-Jesteśmy prawie u celu, ludzie oznaczyli to miejsce, aby przestrzec swoich współmieszkańców przed podobnym zdarzeniem. -powiedział przewodnik.
-Jesteśmy tak daleko od osady, że obawiam się o nasz powrót. -powiedziała Tancy. -Musiał iść aż tak daleko?
-To ścieżka uczęszczana przez nie byle jakie zwierzęta. -wtrącił tropiciel. Pochylił się i dotknął palcem ziemi. Wstał i rozejrzał się. -No, no...-dodał, kręcąc głową. -Chytry był z ciebie gość...-uśmiechnął się do siebie.
-Co pan ma na myśli? -zagadnął go Crocery.
Stary wyjadacz, odszedł w bok, wszedł między niskie krzaki jakby czegoś szukał. Postąpił jeszcze parę kroków na przód i zaklął. Jego but ugrzązł w czymś, czego na pewno w środku tego lasu by się nie spodziewał.
-Przepraszam, za moje niestosowne zachowanie, pani Tancy, ale podejdźcie tu i sami się przekonajcie, że to nie jest coś, co powinno być tutaj... Zapewniam was także, iż nie zostawił tego przed swoją śmiercią, sam zamordowany.
Podchodząc do miejsca, poczuli przykrą woń odchodów. Nie przywykli do takich widoków, oboje jak na komendę, przysłonili sobie twarze dłońmi.
-Ależ...co pan! -krzyknął oburzony i zniesmaczony Sebastian. -To obrzydliwe!
Tamten śmiał się szczerze.
-Czyżby państwo nie znali się na tropach? -zawołał do naukowców.
Nina nie wytrzymała:
-Nie, nie znamy tropów, dlatego opłaciliśmy pana, aby pomógł nam pan dotrzeć do prawdy o tym wypadku!
-Przecież właśnie w nią, że się tak wyrażę, wdepnąłem. -zdjął brudne obuwie i wycierał w co popadnie. -Nie moja wina, że nie potraficie też, łączyć z sobą prostych faktów! -odparł urażony myśliwy. Sprawdził czy but jest już czysty i włożył go na bosą stopę. Wyszedł z poszycia nie odzywając się.
Ciekawość Sebastiana wzięła górę nad odczuciem wstrętu.
-Połączyć fakty? -zagadnął. -A co miałbym z czym łączyć?
Mężczyzna, odwrócił się do niego. Zaczął tłumaczyć swoim zleceniodawcom, co chciał im pokazać.
-To był dowód, kim był zabójca...Znalazłem w tym niestrawione kości drobnych gadów i rybie łuski. Mogłoby się wam wydawać, że to zostawiło zwierzę, ale prawda jest taka: to pozostałości po człowieku...
-Ah...-żachnął się psycholog. -Mógł pan nam to po prostu powiedzieć. To, że zabójcą nie był drapieżnik, wiemy z koleżanką ze zdjęć i raportów.
-Tak?! To po co jestem tu potrzebny? Mam ważniejsze sprawy na głowie, niż włazić w gówno jakiegoś psychopaty! -teraz nie usłyszeli przeprosin za słownictwo. Tropiciel przyspieszył kroku, zostawiając ich.
-Dokąd?! -zawołał za nim przewodnik.
-Powiedz tym ludziom, że za godzinę drogi stąd, jest rzeka. Zaczekam tam na was.
Spojrzeli po sobie, mężczyzna bezradnie rozłożył ręce.
-Sami słyszeliście...-odrzekł.
Szum wody zagłuszał niektóre dźwięki. Tylko uszy stworzone, by zważać nawet na te, które dla innych są mało istotne, potrafiły wychwycić drgania o bardzo niskiej częstotliwości. Przez moment bacznie patrzyła przed siebie, przymrużonymi ślepiami, obserwowała teren. Coś zamajaczyło w oddali. Wiatr był jej nieprzychylny, nie wiedziała czy to wróg czy zwierzyna płowa. Podniosła się i skierowała do swojego schronienia. Wolała nie ryzykować była w kolejnej ciąży i potrzebowała teraz więcej odpoczynku, niż walki. Nawet jej przybrane młode musiało wyczuwać jej nastrój, bo nie raz nie widywała go przez kilka dni. Skryła się w porę, bo intruz dotarł właśnie do rzeki.
Myśliwy otarł pot z czoła. Przystanął, pochylił się i obmył twarz chłodną wodą. Obejrzał się kilka razy za siebie, ale nikogo nie zobaczył. Usiadł na kamieniach i czekał na swoich znajomych.
Dobrze, że nie wyszedł nagle z lasu na brzeg. Tym razem instynkt nie zawiódł go także. Czmychnął w gęsto rosnące kolczaste krzewy, kalecząc się boleśnie w twarz. Warknął ostrzegawczo, złapał gałąź, która sprawiła mu ból i oderwał od pnia. Zerknął na dziwne zwierzę nad jego wodą. Jak przez mgłę, zaczęły napływać nikłe wspomnienia, których nie był w stanie odróżnić od zwykłych snów. Potrząsnął głową, próbując odegnać te obrazy. Zarośla nagle zaszeleściły. Przestraszony wycofał się czym prędzej, głębiej w chaszcze. Istota na kamieniu poruszyła się. Z jego gardła, mimo woli wydobył się warkot, białe zęby zalśniły. Odruchowo wziął swój cenny przedmiot w rękę i wydobył na zewnątrz. Stal błysnęła w promieniu słońca. Nim zdążył się zorientować, że ten, którego obserwował, zniknął ze swego miejsca, coś chwyciło go mocna za stopę i wyciągnęło z kryjówki. Przerażony zaryczał głośno.
-Mój ty boże! -zawołał tropiciel, na widok młodego chłopaka. -Ci, którzy cię szukają, zapłacą mi za ciebie mnóstwo forsy, bo inaczej, ODDAM CIĘ DO CYRKU!!! -wrzasnął na dzieciaka, słysząc, jak warczy i ryczy niczym zwierzę. -Przestań zachowywać się jak dzikus! -kopnął go w brzuch, gdy zobaczył, że sięga po swój sztylet.
Młokos miał najwyżej 17 lat, oprócz długich, przykrywających plecy włosów, przypominających konopne sznury, czy dready nie miał na sobie nic. Był Azjatą, może nawet dzieckiem kogoś z pobliskiej wsi, ale dlaczego ukrywał się w lasach, biegając nago z nożem w ręce. Spojrzenie jego oczu i mimika twarzy przypominały zachowanie psa, schwytanego na pętlę. Rozważania na temat tego co widział, osłabiły nieco czujność trapera. Kiedy o tym pomyślał, tym razem on padł na twarz przed nagusem. Olbrzymia łapa zadała mu śmiertelny cios. Razem z matką obwąchiwali leżące przed nimi ciało. Samica zlizała krew ale mięsa nie tknęła. Zawróciła do jaskini, a on ociągając się podreptał za nią. Chociaż nie pozwoliła mu wejść do swojej pieczary, położył się przy wykrocie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz