niedziela, 29 września 2013

OBCY cz:12


Rok później.

-Nina! Niiinaaa!!! -krzyknął najgłośniej jak potrafił. Bawiło go drganie w gardle jakie powstawało, kiedy dla zabawy zaczynał wykrzykiwać na cały głos czyjeś imię lub jakieś nowo poznane słowo.
Oboje przyzwyczaili się do jego tak odmiennego, chociaż, trochę bardziej przypominającego ludzkie zachowania. Umiał powiedzieć z sensem jedno, dwa zdania, rozumiejąc co właśnie powiedział. To był ich wspólny sukces, na który tak długo czekali.
Nie od razu chciał mówić. Nakłaniali go do tego różnymi metodami. Czasem były to jakieś ulubione przedmioty, smaczne kąski, bądź też nawet upragnione spacery. Za każdy powiedziany wyraz była nagroda. Mały Pazur nienawidził ubrań. Jeżeli tylko mógł, wolał chodzić po domu w samych spodenkach, które na początku jego edukacji można było znaleźć w różnych, najdziwniejszych miejscach, tylko nie na ciele nastolatka. Umiejętności ubierania się i chodzenia w ubraniu także wyuczyli chłopca sposobem. Ile było przy tym śmiechu! W końcu zrozumiał, że musi mieć nieraz jakiś ubiór i szalone ucieczki ustały. Czas i mnóstwo lekcji zrobiły swoje. A teraz mogli wreszcie przedstawić go swoim przełożonym.
Komisja składająca się z różnych sądowych i socjalnych urzędników przybyła do ich wynajmowanego domu aby zobaczyć efekty pracy dwojga naukowców. Nina powitała gości i zaprowadziła do salonu. Pytaniom nie było końca. Nagle do uszu obecnych doszedł krzyk. Zdziwieni patrzyli na schody, na których pojawili się Sebastian i Xiǎo Zhǎo.
-Niiinnnaaa!!! -wykrzykiwał Mały.
-Nina podejdź do nas, on się boi tych ludzi. -Sebastian trzymał chłopaka za rękę.
Tancy przyszła i objęła ramieniem Zhǎo, przytulił się ufnie i w trójkę zeszli wreszcie do zebranych.
-Czy on jest zdrowy? -zapytała jedna z kobiet. -Chodzi o to, czy jest sprawny umysłowo. -wyjaśniła.
-Tak. Wszystkie badania, które mogliśmy z kolegą wykonać  dają dobre wyniki, wskazujące, że jest niebywale inteligentny. Może sprawiać wrażenie, że daleko mu do doskonałości ale my z panem Crocery wiemy, iż to zachowanie jest wpojone przez zwierzęcą mamkę.
-Czyli można sprawić, że będzie normalnie funkcjonował w społeczeństwie? -mężczyzna poczekał, aż jego tłumacz powie wszystko do końca i ciągnął dalej: -Zależałoby nam też bardzo, gdybyśmy mogli poobserwować go na podwórzu przed domem. Tam był, o ile pamiętam pies przy budzie...
Sebastian przerwał rozmówcy:
-Ma szanowny pan rację, był.
Tłumacz powtórzył, chiński urzędnik socjalny był zaskoczony:
-Co się stało, uciekł? Myślałem, że taki duży pies nie będzie się bał młodego chłopaka... Miałem nadzieję, że się zaprzyjaźnią, Rubin nie był agresywny.
-Było trochę inaczej. Otóż nasz podopieczny go... no wiecie państwo...-pociągnął wskazującym palcem dookoła szyi. Na jego gest, ludzie spojrzeli na Xiǎo zmieszani. Nie mieściło im się w głowach, że mógł tak po prostu zabić psa.
-Proszę, chłopak teraz nie jest już agresywny, pozostał nieufny do obcych ale agresję udało się nam prawie wyeliminować.
Mały Pazur chodził spokojnie po placu przed domem. Usłyszał nieznany dźwięk i zbliżył się do urzędnika, przyglądając się z ciekawością co robi. Mężczyzna speszył się widząc jak natarczywie mu się przypatruje, sięgnął po zapalniczkę, zapalając cygaro. Pazur był tak bardzo przejęty tym co właśnie zobaczył, że sięgnął po tkwiący w ustach człowieka przedmiot i wyjął mu z ust. Wszyscy obserwowali go z zapartym tchem.
-Niech pan łaskawie przetłumaczy temu panu, żeby pozwolił chłopcu obejrzeć jego własność. -Nina zwróciła się do tłumacza.
Tamten szeptem szybko wytłumaczył jak ma postąpić i urzędnik trochę się odprężył.

Trzymał w dłoniach to dziwne coś, oglądając ze wszystkich stron. Palce trafiły na jeden z końców gdzie podstępnie zaczaił się ogień. Sparzył rękę i omal nie upuścił rzeczy na ziemię. Chwycił cygaro zanim dotknęło podłoża. Usłyszał głosy zadowolenia. W końcu zawiedziony, oddał je Ninie.
-Nina! -krzyknął uśmiechając się szeroko. -Twoje! -wręczył jej tlące się cygaro i stanął z boku, liżąc oparzenie na skórze.

Ludzie zaczęli bić brawo. Podobało się im zachowanie młodego mężczyzny. Tancy oddała własność urzędnikowi a on wygasił je i schował, mówiąc:
-Zatrzymam to na pamiątkę naszego spotkania. Na dziś to wszystko, macie jeszcze mnóstwo do nauki ale i tak postępy tego chłopca są zaskakujące! Brawo! Życzymy powodzenia, a przyszła wizyta będzie dopiero, gdy sami państwo zdecydujecie, że wasz uczeń jest gotowy zdać kolejny egzamin w swoim życiu. Do widzenia!

czwartek, 26 września 2013

OBCY cz:11


Zanim kobieta spróbowała dotknąć ramienia chłopca, ten chwycił udziec i odskoczył zręcznie przed kontaktem z Niną.
-Uff... -sapnął z ulgą Crocery. -Myślałem, że już po nas. Nie rób nic na siłę, proszę!
-Próbować przecież mogę, prawda? Nauczyliśmy go reagowania na nasze głosy i jednego polecenia ręką. Powoli robi postępy. Pójdę po tego konia na biegunach, niech ma jakąś rozrywkę.
Sebastian zaśmiał się cicho. Odwróciła się i spojrzała na kolegę.
-Rozrywkę, tak? Po zabawce nie będzie śladu po kilku minutach. Niezła rozrywka.
Nagle zdali sobie sprawę z tego, że Mały Pazur siedzi nieopodal i przygląda się im z zaciekawieniem. Ich porozumiewawcze spojrzenia miały oznaczać, iż nie będą zwracać na niego uwagi, od czasu do czasu tylko, któreś z nich, niby przypadkiem popatrzy w jego kierunku. Zaczęli rozmawiać o czymkolwiek, byle nie spłoszyć nastolatka i zaobserwować jego zachowanie. Nadal nie spuszczał z nich oczu, wyraźnie zainteresowany ich osobami.

Ciągła samotność zaczęła mu już dokuczać  Jego pluszowy towarzysz niewoli nie nadawał się do niczego. Nie polował, nie był głodny. Po czasie, w którym nie wykonał żadnego ruchu, stracił nim zainteresowanie. Dla niego był nieżywy. Za to te istoty były żywe... Coś go do nich ciągnęło. Był ciekaw co robią, stojąc tak obok siebie i wydając mnóstwo dźwięków o różnych tonach i natężeniu. Kiedy ściszali głos do szeptu, nastawiał uszu i przekrzywiał głowę, gdy się śmiali, on starał się naśladować mimikę, chociaż nie rozumiał co to jest "śmiech". Hałas jaki przy tym robili nie przypominał mu odgłosów zapamiętanych z przeszłości. Tęsknił za matką i wszystkim co go otaczało. Dlatego poddał się instynktownie temu dziwnemu uczuciu, co popychało go do ludzi. Wstał, podszedł bez obawy do jednej z osób i dotknął jej twarzy.

-Ooo... co o tym sądzisz Sebastianie? -neuropsycholog była szczęśliwa, że Xiǎo Zhǎo złapał ją za twarz, nie robiąc krzywdy. -Widziałeś, chodziło mu o śmiech, jeśli się nie mylę. Chciał zobaczyć jak się śmieję. To niesamowite!
-Wciąż nurtuje mnie, czy uda nam się przywrócić mu ludzkie cechy? Na ile możemy zaingerować w jego psychikę, by pojął kim jest na prawdę? I... opowiedział nam coś o sobie, o ile pamięta...
-...pymieta... ila pymata... -zabrzmiało w pokoju.
Oboje podskoczyli jak na wybuch armatni. Głos był niewyraźny, słowa przypominały końcówkę zdania powiedzianego przed chwilą przez Crocery, ale ten, kto je wypowiedział umilkł spłoszony własnymi, wypowiedzianymi zgłoskami.
-On próbuje mówić! A niech mnie! -psycholog ledwo powstrzymał się od klaśnięcia w ręce. Ich nagła wesołość jeszcze bardziej zwróciła uwagę Małego Pazura.
-Ila pymata! Pymeta ila! -powtarzał, jakby sprawiało mu to frajdę. Robił przy każdym słowie jakąś minę a wtedy oni też uśmiechali się do niego.
-Zhǎo! -zawołał chłopaka naukowiec. -I L E. P A M I Ę T A.-powtórzył wyraźnie, czekając odpowiedzi dziecka.
Mały nie miał zamiaru go słuchać. Jeszcze kładąc się spac wykrzykiwał swoje nowe dźwięki:
-Ila pemiate!!!

wtorek, 24 września 2013

OBCY cz:10


-Sebastianie! -zawołała naukowiec.
Mężczyzna przyszedł, przecierając zaspane oczy. Spojrzał przez szybę w drzwiach, osłoniętą metalową siatką i zobaczył jak Xiǎo Zhǎo obejmował i przytulał o siebie dużego, pluszowego tygrysa. Zaglądał mu co chwila w oczy i rozglądał się wystraszony.
-Fajnie wygląda z tym miśkiem, prawda? -Nina nie kryła dumy ze swojego pomysłu. -Wiesz co zrobił z innymi zabawkami?
-Nie.
-Wrzuciłam mu najpierw trzy małe, pluszowe zwierzęta: kota, psa i krokodyla...
-Krokodyla? -uśmiechnął się do niej Crocery.
-To akurat, dostałam w hotelowym sklepie i mu przyniosłam. -odparła Nina. -Potem, zadzwoniłam do paru sklepów i poprosiłam o przywiezienie mi kilku innych, większych pluszaków. Przyjechał ten tygrys, koń na biegunach i tamten misiek, który czeka na swoją kolej.
Sebastian zobaczył sympatycznego zwierzaka, siedzącego wygodnie na kanapie. Neuropsycholog mówiła dalej:
-Wszystkie zostały rozerwane na strzępy jak nasz Rubin.
-Co? -zapytał zamyślony Sebastian. -Przepraszam, zastanawia mnie, czemu jest taki przestraszony? Zauważyłaś?
-To się stało, kiedy w jego pokoju położyłam tego tygrysa... Najpierw go obwąchał jak żywe zwierzę, następnie chwycił go i tak jest do teraz...

Ci, którzy go więzili, dawali mu duże porcje mięsa, pozwalając zjeść wszystko. To było dość dziwne zachowanie, matka, jeśli coś upolowała, nie dzieliła się z nim. Te istoty robiły coś wręcz odwrotnego - sami oddawali mu swoje zdobycze. Na początku warczał i rzucał się na połacie wołowiny czy inne mięso, zabierał je w najdalszy kąt i odganiał intruzów. Po jakimiś czasie przywykł do widoku dwóch istot, już spokojniej reagował na podawane mu z rąk kości z mięsem. Potrafił odróżnić, komendę dawaną ręką i głosem. Na słowo "-nie!" , przysiadał na ziemi i czekał na, to co miało wydarzyć się za chwilę. Na wyciągnięcie dłoni odruchowo cofał się i węszył, czasami warcząc cicho ale już nie atakował jak dawniej. Tymi prostymi metodami, stosowanymi wobec zwierząt, można było nad nastolatkiem zapanować.

A teraz znalazł w swoim pokoju jakieś bardzo dziwne, nieżywe zwierzęta. Z ciekawości rozdarł je i wybebeszył ale nic ciekawego nie znalazł. Nie miały mięsa w sobie. Otworzyły się drzwi i ktoś zostawił jednego z jego braci albo może matkę? Niedowierzająco, obwąchiwał z dala leżącego na ziemi, uszytego z materiału tygrysa, później podszedł blisko i przytulił pobratymca, nie rozumiejąc dlaczego się nie rusza. Zaczął się bać.

-Dajmy mu tę kozią nogę, zobaczymy, może się trochę uspokoi. -psycholog nadal obserwował chłopaka.
Kobieta poszła i przyniosła mięsną tuszkę. Weszli oboje do pomieszczenia. Mały Pazur odskoczył w bok i schował za łóżkiem.
-Xiǎo ! -zawołała go Nina.
Wychylił się na poziomie podłogi, zaglądając zza nogi posłania. Podniósł się, a zachęcony kawałkiem koziego uda stanął wyprostowany.
-Mały, chodź. -wystawiona ręka z apetycznym pożywieniem zwabiała go do istot.
-Nina...-szepnął jej do ucha przerażony Crocery. -Nie rób tego, nie jest na to gotowy...
Chłopak był coraz bliżej a oni nie mięli nawet czym się obronić w razie jego ataku. Bez trudu mógł ich oboje nieźle pokiereszować. Mężczyzna coraz bardziej przysuwał się do wyjścia, ciągnąc za rękę Tancy. Ona nie miała zamiaru postąpić ani kroku do tyłu, trwała uparcie na swoim miejscu zbliżając rękę z mięsem do siebie.

niedziela, 22 września 2013

OBCY cz:9


Promienie słoneczne wpadały przez rozchylone żaluzje. Migotliwe błyski sprawiały ból oczom odwykłym od ich jasnego ciepła. Mrugał nimi zapamiętale, aż odczuł ulgę i mógł je otworzyć,  nie czując uporczywego kłucia. Nie rozpoznawał miejsca ani zapachów, do uszu nie docierały dźwięki które od dzieciństwa towarzyszyły mu każdego dnia. Nie dostrzegł piaszczystego brzegu ani rzeki, nie było jaskini. Podniósł się i na czworakach chodził po pomieszczeniu. Spróbował wyjrzeć na zewnątrz przez okno, uderzył głową w coś dziwnego. Nie było widoczne dla oczu ale nie pozwalało na wyjście, na świeże powietrze. Dotykał rękoma szyby, lizał chcąc, tak jak w tafli lodu, zrobić w niej otwór ciepłym językiem. Przy tym zajęciu zastali go ludzie, którzy zwabieni dźwiękami w pokoju, przyszli zobaczyć co się stało. Odskoczył od okna, warcząc gniewnie. Rzucił się do ataku, gdy tylko istota spróbowała wyciągnąć do niego rękę. Drugi człowiek od razu złapał tamtego za ubranie i wydostał oboje na korytarz.
-Nina! Czy ty już nie masz za grosz jakiegoś poczucia bezpieczeństwa? Czemu wystawiasz do niego ręce, kiedy nawet nie wie kim jesteś?! Nie wolno tak postępować!
-Chciałam się z nim przywitać. -powiedziała Tancy.
-I zupełnie przy okazji mieć połamane obie ręce i być pogryzioną do kości, czy tak? -prawie nie mógł uwierzyć, że jego koleżanka, może dzikiego chłopaka traktować jak zwykłego nastolatka. -Pojmij wreszcie, że masz przed sobą prawie dzikie zwierzę, on nie będzie tulił się do ciebie z wdzięczności za uratowane życie. Nie rozumie, że chcąc by wrócił do zdrowia, zabraliśmy mu jego jedyny skarb jaki miał - wolność...
-Wiem, Sebastianie. Przecież jestem do cholery naukowcem z niejednym dyplomem a w przypływie uczuć do tego dzieciaka, staję się po prostu kobietą... To, że nie mam dzieci, nie oznacza u mnie braku uczucia macierzyńskiego.
Rozmowę przerwał dźwięk rozbijanego szkła. Wpadli do pokoju i zobaczyli zakrwawionego na twarzy i ramionach podopiecznego, stał przy wybitym oknie. Nie było rady, zmuszeni zaistniałą sytuacją zrobili małą zasadzkę na chłopca. Zarzucili na niego duży koc i przydusili do podłogi. Crocery skrępował go mocno i poprowadzili do kuchni aby opatrzyć zranienia. Posadzili go na ziemi z obawy, że na krześle będzie stawiał opór. Po odsłonięciu, w pierwszym odruchu wbił zęby w trzymającą go dłoń.
-Uspokój się! -wrzasnął psycholog, uciskając swoją ranę, aby zatamować krwawienie.
Nie czując blisko siebie mężczyzny, chłopak wymknął się z kuchni. Nie bardzo wiedząc gdzie iść  pobiegł do pokoju, który zajmował. Pamiętał, że kiedy zrobił się hałas, można było wyglądnąć przez ten duży otwór a teraz spróbuje wydostać się przez niego na wolność.

-Złapmy go nim zrobi sobie i komuś coś złego! -Crocery ze sporym opatrunkiem na ręce chodził po domu, szukając młodego zbiega.
Tancy także wyglądała z okien każdego pomieszczenia a teraz wychyliła się przez barierkę balkonu, by móc jak najdalej sięgnąć wzrokiem na drogę za budynkiem. Nikogo nie zauważyła. Harmider na podwórzu znów kazał im szybko interweniować. Hałasy dobiegające ich uszu, przypominały starcie dwóch ogromnych psów.
-O nie!!! Nie!!! -Sebastian przeskoczył przez schody i wypadł na zewnątrz.
Obraz był straszny. Nad dogorywającym psem rasy Alaskan malamute, stał on... Naukowiec widział jak pod skórą napinają mu się mięśnie, ciało sprężyło do skoku. Nim zdążył jasno zdać sobie sprawę, że właśnie przyszła jego kolej, jako ofiary, chłopiec spadł na niego jak prawdziwy drapieżnik.
-Ni...a!!! -gibkie ruchy tamtego i obezwładniający ból przedramienia stłumiły wołanie o pomoc. Był teraz zdany na siebie i łaskę dzikiego dziecka. W przypływie sił, chwycił atakującego za głowę, odrywając jego zęby od swojego ciała, uderzył go prosto w twarz. Cios był niewystarczająco silny ale dał mężczyźnie czas na podniesienie się z ziemi. Pochylony lekko czekał na kolejny atak. Nastolatek obiegł go, poruszając się "na czterech", podobny do nagiego szympansa. Chciał zapewne, zaatakować od tyłu, skręcając mu kark. Nagle stało się coś, czego chłopak nie przewidział. Dotknął ręką głowy, zachwiał się i upadł na trawnik. Tancy podeszła do nich z karabinem na pociski usypiające.
-Ból głowy to nic w porównaniu z tym, co czekało by go za tym ogrodzeniem...-uśmiechnęła się. -Wiesz... dopiero teraz do mnie dotarło, że to nie jest zabiedzony sierota, którego ktoś zostawił w lesie...To młody, dziki chłopak, który każe nam respektować prawa, jakie jego przybrana matka, wpoiła mu kiedy był mały. - wspólnymi siłami zanieśli uśpionego podopiecznego do innego pomieszczenia bez okna.

piątek, 20 września 2013

OBCY cz:8


Kroplówki schodziły powoli, jedna nawadniająca, druga przeciwbólowa. Wymagał całodobowej opieki już teraz a w przyszłości? Nie wiedziała, czy pozwolą jej zająć się bezdomnym, bezimiennym chłopcem. Mogliby z Sebastianem wziąć go do Nowego Jorku i  poddać resocjalizacji. Może udałoby się przywrócić chłopaka społeczeństwu?
Mnóstwo myśli przewijało się przez umysł Niny. Wiedziała, że to nie jest dobrze, ale zdążyła już obdarzyć nastolatka przywiązaniem. Dla siebie samej, nazywała go Xiǎo Zhǎo (Mały Pazur), niestety, nie mogła mu nadać właściwego imienia i nazwiska a o tymczasowym wiedział tylko Crocery.
Całe dnie spędzała u jego łóżka. Na zmianę z kolegą pilnowali momentu, kiedy dojdzie na tyle do siebie, że trzeba będzie go unieruchomić w łóżku albo w jakiejś celi.
-To będzie najniebezpieczniejszy moment, musimy być przy nim i w razie czego interweniować iniekcją. Wiesz jakie są zwierzęta po wybudzeniu ze śpiączki?
-To dziecko nie jest zwierzęciem! -musiała zaoponować. Sympatia jaką żywiła do chłopaka, nie pozwalała na racjonalne podejście do sprawy.
-Nina, zdaję sobie z tego sprawę, polubiłaś go ale twoje zaangażowanie zaczyna przekraczać granice naukowego zainteresowania! Jednym słowem - przesadzasz! -słowa Sebastiana zawierały sporo racji.
-I co z tego?! -wybuchła nagle. -On nie ma nikogo, mówisz o nim jak o drapieżniku a na dodatek, gdyby ktoś dowiedział się, że morderca dwóch mężczyzn jest w szpitalu, miałby już na karku nawet wyrok śmierci!!! Tego chcesz? Jestem gotowa, jeśli tylko wyzdrowieje, wypuścić go tam, do dziczy, gdzie będzie najbardziej bezpieczny! -patrzyła na psychologa z wyrzutem. "-Czy tylko mnie obchodzi dobro tego dzieciaka?" -pomyślała z rozpaczą.
Crocery jakby domyślił się jej pytania.
-Jako doktor nauk psychologii, muszę go traktować jak zwierzę, ponieważ, nie wykazuje żadnych cech ludzkich. Jeśli dostałby się w łapy innych instytucji, potraktowaliby chłopaka jak umysłowo chorego i zamknęli na długie leczenie w jakimiś ośrodku dla takich ludzi. Zależy mi bardzo na tym, by był pod naszym stałym nadzorem, ale najpierw musimy to uzgodnić z naszymi wszystkimi przełożonymi.
Miała ochotę rzucić się mu na szyję. Nie uczyniła tego, tylko uśmiechnęła się promiennie. Po wybuchu złości nie został cień.
-A więc zacznijmy od dzisiaj! -zawołała z radością. -Jeśli się zgodzisz, pojadę do Ambasady i załatwię dokumenty transportu, paszport i co tam jeszcze trzeba będzie...
-Hola, hola!!! Panno Tancy! O czym ty do mnie mówisz? Czy ty chcesz go zabrać do Nowego Jorku? Przed chwilą, miałaś zamiar wypuścić go na wolność a teraz dowiaduję się, że wraca z nami do Stanów?! -mężczyzna szeroko otworzył oczy ze zdumienia. -Na litość boską, nie możemy tego zrobić!
-Powiedziałeś, że ma być pod naszym nadzorem, stąd pomysł powrotu z nim do Ameryki...-spokojnie odparła Tancy. -Byłam pewna, że myślimy o tym samym...
-Nina, jeżeli zrobisz to, co ci każę, zobaczysz, będziesz zadowolona z mojego pomysłu, jak zatrzymać to dziecko z nami. Jeśli coś spieprzysz, będzie to tylko i wyłącznie twoja wina. Zrozumiałaś? -ton głosu był stanowczy. Kobieta przytaknęła.
-Słuchaj, pojedziesz do Ambasady i zawiadomisz naszych ważniaków, że znaleźliśmy dzikiego nastolatka, narodowości azjatyckiej. Potrzebujemy odpowiednich dokumentów, by móc zapewnić mu opiekę psychiatryczną i resocjalizacyjną z naszych wydziałów. Potem, porozmawiaj z kim trzeba, od spraw dzieci porzuconych i dowiedz się o procedury sądowe, które zapewnią, że będziemy jego prawnymi opiekunami do czasu aż zacznie, jako człowiek funkcjonować w społeczeństwie.
"-Nareszcie zaczynamy działać!" -wyszła z budynku szpitala i wsiadła do samochodu. Miała gotowy plan działania, musiała tylko dać z siebie wszystko, żeby nastolatek mógł bezpiecznie zacząć swój powrót wśród ludzi.

środa, 18 września 2013

OBCY cz:7



Nina nie wierzyła, temu co widziała. Rany pokryte czerwiami much w różnych stadiach rozwoju, rany po mocnych szczękach dzikiego zwierzęcia. Głębokie sięgające niemal kości. Rozdrapana skóra, gdzieniegdzie pazury otworzyły mięśnie i można było zauważyć bladoniebieskie jelita. Chłopak ledwie żył, gorączka i utrata krwi doprowadziły go do granicy śmierci.
-Musimy go stąd wziąć. Sebastian, pomóż mi. -delikatnie uniosła go i podłożyła koc pod ciało. Podnieśli go bez trudu, jakby był kilkuletnim maluchem a nie prawie dorosłym mężczyzną.
-Zauważyłeś, że jest lżejszy niż zdrowy nastolatek w jego wieku? -powiedziała zaskoczona Tancy.
-Tak, ale to tylko dlatego, że składa się z samych mięśni. Nie ma w nim ani grama niepotrzebnego tłuszczu. -patrzył na nieprzytomnego z lekką zazdrością.
Miał 28 lat, wspaniałą pracę i był z tego dumny. Jednak odkąd zaczął pracować dla ważniaków z wyższych sfer, nie miał czasu na treningi. Przybrał nieco na wadze i nie wyglądał już tak szczupło jak kiedyś, stąd to uczucie zazdrości.
Nina również zwróciła uwagę na muskuły chłopaka. Crocery spostrzegł dziwny grymas na jej twarzy. "-Może także pomyślała o tym, że daleko jej do takiej rzeźby ciała?"-zastanowił się Sebastian.
-O czym myślisz? -zapytał głośno.
-Czy on z tego wyjdzie? Szkoda mi go, wiesz...On nie jest tym, kogo szukamy, prawda? -pytaniom nie było końca.
-Nie byłbym, na twoim miejscu, tego taki pewien. Sama widzisz, że nie wygląda jak przeciętne dziecko w jego wieku. Ma może z 15 lat, może więcej, zauważyłaś co on ma zamiast włosów? A jego ubranie? Nie wierzę, że zostawił je na brzegu rzeki, bo tam byliśmy i niczego takiego tam nie było. Sam wpadł w nasze ręce, przez ten wypadek.
Otworzył na chwilę oczy. Czuł miarowe kołysanie, przez mgłę widział niebo, przesuwające się konary wysoko nad jego głową. Spróbował podnieść się ale nie dał rady.
-Sebastian...-szepnęła Nina. -Sebastian, patrz...-stanęła, wstrzymując marsz.
Odwrócił głowę i prawie krzyknął. Kobieta dała mu znak, żeby się nie ruszał. Wpatrywał się w chłopca i bał się tego co może się za chwilę wydarzyć.
Parominutowe odzyskanie świadomości sprawiło, że zaczęło docierać do niego, że coś jest nie tak. Patrzył przytomniej, gorączka był mniejsza, umysł zaczynał przetwarzać fakty. Jego ręce dotknęły czegoś miękkiego, to było naokoło niego. Zerwał się w oka mgnieniu przewracając na ziemię, zaplątawszy stopą w tkaninę. Trzymający go ludzie, puścili koc, pozwalając na ucieczkę. Pobiegł przed siebie. Naukowcy wiedzieli co robią. Maligna wróciła szybko, idąc za chłopcem natknęli się na niego zaledwie parę metrów dalej od miejsca, w którym się ocknął. Położyli go na powrót w kocu i nieśli dalej do samochodu, zostawionego na asfaltowej drodze prowadzącej do wsi.
-Będziemy musieli go związać i założyć knebel. Jeśli to samo co na drodze, stanie się z nim w aucie, wypadek mamy murowany. -ostrzegł Sebastian.
Nina pokiwała głową, chociaż sama nie miała serca aby sprawiać dziecku dodatkowy ból zakładając więzy. Wiedziała, że to dla bezpieczeństwa ich wszystkich. Kiedy widziała go oddalającego się, zrozumiała - nie był do końca człowiekiem i nie był też zwierzęciem. Zawieszony pomiędzy dwoma naturami, wyobcowany w obu środowiskach, był dzikim człowiekiem. Pierwotne instynkty w jego umyśle były jedynym językiem jaki znał. Krępując chłopaka miała w oczach łzy.

wtorek, 17 września 2013

OBCY cz:6




Obudziło go donośne pluśnięcie. Poderwał się na ten dźwięk i wyjrzał z kryjówki. Spał w poszyciu, noc była ciepła. Wyczołgał się, węsząc i nasłuchując gdzie jest zwierzę, które narobiło tyle hałasu. Odwrócił głowę i ujrzał rannego lamparta. Kot upadł w wodzie, był ranny i opuszczały go siły. Na jego widok jednak poderwał się. Ostrzeżenie drapieżnika słychać było naokoło. Zaczął podchodzić do okaleczonego zwierzęcia, ściskając w dłoni rękojeść noża. Lampart, prawie stracił przednią lewą łapę w potrzasku, zastawionym przez kłusowników. Oderwana od ciała przeszkadzała w poruszaniu się, sprawiając dodatkowe cierpienia. Pojawienie się człowieka, spotęgowało strach, chcąc jak najszybciej uciec, musiał pozbyć się niesprawnej kończyny. Jedno pociągnięcie i połowa łapy została na piasku. Nie zwracając uwagi na obfite krwawienie, spróbował odejść w gąszcz.
Czuł nieodpartą chęć aby ruszyć za nim. Podniósł oderwaną łapę i powąchał. Niezdecydowany usiadł na brzegu i patrzył w kierunku gdzie zwierzę przed nim uciekło. Zbliżył raz jeszcze nos do kawałka ciała i pobiegł za kotem. Szukał go, zatrzymując się i wsłuchując w odgłosy nocy. Krążył po leśnych ostępach, chcąc dopaść drapieżnika. Co jakiś czas odór słodkawy krwi dawał się poczuć z  ziemi, pochylał się i natrafiał na lepkie, czerwone tropy. Lampart musiał być niedaleko.
Giętkie ciało runęło na niego niespodziewanie. Stracił równowagę i upadając upuścił sztylet, był bezbronny. Chociaż był bardzo silny, zwierzę przewyższało go sprawnością w walce. Brak jednej łapy nie miał tu żadnego znaczenia. Drapieżny kot trzymał go za ramię, miażdżąc prawie kości, zdrowa łapa rozpruwała skórę na klatce piersiowej i brzuchu. Czuł ból i zaczął tracić ostrość widzenia. Jedyne co mógł zrobić, to ile tylko miał jeszcze mocy, uderzył lamparta w ranną kończynę. Poskutkowało. Samiec zostawił go na chwilę a wtedy on odnalazł swój nóż. Ponowny atak zakończył się śmiercią agresywnego kota.
Wzrok zachodził mgłą, szedł po omacku, chciał dotrzeć jak najszybciej do matki. Nie wiedział czemu, tak uporczywie, jej obraz trwał w gasnącym umyśle.
Nie doszedł do swojej jaskini. Osłabiony, potknął się i przewrócił w lesie. Nie miał sił podnieść się by dotrzeć do bezpiecznej kryjówki. Jego ciało pozostało na ścieżce wiodącej do rzeki.

niedziela, 15 września 2013

OBCY cz:5


Rzucił zdobycz u włazu do jaskini samicy. Podeszła i sama zaciągnęła sporego byka do wnętrza kryjówki. Usiadł na ziemi, był syty po udanych łowach. Ciągle pamiętał zapach obcego, ten delikatniejszy. Kiedy śnił, postać była dobra, nie robiła hałasu, nie zadawała mu bólu. W tym widzeniu sennym, wyciągał do niej ręce a ona przytulała go do siebie i wtedy uczucie strachu budziło go. Nie umiał nazwać uczuć, które wciąż zjawiały się w jego umyśle, nie potrafił ich też wyrazić...

Wszystko stało się nagle. Jego biologiczna matka porzucona z nim w lesie na odludziu przez złego człowieka, została zabita. Dwa strzały i wątłe ciało osunęło się w runo leśne. Dziecko, trzyletni chłopczyk, został na pastwę drapieżników. Płakał i krzyczał z głodu i strachu. Nikt nie przyszedł mu z pomocą, nikt oprócz olbrzymiej tygrysicy, która sama miała właśnie małe. Wiedziona instynktem, zaniosła sierotę do swoich dwóch tygrysków. Maluch ożywił się w takim ciekawym towarzystwie. Nakarmiony mlekiem, zasnął wraz z nowymi braćmi u jej boku. Nowa matka zajęła się nim, ucząc wszystkiego co sama przejęła od swych przodków. Te dziwne stworzenie, było pojętne i bardziej przebiegłe niż jej rodzone maluchy. Ale tak na prawdę ani ona, ani też dziecko, które wykarmiła, nie wiedzieli o tych zdolnościach.
Minęło sporo czasu a jej przybrany syn żył niedaleko niej i nie walczyli o terytorium. Gdyby był z tego samego gatunku, na pewno nie pozwoliłaby mu na zadomowienie się na jej terenie. Łączyło ich coś, co po ludzku, chłopak nazwałby przyjaźnią, gdyby pamiętał mowę, ale nie umiał myśleć i zachowywać się jak na człowieka przystało. Jego umysł był nastawiony na podstawowe umiejętności: polowanie, atak i obronę. Tego uczy się każdy drapieżnik żyjący na wolności. On zaś przyswoił sobie jedną lekcję typową dla jego gatunku - zabijanie za pomocą przedmiotu. Nie miał pojęcia jak nazywa się to, co dzierży w dłoni, gdy idzie na polowanie, ale rozum podpowiadał mu, że do zabijania ofiar większych od siebie nadaje się znakomicie.
Wyczuł niebezpieczeństwo. Samotny, stary samiec przyszedł nad rzekę. Gdyby napił się i odszedł, nie zwróciłby jego uwagi, ale tygrys zwietrzył samicę. Zaciekawiony łaził po brzegu, uniósł górną wargę i wysunął język, obwąchując ślady.
Spotkali się u podnóża wzniesień, w których były jaskinie . Nie mógł pozwolić by zbliżył się do jego matki. Samiec zobaczywszy człowieka zaryczał wściekle. Dla niego był tylko łatwym łupem, na który nie raz potrafił zapolować. Jednym susem pokonał dzielącą ich odległość, następny skok miał powalić śmiałka na ziemię i zakończyć spotkanie. Tak jednak nie było, chłopak poddał się ciężarowi drapieżnika, upadł, wbijając po rękojeść ostrze sztyletu w serce tygrysa. Zwierzę zadrżało i skłoniło łeb na swojego zwycięzcę. Wydostał się spod zwłok i otrzepał. Napił się i wrócił do groty.

Nina i Sebastian pojechali do miasta, byli umówieni z tamtejszym szefem policji. Chcieli dowiedzieć się o wyniku autopsji zabitego trapera.
Dostali kserokopię dokumentów z sekcji i rozmawiali na temat ostatnich wydarzeń z komendantem.
-Twierdzicie państwo, że po lasach włóczy się jakiś bezdomny, być może chory psychicznie człowiek, tak? -zapytał.
-Proszę wybaczyć, ale nie zakładajmy od razu choroby. Jeżeli takie pomówienia dostaną się do prasy, ludzie będą podejrzewać nawet swoich sąsiadów o te zbrodnie. -wyjaśnił Crocery.
-Ma pan rację. -odrzekł szef. -Nic nie może z naszej rozmowy wydostać się na zewnątrz. Mieszkańcy tej wioski są przestraszeni, słyszałem, że niektórzy zaczęli składać ofiary bogom aby chronili ich przed atakami tego...-nie znalazł określenia, więc kontynuował: -Do wywołania paniki jest tyle. -pokazał odległość między palcem wskazującym a kciukiem.
-Jutro wrócimy nad rzekę. Jeżeli tam zwierzęta przychodzą ugasić pragnienie, może uda nam się spotkać też naszego zabójcę? -oznajmił policjantowi Sebastian.

sobota, 14 września 2013

OBCY cz:4



Sebastian pierwszy zobaczył leżącego mężczyznę. Wyprzedził ich i podbiegł, potykając się o nierówności. Ukląkł przy zmarłym, zbadał obrażenia. Natychmiast dźwignął tropiciela z ziemi i zawrócił do idących za nim Niny i przewodnika.
-Nie idźcie tam. Zabierzmy go, należy mu się godny pochówek. -powiedział do nich. -Ślady wskazują, że zabił go tygrys. Były tam też odciski bosych stóp, ale być może tylko mi się przywidziało. W takich okolicznościach wzrok może płatać różne figle.
Kobieta wróciła na drogę wraz z Crocery'm, przewodnik natomiast poszedł na brzeg. Zainteresowała go wzmianka o bosych stopach odciśniętych na piasku.
-Dogonię was! -krzyknął.
Z uwagą przeszukiwał miejsce gdzie przed paroma minutami leżał jego kolega. Trop tygrysa był wyraźny. Rysunek łap gdzie stał, i tam, w którym zabił myśliwego. "-A co z tymi ludzkimi?"-pomyślał. Schylił się, przyglądając w skupieniu dwóm wgłębieniom nieopodal śladów drapieżcy.
"-Czemu temu człowiekowi nic się nie stało a starego trapera to zwierzę, po prostu uśmierciło?"-zapytał sam siebie. -Musisz być niezłym treserem, żeby kazać bestii zabijać kogo wskażesz palcem...-wyszeptał.

Leżąc na brzuchu, śledził istoty, podobne do tej, którą zabiła matka. Głuchy pomruk nie przestawał wydobywać mu się z gardła. Jeszcze do teraz emocje, które towarzyszyły mu podczas spotkania z tym stworem oko w oko, sprawiały, że drżał. Wiatr zmienił kierunek, czuł woń pochodzącą od nich i to sprawiło, że nagle groźne warczenie zaczęło zamierać w końcu ucichło. Podniósł głowę, bo zapach jednego z obcych coś mu przypominał. Słodkawy i mniej drażniący nozdrza niż odór tamtego, co wyciągnął go z zarośli, przywołał w jego świadomości dziwny obraz...Otrzepał się z tego snu na jawie. Gdy odeszli, chciał pójść napić się, ale nie uczynił tego. Okazało się bowiem, że nie wszyscy opuścili jego terytorium. Inny stwór nadal przetrząsał okolicę. Nie chcąc niepotrzebnie ryzykować, został w swojej kryjówce.

Tancy i Crocery siedzieli w knajpce, przy oknie. Zamówili do picia sok i ciepły posiłek.
-Mam dla was coś ciekawego...-zaczął przewodnik,dosiadając się. -Mojego, szanownego kolegę zabił tygrys, ale! -podniósł wskazujący palec w górę, nadając swej wypowiedzi rangę ważności. -Był z nim człowiek, który tym drapieżnikiem kieruje! To jakiś socjopata, z wytresowanym kotem morduje niewinnych ludzi w odwecie za zabijanie zwierząt przez kłusowników i myśliwych! Taką mam teorię! -wygłosił swoje przypuszczenia mężczyzna. Skinął na posługującego chłopaka i zamówił coś dla siebie.
Nina i Sebastian wysłuchali go cierpliwie. Crocery odezwał się:
-Nie przeczę, to dość śmiałe wnioski po oglądnięciu kilku niewyraźnych i raczej mało znaczących odbić na piasku nad rzeką... "Człowiek z wytresowanym kotem", tak pan go określił, kto to mógł być? Uciekinier z cyrku? Bzdura! -takie sugestie nie miały sensu dla psychologa.
-Miał pan rację z tymi odciskami ludzkich stóp, były tam, dlaczego teraz zaczyna pan sądzić  iż moje spostrzeżenia są naiwnym naciąganiem faktów? -przewodnik był niezadowolony z zarzucania mu, iż poddał się fantazji.
-Na takiej podstawie, że możemy je wziąć pod uwagę jako jedną z wielu niekonwencjonalnych odpowiedzi na pytanie: "Kto i po co zabił kłusownika i trapera?" -włączyła się do rozmowy Nina. -Jedno co nie daje mi spokoju, to to, że nie dowiemy się dlaczego tygrys zaatakował człowieka, który wiedział o tych zwierzętach wszystko...Przecież nie było śladów walki z wielkim kotem... A odciski bosych stóp? Sebastian, widziałeś skąd i dokąd zmierzały tamte ślady? -zapytała doktora psychologii.
-Nie dokładnie...-odpowiedział.
-Czy mogę? -spróbował mężczyzna.
Tancy skinęła głową.
-Ludzki trop był tylko w jednym miejscu, przy tygrysie, stali obok siebie. Myślę, że tamten się go wcale nie bał...
-Czy wie pan z którego miejsca ten ktoś przyszedł?
-Niestety nie...tak, jakby poruszał się po linii brzegu, tuż przy rzece, żeby jego ślady szybko zmyła woda...-snuł znowu domysły.
Przerwano te intrygujące śledztwo. Do ich stolika podszedł kelner, zebrał puste naczynia i zostawił rachunek na blacie.

piątek, 13 września 2013

OBCY cz:3



-Jesteśmy prawie u celu, ludzie oznaczyli to miejsce, aby przestrzec swoich współmieszkańców przed podobnym zdarzeniem. -powiedział przewodnik.
-Jesteśmy tak daleko od osady, że obawiam się o nasz powrót. -powiedziała Tancy. -Musiał iść aż tak daleko?
-To ścieżka uczęszczana przez nie byle jakie zwierzęta. -wtrącił tropiciel. Pochylił się i dotknął palcem ziemi. Wstał i rozejrzał się. -No, no...-dodał, kręcąc głową. -Chytry był z ciebie gość...-uśmiechnął się do siebie.
-Co pan ma na myśli? -zagadnął go Crocery.
Stary wyjadacz, odszedł w bok, wszedł między niskie krzaki jakby czegoś szukał. Postąpił jeszcze parę kroków na przód i zaklął. Jego but ugrzązł w czymś, czego na pewno w środku tego lasu by się nie spodziewał.
-Przepraszam, za moje niestosowne zachowanie, pani Tancy, ale podejdźcie tu i sami się przekonajcie, że to nie jest coś, co powinno być tutaj... Zapewniam was także, iż nie zostawił tego przed swoją śmiercią, sam zamordowany.
Podchodząc do miejsca, poczuli przykrą woń odchodów. Nie przywykli do takich widoków, oboje jak na komendę, przysłonili sobie twarze dłońmi.
-Ależ...co pan! -krzyknął oburzony i zniesmaczony Sebastian. -To obrzydliwe!
Tamten śmiał się szczerze.
-Czyżby państwo nie znali się na tropach? -zawołał do naukowców.
Nina nie wytrzymała:
-Nie, nie znamy tropów, dlatego opłaciliśmy pana, aby pomógł nam pan dotrzeć do prawdy o tym wypadku!
-Przecież właśnie w nią, że się tak wyrażę, wdepnąłem. -zdjął brudne obuwie i wycierał w co popadnie. -Nie moja wina, że nie potraficie też, łączyć z sobą prostych faktów! -odparł urażony myśliwy. Sprawdził czy but jest już czysty i włożył go na bosą stopę. Wyszedł z poszycia nie odzywając się.
Ciekawość Sebastiana wzięła górę nad odczuciem wstrętu.
-Połączyć fakty? -zagadnął. -A co miałbym z czym łączyć?
Mężczyzna, odwrócił się do niego. Zaczął tłumaczyć swoim zleceniodawcom, co chciał im pokazać.
-To był dowód, kim był zabójca...Znalazłem w tym niestrawione kości drobnych gadów i rybie łuski. Mogłoby się wam wydawać, że to zostawiło zwierzę, ale prawda jest taka: to pozostałości po człowieku...
-Ah...-żachnął się psycholog. -Mógł pan nam to po prostu powiedzieć. To, że zabójcą nie był drapieżnik, wiemy z koleżanką ze zdjęć i raportów.
-Tak?! To po co jestem tu potrzebny? Mam ważniejsze sprawy na głowie, niż włazić w gówno jakiegoś psychopaty! -teraz nie usłyszeli przeprosin za słownictwo. Tropiciel przyspieszył kroku, zostawiając ich.
-Dokąd?! -zawołał za nim przewodnik.
-Powiedz tym ludziom, że za godzinę drogi stąd, jest rzeka. Zaczekam tam na was.
Spojrzeli po sobie, mężczyzna bezradnie rozłożył ręce.
-Sami słyszeliście...-odrzekł.

Szum wody zagłuszał niektóre dźwięki. Tylko uszy stworzone, by zważać nawet na te, które dla innych są mało istotne, potrafiły wychwycić drgania o bardzo niskiej częstotliwości. Przez moment bacznie patrzyła przed siebie, przymrużonymi ślepiami, obserwowała teren. Coś zamajaczyło w oddali. Wiatr był jej nieprzychylny, nie wiedziała czy to wróg czy zwierzyna płowa. Podniosła się i skierowała do swojego schronienia. Wolała nie ryzykować  była w kolejnej ciąży i potrzebowała teraz więcej odpoczynku, niż walki. Nawet jej przybrane młode musiało wyczuwać jej nastrój, bo nie raz nie widywała go przez kilka dni. Skryła się w porę, bo intruz dotarł właśnie do rzeki.
Myśliwy otarł pot z czoła. Przystanął, pochylił się i obmył twarz chłodną wodą. Obejrzał się kilka razy za siebie, ale nikogo nie zobaczył. Usiadł na kamieniach i czekał na swoich znajomych.
Dobrze, że nie wyszedł nagle z lasu na brzeg. Tym razem instynkt nie zawiódł go także. Czmychnął w gęsto rosnące kolczaste krzewy, kalecząc się boleśnie w twarz. Warknął ostrzegawczo, złapał gałąź, która sprawiła mu ból i oderwał od pnia. Zerknął na dziwne zwierzę nad jego wodą. Jak przez mgłę, zaczęły napływać nikłe wspomnienia, których nie był w stanie odróżnić od zwykłych snów. Potrząsnął głową, próbując odegnać te obrazy. Zarośla nagle zaszeleściły. Przestraszony wycofał się czym prędzej, głębiej w chaszcze. Istota na kamieniu poruszyła się. Z jego gardła, mimo woli wydobył się warkot, białe zęby zalśniły. Odruchowo wziął swój cenny przedmiot w rękę i wydobył na zewnątrz. Stal błysnęła w promieniu słońca. Nim zdążył się zorientować, że ten, którego obserwował, zniknął ze swego miejsca, coś chwyciło go mocna za stopę i wyciągnęło z kryjówki. Przerażony zaryczał głośno.

-Mój ty boże! -zawołał tropiciel, na widok młodego chłopaka. -Ci, którzy cię szukają, zapłacą mi za ciebie mnóstwo forsy, bo inaczej, ODDAM CIĘ DO CYRKU!!! -wrzasnął na dzieciaka, słysząc, jak warczy i ryczy niczym zwierzę. -Przestań zachowywać się jak dzikus! -kopnął go w brzuch, gdy zobaczył, że sięga po swój sztylet.
Młokos miał najwyżej 17 lat, oprócz długich, przykrywających plecy włosów, przypominających konopne sznury, czy dready nie miał na sobie nic. Był Azjatą, może nawet dzieckiem kogoś z pobliskiej wsi, ale dlaczego ukrywał się w lasach, biegając nago z nożem w ręce. Spojrzenie jego oczu i mimika twarzy przypominały zachowanie psa, schwytanego na pętlę. Rozważania na temat tego co widział, osłabiły nieco czujność trapera. Kiedy o tym pomyślał, tym razem on padł na twarz przed nagusem. Olbrzymia łapa zadała mu śmiertelny cios. Razem z matką obwąchiwali leżące przed nimi ciało. Samica zlizała krew ale mięsa nie tknęła. Zawróciła do jaskini, a on ociągając się podreptał za nią. Chociaż nie pozwoliła mu wejść do swojej pieczary, położył się przy wykrocie.

środa, 11 września 2013

OBCY cz:2


We wsi ludzie przekazywali sobie wiadomość o zabitym kłusowniku. Plotka, rozrosła się wkrótce do rozmiaru baśni. Rěn, jak określili zabójcę, miał mieć twarz dzikiego zwierzęcia, kły, pazury i umiejętności postaci z filmów science fiction. Ktoś zadzwonił w tej sprawie do władz i wkrótce rozpoczęto poszukiwania tajemniczego mordercy.
Zajściem zainteresowała się para naukowców: psycholog Sebastian Crocery i Nina Tancy, antropolog fizyczny, neuropsycholog. Dla nich, schwytanie i zbadanie tego człowieka, stałoby się wielkim odkryciem w dziedzinach, które reprezentowali.
Spotkali się na miejscu w Ambasadzie Amerykańskiej w Hongkongu. Po załatwieniu wszystkich formalności, dostali prywatny transport do wsi, gdzie mieszkał zamordowany mężczyzna.

Nie wiedział nic o nagonce na niego. Chociaż nie był już zależny od matki, jego kryjówka znajdowała się na jej terytorium. Tolerowała go i czasem nawet pozwalała by się przy niej położył czy towarzyszył podczas polowań. On znosił dla matki mięso, zajmował się jej futrem, przy samicy czuł się bezpieczny.
Gdy słońce poczerwieniało na zachodzie, poczuł głód. Nie jadł od poprzedniego ranka, a teraz nieprzyjemne uczucie zaczynało być dokuczliwe. Wyszedł ze swojej jaskini i rozejrzał się. Wciągnął powietrze pełne różnych zapachów. Matki nie było. Zeskoczył ze skarpy i pobiegł w las. Wszystkimi zmysłami odbierał to co działo się wokół. Wsłuchał się w odgłosy zwierzyny. Obrał kierunek, skąd dobiegały i zaczął podchodzić małe stadko jeleni. Upatrzył rocznego samca, miał długą czerwoną pręgę, ciągnącą się od biodra po kolano. Co i raz zwierzę odwracało łeb, by wylizać ranę do czysta. Odór krwi, był dla niego sygnałem do ataku. W chwilę później, jelonek leżał u jego stóp. Nasycił się a padlinę ukrył na drzewie, legł na gałęzi poniżej kryjówki i zasnął.

-Chcesz obejrzeć zdjęcia tego nieszczęśnika, którego znaleziono w dziczy? -zapytał Crocery swoją koleżankę.
Kobieta czytała raporty i zeznania osób, którzy natknęli się na zwłoki. Podniosła wzrok z nad lektury i wyciągnęła rękę po fotografie, przeglądała z uwagą. 
-O mój Boże! -sięgnęła po szkło powiększające, pod nim, to, co ją tak zainteresowało, stało się wyraźniejsze. -Sebastianie, widziałeś jakie ślady ma na sobie ten zamordowany? To nie było zwierzę a jednak ciało jest rozszarpane... Co mu się tak na prawdę przytrafiło?
Naukowiec także pochylił się nad zdjęciem. Podszedł do laptopa i wpisał hasło: "kanibalizm wśród ludzi". Zawołał Ninę i wskazując inne, udokumentowane przypadki pogryzień i rozszarpań, powiedział:
-Spójrz tutaj. Na niektórych, są dosłownie, wygryzione partie mięśni, ale żadne nie sięga do kości. To ciała tych, których zabili kanibale z różnych dzikich plemion.
-Widać podobieństwo z ranami z naszych raportów. - potwierdziła Tancy. -Tylko, co tu robi afrykański kanibal? Dlaczego, ukrywa się w lesie i zabija ludzi, jak dziką zwierzynę? Może cierpi na chorobę psychiczną, nie leczona, dała teraz właśnie takie objawy...
Sebastian wciąż jeszcze siedział przy komputerze. Czytał o wierzeniach afrykańskich i składnych ofiarach.
-Dla mnie to wszystko nie trzyma się kupy...-westchnął. -Ten, kto położył trupem tego kłusownika, albo miał z nim prywatne porachunki, lub też chciał "zakosztować" nowych wrażeń. Bo to, jak na razie jedyny jego zabity.
-Co masz zamiar zrobić? -spytała kolegę.
-Jutro, pojedziemy na miejsce tragedii i rozejrzymy się. Przygotuj się na spore wydatki związane z opłatą dla tropiciela i przewodnika, moja droga. -zamknął laptop i wstał. -Zapraszam cię na kolację.-powiedział.

wtorek, 10 września 2013

OBCY cz:1



Las bambusowy i niskie zarośla dawały schronienie tej rodzinie. Ciepłe, nagrzane słońcem kamienie były wspaniałym miejscem do odpoczynku. Rozglądała się uważnie, czuwając nad bezpieczeństwem swoich dzieci. Biegały po wodzie, zanurzały w rzece po szyję, by za chwilę z właściwą w ich wieku radością, wyskoczyć w górę, rozbryzgując strugi wokoło. Trójka maluchów, beztrosko przeżywała każdy dzień.
Nagle jedno z dzieci zakwiliło. Nie wiedziała, co było tego powodem. Wstała, podeszła do malucha i ostrożnie uniosła w górę. Uspokoił się wtulając w nią ufnie. Wydostała go z nurtu i postawiła na brzegu, siadając obok. Podszedł do niej, dopominając się mleka. Przygarnęła go do piersi, pozostała dwójka przyłączyła się do brata. Po sutym posiłku, ułożyli się obok matki i usnęli.
Słońce zaszło, było chłodniej, więc wrócili do kryjówki. Musiała jeszcze raz wyjść sama do lasu. Malcy też mięli ochotę na wieczorny spacer, ale teraz nie potrzeba jej było towarzystwa. Kilka razy próbowała wymknąć się, lecz zawsze któryś, lub wszyscy biegli za nią. Zdenerwowana, nie wytrzymała. Zagoniła pociechy w ciemny kąt i nakazała zostać na miejscu. Posłuchali, chociaż słyszała ich nie zadowolone piski i pomruki, dopóki nie zniknęła im zupełnie z oczu. Ruszyła na łowy...
Znajomy zapach i woń posiłku sprawił, że dzieci wyszły do niej na dróżkę. Nie od razu dała im to co upolowała. Bawili się w gonienie zdobyczy. Była to ich kolejna lekcja na dalsze życie a matka była wspaniałą nauczycielką.

3 lata później.

Tylko on z nią został, dwóch jego mlecznych braci, matka odgoniła i nie pozwalała wchodzić na swój teren. Ostatni z jej potomstwa był inny, wyczuwała to. Instynkt podpowiadał jej, że to młode musi być z nią jeszcze jakiś czas. Opiekowała się nim jak tylko potrafiła.
Jego pierwszym upolowanym zwierzęciem, był ptak. Przyniósł matce i poczekał, aż  zaspokoi głód, potem dokończył resztki. Szło mu coraz lepiej, umiał już podkraść się do ofiary bezszelestnie i zaatakować jak matka.
Którejś nocy, polował samotnie, siedząc na drzewie. Poczuł nieprzyjemną woń, od której zakręciło go w nosie. Usłyszał kroki, spojrzał w dół i wargi rozchyliły mu się w gniewnym warknięciu. Smród i dziwne zwierzę, które przechodziło pod jego kryjówką drażniły wyostrzone zmysły. Przesunął się na konarze nad intruza. Atak nastąpił błyskawicznie, przygnieciony do ziemi osobnik leżał bez ruchu. Skręcił mu kark i spróbował mięsa. Odstręczyło go, ten dziwny zapach jaki wydawało, i wygląd sprawiły, że już je miał zostawić, kiedy dotknął czegoś. Przedmiot zwrócił jego uwagę, wziął go w zęby i pociągnął. Oderwał rzemień od reszty i nie wypuszczając ze szczęk, zaniósł do swojej kryjówki.
Rzucił znalezisko na ziemię, upadając z jednego rozdzieliło się na dwoje. Podniósł to i wtedy stało się coś dziwnego, druga cześć spadła na piasek. Była chłodna w dotyku a mocniej ściśnięta, sprawiała duży ból i trzeba było wylizywać pozostawione przez nią rany. Aż do rana próbował uzmysłowić sobie, co przyniósł do jaskini. Nie wyglądało groźnie, dopóki nie dotknął jednej lub dwóch stron jednocześnie, zaobserwował też, że jeśli tkwi w tym drugim, nie zadaje bólu. Kiedy słońce było wysoko, pobiegł z tym do matki. Nawet nie zwróciła na niego uwagi, choć pokazywał jej wszystko co odkrył. Położyła się i drzemała, wyciągnięta na ulubionym miejscu. A on się bawił ogonem matki. Chciał tym dziwnym przedmiotem złapać koniec pręgowanego ogona. Udało mu się to, ale w tej samej sekundzie jego matka przeistoczyła się w brutalną bestię. Jednym uderzeniem łapy, przewróciła go na plecy i stanęła nad nim nie przestając warczeć. Było dla niego jasne, ze zrobił coś złego. Stara samica odwróciła się i legła ciężko na boku. Zajęła się swoim okaleczonym ogonem. Przysunął się do niej. Nie protestowała, położyła łeb na ziemi a on wtulił się w jej futro. Sięgnął ręką po swój skarb, oglądał go ze wszystkich stron jeszcze raz. Był pewny, że nie może go nigdzie zostawić  bo skoro kawał ogona oderwał się po lekkim dotknięciu, to co mógłby zdziałać  na polowaniu?

poniedziałek, 9 września 2013

Zdarzyła się pewna miłość... cz. : 7

"...życie to lekcja, zadana nie tylko teraźniejszości..."

Ratownicy medyczni wynosili nosze, Mark wysiadł z samochodu i podbiegł do nich.
-Czy możecie odsłonić ciało? -zaczepił jednego z nich.
Uczynił o co go poprosił. Chłopak odwrócił się, nie wiedząc jak ma postąpić. Wzbierała w nim bezsilna złość na Dorothy, na Iana i Cathy. Wrócił do przyjaciela i powstrzymując chęć wyładowania na nim swego gniewu, powiedział tylko:
-Spóźniliśmy się...
-Co się stało? Mark, co się stało?! -Ian spróbował sam wydostać się na ulicę. Kiedy wstał, słabe jeszcze nogi, nie utrzymały jego ciężaru, upadł, uderzając się o drzwiczki auta. Ze sporej rany na czole natychmiast popłynęła krew.
-Kurwa...-wymknęło mu się. Podnosił się mozolnie.
Yōuxiù, już przy nim był. Podał mu rękę i podciągnął do pozycji pionowej. Ausdauer z jego pomocą mógł zrobić kilka kroków.
-Ratownik! -krzyknął Mark.
Ktoś podszedł do przyjaciół, pomógł doprowadzić mężczyznę do ambulansu. Zaopatrzono rozbitą głowę.
-Co tu się wydarzyło? -spytał ratownika.
-Pan wybaczy, nie udzielam takich wiadomości postronnym...
Ian, chwycił tamtego za odzież i przyciągnął do siebie.
-Gadaj, albo rozwalę ci gębę! Do twojej wiadomości, jestem... byłem narzeczonym tej dziewczyny! -puścił przestraszonego chłopaka.
-Z tego, co zastałem z kolegą w środku, wskazuje na to, że popełniła samobójstwo...-poinformował aktora.
-Jak? Nie mogliście jej uratować? 
-Nie. -uciął krótko pielęgniarz. -Wypiła silnie żrącą substancję...zastaliśmy ją, konającą, nic nie dało się zrobić...Przykro mi...
Wysiadł z ambulansu. Ausdauer zaczął płakać. W takim stanie zastał go Mark.
-Jedźmy z powrotem do szpitala. Nic tu po nas. - zwrócił się do gwiazdora.
-Nie, jedziemy do Cathy. Muszę jej o wszystkim powiedzieć. Ja...-zaciął się w sobie, po chwili wykrzyczał na całe gardło: -Miałeś rację! Nienawidzę jej!!!

***

Nie pojechał, tak jak go o to prosił Ian, do domu tamtej dziewczyny. Będąc z powrotem w szpitalu, mężczyzna, ochłonął trochę a i Mark nie czuł ucisku w gardle. Nikt ich jednak nie uprzedził, że od kilku godzin, w sali aktora, ktoś czeka.
W pokoju Ausdauera, zastali Catherine. Aktor widząc kobietę, nie zapanował nad sobą. To co usłyszała od niego, nie było przyjacielskim powitaniem.
-Wynoś się stąd natychmiast!!! -wrzasnął na nią.
Zamarła, widziała swego ukochanego, po raz pierwszy tak rozzłoszczonego. Nie rozumiała tylko, czemu akurat w ten sposób odzywa się do niej.
-Ian, to przecież ja, Cathy...-chciała podejść do mężczyzny, ale widząc jak bardzo nie chce jej tu, zrezygnowała.
Przesiadł się na łóżko i zaczął zdejmować ubranie.
-Mark, zabierz tą panią do domu. -nie patrzył nawet na dziewczynę. -I przekaż jej, że już nie będzie musiała do mnie przyjeżdżać  Tu, są pieniądze za fatygę, zapłać ile zażąda i niech już więcej nie wraca. -wcisnął w dłoń przyjaciela zwitek banknotów.
-Ian! Ian! -Yōuxiù, szarpnął tamtego za ramię. -Nie rób tego. Pogarszasz tylko sytuację...
-Kochany, o czym ty mówisz? Ja nie chcę pieniędzy. Chcę być z tobą, Ian! Jak kiedyś...-odezwała się Catherine.
Rzucił w nią koszulą, którą właśnie ściągnął.
-WYNOCHA!!! -krzyknął z rozpaczą. -Nie wracaj tu, rozumiesz?! Nigdy nie byliśmy razem, wymyśliłaś to sobie sama i próbowałaś zrobić mi wodę z mózgu! A teraz nie żyje kobieta, którą kochałem!!! -zalany łzami, opadł na pościel.
Cathy wyszła z pokoju, nic nie mówiąc...
***
Po trzech miesiącach, wrócił wreszcie na plan. Wznowiono pracę i wszystko odbywało się zgodnie z założeniami reżysera i producentów.
Na kilka tygodni przed kręceniem ostatnich ujęć  spotkał przypadkiem na ulicy rodzinę Myslowskych. Zagadnęli go o zdrowie i poprosili o autograf.
-Przepraszam, że zapytam, ale gdzie jest Cathy?
Madeleine odpowiedziała za męża:
-W szpitalu psychiatrycznym...jest z nią bardzo źle. Przepraszamy za to, że pozwoliliśmy, aby się do pana zbliżyła.
-Madeleine, nie przepraszaj. -wtrącił Ian. -To moja wina. Ktoś mnie ostrzegał, że nie powinienem tak postępować. Zachowałem się jak ostatni głupiec! Proszę mi wybaczyć.
-Nie żywimy do pana urazu. -dodał Robert.
-Czy mogę odwiedzić Cathy w zakładzie? -spytał.
Niezręczne milczenie małżeństwa, było dla Ausdauera jasną odpowiedzią. Ze zrozumieniem pokiwał głową.

***

-Maaatheew... Matheeww...lalala...-nuciła Catherine, rozczesując palcami włosy. -i będziemy żyć długo i szczęśliwie, jak w bajce...lalala...
-Panno Myslowsky, lekarstwa! -siostra z tacą w dłoni podeszła do dziewczyny. Podała plastykowy kieliszek z tabletkami i poczekała, aż je przyjmie.
-Dziś jest panienka o wiele weselsza, niż parę dni temu...-zagadała do chorej.
-Bo dziś spotkam mojego ukochanego Matta! -odpowiedziała Catherine z uśmiechem.
-O, to goście będą u panienki, to ładnie, że odwiedzi cię ukochany...-pielęgniarka pogładziła dziewczynę po głowie i poszła do innych pacjentów.
O 4:30 nad ranem, Robert został powiadomiony telefonicznie, że jego siostra nie żyje. Popełniła samobójstwo, wieszając się w toalecie...
Ian Ausdauer nigdy się o tym nie dowiedział...


Koniec.

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...