poniedziałek, 25 listopada 2013

Przyjaciel... cz.4

Rok później.
Mijały dni... Każdy wypełniony naukami Yeshuy, długimi podróżami i krótkimi przerwami na odpoczynek. Mogłoby się wydawać, że takie życie jest nieciekawe, słuchać mów młodego człowieka i być narażonym na docinki i pośmiewisko faryzeuszy i innych zacnych ludzi. Joshua i dwójka jego dzieci, doskonale odnaleźli się jako uczniowie Nazarejczyka - jak nazywali Yeshua, uczeni w piśmie.

Z nastaniem świtu, ruszyli dalej. Apostołowie szli pierwsi za nimi Pan a grupa uczniów i kobiet szła tuż za Nauczycielem. Joshua podszedł do Mistrza.
- Panie, czy coś Cię gnębi? - zagadnął z troską. Zauważył, że Młodzieniec, kiedy szedł sam, miał zamyślony i smutny wyraz twarzy.
Jezus uśmiechnął się, ale w Jego oczach widać było smutek.
- Dziękuję za twoją troskę, przyjacielu... Niedługo dotrzemy do Jerozolimy...
- Ach... Panie, czy nie mówiłeś, że grozi tam Tobie niebezpieczeństwo?
Nie odpowiedział, Jego uwagę zaprzątnęli jacyś ludzie. Patrzył w ich kierunku, bez strachu czy odrazy. To przechodzili trędowaci. Wszyscy Jego towarzysze zatrzymali się i czekali na to, co zrobi Pan.
Z oddali dał się słyszeć krzyk chorych, nie mogli zbliżyć się, gdyż zabraniało im prawo. Wołali dość głośno, aby Yeshua ich słyszał:
- Heej!!! Poczekajcie!!! Nauczycielu! Mistrzu, zlituj się! Od miesięcy jesteśmy wyklęci z naszych miast i rodzin... Błagamy, ulituj się!
Jezus odpowiedział:
- Idźcie, pokażcie się kapłanom. - patrzył jak po kolei, potrząsając prowizorycznymi kołatkami przechodzą dalej. Już nie wołali. Jakby zawiedzeni tym, że Uzdrowiciel nic nie uczynił.
Apostołowie z uczniami również ruszyli w drogę, tylko Joshua niepewnie, przestępował z nogi na nogę. Zadał pytanie Panu:
- Mistrzu, a co z tamtymi? - jako szanujący się Żyd, nie powiedział "trędowatymi", te słowo samo w sobie było nieczyste.
- Nasi przyjaciele są w drodze do swoich domów...- odparł Nauczyciel.
- Ale oni... nie mogą...- starszy człowiek nie rozumiał.
Jezus położył mu rękę na ramieniu i wyjaśnił:
- Otrzymali według ich zawierzeniu we mnie...
Kiedy zatrzymali się na odpoczynek, Yeshua odszedł od swoich przyjaciół. Nikt za Nim nie poszedł, ani nie spytał dokąd idzie, wiedzieli, że te chwile samotności są dla Mistrza ważne a modlitwa jest cenniejsza niż pożywienie...
Ktoś jednak zakłócił Panu spokój modlitwy. Biegł do Niego ostatkiem sił, zatrzymał się przed Jezusem i upadł Mu do stóp.
- Dziękuję... - zdołał wydobyć ze ściśniętego gardła. Kiedy pomogli mu wstać, miał kurz przyklejony do twarzy w miejscu płynących łez.
Yeshua był wzruszony.
- Pamiętacie, było ich dziesięciu, wołających o litość... Nie ma ich...- zauważył ze smutkiem. Zwrócił się do uzdrowionego Samarytanina:
- Twoja wiara cie uzdrowiła, idź w pokoju...
Otarł już twarz, wdzięczny Jezusowi za zdrowie, odchodząc wychwalał Go w pieśniach.
Nim zapadł zmierzch, zdołali przejść jeszcze kilka kilometrów, chociaż do celu podróży było jeszcze sporo drogi do pokonania...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...