środa, 19 marca 2014

Labirynty śmierci. cz: 5

Minęło kilka miesięcy nim zdecydował się wrócić do miasta. Poszedł tam nocą, tylko - jak sam próbował sobie wmówić - po to, aby sprawdzić czy całe to zamieszanie wreszcie ucichło. Błąkał się po pustych ulicach, aż trafił na przyklasztorny cmentarz. Uchylił skrzypiącą bramkę na jednym zawiasie i wszedł. Tu też spędził jakiś czas, przeglądając nagrobki z przegniłymi i z kilkoma nowymi krzyżami. Na jednym z nich znalazł tabliczkę ze swoim imieniem i nazwiskiem. Zaskoczony gapił się na sosnowy krzyż i napis. W końcu uklęknął przy swoim grobie i rozpłakał się. Łkał i szlochał, gdy nagle zdał sobie sprawę, że nie jest sam... Ktoś podchodził właśnie do drzwi kaplicy cmentarnej. Wysoka zakapturzona postać przypominała zakonnika, ale jego zachowanie było dalekie od świętości.
- Ciekawym, co cię tu sprowadza kolego...? - ruszył w kierunku zabytkowego budynku.
Musiał przyspieszyć nieco kroku, ponieważ tamten na pewno zdążył już gdzieś się oddalić lub ukryć w kaplicy. Kryjąc się co jakiś czas, dotarł do tych samych drzwi i wślizgnął się do wnętrza. Chociaż było ciemno, jego oczy potrafiły doskonale przystosować się do tego, był to taki malutki plus bycia żywym po śmierci. Rozejrzał się. Nagle do jego uszu dotarło jakieś szuranie. Poszedł w tym kierunku i ujrzał jak nie jeden zakapturzony osobnik, lecz około dwustu, zgromadzeni w lochach, odprawiają jakieś dziwaczne obrzędy. Szuranie powtórzyło się... Otwarto ciężkie wykute z brązu wrota, buchnął z nich płomień i smród siarki. Po chwili coś, czy ktoś zamajaczył pośród ognia...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ten ktoś obok.

«ROZDZIAŁ JEDENASTY» "Szarość mgły wieczornej oplatała trawę, krzewy i pnie drzew. Szedł brzegiem rzeki, rozglądając się dokoła. Szukał...