Któregoś dnia w mieście powstało zamieszanie. Wszyscy zdążali poza mury a z ust do ust przekazywano sobie wiadomość:
- Nauczyciel jest niedaleko! Chodźmy, zobaczmy Go! Może uzdrowi naszych chorych?
"- Uzdrowiciel?" - zaciekawił się. "- Może to jaki szarlatan, żąda dużo pieniędzy za jakieś czary-mary a człowiek nie wychodzi z choroby..." - bił się chwilę z myślami, jednak ciekawość zwyciężyła. Poszedł z ludźmi za miasto.
Na otwartej przestrzeni widać było ogromną liczbę słuchaczy, cisnęli się wokół niedużej wiaty, pod którą rolnicy układali plony. Pomyślał, że to Chrzciciel ma coś do powiedzenia ochrzczonym przez siebie ludziom. Przeciskał się przez tłum, aż udało mu się przedostać jak najbliżej mówcy. Jakież było jego zdumienie, gdy zamiast spodziewanego Jana Chrzciciela, pośrodku placu stał... tamten młody chłopak... Coś mówił, łagodny ton i spokojna postawa zjednywały Mu rzesze. Wsłuchał się w naukę.
- Odsunąć się natychmiast!!! - ktoś siłą próbował dostać się przed młodzieńca. Nikt nie odsunął się na żądanie przybywających.
Nie widząc innej możliwości, mężczyźni obeszli ciżbę i jakimś sposobem, po wielu trudach wdrapali się na wiatę. Okrzyk zdumienia rozszedł się echem po obecnych. W dachu wiaty zrobiono otwór a przez niego spuszczono prowizoryczne nosze. Człowiek leżący na nich, był nienaturalnie poskręcany przez jakieś schorzenie. Tłum ucichł.
Nauczyciel podszedł do cierpiącego, delikatnie ujął go za rękę i rzekł:
- Twoje grzechy są ci odpuszczone...
Wśród ludzi odezwały się głosy niezadowolenia, jednak On był skupiony na chorym.
- Wstań teraz, weź nosze i wróć do domu.
Gdy puścił dłoń sparaliżowanego, mężczyzna powoli, nie wierząc, że dzieje się to na prawdę, najpierw rozprostował kończyny. Łzy szczęścia zalały mu twarz. Płakali też jego przyjaciele, obserwujący wszystko z dachu, i co niektórzy ludzie otaczający Mistrza. Wreszcie uzdrowiony zerwał się na nogi i nie przestając dziękować, kłaniał się swemu dobroczyńcy. Poszedł do domu, wychwalając w pieśniach Boga.
Stary Joshua posmutniał.
"- Ja też chciałbym być zdrowym człowiekiem... Mam dwoje dzieci..."
Zbiegowisko zaczęło topnieć w oczach. Wszyscy, którzy widzieli cud, przekazywali wszystko tym, którzy stojąc daleko nie byli w stanie go zobaczyć. Każdy na własną logikę interpretował to wydarzenie. Ojciec Jonatana i Sophie zwlekał z odejściem. Niespodziewanie, ktoś położył mu rękę na ramieniu.
- A ty, przyjacielu? Nie wracasz do swoich dzieci? - zapytał go Nauczyciel.
Joshua ukrył twarz w dłoniach i zaszlochał:
- Panie, wybacz, nie mam czym Ci zapłacić, ale proszę Cię o zdrowie dla siebie... Jeśli tylko chcesz, uzdrów także mnie!
- Już dobrze mój przyjacielu, już dobrze... Otrzymałeś to, o co prosiłeś.
Mężczyzna otarł mokre policzki i oczy. Poczuł dziwne ciepło i spokój w sercu. Uporczywy ból w miejscu gdzie miał sporą, zakażoną ranę ustąpił. Był zdrowy.
- Dziękuję! - uklęknął przed nieznajomym, ten podniósł go natychmiast.
- Panie, jak Ciebie zwą? - odważył się Go zapytać.
Młodzieniec nie od razu odpowiedział.
- Czy wyświadczysz mi niewielką przysługę? - zagadnął.
- Oczywiście! - odparł Joshua.
- Chciałbym odwiedzić twojego przyjaciela, czy mógłbyś mi towarzyszyć?
- Ależ, z całym szacunkiem, udam się z Tobą Panie dokąd tylko powiesz.
Szli w milczeniu. Joshua nie przerywał zamyślenia swojego nowego Przyjaciela. Przed wejściem do miasta, Nieznajomy, jak gdyby przypomniał sobie pytanie towarzysza, powiedział tylko:
- Zwą mnie Yeshua...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz