Myślała, że jeszcze śni, ale natrętne popiskiwanie budzika utwierdziło ją w przekonaniu, że trzeba opuścić pielesze. Kurta przy niej nie było. Wzięła prysznic i zjadła śniadanie. Była ciekawa gdzie tak wcześnie jej kochanek wyszedł z domu. Z nudów zaglądnęła do vademecum. Jej uwagę przykuł nowy obraz... Pokazywał zaniedbany pokój, w którym byli oboje. Kurt z dymiącym jeszcze pistoletem w ręce, stał... nad nią... Zrozpaczona zakryła usta, żeby nie krzyknąć.
"- To nie może być tak, jak ty chcesz!!! Nie pokazujesz prawdy! Za co on miałby mnie zabijać?! - nie przejmowała się faktem, że mówi do siebie. Dla Helen ten poradnik zdawał się być żywą istotą. Przekartkowała tom, odkryła na którejś stronie małe zdjęcie usg, podpisane jej pismem: " Moja najdroższa pociecha ma już 3,5 miesiąca." Mimo woli dotknęła swego brzucha.
"- Jak to? Czyżbym... To nie możliwe!" - była zdezorientowana.
"-Muszę zrobić badania..."
Usłyszała głosy w holu. Kurt rozmawiał z kimś przez telefon. Był bardzo niezadowolony. Rozłączył się, gdy tylko spostrzegł, że Helen nadal jest w jego domu.
- Co ty tutaj robisz? Myślałem, że pojechałaś do hotelu albo wróciłaś do domu. Pakuj się i jedź do jakiegoś hotelu, zapłacę za wszystko.
- Byłam pewna, że mogę u ciebie zostać... czemu tak nagle zmieniłeś zdanie?
- Nie miałem żadnego zdania na ten temat! Przyleciałaś tu przespać się ze mną a teraz myślisz, że co? Ożenię się z tobą? Dla mnie jesteś...-machnął ręką.
Coś się z nią w tym momencie stało. Gniew przysłonił jej zmysły, rzuciła się na niego z pięściami, ale był silniejszy. Przewrócił ją na ziemię jednym ciosem. Rozpłakała się, trzymając ręką krwawiący nos.
Poszedł po jej rzeczy i rzucił obok niej.
- Jak wrócę, ma cię tu nie być! - drzwi za nim zamknęły się z hukiem.
Podniosła się i poszła do łazienki umyć twarz. Włożyła rozrzucone ubrania do torby podróżnej i wyszła na ulicę. Zawołała taksówkę i pojechała do szpitala. Leżąc w łóżku zadzwoniła do domu.
- Jean, nie odkładaj słuchawki, proszę...
- Myślę, że twój liścik do mnie, wyjaśnił mi aż za dobrze co zrobiłaś. A teraz prosisz, bym nie przerywał rozmowy?
- Jean, ja jestem w ciąży...
- Z kim? - pożałował swojego pytania. Przecież do tej pory Helen była przykładną żoną.
- Z tobą. Jeśli mi nie wierzysz...
- Wierzę. - wpadł jej w słowo. - Wróć do domu, porozmawiamy. Helen?
- Słucham?
- Czy masz przy sobie tą granatową książkę? Sprawdź proszę.
- Tak, wzięłam ją z sobą, a czemu pytasz?
- Wróć jak najszybciej, porozmawiamy i wszystko sobie wyjaśnimy.
- Będę w szpitalu jeszcze dwa dni.
- Helen, wypisz się i przyleć, to pilne! Helen?! HELEN???!!!
Połączenie zostało przerwane. Przestraszona naglącą prośbą męża, ubrała się szybko i nie mówiąc nikomu o swojej decyzji, opuściła szpital. Parę minut potem była na lotnisku. Samolot odlatywał za pół godziny.
W korytarzu wiodącym do toalet usłyszała znajome głosy. Mężczyźni kłócili się o coś, ktoś leżał u ich stóp. Zobaczyła to wszystko tylko przez parę sekund, ale to wystarczyło aby Kurt i taksówkarz ruszyli za nią do damskiej wc. Nie mogli mieć przecież żadnych świadków.
Ogłuszoną kobietę zawieźli do domu Hatchet'a. W jednym z nie używanych pokoi stało krzesło, posadzili ją na nim i związali. Ocknęła się i spróbowała wołać o pomoc. Były kochanek bezwzględnie uciszył Helen jednym strzałem...
- Ty! Nie możesz mieć trupa w chacie! - odezwał się taksówkarz. - Trzeba coś z nią teraz zrobić...
- Patrz! - Kurt wyjął z torby zabitej książkę w granatowej okładce. Wyciągnął zapalniczkę i podpalił środkowe strony.
- Czekaj, to nic nie da. Nie sfajczy się, choćby nie wiem co! Mam pomysł!
Poszedł do garażu i wrócił z benzyną. Zadowolony z siebie, wylał zawartość kanistra na zastrzeloną kobietę.
- Teraz dawaj tą księgę!
Buchnął płomień tak mocny, aż obaj odskoczyli. Pożar, ku ich przerażeniu rozprzestrzenił się w ciągu kilku minut, odgradzając im drogę ucieczki. Wszelkie próby wybicia okna, czy przedostania się do wyjścia były niweczone przez płomienie. Ogień był w całym pomieszczeniu, gdy wygasł, pokój wyglądał jak dawniej. Z wyjątkiem trzech spalonych ciał...
Jean z Frankiem jechali na lotnisko, aby odebrać Helen. Miała być na miejscu za, około dwadzieścia minut. Pech chciał, że na ich trasie, utworzył się spory korek. Stojąc w bezruchu, obserwowali ludzi przechodzących chodnikiem. Nagle ktoś podszedł do ich samochodu. Był brudny i miał zarośniętą twarz. Zapukał w szybę. Jean otworzył okno, a wtedy kloszard pochylił się i podał mu spore zawiniątko, mówiąc:
- Kiedy przyjdzie pora, będzie moją dusza twoja! - roześmiał się, a pastor z kolegą spojrzeli na siebie, nie wiedząc o co chodzi temu człowiekowi. Frank miał zamiar zadać mu parę pytań, lecz bezdomny jakby rozpłynął się w powietrzu...
Odblokowano nareszcie ulicę i mogli jechać dalej. Biorąc zbyt ostry zakręt, podarunek od kloszarda, uprzednio rzucony na tylne siedzenie, spadł. Spomiędzy łachmanów, w które był zawinięty, wysunął się granatowy róg książki...
koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz