niedziela, 22 września 2013

OBCY cz:9


Promienie słoneczne wpadały przez rozchylone żaluzje. Migotliwe błyski sprawiały ból oczom odwykłym od ich jasnego ciepła. Mrugał nimi zapamiętale, aż odczuł ulgę i mógł je otworzyć,  nie czując uporczywego kłucia. Nie rozpoznawał miejsca ani zapachów, do uszu nie docierały dźwięki które od dzieciństwa towarzyszyły mu każdego dnia. Nie dostrzegł piaszczystego brzegu ani rzeki, nie było jaskini. Podniósł się i na czworakach chodził po pomieszczeniu. Spróbował wyjrzeć na zewnątrz przez okno, uderzył głową w coś dziwnego. Nie było widoczne dla oczu ale nie pozwalało na wyjście, na świeże powietrze. Dotykał rękoma szyby, lizał chcąc, tak jak w tafli lodu, zrobić w niej otwór ciepłym językiem. Przy tym zajęciu zastali go ludzie, którzy zwabieni dźwiękami w pokoju, przyszli zobaczyć co się stało. Odskoczył od okna, warcząc gniewnie. Rzucił się do ataku, gdy tylko istota spróbowała wyciągnąć do niego rękę. Drugi człowiek od razu złapał tamtego za ubranie i wydostał oboje na korytarz.
-Nina! Czy ty już nie masz za grosz jakiegoś poczucia bezpieczeństwa? Czemu wystawiasz do niego ręce, kiedy nawet nie wie kim jesteś?! Nie wolno tak postępować!
-Chciałam się z nim przywitać. -powiedziała Tancy.
-I zupełnie przy okazji mieć połamane obie ręce i być pogryzioną do kości, czy tak? -prawie nie mógł uwierzyć, że jego koleżanka, może dzikiego chłopaka traktować jak zwykłego nastolatka. -Pojmij wreszcie, że masz przed sobą prawie dzikie zwierzę, on nie będzie tulił się do ciebie z wdzięczności za uratowane życie. Nie rozumie, że chcąc by wrócił do zdrowia, zabraliśmy mu jego jedyny skarb jaki miał - wolność...
-Wiem, Sebastianie. Przecież jestem do cholery naukowcem z niejednym dyplomem a w przypływie uczuć do tego dzieciaka, staję się po prostu kobietą... To, że nie mam dzieci, nie oznacza u mnie braku uczucia macierzyńskiego.
Rozmowę przerwał dźwięk rozbijanego szkła. Wpadli do pokoju i zobaczyli zakrwawionego na twarzy i ramionach podopiecznego, stał przy wybitym oknie. Nie było rady, zmuszeni zaistniałą sytuacją zrobili małą zasadzkę na chłopca. Zarzucili na niego duży koc i przydusili do podłogi. Crocery skrępował go mocno i poprowadzili do kuchni aby opatrzyć zranienia. Posadzili go na ziemi z obawy, że na krześle będzie stawiał opór. Po odsłonięciu, w pierwszym odruchu wbił zęby w trzymającą go dłoń.
-Uspokój się! -wrzasnął psycholog, uciskając swoją ranę, aby zatamować krwawienie.
Nie czując blisko siebie mężczyzny, chłopak wymknął się z kuchni. Nie bardzo wiedząc gdzie iść  pobiegł do pokoju, który zajmował. Pamiętał, że kiedy zrobił się hałas, można było wyglądnąć przez ten duży otwór a teraz spróbuje wydostać się przez niego na wolność.

-Złapmy go nim zrobi sobie i komuś coś złego! -Crocery ze sporym opatrunkiem na ręce chodził po domu, szukając młodego zbiega.
Tancy także wyglądała z okien każdego pomieszczenia a teraz wychyliła się przez barierkę balkonu, by móc jak najdalej sięgnąć wzrokiem na drogę za budynkiem. Nikogo nie zauważyła. Harmider na podwórzu znów kazał im szybko interweniować. Hałasy dobiegające ich uszu, przypominały starcie dwóch ogromnych psów.
-O nie!!! Nie!!! -Sebastian przeskoczył przez schody i wypadł na zewnątrz.
Obraz był straszny. Nad dogorywającym psem rasy Alaskan malamute, stał on... Naukowiec widział jak pod skórą napinają mu się mięśnie, ciało sprężyło do skoku. Nim zdążył jasno zdać sobie sprawę, że właśnie przyszła jego kolej, jako ofiary, chłopiec spadł na niego jak prawdziwy drapieżnik.
-Ni...a!!! -gibkie ruchy tamtego i obezwładniający ból przedramienia stłumiły wołanie o pomoc. Był teraz zdany na siebie i łaskę dzikiego dziecka. W przypływie sił, chwycił atakującego za głowę, odrywając jego zęby od swojego ciała, uderzył go prosto w twarz. Cios był niewystarczająco silny ale dał mężczyźnie czas na podniesienie się z ziemi. Pochylony lekko czekał na kolejny atak. Nastolatek obiegł go, poruszając się "na czterech", podobny do nagiego szympansa. Chciał zapewne, zaatakować od tyłu, skręcając mu kark. Nagle stało się coś, czego chłopak nie przewidział. Dotknął ręką głowy, zachwiał się i upadł na trawnik. Tancy podeszła do nich z karabinem na pociski usypiające.
-Ból głowy to nic w porównaniu z tym, co czekało by go za tym ogrodzeniem...-uśmiechnęła się. -Wiesz... dopiero teraz do mnie dotarło, że to nie jest zabiedzony sierota, którego ktoś zostawił w lesie...To młody, dziki chłopak, który każe nam respektować prawa, jakie jego przybrana matka, wpoiła mu kiedy był mały. - wspólnymi siłami zanieśli uśpionego podopiecznego do innego pomieszczenia bez okna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...