-Shisetsu-san!-głos mi uwiązł w gardle.I nagle do mojego krzyku przyłączyły się inne głosy:
-Mumei!Obudź się!-komuś wreszcie udało się dotrzeć do mojej świadomości.
Otworzyłem oczy i rzeczywistość zmieniła się diametralnie.Byłem w tym samym miejscu co poprzedniego dnia,czyli na peryferiach Tokio.Tylko te sny o matce i moim opiekunie z dziecięcych lat,Shisetsu,co jakiś czas,przez tyle wieków potrafiły wracać wciąż na nowo.Pewna stara kobieta powiedziała mi kiedyś,że mojej matce potrzeba wyzwolenia,wtedy sny o przeszłości przestaną mnie dręczyć...Może to prawda?
Wsunąłem dłoń do kieszeni jeans'ów i znalazłem zmiętą kartkę papieru.
-Przydałoby się zapracować na śniadanie.-uśmiechnąłem się do własnych myśli.Przeczytałem niewyraźny napis: " 小さな波 Chīsana nami" (jap: Mała fala) i numer: +8137654321099.
Zapytałem przechodnia o telefon,wskazał gdzieś przed siebie i odszedł.Odwróciłem się i zobaczyłem muszlę budki.Po chwili jakiś chropowaty dźwięk wdarł mi się do ucha:
-Mia..ł.ś byc godzine temu!!!-wrzasnął właściciel łodzi.Zegarek na moim przegubie wskazywał to samo.
-Będę za 20 minut!-rzuciłem słuchawkę i pognałem ulicami do portu.
Chīsana nami kołysała się na falach,załadowana sieciami i linami.Kubły na ryby też już przygotowano.Nadszedł rybak,który zbeształ mnie przez telefon,był niezadowolony nawet kiedy mnie zobaczył.
-Gdybym wiedział,że taki z ciebie pomocnik,zatrudniłbym kogoś innego!-warknął na powitanie.-Właź!-wskazał łódź.
Dochodziło południe.Ryby brały a mojemu pracodawcy poprawiał się humor.Zagadnął mnie nawet o wizerunek smoka na szyi.
-A cóż to za dziwny kawałek blaszki masz na tym sznurku,co?Świeci tak,iż mógłbym pomyśleć,że to srebro!-zaśmiał się.
Zawsze to samo...Ludzie są z reguły uczuleni na wszystko,co odbija promienie słoneczne bardziej niż kamienie na drodze.Tyle czasu żyję a pytania o Medalion nigdy się nie kończą.
Podszedł bliżej,żeby się przyjrzeć.
-A niech mnie! Ile jest warta? To przecież najstarsza moneta jaką pamięta to zacne miasto!!!-zachwycił się mężczyzna.
-Ma dla mnie większą wartość,niżby pan myślał.-udałem,że nie widzę błysku w jego oczach,kiedy rozmowa zeszła na ocenę Smoczego Medalionu.Nie miałem zamiaru ciągnąć dłużej tego tematu.Odwróciłem się,udając bardzo zajętego wyciąganiem złowionych ryb.
Robota trwała do samego wieczora.Składałem sieci,gdy przyszedł rybak z wypłatą.
-Powinienem obciąć ci pensję za spóźnienie!Pracowałeś pilnie,więc nie będę pamiętał o tym małym niedociągnięciu.Tu są twoje pieniądze...ale!-złapał mnie za przedramię i przytrzymał: -...ale dodam o wiele więcej za...
Nie dokończył.Jego kark znalazł się w zgięciu mojego łokcia. Trzymałem go w uścisku tak,że tracił oddech.Powoli cedziłem słowa przez zaciśnięte z wściekłości zęby:
-Słuchaj...nie obchodzi mnie,jak traktujesz swoich pracowników...wezmę co moje,a jeżeli jeszcze raz dotkniesz mnie lub mojej monety-zabiję...rozumiesz?-dał znać,mrugnięciem.
Puściłem go,nie mogłem narobić sobie kłopotów,chociaż w środku cały się gotowałem.Widziałem jak odchodzi,mrucząc pod nosem groźby...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz