środa, 26 lutego 2014

Labirynty śmierci. cz: 4

Chłeptał ciepłą tętniącą krew, a jego ciało, z każdym łykiem przestawało drżeć. Ból ustępował...
O świcie wrócił do starego domu, położył się na ziemi i zapłakał. W myślach przeżywał raz jeszcze moment, kiedy zagłębił obie dłonie w jej wnętrznościach, w których jeszcze pulsowało życie. Już nie krzyczała, silny szok z bólu ogłuszył ją lepiej niż jakikolwiek narkotyk. Sięgnął po to, co sprawiało, że zaspokajał swoją zachciankę, chwilowy kaprys...
" - Boże, jeśli istniejesz, spraw bym przestał..." - modlił się. "-...już dłużej nie dam rady, to zaczyna nade mną panować..."
Przyszła mu do głowy pewna myśl, wstał, wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się. Zaskoczony, cofnął się na moment do wnętrza, ale za chwilę był już na podwórku przed domem. Porwał go śmiech.
- Tooo niee praaawdaaaa!!! Hahaha!!! Słońce mnie nie zabije!!! Hahaha!!! - krzyczał na cały głos. Umilkł natychmiast, zdając sobie sprawę, ze swojej lekkomyślności. "-To, że słońce zabija takich jak ja... to brednie..."-pomyślał z wściekłością. "- Muszę wymyślić inny sposób na to, abym już nigdy, nikomu nie wyrwał serca..."
***
W wydawnictwie wrzało. Nowe wiadomości prześcigały się kolejnością umiejscowienia na obszernych kartach "Times". Ludzie tu wydawali się pogrążeni w jakimś pracoholicznym amoku. Każdy próbował przedstawić swój artykuł jako ten "NAJ".
- O ja cię pierdzielę, tu nawet wystrzał z armaty by nie pomógł! Ta banda zagłusza nawet samych siebie! - podszedł, stanął na biurku jakiegoś, zdziwionego tym zachowaniem pismaka i wrzasnął: - Zamknijcie się ludzie!!!
Zapanowała względna cisza, głowy zaciekawionych skierowały się w jego stronę.
- Słuchajcie no, wy kretyni! Dlaczego wypisujecie bzdury, że jakiegoś faceta kochanka gryzie w ucho, a on teraz jest żywym trupem???!!! Od ugryzienia w ucho przecież się nie umiera!!! Macie wszyscy niepokole...  ...!!!
Nie dane mu było skończyć przemowę. Rymsnął o ziemię z takim impetem, że omal nie wybił dziury w podłodze. Całe zbiorowisko zaniosło się gromkim śmiechem. Ktoś podał mu rękę, podniósł. Zagniewany bardzo, takim lekceważącym traktowaniem jego - właściciela Zakładu Pogrzebowego w Dover, niechętnie usiadł na podstawionym krześle. Poczuł, że tak samo, jak urażona godność, boli go tyłek... Nie odezwał się już jednak ani słowem. Jakaś kobieta zabrała głos, nie pytając o pozwolenie.
- Panie... Przepraszam, jak się pan nazywa?
- Weasel... Nazywam się Frank Weasel...
- OK. Panie... Weasel... - uśmiechnęła się, wymawiając nazwisko. - To wszystko prawda, o tym nieboszczyku, który zabił pańskiego jedynaka. Gość bawił w hotelowym pokoju, jego partnerka, faktycznie prawie oderwała mu całe ucho, ale...-przerwała, by bardziej zainteresować zebranych. - Facet wyzionął ducha bo nie mógł zatamować krwawienia! Po prostu, wykrwawił się na śmierć! Znaleziono go w hotelowej wannie, z rozerwaną prawą stroną twarzy. Z ucha zostały strzępy!
- To obrzydliwe!!! - wrzasnął, powstrzymując się przed torsjami.
- Nie... nie to było obrzydliwe... - posłała mu czarujący uśmiech, a patrząc prosto w jego oczy, wycedziła przez zęby: - Obrzydlistwem, można nazwać taki mały szczegół...
- jjj...aki znów szszczegółł...??? - wydukał.
- Oprócz kilku, sporej wielkości plam na ubraniu, nie było w jego ciele ani kropelki krwi!!!
Coś chlupnęło jej na drogie buty. Spojrzała i...
Ktoś zadzwonił po karetkę aby pomogli tym, którym żołądki, po wysłuchaniu opowiadania kobiety, nie wytrzymały.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...