Zapomniane Miasto cz.3
-Więc twierdzi pan,że najpierw stracił pamięć a teraz pamięć panu wróciła i chce zeznawać?
-Tak.-Powoli zaczynał go denerwować służbowy ton żandarma.
-Chcę złożyć zeznanie o wypadku,w którym zginął mój syn Josh.-silił się na grzeczność.Już od 20 minut trwał przy kontuarze,gadając z głupawym gliną.W końcu zapytał:-Czy mogę porozmawiać z pana przełożonym?
Urzędnik otworzył usta,chcąc coś dodać,czy zaoponować ale nie zdążył.W drzwiach wejściowych stanął jego szef.
-Witam.-rzucił szorstko w stronę Rogera.-Czym mogę służyć?
Gdyby mógł,Roger parsknął by śmiechem,na to: "Czym mogę służyć?",ale musiał zachować powagę.Sprawa jego zmarłego syna tego wymagała.
-Jak już powiedziałem pańskiemu podwładnemu-jestem gotów zeznawać w sprawie mojego wypadku...
-Tak.Wypadek spowodowała nadmierna prędkość i niesprawne hamulce-tyle się dowiedzieliśmy.A co pan ma nam do powiedzenia?
-Po wypadku,nie wiem jak trafiłem do tego miasta...nie mogę sobie przypomnieć czy szedłem taki kawał drogi piechotą,czy może złapałem stopa.Miałem poważną ranę głowy,więc...
-Więc nie przypomniał pan sobie wszystkiego jak należy!-skwitował dyżurujący żandarm.Tego było Rogerowi za wiele!Jego pięść wpasowała się w twarz tamtego tak szybko,że nawet się nie połapał.Cofnął się trzymając dłoń na okrwawionych ustach.
-Fo napasc na szantama na słusbie!!!-wyseplenił.
Szef żandarmerii zachłysnął się śmiechem.-Cicho bądź! Po co wtrącasz się do rozmowy,o której nie masz zielonego pojęcia!Ja nic nie widziałem! A pana proszę do mojego gabinetu.Nie mogę pozwolić, żeby mój nieokrzesany krewniak stracił kolejne zęby!
Zamknął za nimi drzwi.
-Napije się pan czegoś,Anderson?-zapytał,nalewając sobie whisky.
-Pije pan na służbie?-zdziwił się Roger.-Poproszę to samo z lodem-dodał.
-Hmm...to moja jedyna ucieczka przed tym zawszonym światem...-Mężczyzna podał alkohol Andersonowi,usiedli na przeciw siebie przy biurku.
-Czy wiadomo coś panu o moim tu przybyciu?Może kogoś pytaliście,ktoś mnie podwoził?-Przeszedł od razu do swojej sprawy.
-Wszystko wskazuje na to,że dostał się pan do naszego miasta piechotą...z drugiej strony,z takim obrażeniem,po kraksie...Mocarz z ciebie Anderson!
-Proszę,żeby pan ze mnie nie kpił.Straciłem syna i to o niego mi głównie chodzi.O siebie pytałem,bo także nie rozumiem, jakim cudem,po ciemku,z raną głowy trafiłem do Zapomnianego Miasta.
-Sami mieszkańcy wymyślili tą głupią nazwę!To miasto,według nich jest zapomniane przez Boga.
-To gdzie ja właściwie jestem?
-W Perpignan!-szef poprawił się w fotelu,dolał sobie trunku.Machnął pytająco butelką w stronę Rogera.
-Nie,mam dosyć. Jak to w Perpignan? Jechałem na wschód do Annecy na aukcję zwierząt,nie wiem kiedy pomyliłem drogi...
-Teraz ja czegoś nie zrozumiałem.Jechałeś do Annecy a trafiłeś do Perpignan?Pamiętasz chociaż skąd jesteś?
-Agen,tam się urodziłem i tam mieszkam.-Powoli wracały inne wspomnienia z rodzinnej miejscowości.Dom na przedmieściach,niewielkie rancho i...
-Agen,mówisz...Doprawdy,dziwny zbieg okoliczności! Co planujesz zrobić?-rozmówca przerwał mu rozmyślanie.
-Chcę odebrać ciało mojego syna...-zaczął niepewnie.-Czy pan wie gdzie je zabrano?
-Mów mi Michael. Twój syn znajduje się w kostnicy w Szpitalu Św.Jana,w którym byłeś.Pojedziemy tam,jeśli chcesz.
-Chcę!-krzyknął.
-Ok! Zbieraj się.-Michael,już był przy drzwiach.Trzymał je otwarte tak,że było widać obitego przez Rogera mężczyznę.Wyglądał dziwacznie z opuchniętymi wargami.Mijając go,szef znów zaczął się śmiać.
Kiedy zniknęli skompromitowanemu żandarmowi z oczu,ten pokazał im bardzo wymownym gestem co o nich sądzi.
Zatrzymali się przed zakładem pogrzebowym.Roger przełknął ślinę aby móc wydobyć z siebie głos,uporczywie więznący w gardle.Mike poklepał go po ramieniu:-Ja będę nadawał.
Weszli do środka.Otoczyły ich zewsząd różnego rodzaju trumny-duże,małe... Andersonowi zakręciło się w głowie.O mały włos runął by jak długi,pod nogi jakiegoś człowieka,który akurat przyszedł.
-W czym pomóc?-jego głos był skrzekliwy,drażnił nieprzyjemnie.
Gliniarz zaczął: -Chciałbym wybrać trumnę dla zmarłego nastolatka.
-Jak był wysoki?
-Że co?-Michael zrobił wielkie oczy.-Po co panu jego wzrost?!
-Jak niby mam panu polecić trumnę,skoro nie wiem jaka ma być długa?Szanowny pan wybaczy,ale sam pan mówił o nastolatku...
-Wiem do diaska co mówiłem! Już rozumiem!Dzieci w tym wieku są różnego wzrostu! Cholera!
-Ależ!Proszę się opanować!-skrzekliwy głos był pełen oburzenia.
-Miał...160 cm...-odezwał się wreszcie Roger.Jegomość przestał na chwilę spierać się z szefem żandarmerii.Popatrzył na Andersona przez ramię.
-Kim pan jest?-zapytał.
-Roger Anderson,ojciec zmarłego nastolatka.
-Chwileczkę...-starszy człowiek powoli odwrócił się w jego stronę.-Skoro pan jest ojcem,to kim pan jest?-wskazał na Mike'a palcem.
-Szefem tutejszych gliniarzy!-warknął na niego Michael.-I nie pokazuj na mnie palcem!
-Proszę stąd wyjść!Natychmiast!-tym samym palcem właściciel zakładu pokazał im drzwi.
Wyszli.
-Mam prośbę...-Roger czuł się nieswojo.-Na drugi raz,przedstaw mnie zanim cokolwiek powiesz-zgoda?
-Ok.Nie wiem co mi się stało.Ten facet był jakiś dziwny.Drażnił mnie od samego patrzenia na jego zasuszoną postać.Sam wyglądał jakby za moment miał skorzystać z własnej usługi!
To stwierdzenie sprawiło,że Roger mimo woli się uśmiechnął.Chciał być już na miejscu,w szpitalu.
Kiedy zniknęli skompromitowanemu żandarmowi z oczu,ten pokazał im bardzo wymownym gestem co o nich sądzi.
Zatrzymali się przed zakładem pogrzebowym.Roger przełknął ślinę aby móc wydobyć z siebie głos,uporczywie więznący w gardle.Mike poklepał go po ramieniu:-Ja będę nadawał.
Weszli do środka.Otoczyły ich zewsząd różnego rodzaju trumny-duże,małe... Andersonowi zakręciło się w głowie.O mały włos runął by jak długi,pod nogi jakiegoś człowieka,który akurat przyszedł.
-W czym pomóc?-jego głos był skrzekliwy,drażnił nieprzyjemnie.
Gliniarz zaczął: -Chciałbym wybrać trumnę dla zmarłego nastolatka.
-Jak był wysoki?
-Że co?-Michael zrobił wielkie oczy.-Po co panu jego wzrost?!
-Jak niby mam panu polecić trumnę,skoro nie wiem jaka ma być długa?Szanowny pan wybaczy,ale sam pan mówił o nastolatku...
-Wiem do diaska co mówiłem! Już rozumiem!Dzieci w tym wieku są różnego wzrostu! Cholera!
-Ależ!Proszę się opanować!-skrzekliwy głos był pełen oburzenia.
-Miał...160 cm...-odezwał się wreszcie Roger.Jegomość przestał na chwilę spierać się z szefem żandarmerii.Popatrzył na Andersona przez ramię.
-Kim pan jest?-zapytał.
-Roger Anderson,ojciec zmarłego nastolatka.
-Chwileczkę...-starszy człowiek powoli odwrócił się w jego stronę.-Skoro pan jest ojcem,to kim pan jest?-wskazał na Mike'a palcem.
-Szefem tutejszych gliniarzy!-warknął na niego Michael.-I nie pokazuj na mnie palcem!
-Proszę stąd wyjść!Natychmiast!-tym samym palcem właściciel zakładu pokazał im drzwi.
Wyszli.
-Mam prośbę...-Roger czuł się nieswojo.-Na drugi raz,przedstaw mnie zanim cokolwiek powiesz-zgoda?
-Ok.Nie wiem co mi się stało.Ten facet był jakiś dziwny.Drażnił mnie od samego patrzenia na jego zasuszoną postać.Sam wyglądał jakby za moment miał skorzystać z własnej usługi!
To stwierdzenie sprawiło,że Roger mimo woli się uśmiechnął.Chciał być już na miejscu,w szpitalu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz