O'Hara wstała dopiero przed południem. Była przekonana, że obaj mężczyźni już zjedli śniadanie i czekają na nią, zajmując sobie czas choćby rozmową. Nikogo nie zastała. Poszła po swoją komórkę, sprawdziła wiadomości i rejestr połączeń, nic...
- Gdzie wy jesteście? - zapytała ciszę w domu. Postanowiła, że poczeka na swoich towarzyszy do wieczora. Następnym posunięciem, miało być zgłoszenie zaginięcia na posterunku.
Fery triumfował. On także zaczynał wierzyć w swoje zwycięstwo. Podszedł do bezwładnego ciała i wymierzył mu sążnego kopniaka.
- Tak powinienem był potraktować ciebie, kiedy odmówiłeś mi posłuszeństwa! Przez ciebie zostałem pozbawiony należnej mi władzy!!! - krążył nad Michałem.
- Ej, Luc! Łap!!! - Jones tym razem jemu, rzucił szare zawiniątko z pieniędzmi.
Lucyfer chwycił tkaninę. Nie spodziewał się tego, co się stanie, gdy to uczyni...
W tej samej chwili, zmarły, jak im się zdawało Michael, zaczął recytować słowa egzorcyzmu. Ich wspólny wróg wydobył z siebie nieludzki ryk.
- Mike, co mam zrobić? - krzyknął Jones. Nie doczekał się odpowiedzi. Michał nie mógł przerwać zaczętej modlitwy. Lucyfer zachowywał się tak, jakby opuścił go zupełnie zdrowy rozsądek. Miotał przekleństwa, by po nich, błagać obu o przebaczenie. Kiedy nic nie skutkowało, śmiał się z Mike'a, albo z Lindy, czy Jonesa. Egzorcyzm wciąż trwał.
Nikt nie uprzedził Jonesa o tym, co może się zdarzyć podczas takich modlitw. Fery oszalał! Rzucił się na Mike'a, zacisnął mu ręce na szyji. Nie udało mu się pozbawić go życia. Swoją wściekłość skierował na Jamesa. Dopadł go i zdławił tak silnym chwytem za gardło, że oczy zaczęły wychodzić z oczodołów. Twarz Jonesa zsiniała. Michał nie czekał na tragiczny koniec ofiary Szatana. Nawet na chwilę nie przerywając modłów, zebrał z podłogi rozsypane leptony i dotknął nimi Luca. Żeby się obronić, przed Michael'em, Fery musiał puścić Jonesa, który klapnął na posadzkę jak sflaczały balon. Z trudem łapał powietrze niebieskimi wargami. Szatan w napadzie szału, wbił swoją rękę w ranę Michaela. Krew cieknąca z żywego ciała, sprawiła, że w sadystę wstąpiła jakaś nadprzyrodzona moc. Mike tracąc siły, szeptał swój egzorcyzm. Dopiero utrata świadomości zamknęła mu usta. Luc natychmiast dopadł Jamesa.
Stało się coś nieoczekiwanego! Modlitwa rozbrzmiała z nową siłą. To ksiądz Thomas Diameter, stał na stopniach domu Fery'ego. O'Hara była z nim. Chciała wbiec do środka, ale ksiądz ją powstrzymał.
Jednak tym razem Luc nie zostawił Jonesa w spokoju. Cisnął nim o podłoże jak zabawką.
Ksiądz Thomas wyjął z kieszeni kropidło. Fery zaczął się śmiać. Wystarczyło parę kropel poświęconej wody, by śmiech przerodził się w gniewne ryczenie. Kapłan, wygłaszając łacińskie formuły, obszedł dookoła Lucyfera, wylewając wokół niego krąg wody święconej. Lindzie wydało się, że Fery nieco osłabł. Niespodzianie do modlitw księdza Diameter'a dołączył znów Michael. Razem, stojąc, nad klęczącym w poświęconym kręgu Lucyferem, błagali Boga, by w swej litości odesłał spowrotem Szatana do piekła, tam gdzie jego miejsce. Nagle, ponownie silne, jasne światło rozbłysło i zgasło w tym samym czasie. W oznaczonym wodą miejscu nie było już nikogo...
********************
- Mike, błagam, zrób coś! On nie może umrzeć!!! - Linda zalewała się łzami. Przytulała do siebie ciało Jamesa.
- Ja nie mogę nic już zrobić. Uratowałem go, gdy był martwy, po spaleniu przez Luca. Drugi raz nie mogę tego powtórzyć! Mogę przywracać do życia jeden, jedyny raz...
O'Hara nie wypuszczając swojego przyjaciela z objęć, patrzyła przez zniszczone drzwi na zachodzące słońce. Dzień, który miał nadejść, nie przynosił ze sobą ulgi, którą powinna poczuć, po dobrze wykonanym zadaniu...
>>>>>KONIEC<<<<<
sobota, 30 listopada 2019
Rozdział 25.
Komórka Jonesa nie przestawała dzwonić. Poprzez sny, docierał do niego jej sygnał. Wyciągnął rękę i ujął brzęczący aparat, przyłożył do ucha.
- I co parszywy kundlu?!
- Fery!!! - usiadł gwałtownie.
- Uważasz, że już możesz sobie pozwolić na niesubordynację? Niedoczekanie twoje!!! Ostrzegałem cię wiele razy, teraz nie będę się z tobą cackał! Następny srebrnik jest w Oklahoma, chcę go na jutro, najdalej na pojutrze! - Luc Fery był nieugięty.
- Dobra. Nie rób nikomu nic złego, jeszcze dziś kupię bilet na samolot do Oklahoma. Masz mnie! Od innych moich znajomych i przyjaciół wara!!!
- To się jeszcze zobaczy! Nie ty tu rządzisz!!! Pozdrów mojego starego kumpla Mike'a! - rozłączył się.
Wziął samochód Lindy. Nie mówił nikomu, dokąd jedzie, chciał chronić przede wszystkim ją. O Michaela nie dbał, nie znał go i nie ufał.
Znał drogę do dworu Fery'ego, dlatego nie chciał towarzystwa. Musiał załatwić to sam.
Dotarł tam bardzo szybko. Jak na złość, dzień znów pozbawiony był słońca, szarość nieba dopełniała obawy i strach Jonesa. Wysiadł i ciężko oparł się o karoserię. Sprawdził kieszenie, miał monety, tam gdzie je schował. Rozejrzał się i ruszył do drzwi.
- Cześć... - półnagie ciało prawie oplatało futrynę. James nie bardzo zwrócił uwagę na piękność.
- Chcę widzieć się z Ferym! - minął łaszącą się dziewczynę, wszedł do środka. - Fery!!! - krzyknął aż echo odbiło się od ścian. Młoda dziwka gdzieś poszła.
- Fery!!! Jestem!!! - nawoływał.
Pojawił się nie wiadomo skąd. Jak zwykle szykowny, z miną pana i władcy.
- Co tu robisz? - zapytał. Zapalił cygaro długą zapałką. W smudze dymu przyglądał się Jamesowi. - Powinieneś mnie posłuchać, być w drodze po mój srebrnik...- bawił się zapaloną zapałką. - Czyżby nie zależało ci na życiu?
- Wiem kim jesteś i jakoś się ciebie nie boję...- odparł James. - Skoro jesteś Lucyferem, to, czy nie zależy ci raczej na mojej duszy, niż na tych kilku szeklach?
Fery zacisnął pięść na rozżarzonej zapałce, jego dłoń stanęła w płomieniach. Bez ostrzeżenia wykonał szybki cios w twarz Jonesa.
Upadł. Uderzenie było tak precyzyjne, że czuł jak zapalają mu się włosy na głowie. Leżał, próbując ugasić płomienie. Nie zdołał sobie pomóc, stracił przytomność.
Michał zbudził Lindę. Szukał Jamesa, gdy sprawdził, że przed domem nie ma samochodu, obudził policjantkę.
- Mike, może on pojechał do sklepu, zaraz wróci! - O'Hara naciągnęła kołdrę. - Zjedz jakieś śniadanie, nie wiem, idź biegać...
Trzaśnięcie drzwi, było znakiem, iż gość skorzystał z którejś z dobrych rad, zadowolona postanowiła kontynuować drzemkę.
Michael stał chwilę w ogrodzie Jonesa. Jego niezawodna intuicja wskazała mu gdzie ma się udać. Ruszył biegiem przed siebie.
Ból potęgował się. Wstał powoli i szybko przytrzymał się ściany, by znów nie grzmotnąć o ziemię. Mógł otworzyć tylko lewe oko, z prawym coś było nie tak. Chciał znaleźć szatana i dokończyć to, po co przyszedł. Poruszał się bardzo wolno, nawet oko, które mniej ucierpiało podczas kontaktu z ogniem, co i rusz zachodziło mgłą, lub nic na nie nie widział. Usłyszał szmery. Chciał odwrócić głowę w ich kierunku, lecz poparzona skóra i mięśnie nie pozwoliły na taki wyczyn. Musiał wykonać obrót całym sobą.
- Nie potrafisz się poddać, co nie? - Fery nie krył zdumienia. - Chcesz dalej walczyć o swoje? Więc walcz, parszywy psie!!! - popchnął Jonesa z taką siłą, że uderzył głową o przeciwległą ścianę. Zamierzył się do kolejnego razu, ale nagle drzwi jego domu rozerwała potężna siła.
- Zostaw go!!! - w wyrwie po futrynie stał Michał.
Luc zwrócił swoją złość przeciwko niemu. W holu rozgorzała walka.
James leżał tam, gdzie otrzymał ostatni cios. Michałowi udało się na moment na tyle zmęczyć przeciwnika pojedynkiem, że mógł zająć się poszkodowanym mężczyzną. Położył dłonie na rozległych oparzeniach. Jasny blask napełnił pomieszczenie, a gdy zgasł, Jones znów przypominał siebie. Nie było śladu po spaleniu.
- Co się stało? - zachłysnął się powietrzem James. - Gdzie jestem? - zobaczył stojącego pośród gruzów Michaela. - To twoja sprawka? - pokazał dookoła siebie.
Michael nie zdążył mu odpowiedzieć, Lucyfer zaatakował go ze zdwojoną siłą. Michał odpowiadał ciosem na cios. W pewnej chwili Luc otrzymał tak potężne uderzenie, że padł bez czucia.
- James! Daj mi leptony!!! - krzyknął Mike.
Wyszarpnął z kieszeni saszetkę, rzucił ją w kierunku mężczyzny. Michał już miał złapać przedmiot, kiedy przeciwnik niespodziewanie przebił mu bok ostro zakończonym kawałkiem drewna, będącym nie tak dawno częścią drzwi. Zażarta walka wydawała się być skończona. Mike klęczał pochylony do ziemi, Jones był pewny, że jego obrońca stracił życie.
- I co parszywy kundlu?!
- Fery!!! - usiadł gwałtownie.
- Uważasz, że już możesz sobie pozwolić na niesubordynację? Niedoczekanie twoje!!! Ostrzegałem cię wiele razy, teraz nie będę się z tobą cackał! Następny srebrnik jest w Oklahoma, chcę go na jutro, najdalej na pojutrze! - Luc Fery był nieugięty.
- Dobra. Nie rób nikomu nic złego, jeszcze dziś kupię bilet na samolot do Oklahoma. Masz mnie! Od innych moich znajomych i przyjaciół wara!!!
- To się jeszcze zobaczy! Nie ty tu rządzisz!!! Pozdrów mojego starego kumpla Mike'a! - rozłączył się.
Wziął samochód Lindy. Nie mówił nikomu, dokąd jedzie, chciał chronić przede wszystkim ją. O Michaela nie dbał, nie znał go i nie ufał.
Znał drogę do dworu Fery'ego, dlatego nie chciał towarzystwa. Musiał załatwić to sam.
Dotarł tam bardzo szybko. Jak na złość, dzień znów pozbawiony był słońca, szarość nieba dopełniała obawy i strach Jonesa. Wysiadł i ciężko oparł się o karoserię. Sprawdził kieszenie, miał monety, tam gdzie je schował. Rozejrzał się i ruszył do drzwi.
- Cześć... - półnagie ciało prawie oplatało futrynę. James nie bardzo zwrócił uwagę na piękność.
- Chcę widzieć się z Ferym! - minął łaszącą się dziewczynę, wszedł do środka. - Fery!!! - krzyknął aż echo odbiło się od ścian. Młoda dziwka gdzieś poszła.
- Fery!!! Jestem!!! - nawoływał.
Pojawił się nie wiadomo skąd. Jak zwykle szykowny, z miną pana i władcy.
- Co tu robisz? - zapytał. Zapalił cygaro długą zapałką. W smudze dymu przyglądał się Jamesowi. - Powinieneś mnie posłuchać, być w drodze po mój srebrnik...- bawił się zapaloną zapałką. - Czyżby nie zależało ci na życiu?
- Wiem kim jesteś i jakoś się ciebie nie boję...- odparł James. - Skoro jesteś Lucyferem, to, czy nie zależy ci raczej na mojej duszy, niż na tych kilku szeklach?
Fery zacisnął pięść na rozżarzonej zapałce, jego dłoń stanęła w płomieniach. Bez ostrzeżenia wykonał szybki cios w twarz Jonesa.
Upadł. Uderzenie było tak precyzyjne, że czuł jak zapalają mu się włosy na głowie. Leżał, próbując ugasić płomienie. Nie zdołał sobie pomóc, stracił przytomność.
Michał zbudził Lindę. Szukał Jamesa, gdy sprawdził, że przed domem nie ma samochodu, obudził policjantkę.
- Mike, może on pojechał do sklepu, zaraz wróci! - O'Hara naciągnęła kołdrę. - Zjedz jakieś śniadanie, nie wiem, idź biegać...
Trzaśnięcie drzwi, było znakiem, iż gość skorzystał z którejś z dobrych rad, zadowolona postanowiła kontynuować drzemkę.
Michael stał chwilę w ogrodzie Jonesa. Jego niezawodna intuicja wskazała mu gdzie ma się udać. Ruszył biegiem przed siebie.
Ból potęgował się. Wstał powoli i szybko przytrzymał się ściany, by znów nie grzmotnąć o ziemię. Mógł otworzyć tylko lewe oko, z prawym coś było nie tak. Chciał znaleźć szatana i dokończyć to, po co przyszedł. Poruszał się bardzo wolno, nawet oko, które mniej ucierpiało podczas kontaktu z ogniem, co i rusz zachodziło mgłą, lub nic na nie nie widział. Usłyszał szmery. Chciał odwrócić głowę w ich kierunku, lecz poparzona skóra i mięśnie nie pozwoliły na taki wyczyn. Musiał wykonać obrót całym sobą.
- Nie potrafisz się poddać, co nie? - Fery nie krył zdumienia. - Chcesz dalej walczyć o swoje? Więc walcz, parszywy psie!!! - popchnął Jonesa z taką siłą, że uderzył głową o przeciwległą ścianę. Zamierzył się do kolejnego razu, ale nagle drzwi jego domu rozerwała potężna siła.
- Zostaw go!!! - w wyrwie po futrynie stał Michał.
Luc zwrócił swoją złość przeciwko niemu. W holu rozgorzała walka.
James leżał tam, gdzie otrzymał ostatni cios. Michałowi udało się na moment na tyle zmęczyć przeciwnika pojedynkiem, że mógł zająć się poszkodowanym mężczyzną. Położył dłonie na rozległych oparzeniach. Jasny blask napełnił pomieszczenie, a gdy zgasł, Jones znów przypominał siebie. Nie było śladu po spaleniu.
- Co się stało? - zachłysnął się powietrzem James. - Gdzie jestem? - zobaczył stojącego pośród gruzów Michaela. - To twoja sprawka? - pokazał dookoła siebie.
Michael nie zdążył mu odpowiedzieć, Lucyfer zaatakował go ze zdwojoną siłą. Michał odpowiadał ciosem na cios. W pewnej chwili Luc otrzymał tak potężne uderzenie, że padł bez czucia.
- James! Daj mi leptony!!! - krzyknął Mike.
Wyszarpnął z kieszeni saszetkę, rzucił ją w kierunku mężczyzny. Michał już miał złapać przedmiot, kiedy przeciwnik niespodziewanie przebił mu bok ostro zakończonym kawałkiem drewna, będącym nie tak dawno częścią drzwi. Zażarta walka wydawała się być skończona. Mike klęczał pochylony do ziemi, Jones był pewny, że jego obrońca stracił życie.
Rozdział 24.
Stara ferma strusi, zaadaptowana na mieszkania i przydomowe ogródki, odgrodzona od świata wysokim murem, tętniła życiem. Od rana do późnych godzin, zawsze było dużo pracy. Nad całą sielanką czuwało około dwudziestu uzbrojonych po zęby najemników.
- Wzbudza respekt, co nie? - Zatrzymali się niedaleko posesji, przyglądając się betonowemu ogrodzeniu z małymi strażniczymi wieżami.
- To jakiś obóz pracy! I na dodatek mordują tam bezbronne dzieciaki! - odpowiedziała funkcjonariuszka. - Idziesz, czy ja mam zasięgnąć języka?
- Chodźmy razem. - chciał wysiąść z samochodu, ale kobieta powstrzymała go.
- Poczekaj... Coś mi tu nie pasuje. Lepiej będzie, jak pójdzie jedno z nas. Jeżeli pójdziemy oboje, to w razie niebezpieczeństwa, nikt nam nie pomoże.
- Ok, masz rację. Jesteś w końcu gliną... - nie podobał mu się pomysł przyjaciółki. - Ja pójdę!
Furtkę otworzyła mała, ciemnowłosa dziewczynka, w ogrodniczkach z misiem. Odgarnęła z opalonej buzi loki i zadarła głowę.
- Dzień dobry! - powiedziała.
Jones uśmiechnął się do niej i odpowiedział na powitanie.
- Co tutaj robisz? - zapytała mała.
- Chciałem poprosić o szklankę wody... - zająknął się Jones, na widok strażnika, który zjawił się tuż za dzieckiem. Odwróciła się do mężczyzny, wskazała na Jamesa i powiedziała: - Wujku, ten pan chce wody! - odeszła parę kroków, odwróciła się do Jonesa i pomachała mu na do widzenia. Lekko kiwnął dłonią.
- To prywatna posesja, niech pan już stąd odjedzie, razem ze swoją żoną! - facet już zamykał bramkę.
- Posłuchaj, albo natychmiast porozmawiam z twoim szefem, albo naślę tu tyle policji, że przewrócą ten cukierkowy raj w perzynę! - Jones starał się opanować. Najemnik odszedł do domu. Poprzez uchyloną furtę, James widział ludzi pracujących w gospodarstwie. Dziewczynka, która mu otworzyła, podlewała plastikową konewką, równe rzędy warzyw. Nagle dostrzegł znajomą twarz. Dziewczyna, włosy do ramion, szczupła. To musiała być ona! Nastolatka z filmu!
Pchnął drewniane drzwi, wpadł na podwórze. Pracujący przerwali zajęcia, ciekawi przybysza. Rozległ się huk, James odskoczył do tyłu, potknął się i upadł na plecy. Otoczyli go ludzie w wojskowych bluzach, mierząc z karabinów.
Linda usłyszała wystrzał. W myślach już widziała ciężko rannego, a nawet zabitego przyjaciela. Zawróciła samochód i odjechała. Gdy we wstecznym lusterku nie widziała już zabudowań i wież strażniczych sekty, wróciła. Zaparkowała tak, aby auto nie było widoczne dla zbirów z bronią. Wysiadła. Jej SIG-sauer, gdyby doszło do konfrontacji, nie był najlepszą obroną, jednak nie mogła zostawić Jonesa w potrzebie, musiała działać!
Strażnicy zrobili miejsce dla młodego mężczyzny, który wyszedł na zewnątrz, zainteresowany strzałem. Podszedł do Jamesa i podał mu dłoń.
- Co tu robisz James?
- Pan mnie zna? - próbował otrzepać się z kurzu. Przypatrywał się młodszemu od siebie chłopakowi.
Zapewne guru tego przybytku, miał charakterystyczną twarz. Jakby był modelem, albo kimś takim. Pod zwykłym ubraniem, kryła się sportowa sylwetka. Nie nadawał się na nawiedzonego bałamutę, powinien był raczej zająć się wspomnianym modelingiem. Coś Jones'owi nie pasowało w tym człowieku.
- A gdzie jest Linda? - popatrzył na bramę wjazdową. - Dlaczego nie przyszła tu z tobą?
- Skąd nas znasz, do cholery!
- Wejdź ze mną do domu, tam porozmawiamy. - cofnął się do jednego ze strażników i coś zlecił mu szeptem, ten kiwnął głową i natychmiast wyszedł za ogrodzenie.
- Chodźmy, w moim domu jest o wiele chłodniej!
Stała plecami oparta o chropowaty mur. Miała zamiar wkraść się niepostrzeżenie do posiadłości. Ktoś uprzedził ją, klepiąc po ramieniu. Zanim zdążyła zareagować, mocne uderzenie w tył głowy, pozbawiło ją przytomności.
- Jest i Linda! - szczerze ucieszył się guru. - Dlaczego tak potraktowałeś mojego gościa Frank? Nie mówiłem ci, byś sprowadził ją tu siłą! Ale, skoro już tu jest, zawołaj szybko siostrę Rachelę, musi opatrzeć głowę, mojej przyjaciółki! Rusz się!
Po kilkunastu minutach przyszła jakaś kobieta. Ocuciła policjantkę, zatamowała krwawienie z rany. O'Hara dochodziła do siebie. Jones patrzył tylko i nie bardzo rozumiał całą sytuację. Tymczasem pan domu, czekał cierpliwie na koniec zabiegów Lindy. Gdy zostali sami, zagadnął:
- Czy chcecie, abym pomógł wam z Ferym?
- A kim ty jesteś, że proponujesz nam swoją pomoc? - odparł pytaniem na pytanie Jones.
- Jestem Michael.
- Jest pan bratem...- chciała spytać sierżant, ale przerwał jej.
- "Brat", to za dużo powiedziane. Nie jesteśmy już braćmi od... No, od bardzo długiego czasu! Wiedziałem, że mnie odszukacie. Wasza determinacja jest godna podziwu. Mam coś dla was!
Podszedł do ukrytego we wnęce szafy sejfu, wyjął z niego płaskie etui z brązu. Położył je otwarte na szklanym stoliku przy kanapie, na której siedział James.
- Lepton... - szepnęła Linda, widząc monetę.
- Będzie wasz, ale pod kilkoma warunkami... - odezwał się gospodarz.
- Co to za warunki?
- Nie powiecie policji o moim domu tutaj, i drugi warunek, to: jadę z wami do Luc'a Fery!
- Zabijasz dzieciaki, więzisz ludzi, a ja mam nie reagować?! - zdenerwowała się O'Hara. - Jesteś taki sam, jak ten twój pojebany brat! Obaj powinniście zgnić w więzieniu!
- Nikt nie zginął, ludzie przychodzą tu z własnej woli. Nie wiem, jak mam to tobie udowodnić?! Pozwólcie mi jechać z wami! - bronił się Michael.
- Zawołaj czworo nastolatków, pokażę ci których! - Jones otworzył drzwi i patrzył na pracowników. Wskazał palcem dwoje z małolatów. Drugiej pary nie widział.
- To ci. Nie wiem co zrobiłeś z pozostałymi, ale chcę, by oni przyszli tu, do domu i pokazali nam swoje szyje...
Ochroniarze wprowadzili dzieciaki. Stali, nie odzywając się. Linda podeszła do dziewczyny, odgarnęła włosy z karku i dokładnie obejrzała skórę. Żadnych blizn. U chłopaka było tak samo.
Patrzyła zdziwiona to na Michała, to na Jamesa.
- Przecież byli martwi... Widziałam...- powiedziała.
- Linda, nie wiem co widziałaś, ale spójrz na nich, czy tak wyglądają zmarli? Masz dowód na to, że nie jestem zły! Dobijemy targu? Jadę z wami, a lepton jest dla was!
- Wzbudza respekt, co nie? - Zatrzymali się niedaleko posesji, przyglądając się betonowemu ogrodzeniu z małymi strażniczymi wieżami.
- To jakiś obóz pracy! I na dodatek mordują tam bezbronne dzieciaki! - odpowiedziała funkcjonariuszka. - Idziesz, czy ja mam zasięgnąć języka?
- Chodźmy razem. - chciał wysiąść z samochodu, ale kobieta powstrzymała go.
- Poczekaj... Coś mi tu nie pasuje. Lepiej będzie, jak pójdzie jedno z nas. Jeżeli pójdziemy oboje, to w razie niebezpieczeństwa, nikt nam nie pomoże.
- Ok, masz rację. Jesteś w końcu gliną... - nie podobał mu się pomysł przyjaciółki. - Ja pójdę!
Furtkę otworzyła mała, ciemnowłosa dziewczynka, w ogrodniczkach z misiem. Odgarnęła z opalonej buzi loki i zadarła głowę.
- Dzień dobry! - powiedziała.
Jones uśmiechnął się do niej i odpowiedział na powitanie.
- Co tutaj robisz? - zapytała mała.
- Chciałem poprosić o szklankę wody... - zająknął się Jones, na widok strażnika, który zjawił się tuż za dzieckiem. Odwróciła się do mężczyzny, wskazała na Jamesa i powiedziała: - Wujku, ten pan chce wody! - odeszła parę kroków, odwróciła się do Jonesa i pomachała mu na do widzenia. Lekko kiwnął dłonią.
- To prywatna posesja, niech pan już stąd odjedzie, razem ze swoją żoną! - facet już zamykał bramkę.
- Posłuchaj, albo natychmiast porozmawiam z twoim szefem, albo naślę tu tyle policji, że przewrócą ten cukierkowy raj w perzynę! - Jones starał się opanować. Najemnik odszedł do domu. Poprzez uchyloną furtę, James widział ludzi pracujących w gospodarstwie. Dziewczynka, która mu otworzyła, podlewała plastikową konewką, równe rzędy warzyw. Nagle dostrzegł znajomą twarz. Dziewczyna, włosy do ramion, szczupła. To musiała być ona! Nastolatka z filmu!
Pchnął drewniane drzwi, wpadł na podwórze. Pracujący przerwali zajęcia, ciekawi przybysza. Rozległ się huk, James odskoczył do tyłu, potknął się i upadł na plecy. Otoczyli go ludzie w wojskowych bluzach, mierząc z karabinów.
Linda usłyszała wystrzał. W myślach już widziała ciężko rannego, a nawet zabitego przyjaciela. Zawróciła samochód i odjechała. Gdy we wstecznym lusterku nie widziała już zabudowań i wież strażniczych sekty, wróciła. Zaparkowała tak, aby auto nie było widoczne dla zbirów z bronią. Wysiadła. Jej SIG-sauer, gdyby doszło do konfrontacji, nie był najlepszą obroną, jednak nie mogła zostawić Jonesa w potrzebie, musiała działać!
Strażnicy zrobili miejsce dla młodego mężczyzny, który wyszedł na zewnątrz, zainteresowany strzałem. Podszedł do Jamesa i podał mu dłoń.
- Co tu robisz James?
- Pan mnie zna? - próbował otrzepać się z kurzu. Przypatrywał się młodszemu od siebie chłopakowi.
Zapewne guru tego przybytku, miał charakterystyczną twarz. Jakby był modelem, albo kimś takim. Pod zwykłym ubraniem, kryła się sportowa sylwetka. Nie nadawał się na nawiedzonego bałamutę, powinien był raczej zająć się wspomnianym modelingiem. Coś Jones'owi nie pasowało w tym człowieku.
- A gdzie jest Linda? - popatrzył na bramę wjazdową. - Dlaczego nie przyszła tu z tobą?
- Skąd nas znasz, do cholery!
- Wejdź ze mną do domu, tam porozmawiamy. - cofnął się do jednego ze strażników i coś zlecił mu szeptem, ten kiwnął głową i natychmiast wyszedł za ogrodzenie.
- Chodźmy, w moim domu jest o wiele chłodniej!
Stała plecami oparta o chropowaty mur. Miała zamiar wkraść się niepostrzeżenie do posiadłości. Ktoś uprzedził ją, klepiąc po ramieniu. Zanim zdążyła zareagować, mocne uderzenie w tył głowy, pozbawiło ją przytomności.
- Jest i Linda! - szczerze ucieszył się guru. - Dlaczego tak potraktowałeś mojego gościa Frank? Nie mówiłem ci, byś sprowadził ją tu siłą! Ale, skoro już tu jest, zawołaj szybko siostrę Rachelę, musi opatrzeć głowę, mojej przyjaciółki! Rusz się!
Po kilkunastu minutach przyszła jakaś kobieta. Ocuciła policjantkę, zatamowała krwawienie z rany. O'Hara dochodziła do siebie. Jones patrzył tylko i nie bardzo rozumiał całą sytuację. Tymczasem pan domu, czekał cierpliwie na koniec zabiegów Lindy. Gdy zostali sami, zagadnął:
- Czy chcecie, abym pomógł wam z Ferym?
- A kim ty jesteś, że proponujesz nam swoją pomoc? - odparł pytaniem na pytanie Jones.
- Jestem Michael.
- Jest pan bratem...- chciała spytać sierżant, ale przerwał jej.
- "Brat", to za dużo powiedziane. Nie jesteśmy już braćmi od... No, od bardzo długiego czasu! Wiedziałem, że mnie odszukacie. Wasza determinacja jest godna podziwu. Mam coś dla was!
Podszedł do ukrytego we wnęce szafy sejfu, wyjął z niego płaskie etui z brązu. Położył je otwarte na szklanym stoliku przy kanapie, na której siedział James.
- Lepton... - szepnęła Linda, widząc monetę.
- Będzie wasz, ale pod kilkoma warunkami... - odezwał się gospodarz.
- Co to za warunki?
- Nie powiecie policji o moim domu tutaj, i drugi warunek, to: jadę z wami do Luc'a Fery!
- Zabijasz dzieciaki, więzisz ludzi, a ja mam nie reagować?! - zdenerwowała się O'Hara. - Jesteś taki sam, jak ten twój pojebany brat! Obaj powinniście zgnić w więzieniu!
- Nikt nie zginął, ludzie przychodzą tu z własnej woli. Nie wiem, jak mam to tobie udowodnić?! Pozwólcie mi jechać z wami! - bronił się Michael.
- Zawołaj czworo nastolatków, pokażę ci których! - Jones otworzył drzwi i patrzył na pracowników. Wskazał palcem dwoje z małolatów. Drugiej pary nie widział.
- To ci. Nie wiem co zrobiłeś z pozostałymi, ale chcę, by oni przyszli tu, do domu i pokazali nam swoje szyje...
Ochroniarze wprowadzili dzieciaki. Stali, nie odzywając się. Linda podeszła do dziewczyny, odgarnęła włosy z karku i dokładnie obejrzała skórę. Żadnych blizn. U chłopaka było tak samo.
Patrzyła zdziwiona to na Michała, to na Jamesa.
- Przecież byli martwi... Widziałam...- powiedziała.
- Linda, nie wiem co widziałaś, ale spójrz na nich, czy tak wyglądają zmarli? Masz dowód na to, że nie jestem zły! Dobijemy targu? Jadę z wami, a lepton jest dla was!
piątek, 29 listopada 2019
Rozdział 23.
Zbiory księdza Thomasa robiły wrażenie. Nie było wśród nich zbyt dużo nowości. Jones gwizdnął przeciągle.
- O! To aż tak? - zdziwił się Diameter. - Mam nadzieję, że to w tym dobrym znaczeniu?
- Jak najbardziej! Mało która biblioteka może poszczycić się takimi dziełami!
- Wiem. - uciął krótko kapłan. - Cała nadzieja w tym, że nasza przyjaciółka nie zacznie wypytywać mnie o szczegóły, w jakich okolicznościach nabyłem to wszystko. - Mrugnął porozumiewawczo do sierżant.
- Nie przyszło mi nawet na myśl! - patrzyła na książki, pamiętające czasy nawet jej pradziadków. - To skąd je ksiądz ma? - zażartowała.
Popatrzył na tytuł malowany na złoto, na grzbiecie sporej książki. Wyjął ostrożnie zużyty już dobrze egzemplarz i delikatnie ułożył na specjalnym, pochyłym stojaku.
- Tę odkupiłem od handlarza starociami... Była zasypana różnymi śmieciami, tylko jakimś cudem, wypatrzyłem jedną złotą literę, to natychmiast przesądziło o decyzji jej kupna. Staruszek nawet nie wiedział, co woził z sobą szmat czasu, razem z rupieciami! Targować się umiał, ale to chyba ze względu na te złocone litery... Dałem mu tyle ile chciał i oto mam!!!
- A cóż to jest? - spytał James.
- "Pradawne wiary i wierzenia ludzkości", rok wydania, to 1702... To musiało być bardzo drogie dzieło! Sam tytuł, taką farbą malowany już dodawał ceny!
- A co w niej takiego ciekawego? - Linda przypatrywała się sfatygowanej przez użytkowników okładce.
- Może nam pomóc z panem Ferym! - odparł Thomas.
Okrążyli go, zaciekawieni treści, naznaczonej przez czas księgi.
****†*****************
Wyjechali od Thomasa z potrzebnymi wskazówkami. Ksiądz poświęcił srebrniki i lepton. Odmówił nawet modlitwy. Jones i O'Hara dostali na pamiątkę ochronne szkaplerze.
- Myślisz, że te wszystkie "czary-mary" ustrzegą nas przed Lucyferem? - James dotknął swój szkaplerz. - To tylko kawałek tkaniny z metalorytem.
- Wolę wierzyć twojemu przyjacielowi na słowo... - odparła Linda. - Tu jest Archanioł Michał.
- Słucham? - przechylił głowę w stronę kobiety, by lepiej ją słyszeć poprzez szum silnika.
- Powiedziałam, że dostaliśmy wizerunki Archanioła Michała, pogromcy Szatana. To On, jako pierwszy stoczył walkę z Lucyferem. Przed konfliktem, byli braćmi...
- To... Fery ma brata?
- Tak, miał brata. Ale, gdy Lucyfer sprzeciwił się swemu Stwórcy, więzy zostały trwale zerwane. W legendach, Archanioł wiele razy stącał swego brata do piekła, lecz ten zawsze znalazł sposób, żeby tu wrócić...- opowiadała Linda.
- Słuchaj... Skoro Luc jest tutaj, to może jego brat także? - rozmyślał James głośno.
- Ale, że... Michael? Uważasz, że Bóg także pozwala swoim aniołom schodzić na ziemię?
- Skoro Fery może, to tak, wcale by mnie to już nie zdziwiło, że pomiędzy śmiertelnikami są też anioły i... Lucyfer...- powiedział z przekonaniem.
- Tylko jak go znaleźć, i czy w ogóle Michael jest na ziemi?
Jones wyjął komórkę i podał przyjaciółce.
- Zadzwoń do Thomasa, powiedz, że jeśli coś wie o dobrych duchach, przechadzających się po świecie, niech nam prześle jak najszybciej.
Diameter z chęcią podjął się odszukania informacji o Archaniołach i aniołach na ziemi. Kiedy dojechali do domu Jonesa, odebrał wiadomość, że mają bardzo ciekawy link wysłany na jego mail.
***********************
Na komputerze pokazały się zdjęcia i nazwa: "Illuminati Animo". Jones włączył film. Sceny w nim ukazane, zawierały relację z inicjacji paru nastolatków. Dzieciaki, dwóch chłopaków i dwie dziewczyny, razem z dorosłymi śpiewali pieśni, uśmiechnięci. Ot, sekta modlitewna. Na końcu, zaczęło coś się dziać. Małolatom związano ręce za plecami. Za każdym z nich stanął jeden z dorosłych, na jakąś niesłyszalną komendę, wyciągnęli długie ostrza. Film zaczął przerywać, obraz był niewyraźny, ale krzyki mordowanych nic nie zagłuszyło. Wróciła ostrość projekcji. Młodzi ludzie mieli przebite szyje. Żadne z nich nie dawało oznak życia, krew spływała z ciał na ziemię. Nagle ci, którzy przyczynili się do śmierci dzieci, nucąc coś niezrozumiale, podnieśli ręce do góry. Nie wiadomo skąd zalśniło białe światło, oślepiając kamerzystę. Wszystko trwało kilkanaście sekund. Po wszystkim, cała czwórka znów żyła. O'Hara i Jones z wrażenia nie powiedzieli ani słowa.
- To były dzieci! Martwe, nieżywe!!! Musimy to zgłosić!
- Linda?! Co chcesz zgłaszać? Nikomu nic się nie stało! To był chory trick! Rozumiesz? Marny żart, na potrzeby reklamy sekty! - James starał się nie panikować, tak jak sierżant. Odczytał adres zrzeszenia.
- Jeżeli chcesz, możemy tam pojechać i sprawdzić, czy nikomu nic się nie stało. - zaproponował. Przystała na to i po małych przygotowaniach, byli gotowi do drogi.
- O! To aż tak? - zdziwił się Diameter. - Mam nadzieję, że to w tym dobrym znaczeniu?
- Jak najbardziej! Mało która biblioteka może poszczycić się takimi dziełami!
- Wiem. - uciął krótko kapłan. - Cała nadzieja w tym, że nasza przyjaciółka nie zacznie wypytywać mnie o szczegóły, w jakich okolicznościach nabyłem to wszystko. - Mrugnął porozumiewawczo do sierżant.
- Nie przyszło mi nawet na myśl! - patrzyła na książki, pamiętające czasy nawet jej pradziadków. - To skąd je ksiądz ma? - zażartowała.
Popatrzył na tytuł malowany na złoto, na grzbiecie sporej książki. Wyjął ostrożnie zużyty już dobrze egzemplarz i delikatnie ułożył na specjalnym, pochyłym stojaku.
- Tę odkupiłem od handlarza starociami... Była zasypana różnymi śmieciami, tylko jakimś cudem, wypatrzyłem jedną złotą literę, to natychmiast przesądziło o decyzji jej kupna. Staruszek nawet nie wiedział, co woził z sobą szmat czasu, razem z rupieciami! Targować się umiał, ale to chyba ze względu na te złocone litery... Dałem mu tyle ile chciał i oto mam!!!
- A cóż to jest? - spytał James.
- "Pradawne wiary i wierzenia ludzkości", rok wydania, to 1702... To musiało być bardzo drogie dzieło! Sam tytuł, taką farbą malowany już dodawał ceny!
- A co w niej takiego ciekawego? - Linda przypatrywała się sfatygowanej przez użytkowników okładce.
- Może nam pomóc z panem Ferym! - odparł Thomas.
Okrążyli go, zaciekawieni treści, naznaczonej przez czas księgi.
****†*****************
Wyjechali od Thomasa z potrzebnymi wskazówkami. Ksiądz poświęcił srebrniki i lepton. Odmówił nawet modlitwy. Jones i O'Hara dostali na pamiątkę ochronne szkaplerze.
- Myślisz, że te wszystkie "czary-mary" ustrzegą nas przed Lucyferem? - James dotknął swój szkaplerz. - To tylko kawałek tkaniny z metalorytem.
- Wolę wierzyć twojemu przyjacielowi na słowo... - odparła Linda. - Tu jest Archanioł Michał.
- Słucham? - przechylił głowę w stronę kobiety, by lepiej ją słyszeć poprzez szum silnika.
- Powiedziałam, że dostaliśmy wizerunki Archanioła Michała, pogromcy Szatana. To On, jako pierwszy stoczył walkę z Lucyferem. Przed konfliktem, byli braćmi...
- To... Fery ma brata?
- Tak, miał brata. Ale, gdy Lucyfer sprzeciwił się swemu Stwórcy, więzy zostały trwale zerwane. W legendach, Archanioł wiele razy stącał swego brata do piekła, lecz ten zawsze znalazł sposób, żeby tu wrócić...- opowiadała Linda.
- Słuchaj... Skoro Luc jest tutaj, to może jego brat także? - rozmyślał James głośno.
- Ale, że... Michael? Uważasz, że Bóg także pozwala swoim aniołom schodzić na ziemię?
- Skoro Fery może, to tak, wcale by mnie to już nie zdziwiło, że pomiędzy śmiertelnikami są też anioły i... Lucyfer...- powiedział z przekonaniem.
- Tylko jak go znaleźć, i czy w ogóle Michael jest na ziemi?
Jones wyjął komórkę i podał przyjaciółce.
- Zadzwoń do Thomasa, powiedz, że jeśli coś wie o dobrych duchach, przechadzających się po świecie, niech nam prześle jak najszybciej.
Diameter z chęcią podjął się odszukania informacji o Archaniołach i aniołach na ziemi. Kiedy dojechali do domu Jonesa, odebrał wiadomość, że mają bardzo ciekawy link wysłany na jego mail.
***********************
Na komputerze pokazały się zdjęcia i nazwa: "Illuminati Animo". Jones włączył film. Sceny w nim ukazane, zawierały relację z inicjacji paru nastolatków. Dzieciaki, dwóch chłopaków i dwie dziewczyny, razem z dorosłymi śpiewali pieśni, uśmiechnięci. Ot, sekta modlitewna. Na końcu, zaczęło coś się dziać. Małolatom związano ręce za plecami. Za każdym z nich stanął jeden z dorosłych, na jakąś niesłyszalną komendę, wyciągnęli długie ostrza. Film zaczął przerywać, obraz był niewyraźny, ale krzyki mordowanych nic nie zagłuszyło. Wróciła ostrość projekcji. Młodzi ludzie mieli przebite szyje. Żadne z nich nie dawało oznak życia, krew spływała z ciał na ziemię. Nagle ci, którzy przyczynili się do śmierci dzieci, nucąc coś niezrozumiale, podnieśli ręce do góry. Nie wiadomo skąd zalśniło białe światło, oślepiając kamerzystę. Wszystko trwało kilkanaście sekund. Po wszystkim, cała czwórka znów żyła. O'Hara i Jones z wrażenia nie powiedzieli ani słowa.
- To były dzieci! Martwe, nieżywe!!! Musimy to zgłosić!
- Linda?! Co chcesz zgłaszać? Nikomu nic się nie stało! To był chory trick! Rozumiesz? Marny żart, na potrzeby reklamy sekty! - James starał się nie panikować, tak jak sierżant. Odczytał adres zrzeszenia.
- Jeżeli chcesz, możemy tam pojechać i sprawdzić, czy nikomu nic się nie stało. - zaproponował. Przystała na to i po małych przygotowaniach, byli gotowi do drogi.
sobota, 23 listopada 2019
Rozdział 22.
- Witaj przyjacielu!
Mężczyźni przywitali się serdecznie.
- To moja przyjaciółka Linda O'Hara. Sierżant policji w Denver.
Linda uścisnęła dłoń księdza.
- Zapraszam was! Moja gosposia przygotowała poczęstunek.
- Oh! Nie trzeba było tyle zachodu, mamy do ciebie bardzo ważną sprawę! - Jones był lekko zmieszany gościnnością duchownego. On sam nie był zbyt pobożny. Raczej starał się mieć otwarty umysł, a te wszystkie religie, nie brał ich sobie zbytnio do serca. Ktoś z rodziny nazwał go kiedyś "religijnym wolnym strzelcem". Nie był tym nawet urażony.
Tymczasem na plebanii już trwało przygotowanie do posiłku. Starsza pani niosła dymiący dzbanek kawy i ciasta pokrojone w równe kostki.
- Cudowny zapach szanowna pani! - pochwaliła kobiecinę policjantka. Gospodyni uśmiechnęła się do niej.
- Smacznego państwu! Smacznego księdzu! Jakby czego brakło, to ja jestem w kuchni. - wyszła szybko do swoich obowiązków.
- Moja droga Margaret! Kiedy ona na to wszystko znajduje czas? Wyobraźcie sobie kochani, że mam tu na podwórku, takie mikrogospodarstwo! Oczywiście nie jemy mięsa, wszystkie, żywe stworzenia są tu bezpieczne, ale... - spojrzeli na księdza z zaciekawieniem. - Pokażę wam!
Chcąc, nie chcąc, wyszli na spore, ładnie uprzątnięte podwórko, graniczące z pasem łąki. Poszli do zabudowań. Ksiądz otworzył drzwi stodoły i oczom wszystkich, ukazały się zwierzęta. Różne. W jednym boksie, wylegiwały się króliki, obok trzy kury z kogutem. Dalsze pomieszczenia zajmowały: koza, osioł, i na końcu ogromna, sięgająca sufitu, sterta siana. Wszędzie czysto, schludnie.
- Czyż nie mieszka ze mną święta kobieta? - wskazał ręką mężczyzna. - Od rana, krząta się, dba...
Wyszli na zewnątrz. Jones patrzył na to wszystko i trochę obojgu zazdrościł, w dzieciństwie sam marzył o tym, że założy sobie przydomowy inwentarz, tylko po to, by mieć towarzystwo. Los jednak chciał inaczej. Z rozmyślań wyrwało go pytanie:
- James! Z jaką sprawą do mnie przyjechałeś?
- Mamy do księdza kilka pytań... - odpowiedział.
Kiedy wrócili do stołu, podał przyjacielowi obie księgi, z kieszeni wyjął wszystkie monety, które były głównym powodem ich spotkania. Nadal zawinięte były w kawałek tkaniny, obwiazanej, dla pewności kawałkiem szpagatu.
- Interesuje nas zielona księga... - zwróciła się do duchownego Linda. - Jest po łacinie...
Thomas spojrzał na nią zaskoczony. Otworzył zaproponowany przez funkcjonariuszkę tom. Odczytał tytuł i przeżegnał się.
- Co to jest? - spytał James.
- Biblia szatana... - odpowiedział Diameter. - Tego wydania nie przetłumaczono na żaden język! Posiadaczy jej, spotykał straszny los... Skąd ją macie?
- Od człowieka, który nie żyje... - powiedział Jones. - Skoro jej właścicieli spotykają nieszczęścia, to co z nią zrobić?
- Myślę, że kiedy wam pomogę, zabezpieczę ją jak potrafię najlepiej, i zawiadomię moich zwierzchników.
- Księże Thomasie, niech ksiądz spojrzy. - O'Hara wysypała zawartość szarego materiału. Oczy duchownego zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.
- Srebrniki?! Po co wam to wszystko? Chcecie sprowadzić szatana na ziemię? Po co? - uczynił znak krzyża.
- Nie chcemy go sprowadzać... raczej... Odesłać tam, skąd przyszedł...
- Co???
- Niech ksiądz nam powie, jak to zrobić? Przecież, w którejś z tych ksiąg musi być coś o tym napisane!
- Chcecie powiedzieć, że spotkaliście szatana, tu na ziemi?... - chwycił "Biblię Szatana" otworzył na jakiejś stronie, przesunął palcem i przełożył jeszcze kilka kartek. Znalazł to, co chciał i przeczytał na głos:
"Et ambulabunt gentes in terra post satana..."
Jones poczuł mrowienie w miejscu, gdzie niewidzialny ogień oznaczył go pentagramem. Thomas, niczego nie przeczuwając, czytał dalej:
"quod homine cupio mittere Satanas at infernum oportebit pronutiant Sed Exorcismus in leptons! Fere media nox!..."
Jones wybiegł na podwórze. Czuł ogień w całym ciele. Tak jakby oparzenie rozprzestrzeniło się po skórze. Thomas i Linda znaleźli się obok.
- Co jest przyjacielu? - Diameter położył mu rękę na ramieniu i krzyknął. Doznał oparzenia trzeciego stopnia, a samemu Jamesowi sprawił dodatkowy ból. Przyglądał się swojej dłoni przestraszony. Wtedy przyszedł mu do głowy jedyny ratunek. Pobiegł do domu i wrócił z wodą święconą. Wychylił cały pojemnik na rozgorączkowane ciało Jonesa, odmówił modlitwę. Chwilę później obaj siedzieli na sofie w domu księdza, a Linda pomagała Margaret w kuchni. Całe zajście skończyło się przemoczonym ubraniem i ręką w bandażu.
- Skąd wiedziałeś co zrobić?
- Jestem księdzem. Skoro to wszystko zaczęło się po przeczytaniu paru wersetów z "Biblii Szatana", to być może, ten o kim w niej mowa, nie chce, żebyś go odsyłał do piekła... Robi wszystko, żeby cię skutecznie od tego odciągnąć. Posłużyłem się tylko znanym sobie "środkiem", którego jeszcze boją się czarty! - uśmiechnął się.
- Masz rację. Ilekroć chcę zrobić coś przeciw złu, od razu dzieją się ze mną takie dziwne rzeczy!
- Zaczęliście mówić, że chcecie tego kogoś odesłać... O kim mówicie?
- Co ksiądz wie o Lucu Fery? - zapytała policjantka.
- Nie znam nikogo takiego.
- Proszę zobaczyć to! - wzięła serwetkę papierową i napisała anagram. Duchowny był zaskoczony.
- To nie możliwe! - prawie krzyknął.
- My też tak myśleliśmy... A jednak, sam ksiądz widział, co Luc Fery vel Lucyfer potrafi zdziałać na odległość... Proszę nam pomóc!
Thomas zacisnął usta, zebrał ze stołu obie księgi i pieniądze.
- Przejdźmy do mojej biblioteki. - powiedział i ruszył przodem.
Mężczyźni przywitali się serdecznie.
- To moja przyjaciółka Linda O'Hara. Sierżant policji w Denver.
Linda uścisnęła dłoń księdza.
- Zapraszam was! Moja gosposia przygotowała poczęstunek.
- Oh! Nie trzeba było tyle zachodu, mamy do ciebie bardzo ważną sprawę! - Jones był lekko zmieszany gościnnością duchownego. On sam nie był zbyt pobożny. Raczej starał się mieć otwarty umysł, a te wszystkie religie, nie brał ich sobie zbytnio do serca. Ktoś z rodziny nazwał go kiedyś "religijnym wolnym strzelcem". Nie był tym nawet urażony.
Tymczasem na plebanii już trwało przygotowanie do posiłku. Starsza pani niosła dymiący dzbanek kawy i ciasta pokrojone w równe kostki.
- Cudowny zapach szanowna pani! - pochwaliła kobiecinę policjantka. Gospodyni uśmiechnęła się do niej.
- Smacznego państwu! Smacznego księdzu! Jakby czego brakło, to ja jestem w kuchni. - wyszła szybko do swoich obowiązków.
- Moja droga Margaret! Kiedy ona na to wszystko znajduje czas? Wyobraźcie sobie kochani, że mam tu na podwórku, takie mikrogospodarstwo! Oczywiście nie jemy mięsa, wszystkie, żywe stworzenia są tu bezpieczne, ale... - spojrzeli na księdza z zaciekawieniem. - Pokażę wam!
Chcąc, nie chcąc, wyszli na spore, ładnie uprzątnięte podwórko, graniczące z pasem łąki. Poszli do zabudowań. Ksiądz otworzył drzwi stodoły i oczom wszystkich, ukazały się zwierzęta. Różne. W jednym boksie, wylegiwały się króliki, obok trzy kury z kogutem. Dalsze pomieszczenia zajmowały: koza, osioł, i na końcu ogromna, sięgająca sufitu, sterta siana. Wszędzie czysto, schludnie.
- Czyż nie mieszka ze mną święta kobieta? - wskazał ręką mężczyzna. - Od rana, krząta się, dba...
Wyszli na zewnątrz. Jones patrzył na to wszystko i trochę obojgu zazdrościł, w dzieciństwie sam marzył o tym, że założy sobie przydomowy inwentarz, tylko po to, by mieć towarzystwo. Los jednak chciał inaczej. Z rozmyślań wyrwało go pytanie:
- James! Z jaką sprawą do mnie przyjechałeś?
- Mamy do księdza kilka pytań... - odpowiedział.
Kiedy wrócili do stołu, podał przyjacielowi obie księgi, z kieszeni wyjął wszystkie monety, które były głównym powodem ich spotkania. Nadal zawinięte były w kawałek tkaniny, obwiazanej, dla pewności kawałkiem szpagatu.
- Interesuje nas zielona księga... - zwróciła się do duchownego Linda. - Jest po łacinie...
Thomas spojrzał na nią zaskoczony. Otworzył zaproponowany przez funkcjonariuszkę tom. Odczytał tytuł i przeżegnał się.
- Co to jest? - spytał James.
- Biblia szatana... - odpowiedział Diameter. - Tego wydania nie przetłumaczono na żaden język! Posiadaczy jej, spotykał straszny los... Skąd ją macie?
- Od człowieka, który nie żyje... - powiedział Jones. - Skoro jej właścicieli spotykają nieszczęścia, to co z nią zrobić?
- Myślę, że kiedy wam pomogę, zabezpieczę ją jak potrafię najlepiej, i zawiadomię moich zwierzchników.
- Księże Thomasie, niech ksiądz spojrzy. - O'Hara wysypała zawartość szarego materiału. Oczy duchownego zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.
- Srebrniki?! Po co wam to wszystko? Chcecie sprowadzić szatana na ziemię? Po co? - uczynił znak krzyża.
- Nie chcemy go sprowadzać... raczej... Odesłać tam, skąd przyszedł...
- Co???
- Niech ksiądz nam powie, jak to zrobić? Przecież, w którejś z tych ksiąg musi być coś o tym napisane!
- Chcecie powiedzieć, że spotkaliście szatana, tu na ziemi?... - chwycił "Biblię Szatana" otworzył na jakiejś stronie, przesunął palcem i przełożył jeszcze kilka kartek. Znalazł to, co chciał i przeczytał na głos:
"Et ambulabunt gentes in terra post satana..."
Jones poczuł mrowienie w miejscu, gdzie niewidzialny ogień oznaczył go pentagramem. Thomas, niczego nie przeczuwając, czytał dalej:
"quod homine cupio mittere Satanas at infernum oportebit pronutiant Sed Exorcismus in leptons! Fere media nox!..."
Jones wybiegł na podwórze. Czuł ogień w całym ciele. Tak jakby oparzenie rozprzestrzeniło się po skórze. Thomas i Linda znaleźli się obok.
- Co jest przyjacielu? - Diameter położył mu rękę na ramieniu i krzyknął. Doznał oparzenia trzeciego stopnia, a samemu Jamesowi sprawił dodatkowy ból. Przyglądał się swojej dłoni przestraszony. Wtedy przyszedł mu do głowy jedyny ratunek. Pobiegł do domu i wrócił z wodą święconą. Wychylił cały pojemnik na rozgorączkowane ciało Jonesa, odmówił modlitwę. Chwilę później obaj siedzieli na sofie w domu księdza, a Linda pomagała Margaret w kuchni. Całe zajście skończyło się przemoczonym ubraniem i ręką w bandażu.
- Skąd wiedziałeś co zrobić?
- Jestem księdzem. Skoro to wszystko zaczęło się po przeczytaniu paru wersetów z "Biblii Szatana", to być może, ten o kim w niej mowa, nie chce, żebyś go odsyłał do piekła... Robi wszystko, żeby cię skutecznie od tego odciągnąć. Posłużyłem się tylko znanym sobie "środkiem", którego jeszcze boją się czarty! - uśmiechnął się.
- Masz rację. Ilekroć chcę zrobić coś przeciw złu, od razu dzieją się ze mną takie dziwne rzeczy!
- Zaczęliście mówić, że chcecie tego kogoś odesłać... O kim mówicie?
- Co ksiądz wie o Lucu Fery? - zapytała policjantka.
- Nie znam nikogo takiego.
- Proszę zobaczyć to! - wzięła serwetkę papierową i napisała anagram. Duchowny był zaskoczony.
- To nie możliwe! - prawie krzyknął.
- My też tak myśleliśmy... A jednak, sam ksiądz widział, co Luc Fery vel Lucyfer potrafi zdziałać na odległość... Proszę nam pomóc!
Thomas zacisnął usta, zebrał ze stołu obie księgi i pieniądze.
- Przejdźmy do mojej biblioteki. - powiedział i ruszył przodem.
piątek, 22 listopada 2019
Rozdział 21.
Nowy York powoli zanużał się w zachodzącym słońcu. W hotelu Linda zadzwoniła do właściciela interesującego ich oboje przedmiotu. Umówiła spotkanie na następny dzień.
Była ósma rano, kiedy pojechali dokonać transakcji. Wjechali windą na dwunaste piętro, Jones zapukał do drzwi. Nie było żadnej odpowiedzi.
- Zapomniał? - spytał raczej sam siebie James. Z ciekawości nacisnął na klamkę. Drzwi otworzyły się.
- Co teraz? - zwrócił się do przyjaciółki. O'Hara nie czekając na zaproszenie, ostrożnie weszła do środka, Jones podążył w ślad za nią.
Szła powoli, zaglądnęła do kuchni i cofnęła się o krok.
- Nie wchodź tam James! - ostrzegła. Zanim zdążył zapytać, przeszła dużym krokiem nad czerwonym śladem do pokoju i już rozmawiała przez komórkę.
- ...policję i pogotowie... Tak, natychmiast. Adres...
Patrzył na pas krwi od kuchni do pokoju, po którym Linda krzątała się obok poszkodowanego.
Zabiegi policjantki przyniosły pożądany skutek i mężczyzna odzyskał przytomność. O'Hara wciąż była przy nim.
- Dzień dobry. Czy pan wie kim jestem? - spytała. Pokręcił głową. - Przyjechałam do Pana, żeby odkupić monetę, którą wystawił pan na aukcji. Pamięta pan?
W odpowiedzi kiwnął głową.
- W księdze... Starej, zielonej... Mmoneta...
- Proszę już się nie przemęczać. Zaraz znajdę, a tu są pieniądze. - pokazała sporej grubości kopertę.
Nagle leżący na podłodze gospodarz, chwycił kobietę za dłoń, w której miała banknoty, przyciągnął ją do siebie i ostatkiem sił powiedział:
- Nie potrzebuję pieniędzy... Nie będą mi już potrzebne... Tu był L ... Fery...
- Nie rozumiem. Kto tu był? - Linda była zszokowana zachowaniem rannego.
Jones stał oniemiały. Jedynie ostatnie słowa mężczyzny powtórzył głośno: - Tu był Luc Fery!
Właściciel mieszkania kiwnął głową i stracił przytomność, w tym samym momencie rozległo się pukanie do drzwi.
Linda po okazaniu dokumentów i legitymacji, poszła po książkę, o której wspominał ciężko ranny. Pokazała ją policjantom i oboje z Jonesem wyszli do samochodu.
- Nie powiedziałaś im o Ferym? - zdziwił się James.
- W tej pracy nauczyłam się, by nie paplać jęzorem o sprawach, które i tak nie będą rozwiązane. A na to wskazuje, iż kiedy ten człowiek zezna, kto mu zadał rany, nikogo takiego nie znajdą! Nigdy!
Już następnego dnia, poinformowano ich, że przyjęty do szpitala mężczyzna, z powodu obrażeń, zmarł. Jeszcze raz opowiedzieli po co i dlaczego przylecieli do New York, a po potwierdzeniu zeznań przez policję w Saint Paul, ruszyli w drogę powrotną.
Czekając na swój lot, Linda zainteresowała się podarowaną książką.
- Pokaż...- Jones przyłączył się do oglądania prezentu.
Mocno żółte kartki mieściły teksty po łacinie. Na niektórych, ktoś równym pismem napisał krótkie notki po angielsku. Nie było ich zbyt wiele.
- A gdzie jest moneta? - zaniepokoiła się O'Hara. Zaczęła szybciej przewracać strony. Nic...
- Jestem skończoną idiotką!!! - krzyknęła zrozpaczona, zepchnęła zielony tom z kolan i rozpłakała się. Kilka osób spojrzało zaciekawionych w ich stronę.
Jones szybko podjął księgę z posadzki. Pod okładką leżał dziwnych kształtów przedmiot. Uniósł go i chwycił Lindę za ramię.
- Zobacz!!! - stawiała opór, przytrzymał mocniej, i obrócił w swoją stronę. Pokazał otwartą dłoń.
- A jednak! - ulga malowała się na twarzy kobiety. Z radości objęła Jamesa za szyję.
Ukrył lepton razem ze srebrnikami w szarej tkaninie.
- Znam kogoś, kto pomoże nam odczytać książkę. - powiedział.
- A kto to? Jeśli to nie żadna tajemnica? - uśmiechnęła się.
- W moim mieście, mieszka ksiądz. To mój przyjaciel... - Linda spojrzała na niego nieco zaskoczona. Wyjaśnił jej szybko:
- Nie, nie miałem w planach zostać księdzem! - roześmiał się, - Zaprzyjaźniliśmy się na pewnym przyjęciu charytatywnym... - chrząknął znacząco i dokończył: - Gdyby nie ten ksiądz, to zostałbym nie tylko okradziony z pieniędzy, ale nie uszedł bym z życiem... Księżulo zna sztuki walki, niegorzej od ciebie!
- O! Chcesz powiedzieć, że klecha, potrafi kilka sztuczek...?
- Nie takie znów sztuczki! Ja nie miałem najmniejszych szans, pijany w sztok, ledwo widziałem na oczy, a on... No cóż... Znalazł się we właściwym miejscu, o właściwej porze!
- Masz fajnych znajomych! Ksiądz, władający pięścią i łaciną!
Roześmiali się. Nadszedł czas na odprawę lotniczą.
Powrócili do Saint Paul. O'Hara oddała należność komendantowi. Wyjaśniła pokrótce, że kasa nie przydała się, ponieważ sprzedający zmarł. Kiedy załatwili wszystkie formalności, pożegnali się z naczelnikiem Lascala i ruszyli w dalszą drogę.
********************
- Chcesz już wracać do Reno? - zapytała sierżant.
James kiwnął głową i wsiadł do samochodu. Skierował się na drogę międzystanową.
- Jak myślisz, gdzie jest drugi lepton? - zamyśliła się.
Obserwował drogę i milczał. Miał odrobinę nadzieji, że ksiądz Thomas Diameter będzie znał odpowiedź na niejedno pytanie.
Dotarli na miejsce po północy. Zaproponował przyjaciółce nocleg u siebie, przystała chętnie na jego gościnę.
Dzień zapowiadał się ciekawie.
- Zapomniał? - spytał raczej sam siebie James. Z ciekawości nacisnął na klamkę. Drzwi otworzyły się.
- Co teraz? - zwrócił się do przyjaciółki. O'Hara nie czekając na zaproszenie, ostrożnie weszła do środka, Jones podążył w ślad za nią.
Szła powoli, zaglądnęła do kuchni i cofnęła się o krok.
- Nie wchodź tam James! - ostrzegła. Zanim zdążył zapytać, przeszła dużym krokiem nad czerwonym śladem do pokoju i już rozmawiała przez komórkę.
- ...policję i pogotowie... Tak, natychmiast. Adres...
Patrzył na pas krwi od kuchni do pokoju, po którym Linda krzątała się obok poszkodowanego.
Zabiegi policjantki przyniosły pożądany skutek i mężczyzna odzyskał przytomność. O'Hara wciąż była przy nim.
- Dzień dobry. Czy pan wie kim jestem? - spytała. Pokręcił głową. - Przyjechałam do Pana, żeby odkupić monetę, którą wystawił pan na aukcji. Pamięta pan?
W odpowiedzi kiwnął głową.
- W księdze... Starej, zielonej... Mmoneta...
- Proszę już się nie przemęczać. Zaraz znajdę, a tu są pieniądze. - pokazała sporej grubości kopertę.
Nagle leżący na podłodze gospodarz, chwycił kobietę za dłoń, w której miała banknoty, przyciągnął ją do siebie i ostatkiem sił powiedział:
- Nie potrzebuję pieniędzy... Nie będą mi już potrzebne... Tu był L ... Fery...
- Nie rozumiem. Kto tu był? - Linda była zszokowana zachowaniem rannego.
Jones stał oniemiały. Jedynie ostatnie słowa mężczyzny powtórzył głośno: - Tu był Luc Fery!
Właściciel mieszkania kiwnął głową i stracił przytomność, w tym samym momencie rozległo się pukanie do drzwi.
Linda po okazaniu dokumentów i legitymacji, poszła po książkę, o której wspominał ciężko ranny. Pokazała ją policjantom i oboje z Jonesem wyszli do samochodu.
- Nie powiedziałaś im o Ferym? - zdziwił się James.
- W tej pracy nauczyłam się, by nie paplać jęzorem o sprawach, które i tak nie będą rozwiązane. A na to wskazuje, iż kiedy ten człowiek zezna, kto mu zadał rany, nikogo takiego nie znajdą! Nigdy!
Już następnego dnia, poinformowano ich, że przyjęty do szpitala mężczyzna, z powodu obrażeń, zmarł. Jeszcze raz opowiedzieli po co i dlaczego przylecieli do New York, a po potwierdzeniu zeznań przez policję w Saint Paul, ruszyli w drogę powrotną.
Czekając na swój lot, Linda zainteresowała się podarowaną książką.
- Pokaż...- Jones przyłączył się do oglądania prezentu.
Mocno żółte kartki mieściły teksty po łacinie. Na niektórych, ktoś równym pismem napisał krótkie notki po angielsku. Nie było ich zbyt wiele.
- A gdzie jest moneta? - zaniepokoiła się O'Hara. Zaczęła szybciej przewracać strony. Nic...
- Jestem skończoną idiotką!!! - krzyknęła zrozpaczona, zepchnęła zielony tom z kolan i rozpłakała się. Kilka osób spojrzało zaciekawionych w ich stronę.
Jones szybko podjął księgę z posadzki. Pod okładką leżał dziwnych kształtów przedmiot. Uniósł go i chwycił Lindę za ramię.
- Zobacz!!! - stawiała opór, przytrzymał mocniej, i obrócił w swoją stronę. Pokazał otwartą dłoń.
- A jednak! - ulga malowała się na twarzy kobiety. Z radości objęła Jamesa za szyję.
Ukrył lepton razem ze srebrnikami w szarej tkaninie.
- Znam kogoś, kto pomoże nam odczytać książkę. - powiedział.
- A kto to? Jeśli to nie żadna tajemnica? - uśmiechnęła się.
- W moim mieście, mieszka ksiądz. To mój przyjaciel... - Linda spojrzała na niego nieco zaskoczona. Wyjaśnił jej szybko:
- Nie, nie miałem w planach zostać księdzem! - roześmiał się, - Zaprzyjaźniliśmy się na pewnym przyjęciu charytatywnym... - chrząknął znacząco i dokończył: - Gdyby nie ten ksiądz, to zostałbym nie tylko okradziony z pieniędzy, ale nie uszedł bym z życiem... Księżulo zna sztuki walki, niegorzej od ciebie!
- O! Chcesz powiedzieć, że klecha, potrafi kilka sztuczek...?
- Nie takie znów sztuczki! Ja nie miałem najmniejszych szans, pijany w sztok, ledwo widziałem na oczy, a on... No cóż... Znalazł się we właściwym miejscu, o właściwej porze!
- Masz fajnych znajomych! Ksiądz, władający pięścią i łaciną!
Roześmiali się. Nadszedł czas na odprawę lotniczą.
Powrócili do Saint Paul. O'Hara oddała należność komendantowi. Wyjaśniła pokrótce, że kasa nie przydała się, ponieważ sprzedający zmarł. Kiedy załatwili wszystkie formalności, pożegnali się z naczelnikiem Lascala i ruszyli w dalszą drogę.
********************
- Chcesz już wracać do Reno? - zapytała sierżant.
James kiwnął głową i wsiadł do samochodu. Skierował się na drogę międzystanową.
- Jak myślisz, gdzie jest drugi lepton? - zamyśliła się.
Obserwował drogę i milczał. Miał odrobinę nadzieji, że ksiądz Thomas Diameter będzie znał odpowiedź na niejedno pytanie.
Dotarli na miejsce po północy. Zaproponował przyjaciółce nocleg u siebie, przystała chętnie na jego gościnę.
Dzień zapowiadał się ciekawie.
środa, 20 listopada 2019
Rozdział 20.
Musieli zarezerwować lot Nowego Yorku.
- Nasze wszystkie zapiski i to co przydarzyło się tobie, było bardziej wiarygodne, aniżeli informacje z internetu, znalezione przez Daniela! - Linda była zadowolona. - Jak się czujesz?
- Jakbym miał na plecach wypalony znak... - odparł James. Żadne z nich nie uśmiechnęło się.
Ich lot był wcześnie rano. Spakowali bagaże, oboje byli zmęczeni wydarzeniami dnia, położyli się dość wcześnie.
Gryzący dym wdzierał się do dróg oddechowych. James najszybciej jak mógł zerwał się na röwne nogi. Szukał Lindy, widoczność jednak była tak ograniczona przez kłęby dymu, że nie widział swoich wyciągniętych rąk.
- Linda!!! - kaszel przeszkodził w poszukiwaniu. - Linda!!! Już był na korytarzu, tylko, że oprócz drzwi do pokoju, który wynajmowali, nie było żadnych innych! Jones zaczął się bać. Coś trzasnęło za jego plecami. Obejrzał się, lecz nadal wszelki widok przesłaniał dym.
- Linda?! - głos uwiązł w gardle.
- Tu jestem!
Podbiegł do niej. Coś było nie tak...
- To ty?
Okropny śmiech, rodem z piekieł rozniósł się echem po pustym przejściu.
- Tu nie ma Lindy!!! Za to jestem ja!!! Cieszysz się, Jones?!
- To nie możliwe! Nie możliwe!!! Linda, nie!!! Nie!!!
- Jones! James, obudź się! Hej, hej!!! Spokojnie! To ja!!! - przytrzymała mu ręce, młócące powietrze, zajrzała w twarz. - No, już! Ocknij się, na miłość boską!!!
- Co się stało? - wymamrotał. Realia tego świata, dochodziły do jego zmysłów bardzo powoli. - To ty? Naprawdę?
- Zapewniam cię, że to był koszmar. Wydzierałeś się na całe piętro! Dlaczego mnie wołałeś?
- Nie, nic... - zrobiło mu się głupio. - Chyba czas wstawać?
- Jakby co, kawa jest na stoliku! - odpowiedziała od drzwi.
Na lotnisku panował wielobarwny gwar. Samolot, wyjście, pas... Wszystko działo się tak szybko.
Usiedli na swoich miejscach. James położył przed sobą księgę. Tym razem chciał zacząć lekturę od końca.
O'Hara trąciła go w bok.
- Wstawaj!
- Mymm...
- Mówię serio Jones, patrz! - policjantka wskazała coś w starym tomie. Przetarł oczy i przypatrzył się uważniej.
- A niech mnie! To widziałem we śnie! Co tu pisze?
"Obraz (...) przedstawia opętanie przez demona..."
- To śniłaś mi się , ale "nie ty", bo opętało cię coś...- spojrzał na przyjaciółkę i uśmiechnął się. - Na szczęście to był sen! I spójrz: ta ilustracja jest z XII wieku! Możesz spać spokojnie. - syknął z bólu. Oparzenie na plecach jakby bardziej paliło.
- Co znów? - zaciekawiła się sierżant.
Zacisnął zęby i nie odpowiedział.
- Nasze wszystkie zapiski i to co przydarzyło się tobie, było bardziej wiarygodne, aniżeli informacje z internetu, znalezione przez Daniela! - Linda była zadowolona. - Jak się czujesz?
- Jakbym miał na plecach wypalony znak... - odparł James. Żadne z nich nie uśmiechnęło się.
Ich lot był wcześnie rano. Spakowali bagaże, oboje byli zmęczeni wydarzeniami dnia, położyli się dość wcześnie.
Gryzący dym wdzierał się do dróg oddechowych. James najszybciej jak mógł zerwał się na röwne nogi. Szukał Lindy, widoczność jednak była tak ograniczona przez kłęby dymu, że nie widział swoich wyciągniętych rąk.
- Linda!!! - kaszel przeszkodził w poszukiwaniu. - Linda!!! Już był na korytarzu, tylko, że oprócz drzwi do pokoju, który wynajmowali, nie było żadnych innych! Jones zaczął się bać. Coś trzasnęło za jego plecami. Obejrzał się, lecz nadal wszelki widok przesłaniał dym.
- Linda?! - głos uwiązł w gardle.
- Tu jestem!
Podbiegł do niej. Coś było nie tak...
- To ty?
Okropny śmiech, rodem z piekieł rozniósł się echem po pustym przejściu.
- Tu nie ma Lindy!!! Za to jestem ja!!! Cieszysz się, Jones?!
- To nie możliwe! Nie możliwe!!! Linda, nie!!! Nie!!!
- Jones! James, obudź się! Hej, hej!!! Spokojnie! To ja!!! - przytrzymała mu ręce, młócące powietrze, zajrzała w twarz. - No, już! Ocknij się, na miłość boską!!!
- Co się stało? - wymamrotał. Realia tego świata, dochodziły do jego zmysłów bardzo powoli. - To ty? Naprawdę?
- Zapewniam cię, że to był koszmar. Wydzierałeś się na całe piętro! Dlaczego mnie wołałeś?
- Nie, nic... - zrobiło mu się głupio. - Chyba czas wstawać?
- Jakby co, kawa jest na stoliku! - odpowiedziała od drzwi.
Na lotnisku panował wielobarwny gwar. Samolot, wyjście, pas... Wszystko działo się tak szybko.
Usiedli na swoich miejscach. James położył przed sobą księgę. Tym razem chciał zacząć lekturę od końca.
O'Hara trąciła go w bok.
- Wstawaj!
- Mymm...
- Mówię serio Jones, patrz! - policjantka wskazała coś w starym tomie. Przetarł oczy i przypatrzył się uważniej.
- A niech mnie! To widziałem we śnie! Co tu pisze?
"Obraz (...) przedstawia opętanie przez demona..."
- To śniłaś mi się , ale "nie ty", bo opętało cię coś...- spojrzał na przyjaciółkę i uśmiechnął się. - Na szczęście to był sen! I spójrz: ta ilustracja jest z XII wieku! Możesz spać spokojnie. - syknął z bólu. Oparzenie na plecach jakby bardziej paliło.
- Co znów? - zaciekawiła się sierżant.
Zacisnął zęby i nie odpowiedział.
niedziela, 17 listopada 2019
Rozdział 19.
Wysłała pytanie, na które prawie wszyscy uczestnicy od razu zwrócili uwagę.
"- Kto jest posiadaczem drugiej monety?"
Chwilę czekała na odpowiedź. W gabinecie zjawił się komendant.
- Co pani tu wyprawia, sierżancie?! - zapytał niezadowolony.
- Weszłam na aukcję czegoś, co pomoże Jonesowi pokonać Luca...- nie odrywała oczu od czatu.
- Co to niby jest?
- Grosz, który znajdował się na oczach zmarłego Jezusa...
- Chyba żartujesz? - Lascala wciąż podchodził do wszystkiego sceptycznie.
Pochylił się do ekranu, Linda odpowiadała na pytania i sama je zadawała. Czerwień sumy jarzyła się na monitorze, powiększając się.
- Ha! - komendant klasnął dłonią w udo. - Czy ty chcesz kupić ten pieniądz?! To niedorzeczność!!!
- Jeżeli ma to pomóc mojemu przyjacielowi, to tak, kupię go! I znajdę następny, żeby choć w tak nieprawdopodobny sposób, pozbyć się Fery'ego, czy samego cholernego Lucyfera! - odparła gniewnie O'Hara.
- Niby skąd wytrzaśniesz tyle forsy co?
- Jeśli nie chce pan nam pomóc, to pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to obrabować jakiś bank! - nie odpuszaczała.
Zack Lascala wyprostował się. Wiedział, że policjantka jest zła, iż tak na prawdę, nie wiadomo jak pomóc im obojgu. Wróg, z którym przyszło im się mierzyć, nie był zwykłym człowiekiem.
Nagle licytacja zakończyła się. Sierżant odetchnęła z ulgą. Pozostawała kwestia zapłaty.
- I co? - komendant patrzył na nią wyczekująco.
- Udało mi się kupić tą monetę...
- Jak masz zamiar im dać należność? Nie masz tyle, przed chwilą o tym rozmawialiśmy! - ton głosu Lascala znów przybierał na sile.
Czyżby nie mogła liczyć na pomoc tutejszej policji? Przecież chodziło o ludzkie życie, dlaczego ten palant nie domyślał się, że oni na niego liczą?! - pomyślała.
Przygryzła dolną wargę.
- Zależy mi, by pomóc Jonesowi... To dobry człowiek, który został wplątany w szereg dziwnych zdarzeń... Został otruty, był bliski śmierci, teraz to poparzenie... - mówiła w zadumie. - Te... monety, mają prawdopodobnie ogromną moc... I...
- Słyszysz co mówisz: "PRAWDOPODOBNIE"! Nie masz żadnej gwarancji, że jakieś tam grosze ze złomu, pomogą komukolwiek!
Drzwi gabinetu otworzyły się na oścież.
- Tak, pomogą!
Oczy obojga zwróciły się na Jonesa. Stał przed nimi, czuł się nieco lepiej. O'Hara podeszła do niego, chcąc zaprowadzić do krzesła. On jednak odmówił pomocy. Usadowił się na przeciw komputera, gdzie wciąż widniała cena za jeden lepton. James otworzył szeroko oczy:
- Aż tyle???
- Niestety...
- Możemy liczyć na pańską pomoc, panie Lascala? - odezwał się Jones.
Zapytany otworzył usta, zaskoczony tak bezpośrednim pytaniem. Popatrzył na obecnych i ociągając się, odparł:
- Jeszcze dziś porozmawiam z moimi przełożonymi, o nadaniu temu śledztwu priorytetu... Ale nie liczcie na to za bardzo! - dodał.
Pochylił się do ekranu, Linda odpowiadała na pytania i sama je zadawała. Czerwień sumy jarzyła się na monitorze, powiększając się.
- Ha! - komendant klasnął dłonią w udo. - Czy ty chcesz kupić ten pieniądz?! To niedorzeczność!!!
- Jeżeli ma to pomóc mojemu przyjacielowi, to tak, kupię go! I znajdę następny, żeby choć w tak nieprawdopodobny sposób, pozbyć się Fery'ego, czy samego cholernego Lucyfera! - odparła gniewnie O'Hara.
- Niby skąd wytrzaśniesz tyle forsy co?
- Jeśli nie chce pan nam pomóc, to pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to obrabować jakiś bank! - nie odpuszaczała.
Zack Lascala wyprostował się. Wiedział, że policjantka jest zła, iż tak na prawdę, nie wiadomo jak pomóc im obojgu. Wróg, z którym przyszło im się mierzyć, nie był zwykłym człowiekiem.
Nagle licytacja zakończyła się. Sierżant odetchnęła z ulgą. Pozostawała kwestia zapłaty.
- I co? - komendant patrzył na nią wyczekująco.
- Udało mi się kupić tą monetę...
- Jak masz zamiar im dać należność? Nie masz tyle, przed chwilą o tym rozmawialiśmy! - ton głosu Lascala znów przybierał na sile.
Czyżby nie mogła liczyć na pomoc tutejszej policji? Przecież chodziło o ludzkie życie, dlaczego ten palant nie domyślał się, że oni na niego liczą?! - pomyślała.
Przygryzła dolną wargę.
- Zależy mi, by pomóc Jonesowi... To dobry człowiek, który został wplątany w szereg dziwnych zdarzeń... Został otruty, był bliski śmierci, teraz to poparzenie... - mówiła w zadumie. - Te... monety, mają prawdopodobnie ogromną moc... I...
- Słyszysz co mówisz: "PRAWDOPODOBNIE"! Nie masz żadnej gwarancji, że jakieś tam grosze ze złomu, pomogą komukolwiek!
Drzwi gabinetu otworzyły się na oścież.
- Tak, pomogą!
Oczy obojga zwróciły się na Jonesa. Stał przed nimi, czuł się nieco lepiej. O'Hara podeszła do niego, chcąc zaprowadzić do krzesła. On jednak odmówił pomocy. Usadowił się na przeciw komputera, gdzie wciąż widniała cena za jeden lepton. James otworzył szeroko oczy:
- Aż tyle???
- Niestety...
- Możemy liczyć na pańską pomoc, panie Lascala? - odezwał się Jones.
Zapytany otworzył usta, zaskoczony tak bezpośrednim pytaniem. Popatrzył na obecnych i ociągając się, odparł:
- Jeszcze dziś porozmawiam z moimi przełożonymi, o nadaniu temu śledztwu priorytetu... Ale nie liczcie na to za bardzo! - dodał.
piątek, 15 listopada 2019
Rozdział 18.
Obecni w pokoju wstrzymali oddech. Jones przyłożył komórkę do ucha i usłyszał:
- Mam twoją zgubę! A może nawet dwie...?
- Dwie zguby? Co masz na myśli? - kropla potu spłynęła Jamesowi na policzek.
- Mapa! - zawołał Luc. Znów można było usłyszeć dziwny akcent w głosie. - Uprzedzę twoje pytanie: druga zguba, to jakieś cztery stopy z hakiem wzrostu, szczupła, bywa zaćpana... Coś ci świta? Czy może twojej przyjaciółce? Chcę tylko dodać, że wymienię to wszystko na srebrniki, które do tej pory zdobyłeś!
- Luc, posłuchaj, ja już nie... - spróbował Jones.
- A! A! Aa! Dobrze wiesz, że ja nie zrezygnuję z naszej umowy!!! Swoją drogą, jeden srebrnik zdobyłem sam! Więcej takiego wykręcania się od obowiązku nie zniosę!!! ZAPAMIĘTAJ!!!
Mężczyzna osunął się na kolana. Poczuł w całym ciele tak ogromny ból, jakby Fery poprzez ten malutki aparat, wwiercał się fizycznie, pod jego skórę i mięśnie. Oblał go lodowaty pot, tylko po to, by za moment na plecach poczuł płomienie. Linda klęczała obok niego, ale nie była w stanie nic zrobić. Jones z rykiem odgiął się mocno do tyłu i stracił przytomność. Spod koszuli na plecach unosił się dym. Lascala natychmiast obrócił Jonesa na bok, zdarł materiał, który dziwnie przylepił się do skóry. Na grzbiecie Jamesa widniał wypalony pentagram...
- Co to miało być??? - miotał się naczelnik. - Przecież, gdyby ktoś z was opowiedział mi to, nie uwierzyłbym!!! I tak, kurwa, nie wierzę!!! Jakim sposobem, facet, którego tu nie było, zrobił coś takiego?!
Informatyk Daniel był tak oszołomiony, że i on pojechał do szpitala. Takie przeżycie, niejednego twardziela wytrąciło by z równowagi. Linda nieśmiało zagadnęła szefa policji:
- Komendancie Lascala? - spojrzał na nią, jakby dopiero co się zbudził.
- A jeśli on na prawdę jest Lucyferem? Albo kimś, bardzo z tą istotą związanym...?
Zack roześmiał się. Był to śmiech histeryczny, pełen nerwowego napięcia.
- Ty, w to wierzysz?! - prychnął.
- Sam pan widział...
- Zadzwonię do szpitala! Tam mi wytłumaczą logicznie, co się do cholery wydarzyło! - wyszedł szybko z biura.
Linda patrzyła na zapisaną przez siebie szyfrowankę: LUCYFER, LUC FERY... Otworzyła porzuconą księgę. Nie wiedziała dokładnie, czego szukać, ale to, co znalazła, nie było przypadkowe...
"Lucyfer, upadły anioł, który mienił się był najwyższym. Zapragnął on, by Stwórca uznał go swym pierworodnym, a tym samym, równym sobie. Bóg jednak nie chciał, i jął zwodzić samolubnego by dał spokój takiej decyzji. Kiedy ten połapał był się, iż plany Boga inne od jego, i synem swym, Bóg go nie uzna, wtenczas, zwołał wszystkie inne anioły. Powiedział, by uciekli od swojego stworzyciela, gdyż nikim innym, niż aniołami w tym miejscu nie zostaną. Nie wszystkim było to nie smak. Dużo wystąpiło z buntem, że jakże to li? Inne anioły zostały w niebie, bo takie życie ich dobrym było. Tychże, zaś co przeciwko się Bogu odwrócili, Ten sam osobiście z niebios zrzucił na hańbę i poniewierkę. Co niektórzy, do podziemi wpadli, inni na wierzchu ostali się. Tym co po wierzchu chodził, był nie kto inszy, jako sam Lucyfer...
...jeno kiedy z ludzkimi synami Lucyfer wojnę straszliwą przegrał, po śmierci Jezusa zaraz, ojcowie nasi, co białą magią się parali, odesłali byli go precz do piekieł... ...z pomocą tychże leptonów grobowych Bożego Syna jedynaka..."
Przestała czytać. Tekst robił wrażenie. Skorzystała z nieobecności właściciela komputera, i otwartego darknetu. Wpisała szybko: "leptony z grobu Jezusa". Pojawił się odsyłacz, który otwierał aukcję. W sprzedaży była jedna mocno spatynowana moneta. Cena wciąż rosła, a O'Hara nie bardzo wiedziała, jak wtrącić się do negocjacji. Nie miała tak zawrotnej sumy, wyświetlającej się czerwienią w okienku. Obok trwała na chat on-line jakaś zawzięta dyskusja. Nawet dialogi z Azji były tłumaczone od razu. Przeczytała o co chodzi. Licytujący kłócili się o to, czy przedmiot jest prawdziwy. Musiała szybko powziąć decyzję. Utworzyła sobie konto, zalogowała się jako "Nieśmiała" i podjęła dialog z innymi.
- Mam twoją zgubę! A może nawet dwie...?
- Dwie zguby? Co masz na myśli? - kropla potu spłynęła Jamesowi na policzek.
- Mapa! - zawołał Luc. Znów można było usłyszeć dziwny akcent w głosie. - Uprzedzę twoje pytanie: druga zguba, to jakieś cztery stopy z hakiem wzrostu, szczupła, bywa zaćpana... Coś ci świta? Czy może twojej przyjaciółce? Chcę tylko dodać, że wymienię to wszystko na srebrniki, które do tej pory zdobyłeś!
- Luc, posłuchaj, ja już nie... - spróbował Jones.
- A! A! Aa! Dobrze wiesz, że ja nie zrezygnuję z naszej umowy!!! Swoją drogą, jeden srebrnik zdobyłem sam! Więcej takiego wykręcania się od obowiązku nie zniosę!!! ZAPAMIĘTAJ!!!
Mężczyzna osunął się na kolana. Poczuł w całym ciele tak ogromny ból, jakby Fery poprzez ten malutki aparat, wwiercał się fizycznie, pod jego skórę i mięśnie. Oblał go lodowaty pot, tylko po to, by za moment na plecach poczuł płomienie. Linda klęczała obok niego, ale nie była w stanie nic zrobić. Jones z rykiem odgiął się mocno do tyłu i stracił przytomność. Spod koszuli na plecach unosił się dym. Lascala natychmiast obrócił Jonesa na bok, zdarł materiał, który dziwnie przylepił się do skóry. Na grzbiecie Jamesa widniał wypalony pentagram...
- Co to miało być??? - miotał się naczelnik. - Przecież, gdyby ktoś z was opowiedział mi to, nie uwierzyłbym!!! I tak, kurwa, nie wierzę!!! Jakim sposobem, facet, którego tu nie było, zrobił coś takiego?!
Informatyk Daniel był tak oszołomiony, że i on pojechał do szpitala. Takie przeżycie, niejednego twardziela wytrąciło by z równowagi. Linda nieśmiało zagadnęła szefa policji:
- Komendancie Lascala? - spojrzał na nią, jakby dopiero co się zbudził.
- A jeśli on na prawdę jest Lucyferem? Albo kimś, bardzo z tą istotą związanym...?
Zack roześmiał się. Był to śmiech histeryczny, pełen nerwowego napięcia.
- Ty, w to wierzysz?! - prychnął.
- Sam pan widział...
- Zadzwonię do szpitala! Tam mi wytłumaczą logicznie, co się do cholery wydarzyło! - wyszedł szybko z biura.
Linda patrzyła na zapisaną przez siebie szyfrowankę: LUCYFER, LUC FERY... Otworzyła porzuconą księgę. Nie wiedziała dokładnie, czego szukać, ale to, co znalazła, nie było przypadkowe...
"Lucyfer, upadły anioł, który mienił się był najwyższym. Zapragnął on, by Stwórca uznał go swym pierworodnym, a tym samym, równym sobie. Bóg jednak nie chciał, i jął zwodzić samolubnego by dał spokój takiej decyzji. Kiedy ten połapał był się, iż plany Boga inne od jego, i synem swym, Bóg go nie uzna, wtenczas, zwołał wszystkie inne anioły. Powiedział, by uciekli od swojego stworzyciela, gdyż nikim innym, niż aniołami w tym miejscu nie zostaną. Nie wszystkim było to nie smak. Dużo wystąpiło z buntem, że jakże to li? Inne anioły zostały w niebie, bo takie życie ich dobrym było. Tychże, zaś co przeciwko się Bogu odwrócili, Ten sam osobiście z niebios zrzucił na hańbę i poniewierkę. Co niektórzy, do podziemi wpadli, inni na wierzchu ostali się. Tym co po wierzchu chodził, był nie kto inszy, jako sam Lucyfer...
...jeno kiedy z ludzkimi synami Lucyfer wojnę straszliwą przegrał, po śmierci Jezusa zaraz, ojcowie nasi, co białą magią się parali, odesłali byli go precz do piekieł... ...z pomocą tychże leptonów grobowych Bożego Syna jedynaka..."
Przestała czytać. Tekst robił wrażenie. Skorzystała z nieobecności właściciela komputera, i otwartego darknetu. Wpisała szybko: "leptony z grobu Jezusa". Pojawił się odsyłacz, który otwierał aukcję. W sprzedaży była jedna mocno spatynowana moneta. Cena wciąż rosła, a O'Hara nie bardzo wiedziała, jak wtrącić się do negocjacji. Nie miała tak zawrotnej sumy, wyświetlającej się czerwienią w okienku. Obok trwała na chat on-line jakaś zawzięta dyskusja. Nawet dialogi z Azji były tłumaczone od razu. Przeczytała o co chodzi. Licytujący kłócili się o to, czy przedmiot jest prawdziwy. Musiała szybko powziąć decyzję. Utworzyła sobie konto, zalogowała się jako "Nieśmiała" i podjęła dialog z innymi.
Rozdział 17.
Na posterunek policji dotarli wcześniej, niż byli umówieni. Jones miał w rękach różne notatki, kserokopie i dużą księgę, spomiędzy jej stron, wystawały barwne zakładki, będące również jakimiś niezbędnymi zapiskami.
Linda wysiadła, a potem pomogła Jamesowi z papierowym ciężarem.
- Patrząc na to, nie mogę uwierzyć, że to tylko, i aż tyle. Szkoda, że prawie nic nie ma w internecie o tym szantażyście i mordercy...- westchnęła.
Obładowany niezbyt stabilnym pakunkiem Jones, balansował na chodniku.
- Proszę, pospieszmy się. - poprosił.
Nawigowany przez przyjaciółkę, szczęśliwie dotarł razem z nią na komisariat. Przejął ich szef i poprowadził do swojego gabinetu.
Tu Jones mógł pozbyć się kłopotliwego bagażu. Część przyniesionej przez niego zawartości rozsypała się na dokumenty leżące na biurku.
- A co to? - spytał Lascala. Księga zaciekawiła go najbardziej. Odłożył na bok zbiory dwojga przyjaciół, i otworzył ją.
- To księga zawierająca kluczowe informacje na temat monet...- zaczął James.
- Monet? - zadał pytanie, pochylony nad żółtymi stronami Zack.
Na blacie zabrzęczał zwinięty kawałek tkaniny. Zwierzchnik policji wyciągnął dłoń po przedmiot. Odwiązał materiał i zajrzał.
- Co to takiego?
- Srebrniki... - odpowiedział Jones.
- Nie rozumiem...
- Naczelniku, te monety należały do osób, o których panu opowiadałam. Oni zginęli, tylko dlatego, że je posiadali. A o ich śmierć, Fery chciał oskarżyć nas... - poinformowała O'Hara.
Mężczyzna nic nie mówiąc, podszedł do drzwi, otworzył je i gestem poprosił kogoś z podwładnych.
- To nasz informatyk, Daniel Candle. Pomógł mi w waszej sprawie... Danielu, co tam dla nas przygotowałaś?
Młody mężczyzna usiadł przy komputerze swojego szefa. Jego palce biegały po klawiaturze, niczym pianisty. Po krótkiej chwili ekran zaczął pokazywać mnóstwo wiadomości. Daniel zatrzymał jedną ze stron.
- Szukałem w internecie jakichś informacji o Lucu Fery. Natrafiłem w nim tylko na...
Jones pokazał informatykowi wydrukowaną kartkę o czarnej magii. Lekko zaskoczony Candle, kiwnął głową.
- Tak! To była ta strona! Niczego więcej nie mogłem odszukać. Postanowiłem odwiedzić "darknet". Wpisałem imię i nazwisko, ale wyszło mi zupełnie co innego... - zamilkł. Tempo w jakim wystukiwał litery zmalało. Daniel dał odpocząć dłoniom. Wskazał na monitor.
- Patrzcie...
Kopia średniowiecznego płótna, jakiegoś ważniaka, zawierała w sobie ohydny wizerunek szatana. Napis na złotej ramie, oznajmiał, że tak właśnie autor obrazu, wyobraża sobie Lucyfera. Wtedy Lindzie, coś przyszło do głowy. Usiadła przy biurku, chwyciła długopis i zawołała:
- Mam!!!
Spojrzeli na nią zdumieni.
- Daniel nie pomylił adresu strony! LUC FERY, to coś jak anagram!
Kiedy spojrzeli na kartkę papieru, sierżant, zaczęła zapisywać litery z imienia i nazwiska, powstał jeden wyraz: LUCYFER...
W ciszy, jaka zapadła niespodziewanie, rozbrzmiał dzwonek komórki. Jones sprawdził ekran i zbladł. Dzwonił ON. James wiedział, że musi grać, aby złoczyńca nie odgadł ich zamiarów. Mogłoby to dla wszystkich skończyć się śmiercią.
Linda wysiadła, a potem pomogła Jamesowi z papierowym ciężarem.
- Patrząc na to, nie mogę uwierzyć, że to tylko, i aż tyle. Szkoda, że prawie nic nie ma w internecie o tym szantażyście i mordercy...- westchnęła.
Obładowany niezbyt stabilnym pakunkiem Jones, balansował na chodniku.
- Proszę, pospieszmy się. - poprosił.
Nawigowany przez przyjaciółkę, szczęśliwie dotarł razem z nią na komisariat. Przejął ich szef i poprowadził do swojego gabinetu.
Tu Jones mógł pozbyć się kłopotliwego bagażu. Część przyniesionej przez niego zawartości rozsypała się na dokumenty leżące na biurku.
- A co to? - spytał Lascala. Księga zaciekawiła go najbardziej. Odłożył na bok zbiory dwojga przyjaciół, i otworzył ją.
- To księga zawierająca kluczowe informacje na temat monet...- zaczął James.
- Monet? - zadał pytanie, pochylony nad żółtymi stronami Zack.
Na blacie zabrzęczał zwinięty kawałek tkaniny. Zwierzchnik policji wyciągnął dłoń po przedmiot. Odwiązał materiał i zajrzał.
- Co to takiego?
- Srebrniki... - odpowiedział Jones.
- Nie rozumiem...
- Naczelniku, te monety należały do osób, o których panu opowiadałam. Oni zginęli, tylko dlatego, że je posiadali. A o ich śmierć, Fery chciał oskarżyć nas... - poinformowała O'Hara.
Mężczyzna nic nie mówiąc, podszedł do drzwi, otworzył je i gestem poprosił kogoś z podwładnych.
- To nasz informatyk, Daniel Candle. Pomógł mi w waszej sprawie... Danielu, co tam dla nas przygotowałaś?
Młody mężczyzna usiadł przy komputerze swojego szefa. Jego palce biegały po klawiaturze, niczym pianisty. Po krótkiej chwili ekran zaczął pokazywać mnóstwo wiadomości. Daniel zatrzymał jedną ze stron.
- Szukałem w internecie jakichś informacji o Lucu Fery. Natrafiłem w nim tylko na...
Jones pokazał informatykowi wydrukowaną kartkę o czarnej magii. Lekko zaskoczony Candle, kiwnął głową.
- Tak! To była ta strona! Niczego więcej nie mogłem odszukać. Postanowiłem odwiedzić "darknet". Wpisałem imię i nazwisko, ale wyszło mi zupełnie co innego... - zamilkł. Tempo w jakim wystukiwał litery zmalało. Daniel dał odpocząć dłoniom. Wskazał na monitor.
- Patrzcie...
Kopia średniowiecznego płótna, jakiegoś ważniaka, zawierała w sobie ohydny wizerunek szatana. Napis na złotej ramie, oznajmiał, że tak właśnie autor obrazu, wyobraża sobie Lucyfera. Wtedy Lindzie, coś przyszło do głowy. Usiadła przy biurku, chwyciła długopis i zawołała:
- Mam!!!
Spojrzeli na nią zdumieni.
- Daniel nie pomylił adresu strony! LUC FERY, to coś jak anagram!
Kiedy spojrzeli na kartkę papieru, sierżant, zaczęła zapisywać litery z imienia i nazwiska, powstał jeden wyraz: LUCYFER...
W ciszy, jaka zapadła niespodziewanie, rozbrzmiał dzwonek komórki. Jones sprawdził ekran i zbladł. Dzwonił ON. James wiedział, że musi grać, aby złoczyńca nie odgadł ich zamiarów. Mogłoby to dla wszystkich skończyć się śmiercią.
wtorek, 12 listopada 2019
Rozdział 16.
Zeznania Lindy, chociaż szczegółowe, pozostawiały wiele niejasności i pytań.
Sam komendant był gotowy poświęcić swój czas, żeby otrzymać chociaż najprostsze odpowiedzi. Śledztwo zaczynało go nurtować.
- Naczelniku Lascala?! - zagadnęła mężczyznę. - Na którym oddziale przebywa Jones?
- Na toksykologii. Oczywiście, teraz, w świetle pani oświadczeń, oboje są państwo oczyszczeni z zarzutów. Ja jednak będę miał do państwa jeszcze niejedno pytanie!
- Tak jest! - zażartowała O'Hara. Nie mogła doczekać się spotkania, z tak długo niewidzianym przyjacielem.
Pogrążony w półśnie, wyczuł czyjąś obecność. Nie chciało mu się ruszać. Pomyślał, że, jeśli nie będzie zwracał uwagi na pielęgniarkę, to sobie pójdzie. Po paru minutach, zdał sobie sprawę, że fortel nie zadziałał. Podniósł głowę i...
- A niech mnie!!! Linda!!! - wyciągnął ramiona. Podeszła i przytuliła się. - Szukałem cię. Tam było tyle krwi... Gliny aresztowały mnie, chociaż nic nie zrobiłem. Linda, czy to była twoja krew?
- Tak, James. Jakaś smarkata, okradła mnie i próbowała zabić... Już jest dobrze. Musimy pomyśleć o wyzwoleniu cię z władzy Fery'ego. To psychopata. Zamordował tyle ludzi, i to nie będąc obecnym w ich domach...!
- W jaki sposób chcesz przerwać jego kontrolę nad nami? - spytał.
- Pamiętasz tą wzmiankę, o monetach z grobu Jezusa? A gdyby... gdyby je odnaleźć i oddać srebrniki razem z nimi? - zastanawiała się głośno Linda.
- Obawiam się, że same miedziaki nie są w stanie zatrzymać okrucieństwa Fery'ego. Musimy wrócić do biblioteki i znaleźć na temat dawnych pieniędzy ile się uda.- powiedział James.
- Spróbujemy poszukać także czegoś o samym Mr. L. Fery... - oboje mieli już ogólny zarys dalszego działania.
*********************
Opuścili szpital w podobnym czasie. Wrócili do hotelu, by uporządkować zaległe sprawy. Do funkcjonariuszki zadzwonił telefon.
- Sierżancie, mam dla pani wiadomość, która panią zainteresuje! - usłyszała w aparacie O'Hara.
- Nastawiam więc uszu, komendancie! - odparła.
- Zapraszam panią i pani przyjaciela na komisariat. Powinniście to państwo sami zobaczyć! - powiedział na pożegnanie mężczyzna.
- Dobrze, będziemy za jakąś godzinę. - Linda dotknęła ikony "rozłącz" i odłożyła komórkę.
- Co mówił? Gdzie jedziemy? - zapytał Jones.
- Naczelnik woła nas do siebie, ma jakieś ciekawe informacje w związku z naszą sprawą... Musimy mu przedstawić, to co do tej pory udało nam się odszukać i porównamy z tym co mają na posterunku. Tylko...
- Tylko co? - powtórzył. Usiadła nagle na krześle. Z rezygnacją dokończyła zdanie:
- Nie mam mapy...
- Złodziejka?
Pokiwała głową. Była zła na siebie, że musiała schować mapę akurat do torebki, a nie do kieszeni. Mogła postąpić inaczej. Teraz już nic nie dało się zrobić.
- Może, kiedy złapią tą narkomankę, będzie miała mapę przy sobie...? - głośno rozmyślał James. - Skupmy się teraz na tym, żeby skonfrontować nasze i policyjne wiadomości. Pokażę Lascala srebrniki. Razem szybciej znajdziemy sposób, by posadzić Fery'ego za kratami!
Sam komendant był gotowy poświęcić swój czas, żeby otrzymać chociaż najprostsze odpowiedzi. Śledztwo zaczynało go nurtować.
- Naczelniku Lascala?! - zagadnęła mężczyznę. - Na którym oddziale przebywa Jones?
- Na toksykologii. Oczywiście, teraz, w świetle pani oświadczeń, oboje są państwo oczyszczeni z zarzutów. Ja jednak będę miał do państwa jeszcze niejedno pytanie!
- Tak jest! - zażartowała O'Hara. Nie mogła doczekać się spotkania, z tak długo niewidzianym przyjacielem.
Pogrążony w półśnie, wyczuł czyjąś obecność. Nie chciało mu się ruszać. Pomyślał, że, jeśli nie będzie zwracał uwagi na pielęgniarkę, to sobie pójdzie. Po paru minutach, zdał sobie sprawę, że fortel nie zadziałał. Podniósł głowę i...
- A niech mnie!!! Linda!!! - wyciągnął ramiona. Podeszła i przytuliła się. - Szukałem cię. Tam było tyle krwi... Gliny aresztowały mnie, chociaż nic nie zrobiłem. Linda, czy to była twoja krew?
- Tak, James. Jakaś smarkata, okradła mnie i próbowała zabić... Już jest dobrze. Musimy pomyśleć o wyzwoleniu cię z władzy Fery'ego. To psychopata. Zamordował tyle ludzi, i to nie będąc obecnym w ich domach...!
- W jaki sposób chcesz przerwać jego kontrolę nad nami? - spytał.
- Pamiętasz tą wzmiankę, o monetach z grobu Jezusa? A gdyby... gdyby je odnaleźć i oddać srebrniki razem z nimi? - zastanawiała się głośno Linda.
- Obawiam się, że same miedziaki nie są w stanie zatrzymać okrucieństwa Fery'ego. Musimy wrócić do biblioteki i znaleźć na temat dawnych pieniędzy ile się uda.- powiedział James.
- Spróbujemy poszukać także czegoś o samym Mr. L. Fery... - oboje mieli już ogólny zarys dalszego działania.
*********************
Opuścili szpital w podobnym czasie. Wrócili do hotelu, by uporządkować zaległe sprawy. Do funkcjonariuszki zadzwonił telefon.
- Sierżancie, mam dla pani wiadomość, która panią zainteresuje! - usłyszała w aparacie O'Hara.
- Nastawiam więc uszu, komendancie! - odparła.
- Zapraszam panią i pani przyjaciela na komisariat. Powinniście to państwo sami zobaczyć! - powiedział na pożegnanie mężczyzna.
- Dobrze, będziemy za jakąś godzinę. - Linda dotknęła ikony "rozłącz" i odłożyła komórkę.
- Co mówił? Gdzie jedziemy? - zapytał Jones.
- Naczelnik woła nas do siebie, ma jakieś ciekawe informacje w związku z naszą sprawą... Musimy mu przedstawić, to co do tej pory udało nam się odszukać i porównamy z tym co mają na posterunku. Tylko...
- Tylko co? - powtórzył. Usiadła nagle na krześle. Z rezygnacją dokończyła zdanie:
- Nie mam mapy...
- Złodziejka?
Pokiwała głową. Była zła na siebie, że musiała schować mapę akurat do torebki, a nie do kieszeni. Mogła postąpić inaczej. Teraz już nic nie dało się zrobić.
- Może, kiedy złapią tą narkomankę, będzie miała mapę przy sobie...? - głośno rozmyślał James. - Skupmy się teraz na tym, żeby skonfrontować nasze i policyjne wiadomości. Pokażę Lascala srebrniki. Razem szybciej znajdziemy sposób, by posadzić Fery'ego za kratami!
Rozdział 15.
- Sierżant O'Hara, nazywam się Zack Lascala, jestem komendantem policji w Saint Paul, w Minnesota. Przesłucham panią, w sprawie, w której jest pani poszkodowaną. Czy wyraża pani zgodę?
- Tak.
Linda z każdym dniem czuła się lepiej. Nie mogła doczekać się opuszczenia szpitalnej sali, na zawsze. Rozmyślała także, czy, gdy wyjdzie, będzie chciała skontaktować się z Jonesem. Teraz zaś, musiała opowiedzieć temu obcemu glinie, o tamtym zdarzeniu.
Naczelnik ułożył na kołdrze dyktafon.
- Możemy zaczynać.
- Sprawa, numer... - zabrzmiała znana formuła, do zapisywania akt. - Czy pamięta pani przebieg wydarzeń, z tamtego wieczoru? - padło pierwsze pytanie.
Przywołała w pamięci scenę za sceną. Kiedy opowiedziała o nieletniej narkomance, przerwał jej.
- Jest pani pewna, że to nie był mężczyzna, tylko dziecko?
- Tak. O jakim mężczyźnie pan mówi? - zaciekawiła się O'Hara.
- Niejaki James Jones, był z samego rana na miejscu zdarzenia, uparcie twierdził, że zaginęła pani poprzedniego wieczora. Szukał pani. Musieliśmy go aresztować. A potem... - przerwał szef policji.
- Co się stało Jonesowi?! Dlaczego jest w areszcie?! Nie możecie! On może umrzeć!!! - nie zwracając uwagi na swój stan, próbowała wstać z łóżka. Lascala nie wiedział jak powstrzymać wystraszoną informacjami, policjantkę. Wyszedł na korytarz i krzyknął:
- Lekarza, szybko!!!
Jones był zmęczony przebytym zabiegiem.
- Doktorze... Czy... ta dializa, da mi jakąś gwarancję, że ból nie wróci...? - zaczepił mężczyznę w fartuchu, krzątającego się przy dializatorze.
- Jestem laborantem, proszę pana. Zawołam lekarza.
Po chwili pojawił się brodaty, szczupły mężczyzna, w takim samym kitlu jak młodszy, na szyi miał stetoskop.
- Dzień dobry. Jak samopoczucie, Mr. Jones? - miał przyjemny niski głos. - Pytał pan mojego pracownika o dializę... No więc, w zależności, jak na wykonaną terapię zareaguje pański organizm, być może trzeba będzie powtórzyć ją jeszcze raz.
- Doktorze, a jeśli mam skuteczny lek na moją chorobę...? - spytał James.
- Co też pan opowiada! Poinformowano mnie, że na tą truciznę nie ma odtrutki, a pan twierdzi, iż jest pan w posiadaniu leku? To nie możliwe! - zaśmiał się z niedowierzaniem doktor.
Jones zebrał słabnące siły i powiedział:
- Ja, na prawdę mam leki na tą truciznę... - poddał się osłabieniu. Nie mógł przekonać nikogo z personelu do swojej racji.
********************
Udało się powstrzymać panią sierżant, by nie zrobiła sobie krzywdy, bieganiem po szpitalu, z niezagojoną do końca, poważną raną.
Nadszedł wyznaczony dzień, by Linda złożyła zeznania ponownie. Lascala był przygotowany.
- Witam! Rozumiem, że dzisiaj na spokojnie, opowie mi pani, co się stało? - uśmiechnął się nawet do siedzącej w pościeli, funkcjonariuszki. Przytaknęła.
O'Hara przemyślała wszystko, nie była pewna, czy podjęła słuszną decyzję, zamierzała jednak przekazać policji wszystko, czego, od spotkania z Jonesem była świadkiem.
- Tak.
Linda z każdym dniem czuła się lepiej. Nie mogła doczekać się opuszczenia szpitalnej sali, na zawsze. Rozmyślała także, czy, gdy wyjdzie, będzie chciała skontaktować się z Jonesem. Teraz zaś, musiała opowiedzieć temu obcemu glinie, o tamtym zdarzeniu.
Naczelnik ułożył na kołdrze dyktafon.
- Możemy zaczynać.
- Sprawa, numer... - zabrzmiała znana formuła, do zapisywania akt. - Czy pamięta pani przebieg wydarzeń, z tamtego wieczoru? - padło pierwsze pytanie.
Przywołała w pamięci scenę za sceną. Kiedy opowiedziała o nieletniej narkomance, przerwał jej.
- Jest pani pewna, że to nie był mężczyzna, tylko dziecko?
- Tak. O jakim mężczyźnie pan mówi? - zaciekawiła się O'Hara.
- Niejaki James Jones, był z samego rana na miejscu zdarzenia, uparcie twierdził, że zaginęła pani poprzedniego wieczora. Szukał pani. Musieliśmy go aresztować. A potem... - przerwał szef policji.
- Co się stało Jonesowi?! Dlaczego jest w areszcie?! Nie możecie! On może umrzeć!!! - nie zwracając uwagi na swój stan, próbowała wstać z łóżka. Lascala nie wiedział jak powstrzymać wystraszoną informacjami, policjantkę. Wyszedł na korytarz i krzyknął:
- Lekarza, szybko!!!
Jones był zmęczony przebytym zabiegiem.
- Doktorze... Czy... ta dializa, da mi jakąś gwarancję, że ból nie wróci...? - zaczepił mężczyznę w fartuchu, krzątającego się przy dializatorze.
- Jestem laborantem, proszę pana. Zawołam lekarza.
Po chwili pojawił się brodaty, szczupły mężczyzna, w takim samym kitlu jak młodszy, na szyi miał stetoskop.
- Dzień dobry. Jak samopoczucie, Mr. Jones? - miał przyjemny niski głos. - Pytał pan mojego pracownika o dializę... No więc, w zależności, jak na wykonaną terapię zareaguje pański organizm, być może trzeba będzie powtórzyć ją jeszcze raz.
- Doktorze, a jeśli mam skuteczny lek na moją chorobę...? - spytał James.
- Co też pan opowiada! Poinformowano mnie, że na tą truciznę nie ma odtrutki, a pan twierdzi, iż jest pan w posiadaniu leku? To nie możliwe! - zaśmiał się z niedowierzaniem doktor.
Jones zebrał słabnące siły i powiedział:
- Ja, na prawdę mam leki na tą truciznę... - poddał się osłabieniu. Nie mógł przekonać nikogo z personelu do swojej racji.
********************
Udało się powstrzymać panią sierżant, by nie zrobiła sobie krzywdy, bieganiem po szpitalu, z niezagojoną do końca, poważną raną.
Nadszedł wyznaczony dzień, by Linda złożyła zeznania ponownie. Lascala był przygotowany.
- Witam! Rozumiem, że dzisiaj na spokojnie, opowie mi pani, co się stało? - uśmiechnął się nawet do siedzącej w pościeli, funkcjonariuszki. Przytaknęła.
O'Hara przemyślała wszystko, nie była pewna, czy podjęła słuszną decyzję, zamierzała jednak przekazać policji wszystko, czego, od spotkania z Jonesem była świadkiem.
poniedziałek, 11 listopada 2019
Rozdział 14.
Lascala zaparkował na podziemnym, szpitalnym parkingu. Czekał na niego policjant, który skończył zmianę, pilnując więźnia w szpitalu.
- Obudził się? - spytał, nie odpowiadając na przywitanie.
- Nie, proszę pana. Lekarka mówiła, że stracił sporo krwi...
- Jakoś mi go nie szkoda! - burknął szef policji. Przywołał windę. Młody funkcjonariusz miał jeszcze coś do przekazania:
- Tego faceta otruto... - dodał niepewnie. Zack Lascala cofnął stopę z progu windy.
- Co powiedziałeś??? - złapał za łokieć chłopaka. Odeszli na bok. - Jak to: otruty??? Kiedy, czym?!
Posterunkowy nie wiedział. Pozostawało dowiedzieć się samemu.
Wyszedł z windy i natychmiast poszedł do lekarki prowadzącej leczenie jego więźnia. Zastał ją w gabinecie. Zapukał w futrynę i wszedł.
- Witam. Ja w sprawie Jonesa.
Pani doktor, była drobną kobietą, trzydziestoparoletnią. Blond włosy spięte spinką i okulary, dodawały powagi twarzy. Podniosła wzrok z nad dokumentów, wszechobecnych na jej biurku.
- Co pana interesuje komendancie? - zapytała.
- Jestem Zack Lascala. - przedstawił się, - Dla przyjaciół, Zack. - dodał.
- Doktor Ellen Perry. Jakie informacje są potrzebne policji? - ponowiła pytanie.
Lascala zmieszał się nieco na służbowy ton kobiety.
- Dowiedziałem się, że ten Jones został otruty. - odparł.
- Owszem. We krwi, waszego więźnia wykryto bardzo silną truciznę, na którą nie ma żadnej odtrutki...
- On umrze? - przerwał lekarce.
- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby nie umarł, panie Lascala. Kiedy tylko odzyska przytomność, wykonamy serię dializ, aby poprawić jego stan. Na chwilę obecną, musi zostać w naszym szpitalu, inaczej grozi mu śmierć.
**********
- Cieszę się, że już dochodzi pani do siebie. Jeszcze tydzień i będzie mogła pani stąd wyjść o własnych siłach. - lekarz stał obok łóżka Lindy. - Wykonaliśmy kawał dobrej roboty! - uśmiechnął się szeroko.
- Doktorze, czy miałam przy sobie rzeczy osobiste? Telefon, torebkę...? - zapytała.
- Szanowna pani, przyślę pielęgniarkę, która była podczas przyjęcia pani na oddział. Na pewno będzie wiedziała więcej niż ja. Do zobaczenia, pani O'Hara.
Oparła głowę o poduszkę. Martwiła się o Jonesa. Co zrobił, kiedy nawet nie zadzwoniła, że nie będzie wieczorem w hotelu. Czy pojechał dalej?
- Pani O'Hara...? - z rozmyślań wyrwała ją pielęgniarka. - Doktor prosił, abym do pani przyszła.
- Siostro, proszę mi powiedzieć wszystko od początku... Będę wdzięczna... - poprosiła.
- Trzy dni temu, nad ranem, przyjęłam zgłoszenie od mężczyzny. Nie przedstawił się. Podał szczegóły, gdzie ma przyjechać pogotowie, powiedział, też jakie miała pani obrażenia. Gdy przywieźli panią do nas, nie miała pani telefonu, ani torebki, dokumentów również. Identyfikacji dokonał policjant. Podał pani imię i nazwisko do rejestracji.
- Kevin... - pomyślała Linda. Kumpel z dzieciństwa, jako pierwszy miał marzenie, by zostać gliną, lub strażakiem. Uśmiechnęła się do wspomnień.
- Operacja trwała pięć i pół godziny... - zakończyła relację pielęgniarka. O'Hara została sama.
- Nie wspomniała o Jonesie... Powiedziała o glinie, który mnie rozpoznał, o nieznanym mężczyźnie, dzwoniącym po pomoc, ale nikogo u mnie nie było... - łzy, jakoś tak same popłynęły po policzkach. - Na prawdę odjechał! - załkała, - Na prawdę...
**********************
Komendant był zły. Podwładni, widząc niezadowolenie szefa, schodzili mu z drogi. Przed wejściem do swojego biura, zawołał jednego z policjantów.
- Przyprowadź do pokoju przesłuchań, faceta, co był zamknięty z Jonesem!
- Na kiedy? - spytał starszy posterunkowy, i pożałował.
- Na wczoraj, głupcze!!! - usłyszała połowa posterunku.
Po półgodzinie, Zack siedział w pomieszczeniu razem ze współwięźniem Jamesa.
- Powiedz mi Flex... Jak to było z tą trucizną...? Wziął ją sam, czy może ty mu ją zaaplikowałeś?
- Myślicie, że wrobicie mnie w to?! Skąd miałem mieć truciznę? Obszukał mnie nie jeden z was, nie znaleźli niczego, więc jakim cudem, miałem ją przy sobie?! - mężczyzna był zdenerwowany.
- Dość tej czczej paplaniny!!! - wrzasnął na niego Lascala. - Jak to się stało, że aresztowaliśmy faceta, podejrzanego o usiłowanie morderstwa policjantki, a on o mały włos by się przekręcił?! Odpowiadaj! - nie panował nad sobą Zack.
Więzień odparł:
- Spałem, jak wszedł do celi. Trzasnęła krata, otworzyłem oczy, a on siedział na pryczy. Zagadałem do niego. Nie wiem, czy odpowiedział, ale po chwili, złapał się za brzuch. A potem razem ze strażnikiem ratowaliśmy go... I tyle...
Szef posterunku sapnął głośno. Aresztant spojrzał na niego, widać było, że emocje zaczęły opuszczać komendanta. Polecił strażnikowi odprowadzenie Flex'a spowrotem.
Gdy szedł do gabinetu, otrzymał wiadomość, że sierżant O'Hara zgodziła się na przesłuchanie.
*************
Do sali Jonesa weszła doktor Ellen. Siostra, czuwająca przy nim, zdała relację ze stanu pacjenta, z całego dnia.
- Około godziny drugiej po południu, miał gorączkę: 39,9 stopni. Pojawiła się nagle. Zlecono mi podanie, przepisanych przez panią leków. Po czwartej po południu już było dobrze. Czy to normalne, przy zatruciu? - zaciekawiła się kobieta.
Doktor Perry zmierzyła leżącemu temperaturę, zajrzała do dokumentacji. Już przy drzwiach, odpowiedziała:
- Siostro, przy takiej truciźnie, możemy spodziewać się wszystkiego...
Pielęgniarka znów usiadła na krześle. Z kieszeni fartucha wyjęła małą książkę i zatopiła się w lekturze. Spokój nie potrwał jednak długo. Leżący w łóżku Jones, poruszył się gwałtownie, a aparatura mierząca procesy życiowe oszalała...
- Obudził się? - spytał, nie odpowiadając na przywitanie.
- Nie, proszę pana. Lekarka mówiła, że stracił sporo krwi...
- Jakoś mi go nie szkoda! - burknął szef policji. Przywołał windę. Młody funkcjonariusz miał jeszcze coś do przekazania:
- Tego faceta otruto... - dodał niepewnie. Zack Lascala cofnął stopę z progu windy.
- Co powiedziałeś??? - złapał za łokieć chłopaka. Odeszli na bok. - Jak to: otruty??? Kiedy, czym?!
Posterunkowy nie wiedział. Pozostawało dowiedzieć się samemu.
Wyszedł z windy i natychmiast poszedł do lekarki prowadzącej leczenie jego więźnia. Zastał ją w gabinecie. Zapukał w futrynę i wszedł.
- Witam. Ja w sprawie Jonesa.
Pani doktor, była drobną kobietą, trzydziestoparoletnią. Blond włosy spięte spinką i okulary, dodawały powagi twarzy. Podniosła wzrok z nad dokumentów, wszechobecnych na jej biurku.
- Co pana interesuje komendancie? - zapytała.
- Jestem Zack Lascala. - przedstawił się, - Dla przyjaciół, Zack. - dodał.
- Doktor Ellen Perry. Jakie informacje są potrzebne policji? - ponowiła pytanie.
Lascala zmieszał się nieco na służbowy ton kobiety.
- Dowiedziałem się, że ten Jones został otruty. - odparł.
- Owszem. We krwi, waszego więźnia wykryto bardzo silną truciznę, na którą nie ma żadnej odtrutki...
- On umrze? - przerwał lekarce.
- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby nie umarł, panie Lascala. Kiedy tylko odzyska przytomność, wykonamy serię dializ, aby poprawić jego stan. Na chwilę obecną, musi zostać w naszym szpitalu, inaczej grozi mu śmierć.
**********
- Cieszę się, że już dochodzi pani do siebie. Jeszcze tydzień i będzie mogła pani stąd wyjść o własnych siłach. - lekarz stał obok łóżka Lindy. - Wykonaliśmy kawał dobrej roboty! - uśmiechnął się szeroko.
- Doktorze, czy miałam przy sobie rzeczy osobiste? Telefon, torebkę...? - zapytała.
- Szanowna pani, przyślę pielęgniarkę, która była podczas przyjęcia pani na oddział. Na pewno będzie wiedziała więcej niż ja. Do zobaczenia, pani O'Hara.
Oparła głowę o poduszkę. Martwiła się o Jonesa. Co zrobił, kiedy nawet nie zadzwoniła, że nie będzie wieczorem w hotelu. Czy pojechał dalej?
- Pani O'Hara...? - z rozmyślań wyrwała ją pielęgniarka. - Doktor prosił, abym do pani przyszła.
- Siostro, proszę mi powiedzieć wszystko od początku... Będę wdzięczna... - poprosiła.
- Trzy dni temu, nad ranem, przyjęłam zgłoszenie od mężczyzny. Nie przedstawił się. Podał szczegóły, gdzie ma przyjechać pogotowie, powiedział, też jakie miała pani obrażenia. Gdy przywieźli panią do nas, nie miała pani telefonu, ani torebki, dokumentów również. Identyfikacji dokonał policjant. Podał pani imię i nazwisko do rejestracji.
- Kevin... - pomyślała Linda. Kumpel z dzieciństwa, jako pierwszy miał marzenie, by zostać gliną, lub strażakiem. Uśmiechnęła się do wspomnień.
- Operacja trwała pięć i pół godziny... - zakończyła relację pielęgniarka. O'Hara została sama.
- Nie wspomniała o Jonesie... Powiedziała o glinie, który mnie rozpoznał, o nieznanym mężczyźnie, dzwoniącym po pomoc, ale nikogo u mnie nie było... - łzy, jakoś tak same popłynęły po policzkach. - Na prawdę odjechał! - załkała, - Na prawdę...
**********************
Komendant był zły. Podwładni, widząc niezadowolenie szefa, schodzili mu z drogi. Przed wejściem do swojego biura, zawołał jednego z policjantów.
- Przyprowadź do pokoju przesłuchań, faceta, co był zamknięty z Jonesem!
- Na kiedy? - spytał starszy posterunkowy, i pożałował.
- Na wczoraj, głupcze!!! - usłyszała połowa posterunku.
Po półgodzinie, Zack siedział w pomieszczeniu razem ze współwięźniem Jamesa.
- Powiedz mi Flex... Jak to było z tą trucizną...? Wziął ją sam, czy może ty mu ją zaaplikowałeś?
- Myślicie, że wrobicie mnie w to?! Skąd miałem mieć truciznę? Obszukał mnie nie jeden z was, nie znaleźli niczego, więc jakim cudem, miałem ją przy sobie?! - mężczyzna był zdenerwowany.
- Dość tej czczej paplaniny!!! - wrzasnął na niego Lascala. - Jak to się stało, że aresztowaliśmy faceta, podejrzanego o usiłowanie morderstwa policjantki, a on o mały włos by się przekręcił?! Odpowiadaj! - nie panował nad sobą Zack.
Więzień odparł:
- Spałem, jak wszedł do celi. Trzasnęła krata, otworzyłem oczy, a on siedział na pryczy. Zagadałem do niego. Nie wiem, czy odpowiedział, ale po chwili, złapał się za brzuch. A potem razem ze strażnikiem ratowaliśmy go... I tyle...
Szef posterunku sapnął głośno. Aresztant spojrzał na niego, widać było, że emocje zaczęły opuszczać komendanta. Polecił strażnikowi odprowadzenie Flex'a spowrotem.
Gdy szedł do gabinetu, otrzymał wiadomość, że sierżant O'Hara zgodziła się na przesłuchanie.
*************
Do sali Jonesa weszła doktor Ellen. Siostra, czuwająca przy nim, zdała relację ze stanu pacjenta, z całego dnia.
- Około godziny drugiej po południu, miał gorączkę: 39,9 stopni. Pojawiła się nagle. Zlecono mi podanie, przepisanych przez panią leków. Po czwartej po południu już było dobrze. Czy to normalne, przy zatruciu? - zaciekawiła się kobieta.
Doktor Perry zmierzyła leżącemu temperaturę, zajrzała do dokumentacji. Już przy drzwiach, odpowiedziała:
- Siostro, przy takiej truciźnie, możemy spodziewać się wszystkiego...
Pielęgniarka znów usiadła na krześle. Z kieszeni fartucha wyjęła małą książkę i zatopiła się w lekturze. Spokój nie potrwał jednak długo. Leżący w łóżku Jones, poruszył się gwałtownie, a aparatura mierząca procesy życiowe oszalała...
niedziela, 10 listopada 2019
Rozdział 13.
Skradzionych pieniędzy było co raz mniej. Karta przestała przynosić korzyści, a wraz z topniejącymi zasobami finansowymi, widmo przymusowej głodówki zaczęło dopadać młodocianą złodziejkę.
- Niech to szlag!!! - dziesięciodolarowy banknot i parę drobnych zajęło teraz miejsce poprzednich, wyższych nominałów.
Ukryła portfel w swoim zniszczonym plecaku. Najgorzej przedstawiał się, nadchodzący głód narkotykowy. To jego bała się najbardziej...
Snuła się zrezygnowana po ulicach, upatrując równie łatwej ofiary co sierżant O'Hara.
Oparty o swój samochód, w garniaku za niebosiężną cenę, i w tak samo drogich butach, stał starszy facet. Minęła go, rozmyślając z frustracją, iż jego na pewno nie udałoby się tak załatwić, jak tą policjantkę. Przystanęła zdziwiona, słysząc swoje imię.
- Ashley!
Obejrzała się. To wołał bogacz. Ulica już dawno nauczyła ją, że takim typom tylko jedno we łbach. Nie reagując więcej na zaczepki, poszła dalej.
Obcy nie miał zamiaru zrezygnować.
Już dawno nikt nie zwracał się do niej prawdziwym imieniem, nazwiskiem zresztą też nie. Wolała posługiwać się wieloma innymi, zmyślonymi na poczekaniu. Tak było fajniej i bezpieczniej. Żyła na ulicy już trzeci rok. Tylko czasem przychodziła jakaś refleksja, że mogłaby coś zmienić w swojej marnej egzystencji.
Zamyślona, wpadła na kogoś.
- Co się szwendasz?! - zamierzała ruszyć dalej, ale nie pozwolił jej. Dziewczyna wpadła w panikę.
Musiał trzymać ją mocno, wyrywała się, wierzgała na wszystkie strony. Dosłownie upchnął ją w swoim drogim aucie i zamknął wszystkie wyjścia blokadą. We wnętrzu pojazdu rozpętała się burza. Ashley próbowała wybić szyby mocnym kopniakiem, szarpała za dźwignie drzwi, chciała niszczyć tapicerkę. Czekał na względny spokój, spoglądając na zegarek. Z każdą chwilą, małolata traciła werwę do dalszej demolki. Wsiadł do wozu i zadał pytanie:
- Będziesz grzeczna?
Ręka nie dosięgnęła jego policzka. Złapał ją i ścisnął, aż w oczach Ashley stanęły łzy. Nie krzyknęła jednak.
- Jesteś twarda. - zwrócił się beznamiętnie do dziewczyny. Mówił z nieznanym jej akcentem. - Lubię twarde laski... Jeżeli chcesz, możemy dojść do porozumienia, jeżeli nie, no cóż... - urwał, a w jego dłoni błysnął znajomy nastolatce nóż.
Strach niedoszłej morderczyni był nie do opisania. Przestała rozumieć sytuację, w którą się wplątała.
Obcy, tym samym, obojętnym tonem kontynuował:
- Masz coś, na czym mi bardzo zależy. Za ten przedmiot, gotowy jestem przyjąć cię pod swój dach, i niczego już nie będzie ci brakowało. Czy taki układ pasuje? - dziwny akcent podkreślał każde słowo faceta.
- Co to jest? - zapytała.
Odchyliła się tak szybko do tyłu, że uderzyła głową o szybę. Mały ślad krwi zabrudził szkło. Dłoń nieznajomego mocno szarpnęła rzemień.
- To moje!!! - zaoponowała Ashley. Odepchnął ją od siebie. Przekręcił klucz w stacyjce. Małej narkomance nie udało się wyskoczyć.
- Niech to szlag!!! - dziesięciodolarowy banknot i parę drobnych zajęło teraz miejsce poprzednich, wyższych nominałów.
Ukryła portfel w swoim zniszczonym plecaku. Najgorzej przedstawiał się, nadchodzący głód narkotykowy. To jego bała się najbardziej...
Snuła się zrezygnowana po ulicach, upatrując równie łatwej ofiary co sierżant O'Hara.
Oparty o swój samochód, w garniaku za niebosiężną cenę, i w tak samo drogich butach, stał starszy facet. Minęła go, rozmyślając z frustracją, iż jego na pewno nie udałoby się tak załatwić, jak tą policjantkę. Przystanęła zdziwiona, słysząc swoje imię.
- Ashley!
Obejrzała się. To wołał bogacz. Ulica już dawno nauczyła ją, że takim typom tylko jedno we łbach. Nie reagując więcej na zaczepki, poszła dalej.
Obcy nie miał zamiaru zrezygnować.
Już dawno nikt nie zwracał się do niej prawdziwym imieniem, nazwiskiem zresztą też nie. Wolała posługiwać się wieloma innymi, zmyślonymi na poczekaniu. Tak było fajniej i bezpieczniej. Żyła na ulicy już trzeci rok. Tylko czasem przychodziła jakaś refleksja, że mogłaby coś zmienić w swojej marnej egzystencji.
Zamyślona, wpadła na kogoś.
- Co się szwendasz?! - zamierzała ruszyć dalej, ale nie pozwolił jej. Dziewczyna wpadła w panikę.
Musiał trzymać ją mocno, wyrywała się, wierzgała na wszystkie strony. Dosłownie upchnął ją w swoim drogim aucie i zamknął wszystkie wyjścia blokadą. We wnętrzu pojazdu rozpętała się burza. Ashley próbowała wybić szyby mocnym kopniakiem, szarpała za dźwignie drzwi, chciała niszczyć tapicerkę. Czekał na względny spokój, spoglądając na zegarek. Z każdą chwilą, małolata traciła werwę do dalszej demolki. Wsiadł do wozu i zadał pytanie:
- Będziesz grzeczna?
Ręka nie dosięgnęła jego policzka. Złapał ją i ścisnął, aż w oczach Ashley stanęły łzy. Nie krzyknęła jednak.
- Jesteś twarda. - zwrócił się beznamiętnie do dziewczyny. Mówił z nieznanym jej akcentem. - Lubię twarde laski... Jeżeli chcesz, możemy dojść do porozumienia, jeżeli nie, no cóż... - urwał, a w jego dłoni błysnął znajomy nastolatce nóż.
Strach niedoszłej morderczyni był nie do opisania. Przestała rozumieć sytuację, w którą się wplątała.
Obcy, tym samym, obojętnym tonem kontynuował:
- Masz coś, na czym mi bardzo zależy. Za ten przedmiot, gotowy jestem przyjąć cię pod swój dach, i niczego już nie będzie ci brakowało. Czy taki układ pasuje? - dziwny akcent podkreślał każde słowo faceta.
- Co to jest? - zapytała.
Odchyliła się tak szybko do tyłu, że uderzyła głową o szybę. Mały ślad krwi zabrudził szkło. Dłoń nieznajomego mocno szarpnęła rzemień.
- To moje!!! - zaoponowała Ashley. Odepchnął ją od siebie. Przekręcił klucz w stacyjce. Małej narkomance nie udało się wyskoczyć.
Rozdział 12.
Szarzało. Z każdą upływającą minutą, upływała z niego nadzieja. Wciąż czuł smak jej ust, ciepło jej ciała. A teraz błądził w porannej mgle, szukając swojej przyjaciółki. Pamiętał jeszcze wytyczne ze starej mapy. Jednak nigdzie nie spotkał Lindy. Zdecydował się spytać kogoś o drogę.
Akurat napatoczył się jakiś gość, wracający po nocnej zmianie. Szybko zamienił z nim parę słów, otrzymał wskazówki, gdzie ma się udać, i biegiem pokonał całą trasę na miejsce.
Pogotowie już zdążyło się oddalić. Pracujący nad czymś policjanci, jeszcze go nie zauważyli. Nie zważając, że sam oddaje się w ręce funkcjonariuszy, natychmiast podążył do nich.
- Co tu się stało? - od razu wyczuł słodkawo-mdły zapach. Nieopodal gdzie się zatrzymał, ziemia przybrała dziwny kolor. Jego umysł zestawił zapach z kolorem, i Jamesowi zrobiło się słabo.
- Panowie, co tu się stało? - powtórzył. Wreszcie ktoś się do niego pofatygował.
- Nie możesz tu być człowieku! - stróż prawa próbował zabrać Jonesa spowrotem. - Skąd u licha się tu wziąłeś?
- Zaginęła moja dziewczyna! Szukam mojej dziewczyny! - prawie krzyknął w odpowiedzi, ciągnięty do przejścia metra, przez mężczyznę w mundurze. - Proszę, niech pan zobaczy to zdjęcie! Do cholery! Niech mnie pan zostawi! - wyzwolił ramię z uścisku. Podetknął komórkę pod nos gliniarza. Tamten nagle zbladł, sięgnął po broń i rozkazał:
- Nie ruszaj się człowieku! Bo będę musiał strzelić!
Jones uniósł ręce. Nie rozumiał, o co chodziło temu durniowi, ale wolał nie sprawdzać także, czy potrafi go trafić. Został zakuty i zawrócony z drogi, którą przed chwilą był wyprowadzany.
Na posterunku wszyscy byli czymś poruszeni. Niektórzy z pracujących tam, przyglądali się Jonesowi, lub wymieniali porozumiewawcze spojrzenia między sobą. Ulokowano go w pokoju przesłuchań i zamknięto drzwi.
Po nie wiadomo jak długim czasie, doczekał się swojej, jak mniemał, kolejności. Sprawą Jamesa miał zająć się sam szef.
Potężny, schludnie ubrany, Afroamerykanin stanął obok biurka.
- Jak się nazywasz? - odezwał się.
- James Jones. Wyjaśni mi pan w końcu co się stało? - zdążył zapytać James, nim mu przerwano.
- To ty nam wyjaśnisz co się stało! - huknął, wkurzony nagle glina. - Co robiłeś wczoraj w nocy?!
- Wczoraj zaginęła moja przyjaciółka... Nazywa się Linda O'Hara. Jest sierżantem policji w Denver.
- A, czy nie było przypadkiem tak, że porwałeś sierżant O'Hara, a kiedy okazała się tobie zbędna, po prostu chciałeś ją zabić? - zapytał przełożony policji.
- Linda nie żyje??? - Jones wstał gwałtownie, przewracając krzesło.
Przesłuchujący, zbył jego pytanie milczeniem. W przypływie złości, złapał Jamesa za ubranie i uniósł do swojej twarzy:
- Słuchaj mendo!!! Jeżeli się okaże, że na tym nożu są twoje odciski palców, osobiście dopilnuję, żeby jak najszybciej podano ci odpowiedni zastrzyk...!
Niby niechcący, upuścił go na podłogę.
Poparzona dłoń uderzyła o podłoże. Chwycił za nią i zawył z bólu. Na ciemnej twarzy mężczyzny pojawił się sadystyczny uśmiech. Trzaśnięcie drzwi świadczyło o przerwanym przesłuchaniu. Wkrótce odprowadzono go do celi.
*********************
Operacja trwała wiele godzin. Prowadzący ją lekarze, bali się by kolejne zatrzymanie się serca pacjentki, nie było tym ostatnim. Wszyscy dosłownie odetchnęli z ulgą, gdy nic złego nie wydarzyło się po założeniu ostatnich szwów. Kobieta była uratowana. Kolejne godziny na OIOM, miały pokazać jak dużą wolę życia posiadała.
Szef policji, Zack Lascala, został o wszystkim powiadomiony. Śledztwo mogło być kontynuowane.
*********************
Zimna posadzka była jedynym ratunkiem na palący ból wnętrzności. Współwięzień Jonesa wzywał pomoc, ale nikt się nie zjawiał...
Kiedy strażnik sprawdził monitor celi numer 8, natychmiast tam poszedł. Zastał straszny widok. Nowy aresztowany leżał na ziemi, a z ust lała mu się krew. Współwięzień próbował pomóc nieprzytomnemu, wykonując masaż serca. Ryzykując, wartownik przyłączył się do resuscytacji, aż do przyjazdu służb medycznych.
*************
Zakapturzona dziewczyna dotarła do swojej drugiej meliny. Zadowolona z siebie, usiadła na ziemi, sprawdziła zawartość skradzionej torby, w końcu, wysypała drobiazgi przed sobą. Jej ręka dotknęła czegoś w czarnej okładce. Przedmiot tak bardzo ją przestraszył, że odszukała tylko portmknetkę, i od razu chciała zwiać. Ciekawość była jednak zbyt wielka. Zawróciła, podniosła legitymację i przeczytała:
"Denver Police District 4
Police sergeant: Linda O'Hara"
Natychmiast schowała znalezisko w przepastnej kieszeni bluzy.
Akurat napatoczył się jakiś gość, wracający po nocnej zmianie. Szybko zamienił z nim parę słów, otrzymał wskazówki, gdzie ma się udać, i biegiem pokonał całą trasę na miejsce.
Pogotowie już zdążyło się oddalić. Pracujący nad czymś policjanci, jeszcze go nie zauważyli. Nie zważając, że sam oddaje się w ręce funkcjonariuszy, natychmiast podążył do nich.
- Co tu się stało? - od razu wyczuł słodkawo-mdły zapach. Nieopodal gdzie się zatrzymał, ziemia przybrała dziwny kolor. Jego umysł zestawił zapach z kolorem, i Jamesowi zrobiło się słabo.
- Panowie, co tu się stało? - powtórzył. Wreszcie ktoś się do niego pofatygował.
- Nie możesz tu być człowieku! - stróż prawa próbował zabrać Jonesa spowrotem. - Skąd u licha się tu wziąłeś?
- Zaginęła moja dziewczyna! Szukam mojej dziewczyny! - prawie krzyknął w odpowiedzi, ciągnięty do przejścia metra, przez mężczyznę w mundurze. - Proszę, niech pan zobaczy to zdjęcie! Do cholery! Niech mnie pan zostawi! - wyzwolił ramię z uścisku. Podetknął komórkę pod nos gliniarza. Tamten nagle zbladł, sięgnął po broń i rozkazał:
- Nie ruszaj się człowieku! Bo będę musiał strzelić!
Jones uniósł ręce. Nie rozumiał, o co chodziło temu durniowi, ale wolał nie sprawdzać także, czy potrafi go trafić. Został zakuty i zawrócony z drogi, którą przed chwilą był wyprowadzany.
Na posterunku wszyscy byli czymś poruszeni. Niektórzy z pracujących tam, przyglądali się Jonesowi, lub wymieniali porozumiewawcze spojrzenia między sobą. Ulokowano go w pokoju przesłuchań i zamknięto drzwi.
Po nie wiadomo jak długim czasie, doczekał się swojej, jak mniemał, kolejności. Sprawą Jamesa miał zająć się sam szef.
Potężny, schludnie ubrany, Afroamerykanin stanął obok biurka.
- Jak się nazywasz? - odezwał się.
- James Jones. Wyjaśni mi pan w końcu co się stało? - zdążył zapytać James, nim mu przerwano.
- To ty nam wyjaśnisz co się stało! - huknął, wkurzony nagle glina. - Co robiłeś wczoraj w nocy?!
- Wczoraj zaginęła moja przyjaciółka... Nazywa się Linda O'Hara. Jest sierżantem policji w Denver.
- A, czy nie było przypadkiem tak, że porwałeś sierżant O'Hara, a kiedy okazała się tobie zbędna, po prostu chciałeś ją zabić? - zapytał przełożony policji.
- Linda nie żyje??? - Jones wstał gwałtownie, przewracając krzesło.
Przesłuchujący, zbył jego pytanie milczeniem. W przypływie złości, złapał Jamesa za ubranie i uniósł do swojej twarzy:
- Słuchaj mendo!!! Jeżeli się okaże, że na tym nożu są twoje odciski palców, osobiście dopilnuję, żeby jak najszybciej podano ci odpowiedni zastrzyk...!
Niby niechcący, upuścił go na podłogę.
Poparzona dłoń uderzyła o podłoże. Chwycił za nią i zawył z bólu. Na ciemnej twarzy mężczyzny pojawił się sadystyczny uśmiech. Trzaśnięcie drzwi świadczyło o przerwanym przesłuchaniu. Wkrótce odprowadzono go do celi.
*********************
Operacja trwała wiele godzin. Prowadzący ją lekarze, bali się by kolejne zatrzymanie się serca pacjentki, nie było tym ostatnim. Wszyscy dosłownie odetchnęli z ulgą, gdy nic złego nie wydarzyło się po założeniu ostatnich szwów. Kobieta była uratowana. Kolejne godziny na OIOM, miały pokazać jak dużą wolę życia posiadała.
Szef policji, Zack Lascala, został o wszystkim powiadomiony. Śledztwo mogło być kontynuowane.
*********************
Zimna posadzka była jedynym ratunkiem na palący ból wnętrzności. Współwięzień Jonesa wzywał pomoc, ale nikt się nie zjawiał...
Kiedy strażnik sprawdził monitor celi numer 8, natychmiast tam poszedł. Zastał straszny widok. Nowy aresztowany leżał na ziemi, a z ust lała mu się krew. Współwięzień próbował pomóc nieprzytomnemu, wykonując masaż serca. Ryzykując, wartownik przyłączył się do resuscytacji, aż do przyjazdu służb medycznych.
*************
Zakapturzona dziewczyna dotarła do swojej drugiej meliny. Zadowolona z siebie, usiadła na ziemi, sprawdziła zawartość skradzionej torby, w końcu, wysypała drobiazgi przed sobą. Jej ręka dotknęła czegoś w czarnej okładce. Przedmiot tak bardzo ją przestraszył, że odszukała tylko portmknetkę, i od razu chciała zwiać. Ciekawość była jednak zbyt wielka. Zawróciła, podniosła legitymację i przeczytała:
"Denver Police District 4
Police sergeant: Linda O'Hara"
Natychmiast schowała znalezisko w przepastnej kieszeni bluzy.
sobota, 9 listopada 2019
Rozdział 11.
Jones spał, po wizycie na SOR. O'Hara, nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Zażyłość, która powstawała pomiędzy nią a Jamesem, jego problemy z dziwacznym kolekcjonerem monet, nawet to, że razem z nim była niesłusznie posądzona, dodawało jej energii, aby sprostać tym przeciwnościom. Miała pewien plan. Na szafce obok łóżka, zostawiła wiadomość.
Słońce było nisko, całe ognisto czerwone. W centrum były godziny szczytu. Martwiła się, że nie zdąży wrócić, nim obudzi się Jones. Do celu musiała pokonać parę przecznic.
Zatrzymała auto na parkingu, w bocznej uliczce. Zamknęła je i rozejrzała się dookoła. Zapadająca noc, brak przechodniów, pomyślała, że sama pcha się w kłopoty. Obejrzała pożółkły arkusz, dotknęła punktu, w którym powinna znaleźć właściciela pechowego szykla. Ruszyła do wylotu ulicy.
Idąc chodnikiem, mijała budynki, odczytując numery.
- Przepraszam... - zaczepiła kobietę z dzieckiem. - Może pani orientuje się, gdzie jest to miejsce?
Maluch podniósł głowę, żeby przyjrzeć się Lindzie. Jego matka parę chwil myślała nad zadanym pytaniem. W końcu odparła:
- To nie jest po tej stronie. Musi pani pójść przejściem metra na taki stary plac kolejowy. Tam są jeszcze nie wyburzone pustostany, mieszkają w nich bezdomni. To na pewno będzie, któryś z nich.
Linda podziękowała. Przeszła na drugą stronę ulicy i udała się we wskazanym kierunku.
James otworzył oczy. Ciemność rozgościła się w pokoju na dobre.
- Linda!
Odpowiedziała cisza. Ręka na szczęście jeszcze nie bolała. Usiadł na brzegu łóżka, zapalił małą lampkę. Na poduszkę opadła karteczka.
" Pojechałam załatwić jedną sprawę. Linda."
Otrzeźwiał. Pędem wpadł do łazienki, szykując się do miasta.
Ruina, dwukondygnacyjna ledwo trzymała się w kupie. Funkcjonariuszka nie ryzykowała wejścia do nieznanych pomieszczeń w nocy. Czekała na kogokolwiek pod rozpadającą się kamienicą. Po drugiej stronie torowiska, cień zbliżał się w jej kierunku. Żałowała, że nie ma przy sobie służbowej broni.
Odległość zmniejszyła się na tyle, iż w strasznej postaci, dopatrzeć się można było młodą dziewczynę. Pod kapturem długie włosy plątały się z sobą, nad brudną, chudą twarzą. Obrzuciła obcą badawczym spojrzeniem, próbując wyminąć. O'Hara zwróciła się do małolaty:
- Poczekaj, mamy do pomówienia...
- ...z kurwami nie gadam! - dziewczyna już wchodziła do nędznego schronienia w ruinach.
- Opłaci ci się to... - Linda starała się jakoś podtrzymać dialog. - Zadam ci pytanie i dostaniesz stówę, co ty na to?
Cena, jaką usłyszała bezdomna zdawała się być z kosmosu. Za taką sumę, mogła sobie kupić prochy i żarcie, może by coś jeszcze zostało. Ale postanowiła grać nieustępliwą. Szła w głąb siedliska.
- Ok! 150 $! - na tyle forsy na pewno musiała się skusić. Po chwili narkomanka stała obok O'Hara, gotowa zrobić o wiele więcej, za oferowaną kwotę.
Policjantka już chciała spytać nastolatkę o kogoś, kto mógłby być w posiadaniu srebrnika, ale to co zobaczyła, wytrąciło ją z równowagi. Na brudnym kawałku rzemyka, na szyi smarkuli wisiał przeklęty numizmat...
- Streszczaj się szmato, kasa mi potrzebna! - burknęła dziewczyna.
Bez wdawania się w rozmowę, Linda, sięgnęła po portfel, gówniarze wystarczyła ta chwila nieuwagi. Wbiła kobiecie nóż w żołądek, aż po rękojeść. Szybko zagarnęła torebkę z całą zawartością i już jej nie było.
Słońce było nisko, całe ognisto czerwone. W centrum były godziny szczytu. Martwiła się, że nie zdąży wrócić, nim obudzi się Jones. Do celu musiała pokonać parę przecznic.
Zatrzymała auto na parkingu, w bocznej uliczce. Zamknęła je i rozejrzała się dookoła. Zapadająca noc, brak przechodniów, pomyślała, że sama pcha się w kłopoty. Obejrzała pożółkły arkusz, dotknęła punktu, w którym powinna znaleźć właściciela pechowego szykla. Ruszyła do wylotu ulicy.
Idąc chodnikiem, mijała budynki, odczytując numery.
- Przepraszam... - zaczepiła kobietę z dzieckiem. - Może pani orientuje się, gdzie jest to miejsce?
Maluch podniósł głowę, żeby przyjrzeć się Lindzie. Jego matka parę chwil myślała nad zadanym pytaniem. W końcu odparła:
- To nie jest po tej stronie. Musi pani pójść przejściem metra na taki stary plac kolejowy. Tam są jeszcze nie wyburzone pustostany, mieszkają w nich bezdomni. To na pewno będzie, któryś z nich.
Linda podziękowała. Przeszła na drugą stronę ulicy i udała się we wskazanym kierunku.
James otworzył oczy. Ciemność rozgościła się w pokoju na dobre.
- Linda!
Odpowiedziała cisza. Ręka na szczęście jeszcze nie bolała. Usiadł na brzegu łóżka, zapalił małą lampkę. Na poduszkę opadła karteczka.
" Pojechałam załatwić jedną sprawę. Linda."
Otrzeźwiał. Pędem wpadł do łazienki, szykując się do miasta.
Ruina, dwukondygnacyjna ledwo trzymała się w kupie. Funkcjonariuszka nie ryzykowała wejścia do nieznanych pomieszczeń w nocy. Czekała na kogokolwiek pod rozpadającą się kamienicą. Po drugiej stronie torowiska, cień zbliżał się w jej kierunku. Żałowała, że nie ma przy sobie służbowej broni.
Odległość zmniejszyła się na tyle, iż w strasznej postaci, dopatrzeć się można było młodą dziewczynę. Pod kapturem długie włosy plątały się z sobą, nad brudną, chudą twarzą. Obrzuciła obcą badawczym spojrzeniem, próbując wyminąć. O'Hara zwróciła się do małolaty:
- Poczekaj, mamy do pomówienia...
- ...z kurwami nie gadam! - dziewczyna już wchodziła do nędznego schronienia w ruinach.
- Opłaci ci się to... - Linda starała się jakoś podtrzymać dialog. - Zadam ci pytanie i dostaniesz stówę, co ty na to?
Cena, jaką usłyszała bezdomna zdawała się być z kosmosu. Za taką sumę, mogła sobie kupić prochy i żarcie, może by coś jeszcze zostało. Ale postanowiła grać nieustępliwą. Szła w głąb siedliska.
- Ok! 150 $! - na tyle forsy na pewno musiała się skusić. Po chwili narkomanka stała obok O'Hara, gotowa zrobić o wiele więcej, za oferowaną kwotę.
Policjantka już chciała spytać nastolatkę o kogoś, kto mógłby być w posiadaniu srebrnika, ale to co zobaczyła, wytrąciło ją z równowagi. Na brudnym kawałku rzemyka, na szyi smarkuli wisiał przeklęty numizmat...
- Streszczaj się szmato, kasa mi potrzebna! - burknęła dziewczyna.
Bez wdawania się w rozmowę, Linda, sięgnęła po portfel, gówniarze wystarczyła ta chwila nieuwagi. Wbiła kobiecie nóż w żołądek, aż po rękojeść. Szybko zagarnęła torebkę z całą zawartością i już jej nie było.
Rozdział 10.
Podobizna znienawidzonego zleceniodawcy, szczerzyła się do nich. Przewinął szybko obraz, wyrywkowo odczytując zapis. Autor rozwodził się nad czarną magią, różnych ezoterycznych bzdetach i rzekomo nadnaturalnych mocach przedmiotów codziennego użytku, jak na przykład srebrników. Ostatnie słowo przciągnęło uwagę Jamesa.
"(...) szykle, które Judasz, po zdradzie swojego Przyjaciela, oddał kapłanom, to, wśród nas magów, najsilniejsze z okultystycznych gadżetów, które omawiałem. Już będąc w posiadaniu trzech z nich, wprawny czarnoksiężnik potrafi porozumieć się z Panem Zła, może także rzucać uroki lub zaszkodzić swoim wrogom. Bardzo zaszkodzić.
Podobną moc, dla parających się białą magią, mają monety pogrzebowe Jezusa. Ale ich, żaden, szanujący się adept czarnej magii, nie potrzebuje"
Przez materiał podszewki kieszeni marynarki, czuł pod opuszkami palców dokładnie trzy krążki. Powtórzył w myślach informacje o "monetach pogrzebowych" i podzielił się swoim odkryciem z przyjaciółką.
Szybko wpisała hasło, a sztuczna inteligencja zrobiła swoje. Znów błądzili wśród niezliczonej ilości wiedzy.
Po południu, niosąc, każde po kilka książek, z notatkami i kopiami starych pism, wsiadali do samochodu.
Późny lunch, zjedli w małej knajpce. Stara mapa rozłożona na blacie stolika, pokazywała centrum miasta.
- Nie możemy jechać do tego niewinnego człowieka, tylko po to, by ten znalazł się na tamtym świecie, przez coś, co uważa zapewne za cenny skarb... - Linda przekonywała go do swoich racji.
Jones wiedział, że przez każde następne morderstwo, dokonane przez Fery'ego, to jemu będzie co raz bliżej do celi śmierci.
- Jestem w dość dziwnej sytuacji, nie sądzisz? - nie czekał na odpowiedź, - Gliniarze depczą mi po piętach, zostałem otruty, a przede mną jeszcze 27 osób, których życie zależy od tego, czy zjawię się po biblijnego szykla...
- James, dlatego musimy wyrwać cię spod władzy Fery'ego. Nie może tobą manipulować i zamykać w błędnym kole zdarzeń, których sam zapewne jest reżyserem. Znajdziemy na niego dowody, cokolwiek, i udowodnimy, że ani ty, ani ja nie jesteśmy winni!
Pocałował Lindę. Tylko tak mógł pokazać jej, jak bardzo jest wdzięczny za to, co dla niego zrobiła do tej pory. Odwzajemniła mu pocałunek.
*********†*********
Romantyczną chwilę przerwał telefon. Interesant nie był wybredny w słowach:
- Doigrałeś się gnoju! Obowiązuje cię MOJA umowa!!! Jeżeli nie zależy ci na własnym życiu, i wolisz słuchać rad obcej baby, droga wolna!!! - Fery ciskał się. - Ta suka myśli, że da radę oskarżyć mnie o morderstwa, a ciebie wybieli?! - zaniósł się tym swoim diabelskim śmiechem. - Wywiążesz się z umowy, albo ...
- Albo co skurwysynu???!!! - aparat spadł na podłogę, płonąc jeszcze przez chwilę. Dłoń Jamesa była cała poparzona.
czwartek, 7 listopada 2019
Rozdział 9.
Jones wrócił z nowym pudełkiem lekarstw.
Linda, korzystając z wolnego czasu, sama także zajrzała do książki.
- Nie uwierzysz, co znalazłam! - usłyszał. Zaciekawiony, pochylił się nad lekturą. Jego towarzyszka wskazywała namalowany czarną farbą znak, otoczony przypisami. Cały opis był na stronie obok.
- Pentagram? - zdziwił się.
Linda zaczęła czytać na głos:
"Bracia i siostry! Są liczne znaki i sposoby, żeby na tym łez padole zatrzymać albo zawołać pana zła wszelkiego! Jeżeli byście posiedli które z przedmiotów opisanych w pismach chrześcijańskich, te, co to sam Jezus był dotykał, czy dotyczyły jego Osoby, użyte w sposób plugawy, staną się otwartymi drzwiami, bądź przydadzą ogromnej siły, mocom nieczystym!"
- Co to za brednie?! - przerwał przyjaciółce. - Pisze coś o srebrnikach? Udało mi się znaleźć na ich temat informację w poprzedniej, tej, z której są te dwie wyrwane strony.
- Pokaż mi je. - poleciła Jamesowi. Poszperał w kieszeniach i rozprostował dwie, pogięte już bardzo, stronice. Przebiegła tekst wzrokiem.
"A oto Szatan próbuje od zarania zjawić się na tej ziemi, by swymi czynami zatruwać życie ludzkie. Dokładajmy więc bracia i siostry wszelkich starań, ażeby do wcielenia ów nie doszło!
Już nawet za czasów Jezusa, gdy Judasz zdradził swego Mistrza, zapłata za Jego wydanie została rozproszona! Trzydzieści srebrników udało się naszym magom rozbić po świecie, aby już nikt, i nigdy nie zdołał ich użyć do zdrady, a co idzie za tym, przywołać na ten świat Księcia Ciemności, samego Lucyfera! (Kazanie do ludu, autor nieznany. Anno Domini 1666)"
- Te teksty się pokrywają. Są z dwóch różnych źródeł, ale mówią o tym samym. Pamiętasz tytuł tej księgi, którą pozbawiłeś kartek?
Jones był pod wrażeniem. Nie było to chyba dziełem przypadku, że akurat ona uratowała mu życie. "- Ten Ktoś na górze, chyba mnie trochę lubi, skoro przysłał mi do pomocy inteligentną i piękną panią sierżant..."- pomyślał.
- Zbieraj się Mr. Jones! - Linda była gotowa do wyjścia.
- Dokąd to? - dopytywał.
- Do wszechdostępnej wiedzy w tym mieście! - zażartowała.
- ??? - funkcjonariuszkę rozbawił wyraz jego twarzy. - Do biblioteki mój drogi! Do biblioteki!
*******************
Zajęli jeden z wielu komputerów. O'Hara wrzuciła w wyszukiwarkę pierwsze hasło, jakie przyszło jej na myśl:
"przyjście szatana"
W odpowiedzi ukazało się mnóstwo odnośników. Kursor ślizgał się od jednego do drugiego. Trzeba było z pośród tych wszystkich informacji, wybrać te najtrafniejsze. Nie było to łatwe. Linda czytała, on notował. Jedna z witryn internetowych poświęcona była kultowi szatana. Zawierała obszerne teksty zapożyczone z tzw "Biblii szatana". Dowiedzieli się z nich o Antychryście. Inne zagadnienie: "trzydzieści srebrników" zajęło miejsce na ekranie. Jones od razu zauważył coś interesującego. Szybko złapał za mysz, a przy tym za dłoń Lindy i zaskoczony tym, przeprosił. Zarumieniła się jak nastolatka.
- Co znalazłeś? - szepnęła, nie patrząc na niego.
- Otwórz to, z takim dziwnym skrótem.
Strzałka wskaźnika najechała na niebieski odnośnik: "Mt 26, 14-16".
14 Wtedy jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów 15 i rzekł: «Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam». A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników6. 16 Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać.
Linda zauważyła równie ciekawy link: "srebrniki jako przedmioty magiczne w satanizmie".
Kliknęła, a oczom ich ukazało się zdjęcie.
- Ja pierdolę! - wyrwało się Jonesowi. Kobieta zdziwiona popatrzyła na niego. Nie odrywając wzroku od ekranu komputera, wyjaśnił:
- Luc Fery...!
Linda, korzystając z wolnego czasu, sama także zajrzała do książki.
- Nie uwierzysz, co znalazłam! - usłyszał. Zaciekawiony, pochylił się nad lekturą. Jego towarzyszka wskazywała namalowany czarną farbą znak, otoczony przypisami. Cały opis był na stronie obok.
- Pentagram? - zdziwił się.
Linda zaczęła czytać na głos:
"Bracia i siostry! Są liczne znaki i sposoby, żeby na tym łez padole zatrzymać albo zawołać pana zła wszelkiego! Jeżeli byście posiedli które z przedmiotów opisanych w pismach chrześcijańskich, te, co to sam Jezus był dotykał, czy dotyczyły jego Osoby, użyte w sposób plugawy, staną się otwartymi drzwiami, bądź przydadzą ogromnej siły, mocom nieczystym!"
- Co to za brednie?! - przerwał przyjaciółce. - Pisze coś o srebrnikach? Udało mi się znaleźć na ich temat informację w poprzedniej, tej, z której są te dwie wyrwane strony.
- Pokaż mi je. - poleciła Jamesowi. Poszperał w kieszeniach i rozprostował dwie, pogięte już bardzo, stronice. Przebiegła tekst wzrokiem.
"A oto Szatan próbuje od zarania zjawić się na tej ziemi, by swymi czynami zatruwać życie ludzkie. Dokładajmy więc bracia i siostry wszelkich starań, ażeby do wcielenia ów nie doszło!
Już nawet za czasów Jezusa, gdy Judasz zdradził swego Mistrza, zapłata za Jego wydanie została rozproszona! Trzydzieści srebrników udało się naszym magom rozbić po świecie, aby już nikt, i nigdy nie zdołał ich użyć do zdrady, a co idzie za tym, przywołać na ten świat Księcia Ciemności, samego Lucyfera! (Kazanie do ludu, autor nieznany. Anno Domini 1666)"
- Te teksty się pokrywają. Są z dwóch różnych źródeł, ale mówią o tym samym. Pamiętasz tytuł tej księgi, którą pozbawiłeś kartek?
Jones był pod wrażeniem. Nie było to chyba dziełem przypadku, że akurat ona uratowała mu życie. "- Ten Ktoś na górze, chyba mnie trochę lubi, skoro przysłał mi do pomocy inteligentną i piękną panią sierżant..."- pomyślał.
- Zbieraj się Mr. Jones! - Linda była gotowa do wyjścia.
- Dokąd to? - dopytywał.
- Do wszechdostępnej wiedzy w tym mieście! - zażartowała.
- ??? - funkcjonariuszkę rozbawił wyraz jego twarzy. - Do biblioteki mój drogi! Do biblioteki!
*******************
Zajęli jeden z wielu komputerów. O'Hara wrzuciła w wyszukiwarkę pierwsze hasło, jakie przyszło jej na myśl:
"przyjście szatana"
W odpowiedzi ukazało się mnóstwo odnośników. Kursor ślizgał się od jednego do drugiego. Trzeba było z pośród tych wszystkich informacji, wybrać te najtrafniejsze. Nie było to łatwe. Linda czytała, on notował. Jedna z witryn internetowych poświęcona była kultowi szatana. Zawierała obszerne teksty zapożyczone z tzw "Biblii szatana". Dowiedzieli się z nich o Antychryście. Inne zagadnienie: "trzydzieści srebrników" zajęło miejsce na ekranie. Jones od razu zauważył coś interesującego. Szybko złapał za mysz, a przy tym za dłoń Lindy i zaskoczony tym, przeprosił. Zarumieniła się jak nastolatka.
- Co znalazłeś? - szepnęła, nie patrząc na niego.
- Otwórz to, z takim dziwnym skrótem.
Strzałka wskaźnika najechała na niebieski odnośnik: "Mt 26, 14-16".
Zdrada Judasza.
14 Wtedy jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów 15 i rzekł: «Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam». A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników6. 16 Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać.
Linda zauważyła równie ciekawy link: "srebrniki jako przedmioty magiczne w satanizmie".
Kliknęła, a oczom ich ukazało się zdjęcie.
- Ja pierdolę! - wyrwało się Jonesowi. Kobieta zdziwiona popatrzyła na niego. Nie odrywając wzroku od ekranu komputera, wyjaśnił:
- Luc Fery...!
Rozdział 8.
Mężczyzna przeglądał stary tom, zabrany z biblioteki zmarłego Boba. Powracał co jakiś czas do spisu rozdziałów, aż znalazł to, czego szukał.
- Drodzy państwo! Otóż, odszukałem tekst, traktujący o rytuale, do którego potrzebne są srebrniki. One właśnie, dlatego, iż były zapłatą za niewinne życie ludzkie, mają moc sprowadzenia anioła ciemności. Dlatego byłem nieufny, kiedy wspomnieliście o starej monecie, a potem zobaczyłem tę księgę.
- Jeśli dobrze zrozumiałem, pan jest kimś w rodzaju strażnika tego pieniążka? - zapytał Jones.
- Srebrnik, na którym panu tak zależy, otrzymałem od mojego zmarłego ojca. Kazał mi przyrzec sobie, że nigdy go nie sprzedam. Jak łatwo się domyślić, ten stary kawałek srebra, jest w mojej rodzinie od zawsze... Założę się, że pierwsze dwa, także były strzeżone przez ich, zmarłych już, właścicieli.
- Czy zatem, możemy prosić o wydanie nam srebrnika? - zagadnęła Linda.
Pan domu przeprosił ich, wyszedł do innego pokoju. Wrócił z szarą szmatką w dłoniach. James od razu rozpoznał tkaninę. Na spracowanej ręce błysnął metalowy krążek.
- Nie oddam wam go, mili moi... Nie mogę! - kaszlnął nagle. Zdziwiony swoim stanem, poluźnił ubranie pod szyją.
Reakcja Jonesa była natychmiastowa.
- O'Hara! Dzwoń pod 911!!! On znowu to robi!!!
Linda natychmiast wykonała polecenie. James już zaczynał reanimację mężczyzny, z którego uchodziło życie. Gdy tylko w domu pojawili się ratownicy, oboje odjechali, najszybciej jak tylko się dało.
*************
- James, Fery go zabił!!! Powiedz mi, to zrobił Fery?!
- Linda, mam nadzieję, że facet przeżyje! Pogotowie przyjechało do niego bardzo szybko! Czy teraz mi wierzysz?! Czy dotarło do ciebie, że ja nikogo nie zabiłem?!
- Nic z tego nie rozumiem! Mógłby spowodować tyle śmierci... na odległość?! To przecież nie możliwe!!!
- Od pierwszej chwili wydał mi się dziwny. A teraz, teraz okazuje się, że posiada jakieś super moce!!! Luc Fery, to jakiś pierdolony Superman!!!
Żadne z nich nie zaśmiało się z żartu.
W hotelu w Saint Paul, w Minnesocie, podali w meldunku nieprawdziwe dane. Policjantka miała świadomość, że przecież ratownicy z pogotowia zapamiętali ich, i jeśli ten obcy człowiek umarł, zawiadomili tamtejsze władze. Przez jedno zdarzenie, z praworządnej pani sierżant, stała się podejrzaną tak samo jak Jones... Oboje musieli mieć się na baczności.
Obudził go własny krzyk bólu. Miotał się po materacu, lecz żadna pozycja ciała, nie przynosiła ulgi. O'Hara była przy nim.
- Gdzie masz lek? Pomogę ci, ale gdzie są fiolki? James! - szarpnęła go za ramię, - James!
Nachyliła się do jego ust, wyłapując urywany szept. Za chwilę wróciła z pudełkiem. Okazało się, że zostały dwie ostatnie dawki. Podała mu obie.
Zapach kawy przyjemnie łechtał nozdrza. W półśnie delektowała się nim przez chwilę. Przypomniała sobie nagle o chorym i poderwała się na nogi.
- Dzień dobry! - uśmiechnął się do niej, wgryzając się w rogalik. - Mmm... Akurat taki, jak lubię! - zachwycił się. - Dołączysz do mnie?
- Ja chyba jeszcze śnię... - spojrzała na okno potem znów na Jonesa.
- Jeśli śni nam się to samo, to jest to pyszny sen! - zażartował.
- W nocy miałeś atak, pamiętasz? Nie masz już lekarstwa... Możesz nie przeżyć następnego...
Sprawdził pudełko i zakrztusił się kęsem ciastka.
- O cholera!!! Muszę zadzwonić!
Fery odebrał chyba po setnym sygnale.
- Czego chcesz? - warknął od razu. - Przerwałeś mi przednią zabawę!
- Potrzebuję mojego leku, i to na już! Inaczej nie dostaniesz swoich krwawych monet! Zabiłeś następnego niewinnego człowieka!
- Ja nie zostawiam po sobie śladów! Ci strażnicy byli już zbędni! To co należało kiedyś do mnie, niedługo odzyskam! Podtrzymywanie twojego żywota, to mała cena za to, co otrzymam, kiedy tu do mnie wrócisz!
- Drodzy państwo! Otóż, odszukałem tekst, traktujący o rytuale, do którego potrzebne są srebrniki. One właśnie, dlatego, iż były zapłatą za niewinne życie ludzkie, mają moc sprowadzenia anioła ciemności. Dlatego byłem nieufny, kiedy wspomnieliście o starej monecie, a potem zobaczyłem tę księgę.
- Jeśli dobrze zrozumiałem, pan jest kimś w rodzaju strażnika tego pieniążka? - zapytał Jones.
- Srebrnik, na którym panu tak zależy, otrzymałem od mojego zmarłego ojca. Kazał mi przyrzec sobie, że nigdy go nie sprzedam. Jak łatwo się domyślić, ten stary kawałek srebra, jest w mojej rodzinie od zawsze... Założę się, że pierwsze dwa, także były strzeżone przez ich, zmarłych już, właścicieli.
- Czy zatem, możemy prosić o wydanie nam srebrnika? - zagadnęła Linda.
Pan domu przeprosił ich, wyszedł do innego pokoju. Wrócił z szarą szmatką w dłoniach. James od razu rozpoznał tkaninę. Na spracowanej ręce błysnął metalowy krążek.
- Nie oddam wam go, mili moi... Nie mogę! - kaszlnął nagle. Zdziwiony swoim stanem, poluźnił ubranie pod szyją.
Reakcja Jonesa była natychmiastowa.
- O'Hara! Dzwoń pod 911!!! On znowu to robi!!!
Linda natychmiast wykonała polecenie. James już zaczynał reanimację mężczyzny, z którego uchodziło życie. Gdy tylko w domu pojawili się ratownicy, oboje odjechali, najszybciej jak tylko się dało.
*************
- James, Fery go zabił!!! Powiedz mi, to zrobił Fery?!
- Linda, mam nadzieję, że facet przeżyje! Pogotowie przyjechało do niego bardzo szybko! Czy teraz mi wierzysz?! Czy dotarło do ciebie, że ja nikogo nie zabiłem?!
- Nic z tego nie rozumiem! Mógłby spowodować tyle śmierci... na odległość?! To przecież nie możliwe!!!
- Od pierwszej chwili wydał mi się dziwny. A teraz, teraz okazuje się, że posiada jakieś super moce!!! Luc Fery, to jakiś pierdolony Superman!!!
Żadne z nich nie zaśmiało się z żartu.
W hotelu w Saint Paul, w Minnesocie, podali w meldunku nieprawdziwe dane. Policjantka miała świadomość, że przecież ratownicy z pogotowia zapamiętali ich, i jeśli ten obcy człowiek umarł, zawiadomili tamtejsze władze. Przez jedno zdarzenie, z praworządnej pani sierżant, stała się podejrzaną tak samo jak Jones... Oboje musieli mieć się na baczności.
Obudził go własny krzyk bólu. Miotał się po materacu, lecz żadna pozycja ciała, nie przynosiła ulgi. O'Hara była przy nim.
- Gdzie masz lek? Pomogę ci, ale gdzie są fiolki? James! - szarpnęła go za ramię, - James!
Nachyliła się do jego ust, wyłapując urywany szept. Za chwilę wróciła z pudełkiem. Okazało się, że zostały dwie ostatnie dawki. Podała mu obie.
Zapach kawy przyjemnie łechtał nozdrza. W półśnie delektowała się nim przez chwilę. Przypomniała sobie nagle o chorym i poderwała się na nogi.
- Dzień dobry! - uśmiechnął się do niej, wgryzając się w rogalik. - Mmm... Akurat taki, jak lubię! - zachwycił się. - Dołączysz do mnie?
- Ja chyba jeszcze śnię... - spojrzała na okno potem znów na Jonesa.
- Jeśli śni nam się to samo, to jest to pyszny sen! - zażartował.
- W nocy miałeś atak, pamiętasz? Nie masz już lekarstwa... Możesz nie przeżyć następnego...
Sprawdził pudełko i zakrztusił się kęsem ciastka.
- O cholera!!! Muszę zadzwonić!
Fery odebrał chyba po setnym sygnale.
- Czego chcesz? - warknął od razu. - Przerwałeś mi przednią zabawę!
- Potrzebuję mojego leku, i to na już! Inaczej nie dostaniesz swoich krwawych monet! Zabiłeś następnego niewinnego człowieka!
- Ja nie zostawiam po sobie śladów! Ci strażnicy byli już zbędni! To co należało kiedyś do mnie, niedługo odzyskam! Podtrzymywanie twojego żywota, to mała cena za to, co otrzymam, kiedy tu do mnie wrócisz!
środa, 6 listopada 2019
Rozdział 7.
Miejski pejzaż ustąpił łagodnie wiejskim klimatom. Gorące popołudnie dawało się we znaki. W Brewster, zaparkowali zaraz za wjazdem do wsi. Lichy cień, rzucany przez nieduże drzewo, nie dawał schronienia przed skwarem.
Jones poraz kolejny wziął mapę.
- Jak odnaleźć właściciela srebrnika? Ta kropka nie daje żadnych informacji...- obejrzał stary papier z góry na dół. - Powinny być zapiski, cokolwiek, a nie jakiś punkt!!! - wzbierała w nim frustracja.
O'Hara zakręciła butelkę wody, z której piła. Zajrzała ze swego miejsca na rozłożony arkusz. Coś przykuło jej uwagę. Odpięła pas, wyskoczyła z wozu i przeszła na stronę Jamesa.
- Spójrz tutaj... - położyła palec na jednej z pionowych kresek południków, przeciągnęła w dół do zetknięcia z równoleżnikiem.
- Pani sierżant, jest pani wielka!!! - Jones aż cmoknął kobietę w policzek. Roześmiała się.
Komórką zrobił odpowiednie powiększenie wytycznych, które pokazała mu Linda. Odczytał je na głos. Jego towarzyszka już lokowała się na miejscu kierowcy i odpalała silnik.
- Będziemy tam za godzinę!
Minęli ostatnie budowle. Wkoło były już tylko pola. Zwątpienie ogarnęło oboje.
- Co do cholery... - James nerwowo rozglądał się, szukając czegoś, co wskazywałoby na prawidłowy odczyt mapy. W oddali poruszały się jakieś postaci.
- Podjedź, zapytamy ich chociaż, gdzie się przywlekliśmy... - zaproponował zrezygnowany.
- Chcesz ryzykować? - O'Hara była ostrożniejsza.
- To co, masz zamiar błąkać się po bezdrożach na zadupiu? - nie upilnował swojego języka Jones. - Przepraszam... - dodał szybko.
Nie odpowiedziała. Wysiadła z samochodu i ruszyła sama, do wcześniej zauważonych ludzi.
Okazali się być tutejszymi farmerami. Odpoczywali po pracy na polu.
- Witam! Sierżant O'Hara. - mignęła odznaką. - Chciałabym zadać wam kilka pytań...
Rosły mężczyzna, w rozpiętej, kraciastej koszuli, splunął i odwrócił głowę. Dwóch pozostałych zaciekawiła obecność nieumundurowanej kobiety.
- Pani władza tu raczej nic nie da... - odparł ten w koszuli. - To moje pole, moi pracownicy...
- Nie jestem tu na pogaduszki! - przerwała rolnikowi. - Chcę usłyszeć odpowiedzi...
- Taa... Już to mówiłaś paniusiu! - włączył się do rozmowy facet, w samych jeansach. Opalone plecy i imponujące bicepsy, wskazywały, że ciężka robota, nie była mu obca. Linda pomyślała, że nie chciałaby stanąć z nim do walki.
Trzeci z obecnych był małomówny. Ubrany podobnie jak pracodawca, w koszulę w zielono czarną kratę, starał się nie zwracać na siebie uwagi policjantki. Ta jednak zagadnęła go:
- Może pan, będzie w stanie mi pomóc?
- Nie sądzę... - ruszył do zaparkowanego samochodu.
Zwierzchnik obu, okazał się typem mało cierpliwym. Zaatakował Lindę, kiedy ta, chciała podążyć za jego oddalającym się parobkiem. Jakże się przeliczył! Nim pomyślał co się stało, wywinął pięknego kozła i runął na ziemię, kląc przy tym strasznie. Świadkowie porażki szefa, stali teraz jak wmurowani, zaskoczeni takim finałem. Sierżant opierała się jedną stopą o plecy leżącego przeciwnika.
- Ok... Pobawiliśmy się pięknie. Czy teraz zechcecie współpracować? - przywołała gestem mężczyznę, który już wsiadał do zdzelowanego pickup'a.
- Czy znacie kogoś, kto zajmuje się hobbystycznie numizmatyką? - spytała.
- A co to jest? - zapytał siedzący na ziemi, obolały gospodarz. Bolało go chyba całe ciało, nie miał czucia w lewej ręce. Rozmasował ją, posyłając Lindzie zabójcze spojrzenie.
- Szefie, to chyba chodzi o jakieś znaczki, czy inne badziewie... Znaczy się, że się to zbiera... - pośpiesznie wyjaśnił ten bez koszuli.
- Blisko. Chodzi o zbieranie starych monet... - sprostowała policjantka.
- Źle trafiłaś paniusiu! Tu takimi głupotami nikt się nie zajmuje! - pokonany nadal nie podnosił się.
- Ale szefie... Pracowałem u jednego takiego tutaj, na wyjeździe ze wsi... On coś mi opowiadał, że ma taką monetę, za którą może sobie kupić pół Stanu! - ten w jeansach okazał się wielce pomocny. Sierżant zwróciła się do niego:
- Podasz mi adres tego człowieka?
Niechętnie to uczynił. Spisała dane i czym prędzej wróciła do swojego samochodu.
****************"**
James zajęty był lekturą. Ogromna księga leżała na jego kolanach. Kiedy zapukała w okno, omal nie upuścił jej na podłogę.
Linda usiadła na miejsce i oddała notatkę.
- Byliśmy blisko. - rzuciła mu tylko. Już cofała auto na piaszczystej drodze.
Przeczytał informację.
- Tak długo z nimi rozmawiałaś, że postanowiłem sobie poczytać. Dlaczego zajęło to tobie tyle czasu? - zainteresował się.
- Powiedzmy, że nie wszyscy byli skłonni mi pomóc... - schowała niesforny kosmyk za ucho.
Jones przyjrzał się uważnie kobiecie.
- Co ci się stało? - zapytał nagle. Zauważył lekkie rozdarcie na szwie rękawa Lindy, na prawej dłoni widniało spore otarcie. - Czy oni ciebie zaatakowali?! - przeraził się.
- Nic mi nie jest! Nie martw się o mnie, jestem dużą dziewczynką. Zaraz będziemy na miejscu! - oznajmiła.
Na tyłach niewielkiego domu, w ogrodzie zastali jego właściciela. Plewił jakieś grządki. Zobaczył przyjezdnych i wyprostował się.
- Co mogę dla państwa zrobić? - spytał.
Był mężczyzną w sile wieku, wyglądał raczej na pracownika jakiejś korporacji, niż na farmera.
Jones zagadnął go jako pierwszy:
- Pan interesuje się numizmatyką?
Otarł ręce o ogrodniczki, namyślając się co powiedzieć. Prawdomówność chyba zwyciężyła, bo wydusił:
- Ttak... ale... skąd państwo o tym mogą wiedzieć...?
- Mamy do pana interes. Czy możemy wejść? - sierżant O'Hara uśmiechnęła się do ogrodnika.
Podziałało. Mężczyzna zaprosił ich na taras. Usiedli na krzesłach, James odłożył książkę na stół.
- Szanowny panie, jestem zainteresowany starą monetą. Gdyby miał pan jakąś szczególną, może ubijemy wspomniany interes...?
Widać było, że ten człowiek niedowierzał temu, co mu powiedzieli. Bijąc się z myślami, pochylił się do przodu. Zupełnie przypadkiem odczytał tytuł tomu, leżącego na jego stole, oparł się szybko i krzyknął:
- Kto was wynajął?
- To nie ważne. - Jonesa zaskoczył ton mężczyzny. Linda poruszyła się niespokojnie na krześle.
- Dla mnie jest to bardzo ważne! Kto was do mnie przysłał?! - gospodarz gotów był ich wyrzucić, nie sprzedając srebrnika. Do tego nie mogli dopuścić.
James w ostatniej chwili odezwał się:
- Jeżeli pan chce, byśmy powiedzieli panu całą prawdę, wejdźmy do środka. Myślę, że powinniśmy grać w otwarte karty!
Jones poraz kolejny wziął mapę.
- Jak odnaleźć właściciela srebrnika? Ta kropka nie daje żadnych informacji...- obejrzał stary papier z góry na dół. - Powinny być zapiski, cokolwiek, a nie jakiś punkt!!! - wzbierała w nim frustracja.
O'Hara zakręciła butelkę wody, z której piła. Zajrzała ze swego miejsca na rozłożony arkusz. Coś przykuło jej uwagę. Odpięła pas, wyskoczyła z wozu i przeszła na stronę Jamesa.
- Spójrz tutaj... - położyła palec na jednej z pionowych kresek południków, przeciągnęła w dół do zetknięcia z równoleżnikiem.
- Pani sierżant, jest pani wielka!!! - Jones aż cmoknął kobietę w policzek. Roześmiała się.
Komórką zrobił odpowiednie powiększenie wytycznych, które pokazała mu Linda. Odczytał je na głos. Jego towarzyszka już lokowała się na miejscu kierowcy i odpalała silnik.
- Będziemy tam za godzinę!
Minęli ostatnie budowle. Wkoło były już tylko pola. Zwątpienie ogarnęło oboje.
- Co do cholery... - James nerwowo rozglądał się, szukając czegoś, co wskazywałoby na prawidłowy odczyt mapy. W oddali poruszały się jakieś postaci.
- Podjedź, zapytamy ich chociaż, gdzie się przywlekliśmy... - zaproponował zrezygnowany.
- Chcesz ryzykować? - O'Hara była ostrożniejsza.
- To co, masz zamiar błąkać się po bezdrożach na zadupiu? - nie upilnował swojego języka Jones. - Przepraszam... - dodał szybko.
Nie odpowiedziała. Wysiadła z samochodu i ruszyła sama, do wcześniej zauważonych ludzi.
Okazali się być tutejszymi farmerami. Odpoczywali po pracy na polu.
- Witam! Sierżant O'Hara. - mignęła odznaką. - Chciałabym zadać wam kilka pytań...
Rosły mężczyzna, w rozpiętej, kraciastej koszuli, splunął i odwrócił głowę. Dwóch pozostałych zaciekawiła obecność nieumundurowanej kobiety.
- Pani władza tu raczej nic nie da... - odparł ten w koszuli. - To moje pole, moi pracownicy...
- Nie jestem tu na pogaduszki! - przerwała rolnikowi. - Chcę usłyszeć odpowiedzi...
- Taa... Już to mówiłaś paniusiu! - włączył się do rozmowy facet, w samych jeansach. Opalone plecy i imponujące bicepsy, wskazywały, że ciężka robota, nie była mu obca. Linda pomyślała, że nie chciałaby stanąć z nim do walki.
Trzeci z obecnych był małomówny. Ubrany podobnie jak pracodawca, w koszulę w zielono czarną kratę, starał się nie zwracać na siebie uwagi policjantki. Ta jednak zagadnęła go:
- Może pan, będzie w stanie mi pomóc?
- Nie sądzę... - ruszył do zaparkowanego samochodu.
Zwierzchnik obu, okazał się typem mało cierpliwym. Zaatakował Lindę, kiedy ta, chciała podążyć za jego oddalającym się parobkiem. Jakże się przeliczył! Nim pomyślał co się stało, wywinął pięknego kozła i runął na ziemię, kląc przy tym strasznie. Świadkowie porażki szefa, stali teraz jak wmurowani, zaskoczeni takim finałem. Sierżant opierała się jedną stopą o plecy leżącego przeciwnika.
- Ok... Pobawiliśmy się pięknie. Czy teraz zechcecie współpracować? - przywołała gestem mężczyznę, który już wsiadał do zdzelowanego pickup'a.
- Czy znacie kogoś, kto zajmuje się hobbystycznie numizmatyką? - spytała.
- A co to jest? - zapytał siedzący na ziemi, obolały gospodarz. Bolało go chyba całe ciało, nie miał czucia w lewej ręce. Rozmasował ją, posyłając Lindzie zabójcze spojrzenie.
- Szefie, to chyba chodzi o jakieś znaczki, czy inne badziewie... Znaczy się, że się to zbiera... - pośpiesznie wyjaśnił ten bez koszuli.
- Blisko. Chodzi o zbieranie starych monet... - sprostowała policjantka.
- Źle trafiłaś paniusiu! Tu takimi głupotami nikt się nie zajmuje! - pokonany nadal nie podnosił się.
- Ale szefie... Pracowałem u jednego takiego tutaj, na wyjeździe ze wsi... On coś mi opowiadał, że ma taką monetę, za którą może sobie kupić pół Stanu! - ten w jeansach okazał się wielce pomocny. Sierżant zwróciła się do niego:
- Podasz mi adres tego człowieka?
Niechętnie to uczynił. Spisała dane i czym prędzej wróciła do swojego samochodu.
****************"**
James zajęty był lekturą. Ogromna księga leżała na jego kolanach. Kiedy zapukała w okno, omal nie upuścił jej na podłogę.
Linda usiadła na miejsce i oddała notatkę.
- Byliśmy blisko. - rzuciła mu tylko. Już cofała auto na piaszczystej drodze.
Przeczytał informację.
- Tak długo z nimi rozmawiałaś, że postanowiłem sobie poczytać. Dlaczego zajęło to tobie tyle czasu? - zainteresował się.
- Powiedzmy, że nie wszyscy byli skłonni mi pomóc... - schowała niesforny kosmyk za ucho.
Jones przyjrzał się uważnie kobiecie.
- Co ci się stało? - zapytał nagle. Zauważył lekkie rozdarcie na szwie rękawa Lindy, na prawej dłoni widniało spore otarcie. - Czy oni ciebie zaatakowali?! - przeraził się.
- Nic mi nie jest! Nie martw się o mnie, jestem dużą dziewczynką. Zaraz będziemy na miejscu! - oznajmiła.
Na tyłach niewielkiego domu, w ogrodzie zastali jego właściciela. Plewił jakieś grządki. Zobaczył przyjezdnych i wyprostował się.
- Co mogę dla państwa zrobić? - spytał.
Był mężczyzną w sile wieku, wyglądał raczej na pracownika jakiejś korporacji, niż na farmera.
Jones zagadnął go jako pierwszy:
- Pan interesuje się numizmatyką?
Otarł ręce o ogrodniczki, namyślając się co powiedzieć. Prawdomówność chyba zwyciężyła, bo wydusił:
- Ttak... ale... skąd państwo o tym mogą wiedzieć...?
- Mamy do pana interes. Czy możemy wejść? - sierżant O'Hara uśmiechnęła się do ogrodnika.
Podziałało. Mężczyzna zaprosił ich na taras. Usiedli na krzesłach, James odłożył książkę na stół.
- Szanowny panie, jestem zainteresowany starą monetą. Gdyby miał pan jakąś szczególną, może ubijemy wspomniany interes...?
Widać było, że ten człowiek niedowierzał temu, co mu powiedzieli. Bijąc się z myślami, pochylił się do przodu. Zupełnie przypadkiem odczytał tytuł tomu, leżącego na jego stole, oparł się szybko i krzyknął:
- Kto was wynajął?
- To nie ważne. - Jonesa zaskoczył ton mężczyzny. Linda poruszyła się niespokojnie na krześle.
- Dla mnie jest to bardzo ważne! Kto was do mnie przysłał?! - gospodarz gotów był ich wyrzucić, nie sprzedając srebrnika. Do tego nie mogli dopuścić.
James w ostatniej chwili odezwał się:
- Jeżeli pan chce, byśmy powiedzieli panu całą prawdę, wejdźmy do środka. Myślę, że powinniśmy grać w otwarte karty!
Rozdział 6.
- Co dalej w takim razie? - zapytała.
Oderwał wzrok od przedmiotów. Rozłożył przed sobą rysunek mapy.
- Zobaczmy... - pochylił się nad pożółkłą tekturą.
- James... Ja mówię poważnie! Nie masz już czasu na odnalezienie pozostałych miedziaków!
- Srebrników... - poprawił.
- Oh!!! Jakie to ma teraz znaczenie! Jesteś podejrzany o morderstwo! To powinien być twój priorytet!
Jones nie słuchał. Śledził uważnie wykresy południków i równoleżników. Ktoś narysował bardzo starannie kontur Ameryki Północnej, oznaczył kierunki świata. Czerwona niegdyś linia, poznaczona była trzydziestoma punktami...
Wyjął pojemnik, wypił duszkiem, i powrócił do odczytywania mapki.
- Jones! Słyszysz co do ciebie mówię?! - O'Hara machnęła mu ręką przed twarzą. Na moment podniósł oczy znad znaleziska.
- Nie.
Zasłoniła mu mapę dłońmi, nakazując wysłuchanie jej. Niechętnie to uczynił.
Jak duch, przy ich stoliku zjawił się kelner.
- Przepraszam państwa, ale... skoro nic państwo nie zamawiają...
- Poproszę mocną kawę! - przerwała mężczyźnie Linda. Zaskoczony, przyjął zamówienie i odszedł.
Sierżant zwróciła się do Jonesa:
- Na ile wystarczy ci tego leku? Zdajesz sobie sprawę, że twoja sytuacja zmieniła się, i grozi ci niebezpieczeństwo? Pytałam co chcesz zrobić?
James pokazał palcem kropkę na mapie.
- Jadę tam. Z tobą, bez ciebie... A potem po kolejny, aż zbiorę je wszystkie. Masz zapasowe auto? Będę wdzięczny...
Już wstał od stołu, zbierając z niego wszystko co pokazał policjantce. Jego postawa zaskoczyła ją tak bardzo, że sama, gwałtownie podnosząc się z miejsca, potrąciła kelnera z tacą.
- Jones! Co ty wyprawiasz?! - rzuciła na mokrą od rozlanej kawy tacę należność, i ruszyła za wychodzącym z restauracji Jamesem. Czekał na nią przy radiowozie.
*******************
W domu, zadzwoniła do szefa z prośbą o urlop. Nie uściśliła, ile czasu jej nie będzie, ale powołała się na zaległe dni wolne, których nie wykorzystała. Miała ich aż nad to. Jej przełożony niechętnie przystał na to. Jones brał w tym czasie prysznic. Gdy wrócił do pokoju, zauważył, że Linda pakuje torbę.
- Nie możesz ryzykować! - zaoponował od razu. - Nie masz pojęcia z czym zadarłem! Jeśli pojedziesz tam ze mną, będziesz w takim samym niebezpieczeństwie jak ja, albo większym!
Tym razem ona była uparta. Nie odpowiedziała na jego ostrzeżenia, wciąż dokładając rzeczy do bagażu. Dopiero uporawszy się z tobołkiem, odezwała się:
- Nie możesz być sam! Pamiętasz jeszcze, że jestem gliną? Zdajesz sobie sprawę, że nie wytłumaczysz się innym policjantom, kiedy, któryś zatrzyma cię, choćby po to, aby sprawdzić twój bagaż? Na pewno już wysłano za tobą list gończy! Jak masz zamiar jeździć po całym kraju, będąc ściganym przez prawo?
- Nie pomyślałem o tym! Ok! To jaki masz plan? - ustąpił.
- Jadę z tobą, i to ja będę prowadzić. Lepiej, by pierwszą osobą, którą zobaczy glina, był inny przedstawiciel prawa! Zrozumiano?
Pozostało mu tylko przytaknąć. Miała rację. Musiał przyznać się przed sobą, że w wirze zdarzeń, zapomniał o bezpieczeństwie.
- Została nam jeszcze jedna kwestia - skąd wziąć dla ciebie lek?
- To będzie łatwiejsze niż myślisz! - mrugnął do niej, i wybrał numer.
Fery nie był zachwycony towarzyszką Jonesa. Podświadomie bał się jej i wpływu jaki wywiera na jego obecnego niewolnika. "- Taaa... Jesteś moim niewolnikiem James Jones!" - poinformował mężczyznę.
- Jakoś się nie czuję! - odgryzł się Jones. - A jeżeli tak ci zależy uzbierać pieniądze, to jesteś zmuszony zaopatrywać mnie w lek, który dał mi lekarz. Przyznaj się zasrańcu, zabiłeś go za to?!
- To ciebie szuka policja Denver, nie mnie! - gładko sparował oskarżenie Luc. - Ale znaj łaskę pana! Będziesz miał to cholerne lekarstwo, w każdym miejscu, oznaczonym na mapie! W miastach - na poczcie, we wsi, we wskazanej przeze mnie skrzynce na listy! Bez odbioru!!!
**************
Do Hrabstwa Blaine zostało około dwóch mil. Zatrzymali się w niewielkim hotelu, by odpocząć i zjeść coś ciepłego. Jones padł jak długi na łóżko. Linda skorzystała z długiej kąpieli. Do świtu było jeszcze daleko.
Obudzili się przed wschodem słońca. W recepcji zapłacili za wszystko i ruszyli dalej. Prawie nie odzywali się do siebie, zatopieni we własnych myślach.
James przerwał zadumę:
- Jestem tobie na serio wdzięczny... - zaczął.
- Nie mówmy o tym. - ucięła.
Zaskoczyła go jej reakcja.
- Od naszej rozmowy w restauracji, jesteś jakaś nieswoja... Co cię gryzie?
Linda na chwilę odwróciła wzrok od drogi.
- Zwyczajnie, zastanawiam się jak to wszystko się zakończy... Mam tyle pytań...
- Witaj w moim świecie... - mruknął jej w odpowiedzi.
Oderwał wzrok od przedmiotów. Rozłożył przed sobą rysunek mapy.
- Zobaczmy... - pochylił się nad pożółkłą tekturą.
- James... Ja mówię poważnie! Nie masz już czasu na odnalezienie pozostałych miedziaków!
- Srebrników... - poprawił.
- Oh!!! Jakie to ma teraz znaczenie! Jesteś podejrzany o morderstwo! To powinien być twój priorytet!
Jones nie słuchał. Śledził uważnie wykresy południków i równoleżników. Ktoś narysował bardzo starannie kontur Ameryki Północnej, oznaczył kierunki świata. Czerwona niegdyś linia, poznaczona była trzydziestoma punktami...
Wyjął pojemnik, wypił duszkiem, i powrócił do odczytywania mapki.
- Jones! Słyszysz co do ciebie mówię?! - O'Hara machnęła mu ręką przed twarzą. Na moment podniósł oczy znad znaleziska.
- Nie.
Zasłoniła mu mapę dłońmi, nakazując wysłuchanie jej. Niechętnie to uczynił.
Jak duch, przy ich stoliku zjawił się kelner.
- Przepraszam państwa, ale... skoro nic państwo nie zamawiają...
- Poproszę mocną kawę! - przerwała mężczyźnie Linda. Zaskoczony, przyjął zamówienie i odszedł.
Sierżant zwróciła się do Jonesa:
- Na ile wystarczy ci tego leku? Zdajesz sobie sprawę, że twoja sytuacja zmieniła się, i grozi ci niebezpieczeństwo? Pytałam co chcesz zrobić?
James pokazał palcem kropkę na mapie.
- Jadę tam. Z tobą, bez ciebie... A potem po kolejny, aż zbiorę je wszystkie. Masz zapasowe auto? Będę wdzięczny...
Już wstał od stołu, zbierając z niego wszystko co pokazał policjantce. Jego postawa zaskoczyła ją tak bardzo, że sama, gwałtownie podnosząc się z miejsca, potrąciła kelnera z tacą.
- Jones! Co ty wyprawiasz?! - rzuciła na mokrą od rozlanej kawy tacę należność, i ruszyła za wychodzącym z restauracji Jamesem. Czekał na nią przy radiowozie.
*******************
W domu, zadzwoniła do szefa z prośbą o urlop. Nie uściśliła, ile czasu jej nie będzie, ale powołała się na zaległe dni wolne, których nie wykorzystała. Miała ich aż nad to. Jej przełożony niechętnie przystał na to. Jones brał w tym czasie prysznic. Gdy wrócił do pokoju, zauważył, że Linda pakuje torbę.
- Nie możesz ryzykować! - zaoponował od razu. - Nie masz pojęcia z czym zadarłem! Jeśli pojedziesz tam ze mną, będziesz w takim samym niebezpieczeństwie jak ja, albo większym!
Tym razem ona była uparta. Nie odpowiedziała na jego ostrzeżenia, wciąż dokładając rzeczy do bagażu. Dopiero uporawszy się z tobołkiem, odezwała się:
- Nie możesz być sam! Pamiętasz jeszcze, że jestem gliną? Zdajesz sobie sprawę, że nie wytłumaczysz się innym policjantom, kiedy, któryś zatrzyma cię, choćby po to, aby sprawdzić twój bagaż? Na pewno już wysłano za tobą list gończy! Jak masz zamiar jeździć po całym kraju, będąc ściganym przez prawo?
- Nie pomyślałem o tym! Ok! To jaki masz plan? - ustąpił.
- Jadę z tobą, i to ja będę prowadzić. Lepiej, by pierwszą osobą, którą zobaczy glina, był inny przedstawiciel prawa! Zrozumiano?
Pozostało mu tylko przytaknąć. Miała rację. Musiał przyznać się przed sobą, że w wirze zdarzeń, zapomniał o bezpieczeństwie.
- Została nam jeszcze jedna kwestia - skąd wziąć dla ciebie lek?
- To będzie łatwiejsze niż myślisz! - mrugnął do niej, i wybrał numer.
Fery nie był zachwycony towarzyszką Jonesa. Podświadomie bał się jej i wpływu jaki wywiera na jego obecnego niewolnika. "- Taaa... Jesteś moim niewolnikiem James Jones!" - poinformował mężczyznę.
- Jakoś się nie czuję! - odgryzł się Jones. - A jeżeli tak ci zależy uzbierać pieniądze, to jesteś zmuszony zaopatrywać mnie w lek, który dał mi lekarz. Przyznaj się zasrańcu, zabiłeś go za to?!
- To ciebie szuka policja Denver, nie mnie! - gładko sparował oskarżenie Luc. - Ale znaj łaskę pana! Będziesz miał to cholerne lekarstwo, w każdym miejscu, oznaczonym na mapie! W miastach - na poczcie, we wsi, we wskazanej przeze mnie skrzynce na listy! Bez odbioru!!!
**************
Do Hrabstwa Blaine zostało około dwóch mil. Zatrzymali się w niewielkim hotelu, by odpocząć i zjeść coś ciepłego. Jones padł jak długi na łóżko. Linda skorzystała z długiej kąpieli. Do świtu było jeszcze daleko.
Obudzili się przed wschodem słońca. W recepcji zapłacili za wszystko i ruszyli dalej. Prawie nie odzywali się do siebie, zatopieni we własnych myślach.
James przerwał zadumę:
- Jestem tobie na serio wdzięczny... - zaczął.
- Nie mówmy o tym. - ucięła.
Zaskoczyła go jej reakcja.
- Od naszej rozmowy w restauracji, jesteś jakaś nieswoja... Co cię gryzie?
Linda na chwilę odwróciła wzrok od drogi.
- Zwyczajnie, zastanawiam się jak to wszystko się zakończy... Mam tyle pytań...
- Witaj w moim świecie... - mruknął jej w odpowiedzi.
wtorek, 5 listopada 2019
Rozdział 5.
Jego telefon znów ożył. Fery był wściekły.
- Posłuchaj mnie uważnie...- zaczął, cedząc słowa. - Jak na razie, nikt nie skojarzył śmierci doktorka z tobą... A sekcja zwłok tej starej wywłoki, pokaże tzw: "przyczyny naturalne śmierci", czyli... Oba zgony nie obciążą ciebie... Jeżeli tylko, przyjdzie ci do łba, w jakiś sposób mnie wykiwać, zdechniesz w więzieniu, bez lekarstwa swojego zmarłego lekarza!!! Zrozumiałeś?!
Jones zbladł.
- Co mam robić? - rzucił nerwowo.
- Przeszukaj bibliotekę, naszego drogiego Boba... Powinna tam znajdować się skrytka, zawierająca srebrnik i dane, gdzie jest kolejny... I tym razem nie zchrzań zadania, bo pozbędę się ciebie jak darmozjada!!!
Przerwana rozmowa przyniosła ulgę Jamesowi.
Przeszedł do biblioteki. Regały wypełnione książkami, pachniały starością i wilgocią. Na solidnym biurku ułożono trzy stosy grubych ksiąg. Podszedł do nich. Odkurzył grzbiety dłonią i odczytał tytuły. Zainteresowały go. Dżwignął jeden z nich i położył na kawałku wolnego miejsca. Strony kurzyły się przy każdym ich poruszeniu, aż dostał ataku kaszlu. Na ilustracji jednej z kart widniał wizerunek diabła. Obok treść, oznajmiająca odbiorcy, że oto szatan zawsze ponawia próby zawładnięcia tym światem, a najbardziej zależy mu na opętaniu jak największej ilości dusz.
"A oto Szatan próbuje od zarania zjawić się na tej ziemi, by swymi czynami zatruwać życie ludzkie. Dokładajmy więc bracia i siostry wszelkich starań, ażeby do wcielenia ów nie doszło!
Już nawet za czasów Jezusa, gdy Judasz zdradził swego Mistrza, zapłata za Jego wydanie została rozproszona! Trzydzieści srebrników udało się naszym magom rozbić po świecie, aby już nikt, i nigdy nie zdołał ich użyć do zdrady, a co idzie za tym, przywołać na ten świat Księcia Ciemności, samego Lucyfera! (Kazanie do ludu, autor nieznany. Anno Domini 1666)"
James wrócił do wątku o srebrnych pieniądzach. "Została rozproszona..."- zamyślił się. - Dlatego ich szuka... To był zapewne powód, dla którego Bob, tak zaciekle postawił się Fery'emu! I Luc postanowił dać mu taką nauczkę! Ale, po jaką cholerę, Luc chce przywołać na ziemię diabła? On sam doskonale go przypomina! - uśmiechnął się do swoich rozmyślań.
O mało nie dostał zawału przez następny telefon. Tym razem była to pani sierżant.
- Cześć! Z czym...
- James?! - zbyt głośno wypowiedziane jego imię, sprawiło, że odchylił komórkę od ucha.
- Tak, Linda, wszystko ok???!!! - prawie odkrzyknął.
- James, gdzie jesteś?! Muszę się z tobą zobaczyć! Teraz!
Wpadł w panikę. Jeżeli O'Hara zobaczy zwłoki staruszki, posądzi go o morderstwo! A on nawet nie odnalazł drugiego pieniądza. Musiał zyskać na czasie na tyle, by wszystko wykonać! W innym razie... Poczuł znajomy ogień w żołądku i jelitach. Szybko przełknął zawartość fiolki. Powrócił do rozmowy z policjantką:
- Słuchaj, spotkamy się za godzinę, w restauracji w mieście, tej, zaraz obok hotelu! Kojarzysz?
- Dobra! Masz godzinę!
- Ufff... - chwilę patrzył na księgę, wydarł po prostu interesujące go strony, i jego wzrok spoczął na największej z wszystkich ułożonych książek. Kurz osłaniał sporą ilość liter tytułu na jej grzbiecie.
Wydobył dzieło, szybko otworzył na byle której stronie i przeczytał:
"Zaklęcia, czary, biała magia, czarna magia, egzorcyzmy świeckie..."
- To przyda mi się całe. - zdecydował od razu. - Teraz muszę poszukać tego przeklętego srebrnika. - ponaglił się. Zaczął przeszukiwać najpierw stary mebel.
Srebrny krążek, jak przypuszczał, był ukryty w biurku, w ostatniej szufladzie, pomiędzy dwiema dyktami jej dna. Rysunek czegoś w rodzaju mapy, leżał obok.
Jones spojrzał na zegarek. Był bardzo spóźniony.
Zapakował tomisko do jakiejś torby, schował do wewnętrznej kieszeni marynarki drugi srebrnik, i zadzwonił po taksówkę. Miał nadzieję, że Linda czeka na niego w restauracji...
***************
Czekała, zdenerwowana jak nigdy. Kiedy pojawił się w lokalu, podbiegła do niego.
- Gdzie byłeś do cholery?! - tłumiła złość, aż oczy jej błyszczały.
- Hola, pani sierżant! Nie wiedziałem, że jest w tobie tyle ognia! - chciał jakoś udobruchać przedstawicielkę władzy. Lecz Linda nie reagowała na jego starania.
- Czy wiesz, że lekarz, który rozmawiał z tobą, nie żyje? Ty byłeś z nim sam, w zamkniętym pokoju pielęgniarek! Co mu zrobiłeś? Mów!!!
- Wiem, że mi nie uwierzysz, ale to nie ja. - nie patrzył na kobietę. Za to ona patrzyła na niego, i miała zamiar aresztować go, tylko dlatego, iż był wtedy w złym miejscu, o złej porze.
- Masz kurewską rację Jones! Nie wierzę ci! Nie wierzę, że uratowałam dupsko mordercy!!! - tak bardzo powstrzymywane łzy, pociekły strugami po pięknych rysach twarzy. Z bezsilności zaczęła tłuc go pięściami po klatce piersiowej. Nie oponował. Sam nie miał żadnego pomysłu, jak wyplątać się z tego wszystkiego. Gdy już trochę ochłonęła, posadził ją przy stoliku, usiadł na przeciw. Postanowił, że teraz nadszedł moment, na zwierzenie się choć jednej osobie, ze skrywanych sekretów.
**************
Skończyła czytać "Kazanie" i dotknęła monet leżących przed nią. Zdziwienie, pomieszane ze strachem nie znikało z jej oczu.
- Nie mogę tego przekazać mojemu szefowi... W sumie, nie mam nic... A ty pozostajesz podejrzany o morderstwo lekarza... - przykro mi... Jeżeli moi koledzy z pracy, dotrą do domu tej kobiety, postawią ci zarzuty i... - urwała.
Jones wpatrywał się w lśniące krążki. Teraz już był pewien, że śmierć depcze mu po piętach. I nie ważne było dla niego z czyjej to będzie ręki.
- Posłuchaj mnie uważnie...- zaczął, cedząc słowa. - Jak na razie, nikt nie skojarzył śmierci doktorka z tobą... A sekcja zwłok tej starej wywłoki, pokaże tzw: "przyczyny naturalne śmierci", czyli... Oba zgony nie obciążą ciebie... Jeżeli tylko, przyjdzie ci do łba, w jakiś sposób mnie wykiwać, zdechniesz w więzieniu, bez lekarstwa swojego zmarłego lekarza!!! Zrozumiałeś?!
Jones zbladł.
- Co mam robić? - rzucił nerwowo.
- Przeszukaj bibliotekę, naszego drogiego Boba... Powinna tam znajdować się skrytka, zawierająca srebrnik i dane, gdzie jest kolejny... I tym razem nie zchrzań zadania, bo pozbędę się ciebie jak darmozjada!!!
Przerwana rozmowa przyniosła ulgę Jamesowi.
Przeszedł do biblioteki. Regały wypełnione książkami, pachniały starością i wilgocią. Na solidnym biurku ułożono trzy stosy grubych ksiąg. Podszedł do nich. Odkurzył grzbiety dłonią i odczytał tytuły. Zainteresowały go. Dżwignął jeden z nich i położył na kawałku wolnego miejsca. Strony kurzyły się przy każdym ich poruszeniu, aż dostał ataku kaszlu. Na ilustracji jednej z kart widniał wizerunek diabła. Obok treść, oznajmiająca odbiorcy, że oto szatan zawsze ponawia próby zawładnięcia tym światem, a najbardziej zależy mu na opętaniu jak największej ilości dusz.
"A oto Szatan próbuje od zarania zjawić się na tej ziemi, by swymi czynami zatruwać życie ludzkie. Dokładajmy więc bracia i siostry wszelkich starań, ażeby do wcielenia ów nie doszło!
Już nawet za czasów Jezusa, gdy Judasz zdradził swego Mistrza, zapłata za Jego wydanie została rozproszona! Trzydzieści srebrników udało się naszym magom rozbić po świecie, aby już nikt, i nigdy nie zdołał ich użyć do zdrady, a co idzie za tym, przywołać na ten świat Księcia Ciemności, samego Lucyfera! (Kazanie do ludu, autor nieznany. Anno Domini 1666)"
James wrócił do wątku o srebrnych pieniądzach. "Została rozproszona..."- zamyślił się. - Dlatego ich szuka... To był zapewne powód, dla którego Bob, tak zaciekle postawił się Fery'emu! I Luc postanowił dać mu taką nauczkę! Ale, po jaką cholerę, Luc chce przywołać na ziemię diabła? On sam doskonale go przypomina! - uśmiechnął się do swoich rozmyślań.
O mało nie dostał zawału przez następny telefon. Tym razem była to pani sierżant.
- Cześć! Z czym...
- James?! - zbyt głośno wypowiedziane jego imię, sprawiło, że odchylił komórkę od ucha.
- Tak, Linda, wszystko ok???!!! - prawie odkrzyknął.
- James, gdzie jesteś?! Muszę się z tobą zobaczyć! Teraz!
Wpadł w panikę. Jeżeli O'Hara zobaczy zwłoki staruszki, posądzi go o morderstwo! A on nawet nie odnalazł drugiego pieniądza. Musiał zyskać na czasie na tyle, by wszystko wykonać! W innym razie... Poczuł znajomy ogień w żołądku i jelitach. Szybko przełknął zawartość fiolki. Powrócił do rozmowy z policjantką:
- Słuchaj, spotkamy się za godzinę, w restauracji w mieście, tej, zaraz obok hotelu! Kojarzysz?
- Dobra! Masz godzinę!
- Ufff... - chwilę patrzył na księgę, wydarł po prostu interesujące go strony, i jego wzrok spoczął na największej z wszystkich ułożonych książek. Kurz osłaniał sporą ilość liter tytułu na jej grzbiecie.
Wydobył dzieło, szybko otworzył na byle której stronie i przeczytał:
"Zaklęcia, czary, biała magia, czarna magia, egzorcyzmy świeckie..."
- To przyda mi się całe. - zdecydował od razu. - Teraz muszę poszukać tego przeklętego srebrnika. - ponaglił się. Zaczął przeszukiwać najpierw stary mebel.
Srebrny krążek, jak przypuszczał, był ukryty w biurku, w ostatniej szufladzie, pomiędzy dwiema dyktami jej dna. Rysunek czegoś w rodzaju mapy, leżał obok.
Jones spojrzał na zegarek. Był bardzo spóźniony.
Zapakował tomisko do jakiejś torby, schował do wewnętrznej kieszeni marynarki drugi srebrnik, i zadzwonił po taksówkę. Miał nadzieję, że Linda czeka na niego w restauracji...
***************
Czekała, zdenerwowana jak nigdy. Kiedy pojawił się w lokalu, podbiegła do niego.
- Gdzie byłeś do cholery?! - tłumiła złość, aż oczy jej błyszczały.
- Hola, pani sierżant! Nie wiedziałem, że jest w tobie tyle ognia! - chciał jakoś udobruchać przedstawicielkę władzy. Lecz Linda nie reagowała na jego starania.
- Czy wiesz, że lekarz, który rozmawiał z tobą, nie żyje? Ty byłeś z nim sam, w zamkniętym pokoju pielęgniarek! Co mu zrobiłeś? Mów!!!
- Wiem, że mi nie uwierzysz, ale to nie ja. - nie patrzył na kobietę. Za to ona patrzyła na niego, i miała zamiar aresztować go, tylko dlatego, iż był wtedy w złym miejscu, o złej porze.
- Masz kurewską rację Jones! Nie wierzę ci! Nie wierzę, że uratowałam dupsko mordercy!!! - tak bardzo powstrzymywane łzy, pociekły strugami po pięknych rysach twarzy. Z bezsilności zaczęła tłuc go pięściami po klatce piersiowej. Nie oponował. Sam nie miał żadnego pomysłu, jak wyplątać się z tego wszystkiego. Gdy już trochę ochłonęła, posadził ją przy stoliku, usiadł na przeciw. Postanowił, że teraz nadszedł moment, na zwierzenie się choć jednej osobie, ze skrywanych sekretów.
**************
Skończyła czytać "Kazanie" i dotknęła monet leżących przed nią. Zdziwienie, pomieszane ze strachem nie znikało z jej oczu.
- Nie mogę tego przekazać mojemu szefowi... W sumie, nie mam nic... A ty pozostajesz podejrzany o morderstwo lekarza... - przykro mi... Jeżeli moi koledzy z pracy, dotrą do domu tej kobiety, postawią ci zarzuty i... - urwała.
Jones wpatrywał się w lśniące krążki. Teraz już był pewien, że śmierć depcze mu po piętach. I nie ważne było dla niego z czyjej to będzie ręki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Ten ktoś obok.
«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...
-
«PROLOG» - I, mamy go!!! - okrzyk triumfu ratownika medycznego oznajmił sukces reanimacji. Ostrożnie położono go na noszach i natychmiast ...
-
"Chwila, w której serce ustaje, życiu nowy smak nadaje..." Echo końskich kopyt dudniło po cichych uliczkach. Czarny karawan ciąg...
-
Jakby tu zacząć? Otóż...Witam na moim blogu :-) Spróbuję zmierzyć się na nim z sobą samą. Może Ktoś z was lubi czytać opowiadania różne, n...

