Wiatr wzmagał się,niebo co chwilę rozrywały błyski piorunów. Nie miałem wątpliwości,że mój ojciec właśnie wrócił,aby pozbyć się mnie raz na zawsze.Zawodnicy i wszyscy,którzy przyjechali oglądać nielegalne walki,widząc nadciągającą nawałnicę,odjeżdżali z piskiem opon. Nie minęła godzina a lotnisko było puste.
Ja nie zamierzałem zwiać.
Stał na przeciw mnie,w swej odwiecznej postaci: Bóg Susanō. Trzymał w dłoni Medalion.
-Oddaj mi go po dobroci...-powiedziałem.
Zamiast spełnić moją prośbę, zaatakował mnie. Kilka kopnięć udało mi się uniknąć lub zablokować.Drogi ojczulek,wiedział,że po poprzednich walkach byłem zmęczony.Postanowił załatwić sprawę szybko i pomyślnie. Musiałem wysilić teraz nie tyle mięśnie co umysł. Tylko skupienie było dobrą taktyką. Rzucił się na mnie, jednak przeliczył się nieco. Kiedy chwyciłem za koniec jego szaty,nawinąłem ją na przedramię i szarpnąłem ku sobie.W jednej sekundzie, wyprowadziłem cios drugą ręką,trafiając boga w splot słoneczny.
Jego zbolała mina,rozbawiła mnie.
-Mumei!-zawołał.-Spójrz!-jego postać zmieniła się w moją matkę.
-Przestań znieważać pamięć mojej matki! Nie pozwolę na obrażanie jej w ten sposób!
-Giń!-specjalnie pozostał jako Sutorenjā. Miał nadzieję,iż nie zdołam uderzyć kobiety czy matki.Tyle,że on nie był ani kobietą,ani moją matką! Skoczyłem w górę i zanim zdążył cokolwiek uczynić,moje kopnięcie wystarczyło aby go powstrzymać.
-Jak śmiesz!-wyglądał jak rozsierdzony byk. Znów był sobą. Uniósł Medalion,aby przeobrazić się w smoka. Ogień ogarnął jego ciało. Nagle, coś przykuło uwagę ojca...Patrzył zdziwiony w jedno miejsce, płomienie tymczasem, wspięły się do twarzy,objęły językami bujne włosy.Potworny ryk wydarł się z palącego gardła! Talizman wtopił się w dłoń a zamiast spodziewanej bestii,na placu stała żywa jeszcze pochodnia. Ja też próbowałem dojrzeć to,co tak zszokowało Susanō ale nie mogłem,palące się ciało Boga Burz,przysłoniło mi widok.
Nie wiem ile trwał pożar ale gdy ogień dokończył dzieła,moim oczom,ukazały się dwie rzeczy: posąg ojca i kobieta w bieli.Łzy popłynęły mi po policzkach. Podbiegłem do niej,podniosłem i przywarłem pocałunkiem do jej czoła.Nie chciałem już puścić matki z objęć.
-Mama...-powtarzałem szeptem bez końca,tuląc do siebie jak kiedyś ona przytulała mnie.
-Mumei,synu mój...-czułem gorące łzy matki.Coś poruszyło się niedaleko nas. Mój wzrok przywykł do ciemności,wyłowił niewyraźny obraz człowieka.Spiąłem się w sobie.Tym razem głos,który usłyszałem nie był głosem bóstwa tylko...
-Shisetsu-san?!-oboje z Sutorenjā byliśmy szczęśliwi ze spotkania.Przywitaliśmy się z naszym opiekunem.
-Jesteś dobrym wojownikiem,Mumei.-Wysłannik poklepał mnie po ramieniu.-Nigdy w ciebie nie zwątpiłem.Miałem pewność,że wyzwolisz swoją matkę i mnie z Krainy Ciemności.
-Shisetsu-san,ja...nie byłem pewny czy będę na tyle silny aby wam pomóc...Gdyby nie Smoczy Medalion,nie zdołałbym pokonać ojca.-tłumaczyłem Mnichowi.
-Synu...wiesz,co ci pomogło tak na prawdę?-Nieznajoma wzięła moje dłonie i przytuliła do siebie. Zaprzeczyłem głową.Uśmiechnęła się do mnie.
-Moja miłość,opieka Shisetsu i właśnie ta resztka wiary we własne możliwości.-pogładziła mnie po włosach.-Dziękujemy ci!-powiedzieli oboje.
-Czy teraz zostaniecie ze mną?-zapytałem.
Wzięli się za ręce,spojrzeli na siebie i na mnie.
-Nie.-odezwał się Mnich.-Zobaczymy się już w innym świecie i w innym czasie...synu!Twoja pamieć o nas,sprawia,że jesteśmy nieśmiertelni razem z tobą! Bądź zdrów!-odeszli gdzieś przed siebie,świetlistą ścieżką.Zostałem sam,nie licząc rzeźby powstałej ze spopielałych szczątków mojego ojca.
Otarłem pot i łzy.Na lotnisko zaczęły zajeżdżać policyjne wozy na sygnale.Gwar i ruch znów napełniły pusty plac...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz