" Ludzkość dąży wciąż na przód, ku nowocześniejszej zagładzie..."
Afryka. Rok 2115.
Nazajutrz przyszli w pięciu, stanęli przed klatkami i przyglądali się im z zaciekawieniem. Hǔ, strasznie ci ludzie w mundurach irytowali, ale musiał panować nad emocjami, gdyż każde posunięcie groziło utratą życia. Wybrano jednego z grupy, uwięzionej w klatce na przeciw. Człowiek, nie wiedząc co go czeka po wyjściu, zaczął błagać żołnierzy o litość.
-Nie, proszę! Czeka na mnie mały synek i chora matka...zlitujcie się!-padł na kolana, a gdy to nie dało rezultatu, położył się twarzą do ziemi i załkał żałośnie jak dziecko.
Jeden ze strażników, już miał go zastrzelić ale dwaj inni chwycili nieszczęśnika za ramiona i wyszli z chaty.
-Co z nim będzie?-zapytał współwięźniów. Nikt się nie odezwał. Ponowił pytanie, tym razem głośniej. -Pytam, czy wiecie co dzieje się za tymi drzwiami?!
Ktoś z sąsiedniego aresztu przecisnął się do kraty.
-Nie wrzeszcz! Tak samo jak ty,nie wiemy co nas tu czeka. Skąd pomysł, że któryś z nas może znać powód naszego pojmania?-zapytał obdartus.
-Powiedzmy, że pytam z ciekawości.-odparł. Czuł zbliżające się niebezpieczeństwo, niemal przez skórę.
Ich uszu doszedł przerażający krzyk, ucichł stopniowo by, za moment przejść w wycie, jakiego nie wydałoby nawet konające zwierzę. Pozostali jeńcy przerazili się. Co niektórzy zaczęli bezsensownie szarpać kraty, próbując się wyswobodzić. Panika ogarnęła wszystkich na około.
Odsunięto wiklinową zasłoną i do chaty jak pijany, zatoczył się wybrany uprzednio mężczyzna, w asyście jakiegoś eleganta w białym kitlu i jednego mundurowego.
-Myśli pan, żeby go tu z nimi zostawić?-zaniepokoił się kapral. Naukowiec nie miał zamiaru rozwiać obaw towarzysza. Wyciągnął rękę i powiedział:
-Możemy go skuć. Daj kajdanki, za godzinę sprawdzimy co z nim będzie.-spiął nadgarstki słaniającego się na nogach człowieka i pchnął go na ziemię. Ten poddał się bezwolnie. Kiedy opuścili chałupę, leżał nie poruszony długi czas. Słońce było wysoko, jak przypomnieli sobie o nim. Tym razem, oprócz laboranta było ośmiu żołnierzy z gotowymi do strzału Berettami.
-Nadal nic...-facet w fartuchu pokręcił niezadowolony głową. Zbadał puls i chciał wziąć stetoskop, ale nie zdążył.
Hǔ, dostrzegł błyskawiczny ruch, nieprzytomnego do tej chwili mężczyzny. Za późno krzyknął, że lekarz ma się cofnąć. Trzask łamanych kręgów szyjnych i wystrzały, zrównały się w czasie. To już nie był człowiek, który rankiem przypłaciłby śmiercią, skomlenie o zmiłowanie nad nim. Na środku, pomiędzy dwoma klatkami stał potwór, żądny krwi. Żołnierze leżeli martwi, broń walała się jak zbędne zabawki. Każda zadana temu "czemuś" rana, goiła się momentalnie. Można było pomyśleć, że jest nieśmiertelny.
Musiał coś wymyślić by nie dopuścić do niepotrzebnej jatki.
-Czy ktoś wie jak on ma na imię?-zawołał.
Obdartus znów się odezwał:
-Nazywaliśmy go we wsi Dodger.
-Dodger...-uderzył dłonią w kratę, aż zadzwoniła.-Dodgee!-nawoływał spokojnym tonem, szaleńca.
Powoli, jak na zwolnionym filmie, odmieniony czymś człowiek, obrócił się twarzą do wołającego. Zwężone w szpary oczy, uważnie przyglądały się otoczeniu. Krok za krokiem przysuwał się nieufnie do Hǔ.
-Dobry Dodger, dobry...chodź tu bliżej, no, chodź...Patrz co dla ciebie mam!-wskazał sporą kłódkę.-Tak, dla ciebie! Weź ją sobie.-Dodger ścisnął zamknięcie w ręce, pociągnął a gdy nie udało się za pierwszym razem, ryknął potężnie i wyszarpnął kłódkę wraz z kratą. Byli wolni.
Wyzwolili pozostałych i upewniwszy się, że na tyłach ich więzienia nie ma żołnierzy, wydostali się niepostrzeżenie do dżungli.
Został sam ze swoim wybawcą. Nie miał pretensji do tamtych, że pozostawili ich na pastwę wojska. Nie mógł pozwolić na dalsze eksperymenty na tym biedaku. Zabrał martwym żołnierzom pasy i skrępował Dodgera. Nie było to zbyt mocne zabezpieczenie, ale tylko w ten sposób mógł wziąć go z sobą do lepszego niż to, miejsca.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ten ktoś obok.
«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...
-
«PROLOG» - I, mamy go!!! - okrzyk triumfu ratownika medycznego oznajmił sukces reanimacji. Ostrożnie położono go na noszach i natychmiast ...
-
"Chwila, w której serce ustaje, życiu nowy smak nadaje..." Echo końskich kopyt dudniło po cichych uliczkach. Czarny karawan ciąg...
-
Jakby tu zacząć? Otóż...Witam na moim blogu :-) Spróbuję zmierzyć się na nim z sobą samą. Może Ktoś z was lubi czytać opowiadania różne, n...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz