej rany i spróbował krwi.
- Dobra...- szepnął. - Ciepła...
Dźgnął teraz mocniej, obierając miejsce gdzie znajduje się tętnica brzuszna. Wiedział, że upływ krwi szybko wykończy Leckerbissen'a.
Kristian na wszelkie sposoby chciał jakoś uniknąć pchnięć nożem, ale oprawca nie zwracał na to uwagi, czerpał przyjemność z zadawania mu cierpienia. Kiedy poczuł palący ból w okolicy przepony, obraz przed jego oczami nagle rozbłysł tysiącem świateł, czuł dziwne ciepło ogarniające jego brzuch, nogi i gromadzące się nawet na bosych stopach... "-Jakie dziwne uczucie..." -pomyślał jeszcze i zapadł w nicość.

Zawodzenie syren przerwało mu dobrą zabawę. Wyszedł na ścieżkę i zobaczył, że przed domem Kris'a stoją radiowozy i karetka. Chciał odejść, lecz jakiś bystrzak w mundurze od razu go dostrzegł i krzyknął:
- Niech pan tu podejdzie!!!
Nie spełnił polecenia, pobiegł natychmiast do garażu, musiał gdzieś ukryć ciało sąsiada.

- Panie poruczniku, jakiś typ, pobiegł właśnie w kierunku domu, czy mam to sprawdzić?
- Tak! Idź tam z kimś! My rozejrzymy się tutaj.
Dwaj policjanci przeszli na drugą stronę, aby odszukać mężczyznę.
Weszli na posesję, oświetlając sobie drogę latarkami. Jakiś cień poruszył się w głębi garażu. Przystanęli i kierując snopy jasnego światła do ciemnego pomieszczenia, jeden z nich zawołał:
- Jest tam pan?! Proszę wyjść z rękami w górze, chcemy zadać panu tylko parę pytań! - nagle przestał nawoływać, zaskoczony, dotknął swej piersi i upadł na twarz. Jego kolega chwycił za broń. Podszedł do leżącego i odwrócił do siebie. W klatce martwego policjanta tkwił nóż.
Popełnił tym samym niewybaczalny błąd. Gemütlich nadbiegł właśnie, by rozłupać czaszkę, pochylonemu nad zwłokami mężczyźnie. Nim ten się zorientował, jego głowa otrzymała potężne uderzenie. Oba ciała Sven zaciągnął do ciemnego garażu.

niedziela, 25 stycznia 2015

Zbrodnicza natura. odc.:15

Silny ból głowy dał o sobie znać. Otworzył oczy, ale natychmiast je przymknął, świat wirował przed nimi, jakby kręcono go zbyt szybko na karuzeli. Czuł mdłości.
"- Cholera...- starał się pozbierać, tak, jak swoje myśli. "- Mam chyba wstrząs mózgu... Gdzie ja jestem? Co się za mną dzieje?" Próbował się poruszyć, jednak taśma, którą go skrępowano nie pozwalała na zbyt wiele. Zdał sobie sprawę z tego wszystkiego dopiero po paru chwilach. Ktoś hałasował w pobliżu. Zaryzykował, chciał krzyknąć najgłośniej jak mógł "Pomocy!", to co doszło do jego uszu brzmiało raczej jak przygłuszone kaszlnięcie, nic poza tym...
- Muszę się wydostać... muszę być silny...- szeptał sam do siebie, szarpiąc się z więzami. - Zrobię to dla Alice...

Jego niedawny przeciwnik zajął się porządkami w domu.
Gemütlich rozmyślał co zrobić z ciałem Kristiana? Sprzątanie było graniem na zwłokę, by w razie przeszukiwania przez policję, nie wpadł przez swoją głupotę. Musiał zajrzeć do swojej ofiary, coś było nie tak.

Udało mu się zahaczyć o coś taśmą owiniętą na przegubach rąk. Spróbował poluzować pęta na tyle, na ile się dało, aż wreszcie wyswobodził jedną dłoń.
- Kristian?!
Mężczyzna pojawił się tak nagle, że Kris nie był w stanie pomyśleć o jakiejś obronie. Na atak przybyłego, przetoczył się, by uniknąć ciosu, lecz nie była to reakcja zbyt szybka, ciężki młot zmiażdżył mu uwolnioną rękę poniżej łokcia. Zawył nieludzko. Zwyrodnialec natarł na niego jeszcze raz, chcąc natychmiast zakończyć jego życie. Ukrył się pod półkami na narzędzia. Leżał tam obserwując mordercę.
- Uważasz się za sprytnego? - uderzył swym orężem w górne półki, łamiąc je z trzaskiem.
Tymczasem Kristian pozbył się butów, sięgnął zdrową ręką do taśmy i męczył się z nią. Zeszła ze skarpetami. Drugi cios i kryjówka rozsypała się w drzazgi, ale on zdążył dźwignąć się z ziemi. Rozjuszony agresor zamierzył się po raz kolejny. Nie lada sztuką było znalezienie sobie jakiejś mocnej "broni" przeciw młotowi do wbijania pali. Krążąc po garażu, w którym sąsiad go przetrzymywał, znalazł tylko spory żelazny łom.
"- Musi wytrzymać..." - zdążył pomyśleć, i w tym samym momencie zasłonił się przed roztrzaskaniem głowy.
Odparował jeszcze kilka uderzeń, widział jednak, że Sven traci siły. Ciężar młota dawał się we znaki. To była szansa dla Kris'a. Jego prześladowca pochylił się, aby nadać rozpędu swej broni, Kristian w tej samej chwili zdołał dosięgnąć Gemütlicha metalowym prętem. Zostawił obezwładnionego przestępcę tam gdzie padł. Wbiegł do jego domu, złapał za telefon.
- Odbieraj...!!! No dalej!!! - ponaglał przyszłego rozmówcę. Sygnał trwał w nieskończoność. Wreszcie ktoś odezwał się:
- Posterunek na 35 Südberg, słucham?
- Tu Kristian Leckerbissen! Muszę natychmiast rozmawiać z porucznikiem Azato!
- Porucznik jest zajęty, proszę zadzwonić później.
- Nie rozumiesz!!! Grozi mi niebezpieczeństwo, wiem kto zabił moją żonę... HALLO!!! HALLO!!!- nie usłyszał sygnału rozłączonej rozmowy. W progu stał Sven, upuszczając odcięty kabel telefonu.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Zbrodnicza natura. odc.:14

Zapadał zmrok. Nie zapalił światła na werandzie, chciał poczuć ciemność nocy tak jakby była odpowiedzią na mrok ogarniający teraz jego serce. Nie było przy nim jego Alice... Musiał zostawić ją tam... w zimnej szufladzie prosektorium. Dobrze, że Hubert z Brunem zostali u ciotki; nie mógł powiedzieć synowi o matce.
Rozpacz powoli ustępowała. Patrzył na ciemniejące niebo, na ulicę, na tablicę przed swoim domem z namalowanym napisem "SALE" i na dom po drugiej stronie, który tak przerażał jego nieżyjącą już żonę. Coś zwróciło jego uwagę. Uniósł głowę, by przyjrzeć się dokładniej. Pan Gemütlich, ich niedawny sąsiad szykował się do podróży. Kristian obserwował mężczyznę odkąd go zobaczył. Chciał sprawdzić co ten stary podglądacz kombinuje?

Tymczasem Sven Gemütlich nie wiedział o siedzącym przed domem sąsiedzie. Nie miał głowy do tego, by starać się choćby zachować pozory swojej niewinności. Jego ruchy były coraz bardziej nerwowe. Musiał przenieść tylko swoje najważniejsze rzeczy do samochodu, a było ich dosyć sporo i to powoli zaczynało wyprowadzać go z równowagi. Czuł się osaczony, choć nie było u niego policji, nikt nie postawił mu zarzutów. Nagle potknął się i byłby runął na żwirowaną ścieżkę, kiedy ktoś go podtrzymał i chwycił pudło.
- Ostrożnie sąsiedzie! - zaśmiał się Kris. - Czemu pakuje się pan w nocy?
- Nie... ja... - Sven doznał olśnienia: - Mam pilny wyjazd w interesach, rozumie pan?
- Mów mi Kris! - mocny, męski uścisk pokwitował znajomość. - Tak, rozumiem, ale żeby zabierać z sobą od razu cały majdan?
- Wyjeżdżam na długo... - sapnął zniecierpliwiony.
- OK! W takim razie, pomogę ci!
Nim mężczyzna zdążył zaprzeczyć, Kristian zdążył wejść do domu sąsiada. Wziął następny przygotowany karton i miał zamiar wyjść, gdy wzrok jego zatrzymał się na...
Wyszarpnął zdjęcie zza ramy lustra, podbiegł do Svena i bez ostrzeżenia uderzył pięścią w twarz. Tamten zwalił się na ziemię, a Kristian klęknął mu na klatce piersiowej i prawie dotykając obitej gęby fotografią, wrzasnął: - Skąd to masz???!!!
Wściekłe splunięcie w twarz zdezorientowało go. Gemütlich mimo, iż był dużo cięższy i zwalisty niż Kris, szybko zdobył przewagę. Teraz wyrwał z ręki mężczyzny fotografię i śmiejąc się głośno, krzyknął: - Ona chciała być moja!!!
- Ty gnido!!! Zapłacisz mi za śmierć mojej żony!!! - spróbował dźwignąć się na nogi, lecz Sven był szybszy. Jedno uderzenie w głowę i sąsiad leżał przed nim w bezruchu.

piątek, 16 stycznia 2015

Zbrodnicza natura. odc.:13

Kristian czekał razem z inną rodziną przed drzwiami kostnicy. Czuł się tak jakby odebrano mu ostatnią nadzieję na życie. Patrzył w posadzkę i starał się odpędzić natrętnie napływające myśli, że tam za tymi drzwiami być może leży jego Alice... Inną straszliwą myślą było "- Jak powiedzieć o śmierci matki Hubertowi???"
Nadszedł porucznik Azato. Gestem wskazał zebranym by weszli. Wszystko było już przygotowane. Troje osób szukających swej krewnej i on stanęli przy osłoniętym białym płótnem stole. Śledczy zajął miejsce przy koronerze. Lekarz uniósł prześcieradło a wtedy kobieta na przeciwko zachwiała się nagle i dwóch towarzyszących jej mężczyzn musiało ją podtrzymać. Dopiero teraz Kristian odważył się unieść wzrok na wysokość metalowego stołu. To nie było ciało jego żony. Gdyby tylko mógł odetchnął by z ulgą, ale tych troje było tak zdruzgotanych widokiem zmarłej, że musiał się powstrzymać. Wyszli, Aztao poklepał go po ramieniu, zaraz jednak zwrócił się do bliskich denatki, zostawiając Kristiana samemu sobie.
Teraz porucznik musiał zająć się burmistrzem, jego bratem i jakąś kobietą, która zapewne była matką zamordowanej. Do rozmów włączył się melodyjny głos komórki porucznika.
- Słuchaj, jestem teraz zajęty...- zaczął bez ogródek.
- Mamy jeszcze jedno ciało! - rozmówca po drugiej stronie także nie bawił się w uprzejmości.
- Jakie ciało, gdzie? - Francisco odwrócił się na pięcie od burmistrza i jego rodziny. - Róbcie swoje, ja dokończę pilną rozmowę i zaraz u was będę!
Rozłączył się i przepraszająco spojrzał na troje zebranych. Powrócił do przerwanego wątku, ale myślami krążył już po miejscu zbrodni...

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Zbrodnicza natura. odc.:12

Miał już doskonały plan działania. Sprzeda sklep, a za otrzymane pieniądze wyjedzie. Dom sprzeda dopiero wtedy, kiedy na nowym miejscu znajdzie wszystko czego trzeba mu było do życia. Musiał się ze wszystkim uwinąć bardzo szybko, nie chciał być przez nikogo nagabywany, gdyby przypadkiem komuś się coś przypomniało... Obojętne "CO". Tak... pojedzie tam, gdzie mieszka jego ukochana... Aż klasnął w dłonie, przywodząc na myśl, że tak łatwo dała się odnaleźć. Gdyby nie oglądał tamtej relacji ze znalezienia zwłok mężczyzny, nigdy by się nie dowiedział, że już czeka na niego.
- To się nazywa mieć fart!!!
Jego niemoralne myśli odpłynęły w marzeniach do pożądanej reporterki.

***

Młody Oskar Schlucken był zapalonym myśliwym. Po ojcu odziedziczył broń i zamiłowanie do swego zawodu. Dziś też wybrał się na obchód, uważnie obserwując duże zarośla i powalone przez wichury drzewa w poszukiwaniu niecnie ukrytych wnyk, pułapek na żywe zwierzęta i potrzasków. W worku przerzuconym przez plecy miał już sporo tego rodzaju sprzętu. Sam zabijał zwierzynę, ale widział ogromna przepaść pomiędzy strzelaniem do niej a bezmyślnymi torturami na jakie narażali zwierzęta kłusownicy. Dlatego z taką zawziętością wciąż pozbawiał nielegalnych amatorów dziczyzny ich wymyślnych "zabawek".
Dotarł do ogromnego zwalonego buka. Zaczął przetrząsać porastające go dookoła różne krzaki. Idąc nierównym poszyciem, zahaczył o coś butem i już miał odejść dalej, kiedy spod ziemi wysunął się skrawek materiału.
Zainteresowany przyklęknął i pociągnął go dość mocno. Za małym skrawkiem "czegoś", ukazała się ludzka, na pół rozkładająca się ręka. Porażony widokiem, odwrócił głowę. Zjedzony obiad wylądował na zielonym mchu.

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...