poniedziałek, 16 grudnia 2013

Jest takie miejsce... cz.:2

Diagnoza jaką usłyszała matka małej Weroniki była dla niej jak wyrok: guz mózgu, spowodował śpiączkę, można będzie operować, kiedy dziecko się wybudzi...

***

Otworzyła oczy i rozglądnęła się. Przy jej łóżku stał niewielki stolik a na nim kubek kakao i pyszne ciasto czekoladowe. Do izby wszedł bardzo dziwny, niski mężczyzna. Przypominał nieco krasnoludka. Weronika zapytała:
- Przepraszam pana, gdzie ja jestem?
Gospodarz podskoczył zabawnie, wystraszony. Odwrócił się i starając się nie okazywać po sobie, że jest strachliwy, odparł:
- O! Widzę, że już się obudziłaś! Świetnie! Zjedz śniadanie a potem zaprowadzę cię do moich braci.
- Ale...
- Tak? - zaciekawił się.
- Muszę wracać do domu, mama będzie mnie szukać...
- A gdzie mieszkasz dziewczynko? - znów podskoczył, aż jego ciemnoczerwona czapka zakończona pomponem, śmiesznie się zakołysała.
- Mam na imię Weronika i mieszkam na ulicy Królewskiej 3, mieszkania 8. Muszę już iść, do widzenia. - wstała z posłania, a wtedy krasnoludek ukrył się za fotelem.
- Co się stało? - zdziwiła się. - Czy pan się mnie boi?
- Nnnie... skądże znowu...- wystawił czubek nosa zza oparcia. - Czy mmmogę cię pro prosić, żebyś mnie nie zjadała?
- Ale ja wcale nie chcę pana zjeść! - podeszła parę kroków w jego stronę i zatrzymała się. - Ma pan jakoś na imię?
- Tttak... Straszek. Jesteś pewna, że nie jesz krasnoludków?
- Oczywiście, że nie! Jestem Weronika, ale wołają na mnie Weronka. Jeżeli pan chce, zostaniemy przyjaciółmi. Tylko muszę się pospieszyć bo mama na mnie czeka. Pomoże mi pan znaleźć drogę do mojego domu?
Straszek wreszcie wyszedł zza swojej kryjówki. Wyciągnął dłoń i powiedział:
- To uprzejme z twojej strony, że nie zjesz mnie. W zamian poczęstuj się ciastem czekoladowym i kakao. To na pewno o wiele smaczniejsze niż taki młodzieniec jak ja.
Weronika poczuła jak bardzo jest głodna. Usiadła więc z powrotem na łóżku i ze smakiem zjadła i wypiła zostawione na stole smakołyki.
- Teraz już muszę iść... - odezwała się czując dziwną senność. - Muszę iść, bo ma... - nie wiedzieć kiedy, powieki same jej się zamknęły i usnęła. Straszek przykrył ją kocem i wyszedł na palcach z pokoju.

***
Dzień był podobny do nocy, dla siedzącej przy łóżku dziewczynki, kobiety. Miała zmienniczkę - opiekunkę, która zostawała czasem na noc, kiedy siły opuszczały matkę. Opiekunka miała na imię Nadzieja. Ktoś ze znajomych polecił ją matce Weroniki a ona zgodziła się z dziewczyną porozmawiać i tak zaczęła się ich przyjaźń. Zamieniały się co jakiś czas. Nadia potrafiła zająć się małą: pielęgnowała ją i czytała książki, które Weronka najbardziej lubiła. Pomoc i serdeczność były teraz potrzebne najbardziej i samotnej kobiecie i jej chorej córce.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Jest takie miejsce... cz.:1

Dzieci bawiły w piaskownicy i na pobliskim trawniku. Ich gwar słychać było na całą ulicę.
- Mamusiu, czy mogę wyjść, pobawić się z dziećmi? - zapytała Weronika.
Kobieta wyjrzała przez okno, odwróciła się do córki i odpowiedziała:
- A przyrzekniesz mi, że będziesz na siebie uważała?
Dziewczynka skinęła głową i podskakując z radości, skierowała się do przedpokoju ubrać sandały.
- Nie! - matka podeszła do niej i zabrała nowe obuwie. - Te są wyjściowe... weź te...- wyjęła z szafy starsze, trochę przykrótkie klapki.
Weronka spojrzała na nią smutnie, ale bez słowa sprzeciwu nałożyła buciki.
- No, biegnij, tylko bądź ostrożna kochanie! - usłyszała zbiegając po schodach.
Wyszła przed blok, rozglądając się za kimś znajomym. Dostrzegła dwie dziewczynki w swoim wieku, bawiły się na kocu rozłożonym na trawie. Widząc jak nie potrafią się dogadać o jakiś drobiazg związany z lalką Barbie, zrezygnowała z ich towarzystwa. Za to gromada chłopców kopiących tunele w piasku bardzo jej się podobała. Weszła za ogrodzenie piaskownicy i zapytała:
- Co mogę robić?
Jeden chłopiec spojrzał na Weronikę.
- O! Cześć!
- Hej. Jest coś dla mnie?
- Yyy... zacznij w tamtym miejscu nowy dół i kop rów do naszej studni...-pokazał kawał wolnej przestrzeni.
Kucnęła i zaczęła bawić się w najlepsze. Z usypanego wzgórka zrobiła pałac a potem swój rów dołączyła do tych, wykopanych przez kolegów. Zobaczyli jej dzieło.
- Patrzcie! Weronka zrobiła prawdziwy pałac! - krzyknął zachwycony Boguś. Obeszli piaskowe cudo ze wszystkich stron, przekazując sobie jakieś szczegóły godne poprawek.
- Tu można zrobić plac dla rycerzy! - Zenek wskazał palcem niezagospodarowany skrawek.
- A przyniesiesz te swoje, co masz na półce? - zagadnął przyjaciel Zenka.
- No. Jak mi mama pozwoli...-niepewnie odpowiedział właściciel plastykowego rycerstwa.
- To ja tu zbuduję parking! - najmłodszy chłopiec zaczął delikatnie wyrównywać powierzchnię obok budowli.
- Tymek, pałace nie mają parkingów! - zawołał Gustaw.
- A właśnie, że mają! My jeździmy do resturacji takiej w pałacu i tam jest parking! - sepleniąc sprzeciwił się chłopiec.
- Haha!!! Mówi się restauracji! Tymoteusz, nasz zamek, to nie restauracja, tylko zwykły zamek i nie ma parkingu! - Boguś poprawił malucha.
Cały rwetes o parkingi, rycerzy i restauracje zainteresował ich koleżanki. Podeszły bliżej i komentowały między sobą zabawę dzieci w piaskownicy.
- Ale jesteście głupi! - odezwała się Naomi.
- Bawicie się w ziemi, jakbyście byli jakimiś dzikusami! - dodała uszczypliwie Natasza.
Chłopcy przerwali swoją rozmowę. Patrzyli na dziewczyny, nie rozumiejąc, dlaczego wtrącają się w ich sprawy. W końcu Zenek nie wytrzymał dziewczęcych wyzwisk, wstał i podszedł do nich.
- Odejdźcie stąd. My was nie wołaliśmy do naszej paczki!
- Nie boimy się ciebie, Zenek-brudas! - zawołały jedna przez drugą odbiegając na bezpieczną odległość.
Chłopak odwrócił się do nich plecami i zacisnął zęby. Wrócił do reszty dzieci. Po dłuższej chwili, bawili się dalej jakby nigdy nic nie zaszło.

- Weronika do domu! - usłyszała z góry. Zadarła głowę i pomachała mamie.
- Zaraz będę! - krzyknęła.
Trudno jej było rozstać się z przyjaciółmi. Niechętnie wstała, otrzepując ubranie.
- Muszę już iść do domu... - powiedziała.
Nagle, przewróciła się i straciła przytomność...

niedziela, 8 grudnia 2013

Przyjaciel... cz.14

Za Jerozolimą było miejsce omijane przez bogobojnych Żydów. To Golgota, wzniesienie, na którym dokonywano egzekucji.
Gdy dotarli do celu, oprawcy od razu zabrali się do swoich obowiązków. Dwóch skazanych napojono mirrą zmieszaną z kwaśnym winem i octem, aby odurzyć przed kaźnią. Następnie rozciągnięto na ziemi, przybito im ręce do wcześniej dźwiganych belek i po kolei wciągnięto na pale, na stałe wbite w ziemię.
Jonatan z wysokości swojego krzyża widział w tłumie ojca, siostrę i kilku uczniów, potem stracił przytomność.
Więzień, który w drodze na Golgotę, zachowywał się ordynarnie, teraz umęczony zadanymi ranami, jęczał z bólu i bezsilności. Wkrótce ucichł, ziołowa mieszanina rozeszła się po organizmie i on też zemdlał.

Podeszli do Yeshuy, nie zważając na zaschnięte rany, na materiał tuniki przywarły do poranionego ciała, ściągnęli ją z Niego. Ciało pokryło się czerwienią... Nagiego, tak jak poprzedników, położono na ziemi, wbito gwoździe w ręce, a patibulum umieszczono na staticulum. Stopy przybijano gdy wszyscy skazańcy byli zawieszeni.

Jezus czuł wszystko... Nie pił odurzającego wywaru, a teraz okaleczone plecy, głowa i uda przesuwały się po nierównej powierzchni pionowego pala. Ręce i stopy paliły ogniem i krwawiły obficie przy próbie złapania oddechu. Ból był nie do wytrzymania.
Ktoś do Niego mówił, spróbował obrócić głowę, ale był to już zbyt duży wysiłek dla Jego ciała.
Skazaniec, wołał:
- Jezusie! Słyszysz mnie?! Jeśli, jesteś Synem Bożym...- przerwał, żeby móc wziąć oddech. - ...zejdź z krzyża i wybaw nas i siebie!
Jonatan odpowiedział za Nauczyciela:
- Ty! Ty i ja jesteśmy tu za nasze winy... On, nie uczynił nic... nic złego! - otwartymi ustami nabrał powietrza, po czym dodał: - Panie, pamiętaj o mnie...kiedy przybędziesz do Twego Królestwa...- osłabł, zabrakło tchu i sił. Na chwilę stracił świadomość. Nie słyszał odpowiedzi Yeshuy:
- Zaprawdę... powiadam ci, dziś ze mną będziesz w raju...

Słońce miało osiągnąć porę zenitu, gdy zaczęło się nagle zaciemniać. Tłum ogarnęło przerażenie. W parę chwil z jasnego dnia, nastała noc.
Jezus zawołał głośno:
- Eloi! Eloi! Lema sabachtani?!!!
Ziemia zaczęła drżeć a gdzieniegdzie nawet pękać. W oddali potężny piorun uderzył w dach świątyni. Motłoch rozbiegł się we wszystkie strony, zostali tylko najbliżsi z rodziny Jonatana i przyjaciele Jezusa oraz żołnierze.
Yeshua odezwał się:
- Pragnę... - nie zdołał dokończyć, musiał odpocząć. Któryś z żołnierzy, myśląc, że jest spragniony, podał Mu gąbkę zmoczoną w occie.
Czując nieprzyjemny zapach i piekący smak na spierzchniętych ustach, powiedział:
- Wykonało się! - ostatni raz wziął głęboki oddech, głowa opadła na pierś. Umarł...


***
"...Wiemy, żeś zmartwychwstał, że ten cud prawdziwy. O Królu Zwycięzco, bądź nam miłościwy!"
Być może, trzeba by było dopisać ciąg dalszy,ale... Każdy z nas wie, że:
JEZUS ŻYJE!
Tylko od Nas samych zależy, czy zechcemy tę Dobrą Nowinę przekazywać Wszystkim Naszym Braciom i Siostrom...

czwartek, 5 grudnia 2013

Przyjaciel... cz.13

Dla zmęczonych ludzi prowadzonych na śmierć, sama droga wydawała się mordęgą. 
Jonatan próbował iść blisko Jezusa, ale żołnierze odepchnęli go na taką odległość, by jeńcy nie mogli się ze sobą porozumiewać. Tylko jeden z więźniów zachowywał się tak, jak gdyby, to co go spotkało, było niewspółmierne do jego uczynku. Głośne, obelżywe słowa kierował do wszystkich spotykanych ludzi, do współwięźniów i do swojej rodzicielki...
***
Stary Joshua i Sophia szli w tłumie, towarzyszącemu skazanym. Oboje płakali i modlili się za Jonatana i ich Nauczyciela. Obok nich szli także Jan Apostoł i Miriam, Matka Yeshuy. Pośród tych wszystkich wrogo nastawionych ludzi, w wielkim skupieniu, podążali rozproszeni uczniowie i Apostołowie, oprócz jednego...

Judasz otrzymawszy pieniądze za tak dobrze wykonane zadanie, wyszedł z pałacu Kajfasza. W dali zobaczył mnóstwo gapiów, zaciekawiony zbiegowiskiem, poszedł sprawdzić, co za wydarzenie skupiło na sobie uwagę mieszkańców Jerozolimy. Odtrącał na boki cisnący się motłoch, aż wreszcie udało mu się przedostać do drogi. Czekał znudzony parę godzin, na atrakcję, która wzbudziła zainteresowanie tak wielu. Wreszcie, doczekał się...
Oto potykając się o własne, zmęczone nogi, z rękoma przywiązanymi do pala na plecach, szedł...ON...
Zadrżał. Nie, nie ze strachu o Jezusa, ale o siebie. Gdyby Pan go teraz zobaczył, na pewno wydałby go żołnierzom, za sprowadzenie kohorty do Getsemani. Musiał uciekać, żeby Yeshua nie dojrzał go w tej ciżbie. Pobiegł z powrotem do arcykapłana. Wpadł do sali, gdzie tamten przebywał i wrzasnął:
- Czemu mi nie powiedziałeś, co chcesz uczynić z Nazarejczykiem?! Oszuście!
- Jak śmiesz?! Nie, ja nie jestem oszustem, za to z ciebie jest zdrajca! Tak bardzo chęć zysku zamąciła ci w głowie, że nie tylko Jego byś wydał, ale wszystkich pozostałych, gdyby mi zależało! Spójrz na siebie!!! - obrócił ku niemu ogromne złote lustro. Twarz Judasza przybrała w nim straszny, demoniczny wyraz. Zasłonił oczy przed samym sobą. Kajfasz zaśmiał się szyderczo.
- Ha! Twój obraz cię przeraża! Lustro nie kłamie, pokazuje jaki jesteś w rzeczywistości! Wydobywa twoją parszywą duszę! PRECZ!!!
Wyszydzony Apostoł rzucił na ziemię sakiewkę. Do uszu arcykapłana dobiegł głos:
- Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną!!!
Biegł, ile tylko miał sił przed siebie, byle dalej od skazanego na śmierć Mistrza, Apostołów i arcykapłana! Byle dalej od siebie samego... W głowie tylko jedna myśl: "Zakończ to, nim ktokolwiek z zemsty, podniesie na ciebie rękę! Zakończ życie, nie pozwól żebyś skończył jak twój Nauczyciel!"
Samotne, uschłe drzewo, sznur opasujący jego biodra i chęć uniknięcia konsekwencji za swój czyn, wystarczyły, żeby popełnić samobójstwo. Po kilku minutach, jego ciało poddało się i skonał, wisząc na konarze...

środa, 4 grudnia 2013

Przyjaciel... cz.12

To nie był dla Piłata dobry dzień. Odesławszy skazańca na pręgierz, otrzymał wiadomość od swoich przybocznych, że Kajfasz ma następnego zbrodniarza i domaga się by został stracony razem z Nazarejczykiem.
- Co ten Kajfasz sobie myśli? - odezwał się do dowódcy. - Przysyła mi tych, którzy są mu niewygodni a ja odwalam za niego brudną robotę! Mam dość takich sytuacji!
Jego kaci przyprowadzili Jezusa. Zauważył, że więzień ma na głowie wieniec z cierniowych gałęzi.
- A to, co to ma znaczyć?! - zapytał sługi, wskazując kolczastą koronę.
Nie otrzymał odpowiedzi, żartownisie wycofali się szybko, wracając na plac.
Nie miał odwagi zadać Mu jeszcze jakichś pytań, wygląd pojmanego był straszny. Całe Jego ciało przypominało obdarte ze skóry, u stóp tworzyły się niewielkie kałuże krwi, kiedy stał przed namiestnikiem. I jeszcze ta cierniowa korona... Poncjusz skinął na żołnierza, zabrał mu płaszcz i okrył nim okaleczone plecy Mistrza. Yeshua zacisnął powieki ale nie krzyknął z bólu. Namiestnik skinął na Niego aby podszedł. Kiedy ukazał się w zasięgu wzroku rzeszy, ten sam wrzask podniósł się od nowa:
- Ukrzyżuj!!!
Piłat, wskazał Jezusa i zapytał:
- Waszego króla mam zgładzić? To król wasz! Ecco Homo!!!
Tłum wrzał. Nic nie mogło zaspokoić żądzy krwi, jaka ogarnęła motłoch.
- Weźcie Go i sami ukrzyżujcie! Ja mam dziś jeszcze inne wyroki, nie mam czasu na waszego Króla!
Do Lithostrotos podszedł jakiś arcykapłan i krzyknął:
- Nam nie wolno nikogo zabijać! Daj moim ludziom żołnierzy i nakaż im, by zrobili co trzeba.
Prefekt podniósł rękę i zaległa cisza.
- Zapomnieliście już, że mam prawo uwolnić wskazanego przez was więźnia?! Pytam waszych przełożonych i starszych Sanhedrynu - kogo uwolnić? Barabasza czy Jezusa?
Był pewny swego, że nie zechcą wyzwolenia mordercy. Nagle pojął jak bardzo się mylił.
- Barabasza! Uwolnij Barabasza! - zawołali wszyscy jak jeden.
- Co zatem z Nazarejczykiem? - zapytał, chociaż nie musiał. Wiedział co usłyszy...

***
Przyszli po niego strażnicy. Dwóch z nich brutalnie pozbawiło go ubrania i związanego wyprowadzono na ulicę. Oślepiające słońce na moment poraziło jego oczy, ale kiedy je otworzył, ujrzał dwóch innych więźniów. Pierwszy był ubrany w przesiąkniętą krwią tunikę, a stojący nieopodal mężczyzna był nagi tak jak Jonatan.
Czekano na coś... Zaprzęg osłów, prowadzony przez żołdaka, przyciągnął trzy spore pale. Każdy ze skazańców został obarczony jednym z nich. Belkę mocowano na wysokości ramion, które rozprostowane, przywiązywano w dwóch miejscach do drzewa. Kiedy nałożono ów ciężar człowiekowi  w krwawej szacie, Jonatan zobaczył Jego twarz.
- Rabbi...- zawołał półgłosem.
Spuchnięte powieki Jezusa drgnęły na dźwięk znajomego głosu, usta poruszyły się:
- To ty...pr...y...lu? - Jonatana doszły urywki zdania.
Wśród kohorty powstało zamieszanie. Mężczyzna wszczął bójkę z jednym ze strażników. Nie chciał dźwigać swego narzędzia kary. Zbrojni potrafili poradzić sobie w takich przypadkach doskonale. Powalili buntownika na ziemię i w tej pozycji przygnietli go belką do podłoża, przywiązując do niej. Postawili jeńca na nogi i ruszono na przód.

wtorek, 3 grudnia 2013

Przyjaciel... cz.11

Piotr rozglądał się niepewnie dokoła, bał się, że ktoś jeszcze oprócz tamtych ludzi może go rozpoznać. Wciąż miał wrażenie, iż nie tylko on przygląda się otaczającym ludziom ale, że oni wszyscy śledzą każdy jego ruch. Postanowił nie odsłaniać twarzy. Udawał, że przyszedł się ogrzać, w rzeczywistości chciał podejść jak najbliżej, aby przysłuchać się o czym rozmawiają w sali gdzie przetrzymywano bezprawnie Yeshua.

Annasz, do którego przyprowadzono pojmanego Jezusa, zadawał na początku pytania o to, co takiego było w Jego nauce, że gromadziły się większe tłumy niż na chrzcie Jana. Nie omieszkał też zaspokoić swojej ciekawości, pytając po co zebrał sporą grupę towarzyszy.
- Wielu twoich sług słyszało moje wypowiedzi i nauki, które głosiłem, nie mówiłem nikomu nic potajemnie, wszystko było jawne. Zapytaj ich. - powiedział Pan.
W tym samym momencie, ktoś ze służących z całej siły uderzył Nauczyciela w twarz. Piotr widział tego mężczyznę wiele razy, jak przysłuchiwał się Jezusowi i zadawał Mu pytania odnośnie kazań. Widocznie człowiek ten bał się, że Yeshua zacznie wskazywać po kolei, kto był obecny w czasie nauk. Chciał Go po prostu uciszyć...
Więzień również rozpoznał bijącego.
- Jeśli źle powiedziałem, udowodnij co było złego. - spojrzał na swego oprawcę bez strachu. - A jeśli dobrze, to dlaczego mnie bijesz?
Mężczyzna tak skory na początku do zadawania ciosów, zbladł teraz. Patrzył zaskoczony na Rabbiego, a nie mogąc znieść Jego spojrzenia, wyszedł z pałacu Annasza.
Annasz zakończył przesłuchanie, kazał żołnierzom zabrać Nazarejczyka do Kajfasza.
Piotr widział i słyszał wszystko dokładnie, ale gdy wyprowadzano Nauczyciela, stało się coś, co zmroziło mu krew... Usłyszał pierwsze pianie koguta... Dwa następne, przywołały w pamięci słowa Pana: " - Nim kogut trzy razy zapieje, ty wyprzesz się tego, że mnie znasz."
Spojrzenia Mistrza i Piotra spotkały się... Apostoł również nie zdołał wytrzymać wzroku swojego Pana, uciekł w noc, szlochając głośno.
***
Jonatan usilnie starał się nie okazywać lęku nawet przed samym sobą. Chciał mieć nadzieję na wyzwolenie do końca, choćby miał to być koniec straszny. Modlił się do Boga własnymi słowami:
- Jahwe, znasz mój strach i uczucie samotności w tym lochu. Możesz wszystko, a ja na wszystko się godzę. Proszę Cię o siłę, bym umiał pójść za Twoją wolą, abym się nie lękał... nawet utracić me życie...

Joshua z córką wrócili do Getsemani, lecz nie zastali tam już nikogo. Chodząc po ulicach Jeruzalem, wypatrywali znajomych twarzy Apostołów i uczniów. Wreszcie los się do nich uśmiechnął, oto drogą do pałacu Piłata szedł Tadeusz. Podeszli do niego.
- Gdzie są wszyscy? - zagadnął go Joshua.
Apostoł przystanął. Utkwił wzrok w czubkach bosych stóp i milczał uparcie. Sophia powtórzyła pytanie ojca. Podniósł na nich zapłakane oczy. Spojrzeli na niego zdziwieni.
- My nie powstrzymaliśmy tej bandy...! - powiedział przez łzy. - Nie byliśmy w stanie nawet się poruszyć, strach całkowicie nas sparaliżował! Pojmano Mistrza i zaprowadzono tam...- wskazał wystawny pałac Piłata.
- Pójdźmy i my za Nim, posłuchamy i zobaczymy co da się zrobić! - powiedział z przekonaniem starszy człowiek.
Poszli razem na plac przed budowlą, na którym zbierały się już tłumy ludzi.

Piłat wysłuchał Jezusa, wstał i obwieścił zebranym:
- Nie znajduję winy w tym Człowieku!
Jednak motłoch nie był zadowolony ze werdyktu zwierzchnika. Zaczął głośno skandować:
- Na śmierć! Na śmierć!
Poncjusz już wiedział, że nic tak nie zadowoli tłumu, jak tylko wydanie wyroku, którego żądają.
- Ubiczuję Go, a jeśli przeżyje - uwolnię!
Ryk jaki wzniósł się po tych słowach był ogłuszający, ale Piłat nie ustąpił tak łatwo. Kazał wyprowadzić jeńca na dziedziniec.
Obnażono Yeshuę i przykuto Mu ręce do pala, sięgającego dorosłemu mężczyźnie do uda. Ciało Jezusa zgięte w pałąk, wystawione było na ciosy biczów. Kaci zmieniali się co dwadzieścia uderzeń, a chłosta trwała i trwała... W którymś momencie, Pan osunął się, uderzając czołem o trzymający Go pręgierz. Rzymianie zaśmiali się, nie przerywając kaźni. Kiedy wrócił namiestnik, widząc pod batami swoich żołnierzy nadal żyjącego Jezusa, rozkazał zaprzestać chłosty. Uwolnili zamęczonego Nauczyciela, który przez dłużą chwilę nie dawał oznak życia...

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Przyjaciel... cz.10

Tymczasem w lochach pałacu arcykapłana Kajfasza...

Zimne,mokre pomieszczenia, cuchnące zgnilizną odstręczały nawet najtwardszych zbrodniarzy. Jonatan przysunął się do ojca, widząc jak drży z zimna.
- Ojcze, mogłeś zostać tam na górze... Może nawet dał byś radę wszystkich ostrzec... A teraz jest już za późno...- objął ramiona rodzica. Siedzieli przytuleni do siebie, milcząc.
Joshua nagle odezwał się do syna:
- Sądzę, że któryś z nas powinien jakoś załagodzić całą sprawę, porozmawiać z Kajfaszem. Spróbujesz Jonatanie?
Chłopak zastanowił się przez chwilę.
- Dobrze... nie wiem, czy to dobry pomysł, jednak spróbować warto...- wiele wątpliwości kłębiło się w jego umyśle.
Usłyszeli hałasy na stopniach wiodących do podziemi. Śmiech zdawał się być dla obu znajomy.
- Oh, dziękuję szlachetny młodzieńcze! - słodkim głosem przemawiała do sługi Sophia. - Możesz poprosić swego pana, by wypuścił na wolność mojego ojca i brata?
- Ja...ja pójdę, spytam arcykapłana, zaczekaj tu...- mężczyzna zawrócił do komnat, a tymczasem dziewczyna zbliżyła się do krat. Poderwali się zaraz do niej i ze łzami w oczach tulili Sophię do siebie.
- Przyszłam was uwolnić. - powiedziała już całkiem poważnie.
- Skąd wiedziałaś, gdzie nas szukać? - zapytał ją Jonatan.
- Wyruszyliście w nocy do miasta, widziałam was. Szłam w pewnej odległości za wami... i potem... potem słyszałam jak Judasz rozmawiał z dowódcą straży i sługami świątynnymi... Nie wiedziałam co robić! Przedostałam się do pałacu kiedy was właśnie wyprowadzano. I wtedy postanowiłam zostać, żeby wam pomóc. - przerwała. Wracał służący z wiadomością od Kajfasza.
- Tu jesteś! - zawołał na widok młodej kobiety. - Nie mam dobrej wieści panienko. Mój pan, powiedział, że wypuści starca, ale twój brat ma zostać tutaj...
- Nie! - zaprotestowała. - Mają być wolni obaj albo... albo, poskarżę się w Sanhedrynie! - zagroziła.
- Nic z tego, Sanhedryn cię nie wysłucha, a przynajmniej nie dziś. Będą sadzić Nauczyciela-Cudotwórcę! A teraz, wypuszczę twojego ojca.
Sophia miała w oczach łzy, Jonatan pożegnał się z nimi bez słowa. Joshua poklepał syna po ramieniu.
- Wyswobodzimy naszego Mistrza i ciebie, zobaczysz!
Ogromna krata zatrzasnęła się z hukiem. Dziewczyna z ojcem zniknęli za kamiennym murem. Zamknęły się za nimi drugie, żelazne drzwi. Jonatan poczuł kilka gorących strużek na swoich policzkach. Otarł je szybko, ale już następne wymknęły się spod piekących powiek...

niedziela, 1 grudnia 2013

Przyjaciel... cz.9

Ranek zaczął nieśmiało zdzierać zasłonę mroku. Na wschodzie pojawiły się pierwsze jaśniejsze chmury. Anioł odszedł...
Jezus dźwignął się z kolan. Otarł twarz, wyprostował się i skierował swe kroki do wyjścia.
Jego Apostołowie jeszcze spali.
- Śpicie jeszcze i odpoczywacie? - dotknął ramienia Jana. Zbudził się ale nie miał zamiaru się podnieść. Dwaj pozostali, też nie kwapili się do tak wczesnego wstawania. Yeshua podał rękę Jakubowi, mężczyzna wstał, przeczesał palcami włosy, przygładził ubranie. Szturchnął swoich przyjaciół.
- Hej, pobudka! - nachylił się nad Piotrem.
- Wstańcie, chodźmy! - pospieszył ich Pan. - Zbliża się mój zdrajca! - dodał, wysuwając się na przód, przed Apostołów.
Dostrzegli zapalone pochodnie i sporą grupę żołnierzy, a pośród nich...
W Piotrze zawrzała krew, Jan z Jakubem bladzi z przerażenia, stanęli po dwóch stronach Nauczyciela, by w razie niebezpieczeństwa móc Go ochronić, chociaż sami trzęśli się ze strachu.
- Judasz...-syknął wściekle Piotr. Zdrajca minął go bez słowa i zbliżył się do Yeshuy. Drogę zastąpili mu bracia. Zatrzymał się, ale nie cofnął. Jezus odezwał się:
- Kogo szukacie?
Żołdacy nabrali pewności siebie, widząc czterech nieuzbrojonych ludzi. Podeszli za Judaszem dość blisko. Któryś z nich odpowiedział na pytanie:
- Yeshua z Nazaretu.
Rabbi wyszedł zza osłaniających Go przyjaciół.
- To ja jestem.
Słysząc, że wymawia imię Boga, słudzy świątynni, pokłonili się do ziemi. Wtedy Judasz zrobił coś dziwnego... Stojąc blisko Pana, ucałował Jego policzek, i natychmiast wmieszał się w tłum kohorty. Piotr, obserwował go. Po kryjomu wydobył miecz, zamierzył się na Iskariotę, ale ten był szybszy. Zanim miecz na niego opadł, zdążył pchnąć pod obnażoną klingę jakiegoś człowieka. Ostrze musnęło głowę nieszczęśnika, pozbawiając ucha. Nieludzki krzyk rozdarł poranną ciszę.
- Szymonie! Schowaj miecz! - usłyszał, niemal brzmiące jak rozkaz słowa Jezusa.
- Zbliż się Malchosie. - przywołał rannego do siebie. Kiedy podszedł, Mistrz wziąwszy leżące w pyle ścieżki ucho, przyłożył je na zranione miejsce, uzdrawiając go. Następnie odezwał się do przybyłych:
- Powiedziałem, ja jestem Jezus, którego szukacie, pozwólcie odejść moim Apostołom...
Nie zwracali uwagi ani na Jego prośbę, ani też na trzech towarzyszy Nauczyciela. Brutalnie zarzucili Mu pętlę na szyję, potem związali tym samym powrozem ręce. Koniec sznura pozostał długi aby mogli ciągnąć Go za sobą. Potrafili okazać pogardę, sprawiało im to nieludzką satysfakcję. Bezradni Apostołowie widzieli jak potraktowano Pana, ale ich własny strach sparaliżował skutecznie wszelkie chęci pomocy ukochanemu Nauczycielowi...

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...