Po słonecznym dniu, przyszła kolej na dżdżysty poranek. Delikatne zasłonki z kropel, ścigających się po gładkich powierzchniach okien nie zachęcały do przebywania na dworze.
Zaparkował samochód przed bramą, z niechęcią wyskoczył na wilgotny chodnik i ruszył po kilka bagaży.
Dom, który odziedziczył po rodzicach, teraz w deszczu wyglądał ponuro, tak na zewnątrz, jak i wewnątrz. Przydomowy ogród, pomimo kwitnących kwiatów, przypominał cmentarzysko. Otrząsnął się z przygnębiających myśli. Nie mógł sobie pozwolić na chandrę z powodu byle pogody. Był profesjonalistą i tak chciał być postrzegany.
W kieszeni spodni rozbrzmiała muzyka.
- Gotowy? - głos z akcentem krzyczał z drugiej strony w aparat.
- W sumie, tak. Zabiorę tylko moje rzeczy i będę u pana za...
- Wyślę panu adres smsem. - szybko podchwycił nieznajomy.
- Jak pan ma w ogóle na imię???
Długi sygnał oznajmił koniec rozmowy. Zaskoczony patrzył chwilę na komórkę, nie wiedząc za bardzo co zrobić.
- Widzisz??? - zaczął łajać się na głos, - Zaufałeś jakiemuś obcemu gogusiowi w wymuskanym wdzianku!!! Człowieku!!! Facet nawet nie raczył się tobie przedstawić!!! Co on ma tobie do zaoferowania, oprócz jednego srebrnika?
Mimowolnie sięgnął do zawiniątka, ukrytego w wewnętrznej kieszeni marynarki. Poczuł mały okrągły przedmiot pod palcami i westchnął.
- Ok... Skoro jeden ma tak zawrotną wartość, to co dopiero reszta...?
Zamknął dokładnie drzwi wyjściowe, prowadzące przez kuchnię na ogród. Zostawił walizki i obszedł dom do wejścia głównego, sprawdzając przy okazji okna. Wszystko było w najlepszym porządku. Raz jeszcze złapał za klamkę, wrócił na ścieżkę ogrodu i ruszył do auta.
*****
Sygnał SMS przerwał rozmyślania. Akurat chciał ruszać i zastanawiał się dokąd ma się udać.
- Ma facet wyczucie... - mruknął pod nosem, odczytując dane, gdzie jechać.
SMS: "Luc Fery, nazwa ulicy, itd"
- A więc nazywasz się Luc Fery...? No... dobra, Luc, zobaczymy, ile prawdy jest w tym, co mi opowiadałeś...
Koniec drogi wieńczył stary dwór, wybudowany w jednym z tych styli, gdzie do wykończeń, używano zdobionych głów bestii i rzeźb goblinów, i diabłów. James nie bardzo lubił tego typu budowle. Już od samego patrzenia, człowiekowi włos jeżył się na głowie. Prawie był pewien, iż wnętrza skrywają podobne wystroje. Wziął głęboki wdech, i nacisnął dzwonek.
- Zapewne Mr. James Jones?
Odwrócił się do wejścia i odebrało mu mowę. W progu stała seksowna, młoda kobieta, ubrana w suknię, która więcej odsłaniała, i podkreślała niż odwrotnie. Materiał przypominał lamparcie futro. Wyglądała oszałamiająco.
- Tak, to ja, tylko... Chyba pomyliłem adres...- zażenowany, spojrzał na spory, pozłacany numer nad wejściem. Pokazywał właściwe drzwi. Raz jeszcze zmierzył się ze spojrzeniem półbogini w zwierzęcej skórze. Patrzyła zachęcająco.
- Niech pan wejdzie. Luc już na pana czeka.
W ogromnym salonie, na zabytkowych meblach, siedziały młode dziewczyny, każda w sukni od najmodniejszych projektantów. Pośród tych wszystkich pięknych ciał, trwał jak na tronie, sam Luc Fery. Wydawał się być jakimś władcą haremu, niż bogatym inwestorem, czy pasjonatem starych monet.
- Siadaj!!! - zawołał na widok Jonesa. Sam zaciągnął się cygarem, zapijając jego smak, winem, w złotym kielichu.
James przysiadł na czerwono obitym taborecie, wyczekując, kiedy ten podstarzały lovelas zacznie zbierać się do drogi.
- Wina, cygaro? - wskazał gospodarz, - Czym chata bogata!
Wziął cygaro, za wino podziękował. Tuż za nim stanęła jedna z nimf Luca. Nienachalnie oplotła mu twarz długimi palcami i zwróciła ku sobie. Jej uśmiech przypominał bóstwo z obrazów.
- Kali... Może nasz gość sobie nie życzy? - zwrócił jej uwagę Luc. Jednak ona nie miała czasu na odpowiedź. Namiętny pocałunek omal nie zwalił Jonesa z siedziska. Kusicielka już wiła się sprośnie na jego kolanach, chcąc jeszcze więcej.
Pan domu przestał zwracać na nich uwagę.
**********
Nie wiedzieć kiedy, był już późny wieczór. Zerwał się z satynowej pościeli, zawijając się w pasie prześcieradłem. Patrzył zdezorientowany na śpiącą w łóżku kobietę. Teraz widział wyraźnie, nie miała nawet szesnastu lat!!! Przecież to niemożliwe!!! Poszedł do łóżka z ...
- O kurwa...!!! Kurwa!!!!! Co ja do diabła zrobiłem???!!!
Niedowierzanie mieszało się z namiętnymi scenami z przed paru godzin.
W panice zaczął się ubierać najszybciej jak tylko potrafił. Wypadł z sypialni, prawie spadł ze schodów, (jak zdołał na nie wejść?), o mały włos zderzył by się z Ferym. Ten zatrzymał go za ramiona i zajrzał w twarz.
- Hej! Co się stało?
- Czy, zdajesz sobie sprawę, że twoje kochanki są niepełnoletnie??? - ryknął mu w odpowiedzi. Emocje i strach sięgnęły zenitu.
- A czy w amerykańskim prawie, nie ma przypadkiem paragrafu, mówiącego o tym, że nie jest to przestępstwem, jeżeli taka panna, sama pcha się tobie do łóżka? Hmm? - beztrosko odpowiedział gospodarz. - One, kochanieńki same tego chcą! Ja do niczego ich zmuszać nie muszę, i... nie mam zamiaru tego robić...
- Jesteś zboczony!!! Słyszysz? Zboczony!!! Zawiadomię...
- No, kogo? Tych, co przyjeżdżają tu prawie co weekend, a kryją się za odznakami policji??? - śmiech, głęboki, przerażający wyrwał się z ust Luca.
James zbladł... Luc kontynuował:
- Do twojej głupcze wiadomości, nikogo nie powiadomisz! Oni wszyscy gotowi są stanąć przeciw tobie, jako gwałcicielowi dzieciaka, pedofilowi, aniżeli przeciw mnie! Mam na nich wszystkich takie dowody ich grzesznych poczynań, że dla własnego dobra, zrobią wszystko co im każę!!! Ze straceniem ciebie w celi śmierci włącznie!
Jamesowi zakręciło się w głowie, osunął się na kolana. W słabowidzących oczach twarz Fery'ego stała się odrażająca, przysiągł by, że zobaczył samego diabła. Upadł twarzą na luksusowy dywanik.
*********
Deszcz padał nadal. Suv Jonesa mknął po mokrej nawierzchni, pomiędzy innymi uczestnikami ruchu. Pod powiekami wciąż miał diabelny wyraz twarzy Fery'ego, a w uszach brzmiały mu słowa, wypowiedziane na odchodnym:
- Pamiętaj, teraz ty również zrobisz co ci każę, aby zdobyć wszystkie srebrniki! Inaczej, twoja i tak już nadwerężona reputacja legnie w gruzach poczucia winy, oskarżeń i... Śmierci...
Odprowadzał go do drzwi tym swoim upiornym śmiechem.
Noc zaczęła nareszcie ustępować szaremu dniu. Droga do Denver, po nieprzespanej nocy stawała się nie do zniesienia. Na poboczu mignął mu znak hotelu i stacji benzynowej. Pstryknął guzik radio. Nadawano rzewną muzykę, przypominającą raczej konanie zwierzęcia, niż utwór. Przełączył stację.
"Wypadek miał miejsce niedaleko Denver, na autostradzie trwają obecnie prace sprzątające, aby jak najszybciej usprawnić ruch na trasie...
Objazd już jest oznakowany i można z niego korzystać, do czasu uprzątnięcia..."
Wyłączył odbiornik. Miał już wszystkiego serdecznie dość! A przecież ranek parę dni temu, zapowiadał się tak wspaniale! Dopóki w drzwiach nie stanął Luc Fery!
poniedziałek, 4 listopada 2019
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ten ktoś obok.
«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...
-
«PROLOG» - I, mamy go!!! - okrzyk triumfu ratownika medycznego oznajmił sukces reanimacji. Ostrożnie położono go na noszach i natychmiast ...
-
"Chwila, w której serce ustaje, życiu nowy smak nadaje..." Echo końskich kopyt dudniło po cichych uliczkach. Czarny karawan ciąg...
-
Jakby tu zacząć? Otóż...Witam na moim blogu :-) Spróbuję zmierzyć się na nim z sobą samą. Może Ktoś z was lubi czytać opowiadania różne, n...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz