Ułożył zziębnięte ciało na kanapie, okrył wszystkim co nawinęło się pod rękę i mogło do tego celu posłużyć. Tirstan namolnie kręcił się pod nogami, uniemożliwiając dojście do chłopca.
- No, dalej mały! - ponaglał nastolatka, rozcierając mu ramiona i próbując napoić czymś ciepłym. Spojrzał na psa i uśmiechnął się. Jego kożuch zwisał z psiej paszczy niczym martwe zwierzę. Odebrał przyjacielowi futrzany płaszcz i nakrył nim nieprzytomnego.
- Tirst... gdzie telefon? - Timothy rozejrzał się za komórką. Zwierzak posłusznie podreptał po poszukiwaną rzecz. Delikatnie niczym jajko, upuścił urządzenie na dłoń opiekuna i położył się u jego stóp.
- ...dodzwoniłeś się do przychodni weterynaryjnej "Caring Hands", teraz nie mogę...- wcisnął czerwony przycisk. "- Ma pilny zabieg..."-pomyślał. Szybko przesłał wiadomość sms.
- Szpital Ruby Memorial, w czym mogę pomóc?
- Proszę przysłać karetkę do chaty za miastem Davis, około 60 km od miasta jest zjazd do Parku Stanowego, tą drogą jeszcze 30 km. Mój dom stoi po lewej stronie, otoczony drewnianym płotem...
- Przyjęłam, wysyłam ambulans.
***
Jack Quartphan stał oparty plecami o ścianę, przysłuchując się rozmowie. Camelham od ponad pół godziny składał raport z ich dochodzenia w sprawie młodocianej uciekinierki z "bóg wie skąd"... Albo małolata wodziła bandę dorosłych facetów za nos albo oni nie mięli pojęcia z czym mają do czynienia... Oderwał się od swojej podpórki i poczuł mrowienie w okolicy łopatek. Szybko pomasował sobie dłonią kark, marząc by znaleźć się choć na moment z żoną w sypialni. "- O tak... Ty masujesz najlepiej..."- rozmarzył się.
Brutalna rzeczywistość otrzeźwiła go w trybie natychmiastowym. Szef właśnie skończył rozmawiać z jego partnerem, teraz obaj kierowali się do drzwi.
- Bry...- stęknął przez zęby. Nie lubił gburowatego, wiecznie pretensjonalnego mężczyzny. Zimny wzrok tamtego powstrzymał go od jakichś komentarzy. Mrugnął pytająco do Aarona. Partner potrząsnął głową jakby odganiał natrętnego owada, ale milczał. Przełożony wybierał się na umówiony lunch z jakąś ważną szychą, prawdopodobnie sponsorem ich posterunku. Przed drzwiami, zanim wyszedł, dokładnie wyprostował na sobie idealnie skrojoną marynarkę, poprawił krawat i zerknął na buty. Po chwili namysłu wreszcie opuścił komisariat.
Spojrzeli na siebie i jak na rozkaz odetchnęli z pewną ulgą, śmiejąc się.
czwartek, 23 lipca 2015
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ten ktoś obok.
«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...
-
«PROLOG» - I, mamy go!!! - okrzyk triumfu ratownika medycznego oznajmił sukces reanimacji. Ostrożnie położono go na noszach i natychmiast ...
-
"Chwila, w której serce ustaje, życiu nowy smak nadaje..." Echo końskich kopyt dudniło po cichych uliczkach. Czarny karawan ciąg...
-
Jakby tu zacząć? Otóż...Witam na moim blogu :-) Spróbuję zmierzyć się na nim z sobą samą. Może Ktoś z was lubi czytać opowiadania różne, n...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz