Zapomniane Miasto cz.4:
Zaczęło się z nim dziać coś dziwnego.Trząsł się jak w gorączce,pocił się i miał uderzenia gorąca.Jego twarz była trupio blada.Mike nic nie mówił,widząc w jakim jest stanie.Obaj chcieli mieć to już za sobą.
Żandarm wiedział aż za dobrze, jak może na kogoś w takiej sytuacji jak Anderson,podziałać kostnica.
-Trzymasz się?-spytał.
Roger niepewnie kiwnął głową.Czuł żołądek podchodzący coraz wyżej.-Niedobrze mi...-stęknął.
Koroner w zielonkawym fartuchu,najpierw zajęty swoimi sprawami,czekał cierpliwie na ich decyzję.Teraz zbliżył się do jednej z szuflad i spojrzał na obu. -Gotowi?
Nie czekał na odpowiedz,wysunął szybko stół z wnętrza chłodni i oczom obecnych ukazały się zwłoki chłopca.Głuchy odgłos padającego ciała jego ojca był jakby umownym znakiem dla lekarza sądowego,że czas zamknąć szufladę z powrotem. Posadzili zemdlonego mężczyznę na kozetce.
-No,stary!Dalej,pozbieraj się.No...! -Michael potrząsnął kolegą stanowczo.
-Wybudź się wreszcie człowieku.-Lekarz podsunął nieprzytomnemu sól trzeźwiącą.Podziałała.Powieki Rogera zadrżały,otworzył oczy i rozejrzał się.
-Gdzie jestem?Co się stało?
-W kos...-Szef nie skończył.
-W szpitalu.-Szybko zareagował koroner.-Miał pan tu sprawę do załatwienia.-dodał.
-A co się stało?Czemu jest mi niedobrze?-dociekał przytomniejąc.
Lekarz kiwnął na Michaela.-Wyprowadźmy go stąd,szybko!
Wzięli Andersona pod pachy i wyprowadzili na poczekalnię.Usiadł ciężko na krześle.
-Mój synek...-załkał nagle.-Mój Josh!
Obaj mężczyźni przysiedli po obu stronach Rogera.Milczeli,chociaż może wypadałoby coś powiedzieć?Tylko jakie słowa pocieszenia ukoją ból po stracie bliskiego?A ten facet miał w dodatku świadomość,że przyczynił się do śmierci syna. Anderson ukrył twarz w dłoniach.Jego szloch słychać było echem w pustym korytarzu.
Kiedy wracali do biura Michaela,było z nim trochę lepiej.Zieleń twarzy zniknęła,oddech się wyrównał.Nie czuł też mdłości.Jego towarzysz odważył się zagadnąć:
-Słuchaj,możesz przenocować u mnie.Moja żona ucieszy się z gościa na kolacji.A rano pomogę ci to wszystko jakoś ogarnąć,ok?
-...
-Hej!Wszystko w porządku stary?
Odwrócił głowę od widoków za szybą samochodu.-Tak...w porządku,dziękuję.
-Mirando?!-zawołał Michael od progu,zamaszyście wycierając buty.W przedsionku ukazała się młoda dziewczyna.
-Hej tatko!-pocałowała Mike'a w policzek i uśmiechnęła się serdecznie do Rogera. -Kto to?
-To pan Roger Anderson,mój kolega.Zostanie na kolacji i przenocuje u nas.Ma ważną sprawę do załatwienia w mieście.Jest matka?
-Tak.Kładzie Monikę spać.Umyjcie ręce,podam wam kolację.
Skierował Rogera do jednej z łazienek.Poszedł na piętro do drugiej.W tym samym czasie jego starsza córka Amanda stawiała na stole talerze z kolacją.
Usiedli przy stole.Roger dopiero teraz poczuł jaki był głodny.Smaczne zapachy dań sprawiły,że uczucie głodu stało się nie do zniesienia.Wkrótce dołączyła do nich Miranda.
-Dobry wieczór.Witaj Mike.-przywitała się,przysiadając na miękkim krześle obok męża.-Kim pan jest?
-Mirando,przedstawiam ci mojego kolegę Rogera Andersona.Przyjechał do Perpignan w ważnej sprawie.-pan domu przedstawił najpierw Rogera a następnie swoją żonę: -To moja żona Miranda.
-Bardzo mi miło panią poznać.-Miranda podała mu dłoń,ujął ją i zbliżył do ust.
-Mi również jest miło poznać pana,panie Anderson.
Zasiedli powtórnie do stołu,kolacja zbliżała się do końca.
-Mój synek...-załkał nagle.-Mój Josh!
Obaj mężczyźni przysiedli po obu stronach Rogera.Milczeli,chociaż może wypadałoby coś powiedzieć?Tylko jakie słowa pocieszenia ukoją ból po stracie bliskiego?A ten facet miał w dodatku świadomość,że przyczynił się do śmierci syna. Anderson ukrył twarz w dłoniach.Jego szloch słychać było echem w pustym korytarzu.
Kiedy wracali do biura Michaela,było z nim trochę lepiej.Zieleń twarzy zniknęła,oddech się wyrównał.Nie czuł też mdłości.Jego towarzysz odważył się zagadnąć:
-Słuchaj,możesz przenocować u mnie.Moja żona ucieszy się z gościa na kolacji.A rano pomogę ci to wszystko jakoś ogarnąć,ok?
-...
-Hej!Wszystko w porządku stary?
Odwrócił głowę od widoków za szybą samochodu.-Tak...w porządku,dziękuję.
-Mirando?!-zawołał Michael od progu,zamaszyście wycierając buty.W przedsionku ukazała się młoda dziewczyna.
-Hej tatko!-pocałowała Mike'a w policzek i uśmiechnęła się serdecznie do Rogera. -Kto to?
-To pan Roger Anderson,mój kolega.Zostanie na kolacji i przenocuje u nas.Ma ważną sprawę do załatwienia w mieście.Jest matka?
-Tak.Kładzie Monikę spać.Umyjcie ręce,podam wam kolację.
Skierował Rogera do jednej z łazienek.Poszedł na piętro do drugiej.W tym samym czasie jego starsza córka Amanda stawiała na stole talerze z kolacją.
Usiedli przy stole.Roger dopiero teraz poczuł jaki był głodny.Smaczne zapachy dań sprawiły,że uczucie głodu stało się nie do zniesienia.Wkrótce dołączyła do nich Miranda.
-Dobry wieczór.Witaj Mike.-przywitała się,przysiadając na miękkim krześle obok męża.-Kim pan jest?
-Mirando,przedstawiam ci mojego kolegę Rogera Andersona.Przyjechał do Perpignan w ważnej sprawie.-pan domu przedstawił najpierw Rogera a następnie swoją żonę: -To moja żona Miranda.
-Bardzo mi miło panią poznać.-Miranda podała mu dłoń,ujął ją i zbliżył do ust.
-Mi również jest miło poznać pana,panie Anderson.
Zasiedli powtórnie do stołu,kolacja zbliżała się do końca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz