poniedziałek, 2 września 2013

Cryptonym "Summer Rain" cz.: 9

" Ludzkość dąży wciąż na przód, ku nowocześniejszej zagładzie..."

 Metropolis of Europe. Rok 2115.

Jeszcze po paru dniach, czuł wzbierający gniew, kiedy przypomniał sobie, co zobaczył w laboratorium Milli.
-Jak mogłem jej zaufać?-robił sobie wyrzuty.
Wracał z zakupów, zapukał do pokoju rodziców, ale nikogo nie zastał. Wyjął telefon z kieszeni i wybrał numer.
-Tato, wszystko w porządku?-zapytał. -Gdzie jesteście?
-Posłuchaj chłopcze! -odezwał się nieznajomy głos.
-Kim jesteś?! -dopytywał się. Nie usłyszał odpowiedzi.
Facet mówił dalej:
-Twój ojciec i matka są już tu ze mną. Czekamy tylko na ciebie. Masz tu być natychmiast, bo inaczej, zostaniesz sierotą!
-Gdzie to jest? Podaj adres. -prawie krzyczał do telefonu.
-Śmigłowiec będzie czekał w południowej części Metropolis, za godzinę! -po tych słowach rozmówca, rozłączył się.

Wsiadając do helikoptera, znów miał przeczucie, że wydarzy się coś złego. Nie bał się o siebie, zależało mu na bezpieczeństwie rodziców. Lecieli długo. Gdy wreszcie wylądowali, okazało się, że są przed tajną bazą NASA. Zaprowadzono go do budynku.
-Gdzie oni są?! -wyrwał się strażnikowi.-Chcę zobaczyć ojca i matkę! -zażądał.
-Milcz! -siarczysty policzek jaki oberwał sprawił, że przestał nad sobą panować. Żołnierz, kopnięty mocno w brzuch, upadł nieprzytomny na ziemię. Hǔ, zabrał mu kluczyki od kajdanek, rozkuł się i pobiegł przed siebie, długim korytarzem.
-Źle zrobiłeś, mój przyjacielu... Los, twoich, kochanych bliskich zależy od ciebie. A może wolisz ją? -ten sam głos, który słyszał w słuchawce, prześladował go tutaj.
Niespodziewanie, z głośników dał się słyszeć inny głos...
-Hǔ, proszę, zaufaj mi... Mi nic nie grozi i twojej rodzinie też nie, im zależy na twojej krwi... UCIEKAJ!!! -odgłos podobny do wystrzału, zwieńczył koniec prośby.
-Milla!!! -zawołał.-MILLA!!! -nie wiedział, w którym kierunku się udać. Nie znał planu bazy.
Za następnym zakrętem natknął się na trzech strażników. Nie mięli z nim szans. Polegli po kilku kopnięciach i ciosach. Zanim ostatni z nich zemdlał, zagadnął go gdzie jest dziewczyna i rodzice.
-Pieprz się...-mężczyzna splunął krwią.
Hǔ, złapał tamtego za gardło i zdusił.
-Gadaj, gdzie twój szef!!! -wrzasnął.
-...a...gór...e -wymamrotał. Po rozluźnieniu uścisku, złapał oddech, powtórzył nieco wyraźniej: -Centrum na... górze...-uderzony w skroń, stracił przytomność.
Myślał, że oszaleje w windzie. Kiedy dotarła na ostatnie piętro, omal nie rozwalił drzwi. Działał jak w amoku. Myśl, iż jest już blisko porywacza, dodawała mu sił.
Wdarł się do środka i zobaczył troje związanych, klęczących ludzi a za nimi wojskowego z bronią gotową do strzału. Na przeciw niego, za biurkiem, siedział jakiś ważniak w kitlu, spod którego widać było mundur i kaburę.
-Już myślałem, że się ciebie nie doczekamy.-powiedział. -Związać go!
Gdy zakładano mu więzy, napinał mięśnie tak bardzo, że sznur wrzynał mu się w skórę. Kazano mu usiąść na krześle, podwinięto rękawy bluzy. Doktor zaczął szykować strzykawki.
-Najpierw, pobiorę ci trochę krwi. Zbadam ją i gdy uzyskam potwierdzenie, że nadaje się do stworzenia nowego wirusa...-uśmiechnął się do siebie. - Spuszczę z ciebie całą, co do kropelki! Z krwi twoich starych, nie da się wyhodować mojego arcydzieła, więc zostaną zabici. Dziewczynę zostawię do moich badań.-westchnął z zadowoleniem.
-A wiesz? -jego ton był prawie przyjacielski. -Mam nawet nazwę dla mojego wynalazku... "Summer Rain" ! Widzę oczyma wyobraźni, swoją armię, podążającą za moimi rozkazami! -zbliżył się, aby wbić Hǔ igłę, chłopak uśmiechnął się do niego. Uniósł wyswobodzone ręce i chwytając naukowca za głowę, uderzył nią o kant biurka.
Odskoczył, widząc wymierzony w siebie pistolet. Pilnujący więźniów mężczyzna nie trafił go jednak.
Wyrwał martwemu doktorowi z kabury jego Wista i strzelił do żołnierza. Mógł nareszcie uwolnić przerażonych rodziców i Lake.
-Dziękuję...-powiedziała.
-Nie teraz! Zabierz ich stąd! -znalazł w szufladzie biurka dwa nowe magazynki, zabrał je i broń zabitego strażnika. Wyszli wszyscy na korytarz. Dał jeden pistolet Milli.
-Masz. Uważajcie na siebie! -szybko pocałował ją w usta i już go nie było.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...