poniedziałek, 4 listopada 2019

Rozdział 3.

Denver powitało Jonesa słońcem i błękitnym niebem. On sam przedstawiał się jednak jak kupka nieszczęścia, a raczej ogromne ludzkie gówno. Stracił szacunek do siebie, po namiętnych chwilach w ramionach czyjejś córki... Na tę myśl zrzedła mu mina i zrobiło się mdło. Zatrzymał suva na poboczu i po chwili poczuł się lżejszy o posiłek, który przed chwilą zjadł. Otarł z niesmakiem usta. W skrytce znalazł butelkę mineralnej, upił spory łyk. Zasmakowała jak to, co przed chwilą oddał naturze... Znów go zemdliło.
- Czy pan jest chory?
Patrzył zmrużonymi oczami na sylwetkę kobiety w mundurze, zbliżającą się do niego. W jej głosie słyszał niekłamaną troskę.
- Nie. To zwykła niestrawność... - wstyd mu było, że stróż prawa zastała go w tak niezręcznej sytuacji. Lecz jego żołądek nie odpuszczał.
- Nazywam się Linda O'Hara, jestem policjantką.
- Widzę, pani władzo...- próbował się chociaż uśmiechnąć. - James Jones...
Zaskwierczało radio i do uszu Jonesa doszedł urywany dialog:
- Karetka na... Tak. Chory mężczyzna, z torsjami. Nie, jest przyjezdny, numer rejestracyjny... Dobra czekam... Bez odbioru!
Podała mu wodę. Chociaż smakowała tak samo jak łyk z butelki, z jego auta, przełknął bez grymasu. Zdziwił się, policjantka śmiała się z niego!
- Mógł pan sobie wypłukać usta! Współczuję, co przed chwilą musiał pan przełykać!
Zdał sobie sprawę, iż jego twarz zrobiła się purpurowa ze wstydu. Odwrócił wzrok, gdyż nawet nie wiedział jak ma zacząć z nią zwyczajnie rozmawiać.
- Czy ma pan tu kogoś z rodziny, by mógł zabrać pana samochód, kiedy pojedzie pan do szpitala?
- Do szpitala??? - spróbował stać prosto, ale własne ciało zaczynało mu ciążyć. Zatoczył się jak pijany.
Byłby runął jak długi, gdyby nie mocny chwyt sierżant O'Hara. Podtrzymała go i posadziła plecami opierając o auto.
- To jak będzie z rodziną?
- Z... rodziną?... - nie zrozumiał. - Nie mam rodziny.
- Czyli nikt nie zaprowadzi pana samochodu na parking szpitala, czy tak?
- Tak... - to było ostatnie co zdołał z siebie wypowiedzieć, zanim stracił przytomność.
************
Śnił koszmar za koszmarem.
W pierwszym Luc straszył go, jako wcielenie szatana. Zamiast pięknych dziwek, wokół wiły się olbrzymie pytony, boa i anakondy. Krzyczał, szarpał się, lecz wszystkie spowijały jego ciało ciasnymi pętami...
Kolejny zły sen, przyniósł obraz średniowiecznych tortur, za jego namiętne chwile w ramionach młodocianej ladacznicy.
Inny obraz. Była bezksiężycowa noc. Niósł w sakiewce mnóstwo pieniędzy. Był z siebie nawet dumny, za taki interes! Wbiegł do bramy na niewielki ogród, otoczony kamiennym murem. Szukał kogoś wzrokiem. Kiedy jego oczy odnalazły tego, którego szukał, nagle kucnął by się przyczaić.
Jako James Jones nie wiedział co właściwie robi. Jako ten ze swojego snu, miał chytry plan w swoich czarnych myślach.
I oto, oprócz niego - Jamesa, w tym niedużym ogrodzie pojawili się oni, banda zwykłych rzezimieszków z powrozami w rękach i pochodniami. Nagle, on poderwał się ze swego ukrycia i ... - Nie!!! Nie zrobię tego, nie mogę!!! To przecież nie jestem ja!!!!! Szybkie zbliżenie ust do czyjegoś policzka i smak łez człowieka, którego życie mógł z taką łatwością ocalić...
A potem... Pętla, ogień w głowie, w oczach, brak tchu... Koniec...

Usiadł na łóżku. Zlany potem, starał się odgadnąć, w której z rzeczywistości się znajduje. Blask zapalonych świateł zaskoczył go.
- Panie Jones?! Panie Jones?! Czy wszystko dobrze?
Chór głosów przycichł. Zebrał resztki świadomości i odparł:
- Wydaje mi się, że tak... Gdzie jestem?
- Panie Jones, jest pan w szpitalu. Pamięta pan co się panu stało cztery dni temu?
Oczy zrobiły mu się szerokie ze zdumienia.
- Jestem tu już cztery dni??? Co mi jest?
- Niestety, ja nie mogę udzielić panu takiej informacji. Musi pan poczekać na lekarza. Będzie o 7 rano.
Na ile się dało, obrócił głowę, szukając zegarka. Spojrzał też na swój nadgarstek. 2:58 AM.
- Dam panu łagodny środek uspokajający, będzie pan mógł zdrzemnąć się, zanim porozmawia pan z lekarzem.
Wężykiem popłynęło wybawienie z koszmarów. Usnął, tym razem bez wyimaginowanych scen z czyjegoś marnego żywota.
*********
- Mam dla pana złą wiadomość, Mr. Jones. - powitał go lekarz.
- Co to za zła wiadomość?
- Otóż... Został pan otruty, i zdołaliśmy tylko złagodzić działanie trucizny...
- Czy na prawdę nic nie da się zrobić, żeby to cholerstwo zabrać z mojej krwi? Nie macie tu żadnego jebanego antidotum???
- Panie James, rozumiem pana złość...
Huk pięści o stół zamknął usta przerażonemu medykowi.
- Nic pan nie rozumie!!! Nie ma pan trucizny w sobie!!! Kiedy mogę stąd wyjść?!
- Jako lekarz, odradzam panu ten krok! To zbyt niebezpieczne!
Z szuflady dobiegł dźwięk znanej Jonesowi melodii. Uniósł palec wskazujący, nakazując ciszę lekarzowi. Odebrał telefon.
- Hi Mr. Jones! Tu stary przyjaciel.
Wiązanka przekleństw zastąpiła grzeczne powitanie. Lekarz siedział zaskoczony, patrząc na Jamesa, rozmawiającego z kimś, w tak ordynarny sposób przez telefon.
- Jestem w szpitalu! Słyszysz gnoju?
- Ah, nie udała mi się niespodzianka... - nikczemnie skłamał Fery. - Chciałem tobie powiedzieć, że uważnie śledzę każdy twój ruch, i wiem jak sobie poczynasz! Co do niespodzianki, zadziałała szybciej, niż myślałem. Ale niech będzie! Skoro już wiesz, to wiedz także, iż nie ma na świecie odtrutki. Odtrutkę mam tylko ja! Oddam ją tobie za trzydzieści srebrników! Choćbyś miał je zdobyć, idąc do celu po trupach! Słyszysz? PO TRUPACH!!!
Jones chciał jeszcze zadać tyle pytań, wymusić na Ferym odpowiedzi, ale, jak to on miał w zwyczaju, rozłączył się, nim jego rozmówca zdążył poruszyć wargami.
- Doktorze?! - zwrócił się do mężczyzny. - Wiem gdzie jest odtrutka na tą truciznę!
Lekarz z zaciekawieniem uniósł brew.
- Ma ją tylko jedna osoba na świecie, a ja żeby nie umrzeć, muszę coś dla niego zrobić! Czy mogę już wyjść ze szpitala?
- To zły pomysł!
James czuł, że znów traci panowanie nad sobą.
- To najlepszy pomysł, na jaki mogłem wpaść!
- Skoro i tak pana nie zmuszę, do pozostania w naszej placówce, to mam coś, aby spowolnić działanie trucizny.
Poszli razem do gabinetu, stała tam oszklona szafka z lekami. Doktor zamknął dokładnie drzwi i odsunął mniejszą szafkę. Skrywała sejf.
- Tu trzymamy różne, najsilniejsze leki, opiaty i inne...- wytłumaczył szybko. Sobie znanym kodem, lekarz otworzył drzwiczki, wyjął pudełko z fiolkami, szybko zatrzasnął sejf i uprzątnął szafkę z przejścia.
- Mr. Jones, to jest lek, który spowolni działanie szkodliwej substancji, którą pana nafaszerowano. Jedna fiolka, dawka na dzień i noc. Rano pół i na noc pół. Gdyby coś zaczęło się dziać niedobrego, wtedy dawka będzie: jedna fiolka rano i jedna wieczorem. - doktor poczerwieniał na twarzy i rozpiął koszulę pod szyją. Mówił jednak dalej, chociaż z trudem:
- J ... jak znów b y było ggorzej...
- Gorzej to jest teraz z panem! - Jones skoczył do drzwi, otworzył i krzyknął: - Lekarza! Lekarza!
Zrobił to w tym samym momencie, kiedy biedakowi zupełnie już brakło tchu w piersiach. Odebrał konającemu lekarstwa i wybiegł, szukając jakiejś szatni.
W rejestracji zapytał o swoje rzeczy. Miła dziewczyna powiedziała, że są depozycie na dole, windą poziom -1. Pojechał tam. Tu spotkał starszego mężczyznę, któremu wmówił, że jego lekarz prowadzący był tak zajęty, iż na tę chwilę nie oddał mu wypisu. Staruszek pokręcił tylko głową, informując pod nosem Jamesa, o czymś, co brzmiało mniej więcej: "- Za moich czasów..."
Po iluś tam minutach, Jones był gotowy do wyjścia.

Na parkingu znalazł swoje auto. Zapłacił szczodrze chłopakowi stróżującemu i już gnał pod adres, przysłany przez Luca smsem.
**********
Przypomniał sobie o srebrniku. Mały kawałek metalu wciąż był schowany w kieszeni. Aż dziwne, że nikogo nie świerzbiły łapy, aby przeszukać jego ubranie. Staruszek szatniarz, dobrze wykonywał swoją pracę. - I chwała mu za to! - dodał na głos. Znalazł także tekturkę, wielkości pudełka zapałek, była zadrukowana tylko z jednej strony. Wizytówka. Ładnym pismem widniało:
"Linda O'Hara
Trener Hap Ki Do"
Numer komórki pani trener, uwydatniony tłustą trzcionką. Sięgnął po komórkę, gdy nagle ostry ból przeszył trzewia. Nie dał za wygraną, dosięgnął aparatu, wystukał numer i krzyknął z bólu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...