" A gdy nadejdzie mój kres wędrówki, nie daj mi pomylić drogi do szczęścia z żadną inną..."
Metropolis of Europe. Rok 2115.
Naukowiec otworzył zalane krwią oczy. Bolała go głowa, chociaż z rany przestała płynąć krew. Drżącą ręką sięgnął po broń pod pachą, nie znalazł. Przy sięganiu niżej, zacisnął z bólu zęby, palce dotknęły małego pistoletu, tuż nad wysoko sznurowanymi butami. Wydobył go z etui. Podniósł się i skierował do wyjścia. Dotarł do windy, która przywiozła Hǔ, zjechał na dół. Kiedy rozsunęły się drzwi, usłyszał strzał. Wybiegł, zobaczyć co się stało. Milla i dwoje ludzi, byli przy głównych drzwiach, próbując się wydostać. Lake starała się otworzyć zamek, nieopodal leżał zabity żołnierz.
-Gdzie twój kochaś?-wycelował w mężczyznę.-Mów prawdę, bo on zginie! -zagroził.
-Nie mów, on i tak nas zabije. -zwrócił się do młodej naukowiec, starszy człowiek.
To rozdrażniło doktora. Pociągnął za spust, trafiając tamtego w serce.
-Takiej rany nie zregenerujesz! - kopnięciem odsunął zwłoki na bok.
-Jak...-zająknęła się dziewczyna. -Jego organizm potrafi wszystko! -zaprotestowała. Miała w oczach łzy. Żona zmarłego, tuliła go do siebie, zapłakana.
-Nie! Kiedy serce nagle stanie, to jego modyfikacja na nic się nie przyda...Pozostanie martwy! -własne słowa rozbawiły go. Śmiał się, dopóki nie padł kolejny strzał... Milla odrzuciła broń jak najdalej od siebie.
Przyłożył ręce do dziury, w miejscu gdzie znajduje się krtań, przerwane żyły tłoczyły czerwony strumień na zewnątrz. Zanim jego ciało dotknęło zimnych płytek hallu, nie żył.
Uklękła obok wdowy, wzięła delikatnie jej dłoń.
-Musimy iść...-powiedziała. -Hǔ, nie może stracić obojga rodziców, nie pozwolę na to! -pomogła wstać kobiecie. Nie zważając na nic, rozbiła szybę w oknie i wyszły na ulicę, kryjąc się za tłumem gapiów.
Krążył po bazie, szukając dokumentów badań nad ludźmi takimi jak on i jego rodzina. Musiał wszystko zniszczyć. Natrafił wreszcie na archiwum i myślał przez moment, jak pozbyć się zawartości, tak by była nie do odtworzenia. Idąc dalej, w którymś momencie zauważył butle, czytał napisy: "Tlenek diazotu", "Eter dietylowy", "CO2".
-Co on tu z wami robił...-szepnął do siebie, wyobrażając sobie najokrutniejsze doświadczenia.
Zaniósł wszystkie pojemniki do archiwum. Odbezpieczył zawory, gaz z sykiem, wydobywał się z zamknięcia. Poszedł do laboratorium, miał trochę czasu na zrobienie zapalnika. Zmieszał ze sobą różne substancje chemiczne i wlał do sporej menzurki. Umieścił w kubku kable z wyciągniętego kontaktu. Gazowa mieszanina powinna załatwić resztę.
Jeszcze przed wybuchem był na dole. Ktoś leżał na ziemi. Podbiegł do ojca, wziął na ręce, przeniósł przez wybite okno i oddał nadbiegającemu sanitariuszowi.
-Błagam, uratuj go! - krzyknął.
-Pana ojciec nie żyje.-odparł ratownik. -Przykro mi...
-Nie! Zrób co ci powiem, mój tato musi żyć! -dopadł swego rozmówcy, pociągnął na bok z dala od reszty. -Zrób mojemu ojcu transfuzję, to go uratuje!
-Człowieku, masz nie po kolei we łbie! Opanuj się, twój stary umarł! -zadrwił z niego mężczyzna. Dał sobie spokój, widząc, że nie da się przekonać ratownika.
Wsiadł do ambulansu, pomimo sprzeciwu jego właścicieli, położył ojca na noszach. Zamknął drzwi karetki. Ściągnął bluzę i zajął się sobą i zmarłym. Uzbroił dość długą rurkę kroplówki w dwa wenflony. Jeden wbił w swoje przedramię drugi w żyłę mężczyzny. Leżał na noszach obok, czekając z nadzieją na cud... Nie wiedział kiedy odpłynął w nicość.
Doszedł do siebie po kilku godzinach, gdy Milla pochylała się nad nim. Zaskoczony tym, usiadł i rozejrzał się. Ojca nie było, baza płonęła za oknem ambulansu a dziewczyna z rumieńcem wstydu na policzkach wydała mu się zabawna.
-Gdzie tato? Żyje?- chciał zejść z noszy, ale zakręciło mu się w głowie z upływu krwi. Podtrzymała go.
-Jesteś słaby. Odpocznij. -powiedziała.
-Mój ojciec, gdzie on jest?! -krzyknął, zdenerwowany brakiem odpowiedzi.
Ktoś uchylił drzwi karetki i zapytał:
-Po co zaraz tak na nią krzyczysz? -starszy pan wszedł do środka, pomagając wsiąść żonie.
Uczucie błogiego spokoju i radości zalało serce Hǔ. "Nareszcie, jesteście już na prawdę bezpieczni."-pomyślał. Zemdlony, osunął się w ramiona kochanego rodzica...
Koniec.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ten ktoś obok.
«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...
-
«PROLOG» - I, mamy go!!! - okrzyk triumfu ratownika medycznego oznajmił sukces reanimacji. Ostrożnie położono go na noszach i natychmiast ...
-
"Chwila, w której serce ustaje, życiu nowy smak nadaje..." Echo końskich kopyt dudniło po cichych uliczkach. Czarny karawan ciąg...
-
Jakby tu zacząć? Otóż...Witam na moim blogu :-) Spróbuję zmierzyć się na nim z sobą samą. Może Ktoś z was lubi czytać opowiadania różne, n...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz