Dwóch mężczyzn kręciło się po szpitalnym korytarzu. Ich krótkie zdawkowe dialogi, podobne do gry słów, kontrastowały z głośnymi krokami. Cierpliwość obu została wystawiona na kolejną próbę.
- Cholera... - utyskiwał Jack. - Lekarz mówił, że facet, który przywiózł tego dzieciaka, przyjeżdża do niego każdego dnia o 4 po południu... Gdzie on... - nagle przerwał, dając znak brodą: - Jest!!! - krzyknął.
Odwrócili się jak na komendę. Timothy Silverno zbliżał się do nich.
- Pan Silverno? - podjął natychmiast Aaron Camelham. Przybyły kiwnął głową twierdząco, a Quartphan machnął mu odznaką przed oczami.
- Jesteśmy z policji. Mamy do pana kilka pytań... - zatrzymał Tima, by nie wchodził do sali chłopca. Mężczyzna strącił ze swego ramienia nachalną dłoń, lecz Jack w odpowiedzi, zagrodził sobą wejście.
- Jak wspomniałem, mamy z kolegą kilka pytań... - jego ton był twardy.
Tim poddał się. Ci dwaj byli już sami w sobie kłopotami.
Wyszli ze szpitala. Ciepły wiatr o tej porze roku nie niósł z sobą nic dobrego. "- Będzie odwilż..." - pomyślał Timothy, a głośno zawołał:
- Tirstan! - odpowiedziało mu basowe szczeknięcie, a zaraz za tym ukazała się sylwetka psa.
- Jezus, Maria!!! - wrzasnął przerażony Jack. Zaczął szarpać się z kaburą jakby po raz pierwszy w życiu sięgał po broń. Opiekun zwierzęcia dał znak by się zatrzymało. Pies ział otwartym pyskiem, oblizując co jakiś czas wargi.
- Gotów się na mnie rzucić i zeżreć!!! Bezmózgie bydlę!!! - klął na Tirstana policjant.
Zaskoczył go szczery śmiech pozostałych. Aaron i Silverno omal nie taczali się po chodniku, tak ich rozbawiła scena jego strachu. Ochłonąwszy nieco, on także zaczął się śmiać.
Timothy przywołał Tirsta do siebie, poklepał po szyi i pozwolił powąchać obu gliniarzy, chociaż jego jedyny przeciwnik nie był tym zachwycony.